Tak, ale…

Znacie to: wszystko to co słyszymy przed „ale” jest nieważne. Miłośnicy „Gry o tron” zapewne tak.
W moim przypadku „tak, ale…” (i tu znacząco zawieszam głos) pada najczęściej, gdy słyszę pytanie czy jestem zadowolona z treningu/biegu.

Właściwie jestem. Przecież po całym dniu pracy miałam siłę i chęci, by włożyć buty biegowe i przebiec 10, a może kilka kilometrów więcej. Tak, ale ten podbieg pod Dębowcem mogłam pobiec szybciej. Tak, ale dlaczego tak zwolniłam na piątym kilometrze. Tak, ale… i jeszcze kilka innych przykładów.

A ostatnio coś się zmieniło. I to już na kilka dni przed wyjazdem do Krynicy na Festiwal Biegowy.

Organizowana po raz szósty u stóp Jaworzyny Krynickiej impreza biegowa, to już czwarta, w której wzięłam udział. Najpierw (trzy lata temu) jechałam 200 km w jedną stronę, by przebiec 10 km czyli Życiową Dziesiątkę. Rok później – tak samo, tyle, że w niedzielę dodatkowo pobiegałam kilkanaście kilometrów po Górze Parkowej i okolicznych górkach. Rok temu zdecydowałam się na bieg górski 36 km i półmaraton. I to miał być mój ostatni wyjazd do Krynicy – uznałam, że dłuższe dystanse nie są dla mnie i ile można jeździć w to samo miejsce. Oczywiście – atmosfera, towarzyskie spotkania i pozabiegowe atrakcje są ważne – ale ubiegłoroczny wyjazd miał być ostatnim. I co? I w kwietniu nauczona doświadczeniem z poprzednich lat szukałam noclegów jak najbliżej deptaka.

W tym roku postawiłam sobie ambitne cele – na miesiąc przed maratonem w Budapeszcie postanowiłam pobiec trzy biegi w trzy dni, a tak na prawdę to trzy biegi w ciągu 41 godzin. Czyli 15 km, 10 km i półmaraton. Założyłam, że pierwszy bieg to będzie trening pod hasłem podbiegi, kolejny – szybki bieg i ostatni – długie wybieganie. Najbardziej bałam się piątkowego biegu – 15 km z podbiegiem na Romę, zbiegiem do Tylicza, ponownym podbiegiem na Romę i zbiegiem do Krynicy. 340 m w górę i tyle samo w dół. Założenia były dwa: bieg i żadnego marszu oraz czas: 1.35.00. Po prawie czterech kilometrach podbiegu zaczynam łapać oddech, zbiegam drogą, którą za kilkanaście minut będę wracała. Staram się zapamiętać jak najwięcej, żeby później dzielić tę trasę na kolejne etapy – do drzewa, do słupa, do ogrodzenia, na szczyt. Gdy po raz drugi wdrapuję się na górkę już wiem, że jest dobrze, zwolniłam ale wciąż biegnę. Jeszcze kilka metrów i będzie łatwiej. Sprawdzam czas – jest dobrze, a nawet bardzo dobrze. Przeliczam szybko minuty i gnam w dół. Ile się da i ile mam sił. Czas na mecie 1.30 i kilka sekund. Czy jestem zadowolona? Tak. Kropka. Żadnego ale. (Żebyście widzieli minę pytającego!)
Tak samo odpowiadam po półmaratonie. Tam też miałam dwa cele – po raz kolejny wbiec na Romę i poprawić czas z ubiegłego roku. Rezultat: dwie i pół minuty szybciej i trucht, ale wciąż nie marsz. Zadowolona? Tak. Kropka. Bez ale.

I to nie są wyjątki! Z innych biegów w tygodniu poprzedzającym wyjazd do Krynicy też jestem zadowolona, aż sama jestem zaskoczona, jak bardzo. Z biegowego wyjazdu do Trójmiasta – też. Kropka. Bez ale.
Dobrze, i tak się wyda więc się przyznam. Po Życiowej Dziesiątce wymknęło mi się „ale”. Tak, ale miało być przecież szybciej. I było = do 5 km, a później brakło mi siły.

Co przywiozłam z Krynicy oprócz trzech medali? Postanowienie, by być zadowoloną z kolejnych biegów, zawodów, treningów. Bez ale!

Czy za rok pojadę do Krynicy? Nie, ale…

Reklamy

Powroty

Dziesięć lat temu w Ustrzykach Górnych nie było kabrioletów. Nie było też parkingów na Przełęczy Wyżniańskiej, pod Połoniną Caryńską czy przy szlaku na Szeroki Wierch. Nie było wybudowanych za unijne pieniądze budek, w których pracownicy Bieszczadzkiego Parku Narodowego pobierają opłaty za wstęp na szlaki. Ot, samochód zostawiało się na cały dzień na placu obok sklepu w Ustrzykach a bieszczadzkim powietrzem oddychałam za darmo. A trochę go nawdychałam! Przez kilka lat jeździłam w Bieszczady regularnie wiosną i jesienią, i przez kilka dni włóczyłam się po pustych szlakach. A dziś wejście na szlak jest droższe niż w Tatrach (6 zł/osoba).

Nie było mnie w Bieszczadach dziesięć lat i jeszcze pewnie nie prędko bym wróciła, gdyby nie przypadek i pewne zdjęcie. Pewnego dnia, gdzieś zza pudeł z różnymi rzeczami z przeszłości Piotr wydobył oprawione w drewnianą ramkę, zrobione przeze mnie przed laty zdjęcie. Nie widziałam go od lat i nawet nie pamiętam kiedy zostało zrobione, ale bez wahania rozpoznaję miejsce – to Szeroki Wierch jesienną porą. Zdjęcie zawisło w kuchni. Patrzyłam na nie przy porannej kawie i wieczorem przy kolacji. Na dodatek właśnie snuliśmy wakacyjne plany. Była mowa o Skalnych Miastach, Górach Stołowych i Dusznikach. Czyli podróż w zupełnie przeciwnym kierunku!

Tyle, że ja już po cichu opracowywałam logistykę wyjazdu w Bieszczady. Sprawdzałam pogodę w Ustrzykach, wyceniłam noclegi i dojazd, wyjęłam mapę i planowałam trasy. Niepozorne zdjęcie robiło swoje. Po dziesięciu latach Bieszczady znowu rzucały na mnie urok i na dodatek miałam świetny pretekst, by tam wrócić. Piotr nigdy nie był w Bieszczadach – czas sprawdzić czy na niego też rzucą urok.

Dziś nawet trudno mi powiedzieć dlaczego przestałam jeździć w Bieszczady. A przecież bywałam tam przez kilka lat z rzędu, kosztem innych gór. Przeszłam Bieszczady wzdłuż i wszerz, jesienią gdy są bajecznie kolorowe i wiosną gdy na północnych stokach śniegu jeszcze po kolana, a szlakiem nikt wcześniej nie szedł. Chodziłam szlakami, ale i zarośniętymi torami wąskotorówki czy ledwo widocznymi ścieżkami. W sierpniu 2005 r. była w Wetlinie po raz ostatni. Na Rawkach, Kremenarosie i pod Połoniną Wetlińską.
Nie wiem czy byłam tak przekonująca czy to zdjęcie jest wyjątkowo udane… Wiem, że w sobotni poranek znowu jechałam na wschód. Nowy Sącz, Grybów, Gorlice, Dukla, teraz w prawo, a za kilka kilometrów w lewo i do Komańczy. Są! Już są! Tu zaczynają się Bieszczady! Ale my jedziemy 60 km dalej, prawie na kraniec Polski.

Minęło dziesięć lat, ale ja naiwnie wierzyłam, że nic się nie zmieniło. Przecież Połonina Wetlińska wciąż wygląda tak samo. Tylko skąd ten ogromny, płatny parking na Przełęczy Wyżniańskiej?! Jest i Caryńska. Tylko skąd te parkingi – po lewej i po prawej stronie drogi?! Kolejne zderzenie z rzeczywistością – bilety i karnety za wejście do Parku. Kabriolet, który sunie Wielką Bieszczadzką Pętlą tylko wywołuje mój uśmiech. Elektryczny pojazd na trasie do Wołosatego – a ja znowu wołam: 10 lat temu tego tu nie było. (Tak na marginesie przejazd na trasie o długości 6 km kosztuje 10 zł. Autobus 3.90 – i pytanie: co wybiera większość, w tym ja? A co bym wybrała, gdyby cena była konkurencyjna?) Do tego kolejne knajpy, zajazdy, bary i lokale. Płot w płot. A ja znam Chatę Wędrowca – a naleśnika jej gospodarzy jadłam jeszcze w Bacówce pod Małą Rawką, Bazę ludzi z mgły i Siekierezadę.

Wreszcie ruszamy na szlak. Przecież te szlaki tak dobrze znam. Omijamy płatny parking, regulujemy należność na rzecz BdPN i … nie przestajemy mówić „cześć” i „dzień dobry”. Z Szerokiego Wierchu i z Tarnicy wracają tłumy! W końcu ustalamy, że odpowiadamy na zmianę. Miała być cisza, spokój, widoki i góry. Tak reklamowałam Piotrowi Bieszczady. A tu od kilku godzin kompletne zaprzeczenie obietnic. Czy moje Bieszczady sprzed 10 lat aż tak się zmieniły?!

Kolejnego dnia ruszamy na Połoninę Caryńską. Otwieram mapę – tak tę sprzed 10 lat – zgodnie z nią i z tym co pamiętam skręcamy z campingu w lewo. Przez kilkadziesiąt metrów idę pewnie, ale gdy mijam ostatnie zabudowania, ogarniają mnie wątpliwości. Gdzie ten szlak? Był tu przecież! (Tak, tak – 10 lat temu!) Wracamy po własnych śladach i dalej do centrum wsi. Jest przecież – wielki parking, budka do uiszczenia opłat i szlak. Nic mi się nie zgadza, nie tak to zapamiętałam. Historia wyjaśniła się kolejnego dnia. Moja mapa mówiła prawdę, a ja mam dobrą pamięć. Tak tu było. Tylko tam gdzie kiedyś zaczynał się szlak nie było miejsca wiadomo na co, więc szlak przesunięto. Nie tylko ten. Niebieski szlak z Ustrzyk na Rawkę wchodzi w las też nie w tym miejscu co kiedyś, tylko kilkaset metrów dalej. Wiadomo dlaczego? Tyle, że tym razem zaufałam mojej starej mapie, a ta mówi przed mostkiem w lewo – więc skręcamy. Jeszcze widać starą ścieżkę, jeszcze trzymają się stare, drewniane mosty ułatwiające przejście przez podmokły teren, a gdzieś na drzewie ktoś zapomniał przenieść wraz ze szlakiem kapliczkę. Po kilkunastu minutach stary szlak łączy się z nowym.

Wróćmy jednak na Caryńską. Zapomnij o ludziach i ciesz się widokiem – powtarzam sobie. A później zejdź z głównego szlaku w stronę Koliby, nieistniejącej już wsi Caryńskie i Magury Stuposiańskiej. Kilkadziesiąt metrów niżej i jest to czego szukam drugi dzień. Cisza, spokój, pusty szlak – spotkaliśmy tylko jednego biegacza. Moje góry sprzed 10, 11, 12 lat… Później jeszcze tylko na Wielkiej Rawce spotykamy większą grupę ludzi, na Kremenarosie już tylko kilku słowackich turystów, a szlak w stronę Rabiej Skały jest właściwie pusty. Jedyne „dzień dobry” przyprawia mnie prawie o zawał. Idziemy z widokiem na Połoninę Wetlińską, na słowackie i ukraińskie szczyty. I już wiem, że cokolwiek zmieniło się tam na dole, tutaj są te same góry, które pokochałam. Rozpoznaję polany, którymi wędrowałam przed laty, pamiętam na której spotkałam zbieraczy jagód.
Jeszcze tylko odwiedzę Chatę Wędrowca. W sierpniu 2005 roku jadłam tam po raz ostatni kultowego naleśnika giganta z jagodami. W moich opowieściach to już legenda. Jeszcze wierzę, że on też się nie zmienił!

Po prawie 30 kilometrach niemal pustego szlaku przez bukowy las docieramy do Wetliny. Czas sprawdzić czy umiem jeszcze złapać stopa i czy ktoś nas zabierze na stopa. Wczoraj udało się za trzecim razem. Przed laty, gdy busów nie było, a poza sezonem autobusy do Ustrzyk Górnych nie dojeżdżały, to był jedyny sposób by się przemieszczać. Macham więc ręką i się uśmiecham. Pierwsze auto – nic, drugie – nic, trzecie, kolejne i dziesiąte – nic. Kolejna zmiana? Aż w końcu jest, zatrzymuje się kierowca – Paweł, biegacz, ratownik GOPRu, jedzie na dyżur na Przełęcz Wyżniańską i tam nas może podwieźć. Zresztą stamtąd do Ustrzyk już tylko 8 km asfaltem. Zjeżdża na Parking. Idę na Rawkę – mówi. Byliśmy tam dzisiaj – odpowiadam. Jakie jest jego zdziwienie, gdy potwierdzam – z Ustrzyk, przez Wielką Rawkę, na Kremenaros i Rabią Skałę do Wetliny. Nie, nie Działem. Zrobiliśmy na nim wrażenie (szlak przeszliśmy w ok. 7 godzin), zawraca auto i decyduje się zawieźć nas do Ustrzyk. Gdy okazuje się, że na camping – najdroższy w Bieszczadach i z najbrudniejszymi sanitariatami i prysznicami jakie kiedykolwiek i gdziekolwiek widziałam, dostajemy jeszcze namiar do rodziny Ostrowskich, która prowadzi Schronisko pod Wysoką Połoniną i camping, na który kolejnego dnia się przenosimy. Cudowna lokalizacja, cisza, czysto i przyjemnie.

Zanim jednak rozbijemy namiot w Wetlinie i przetestujemy naleśnika, zabieram Piotra w moje ukochane miejsce w Bieszczadach. Każdemu kto przyjeżdża tu po raz pierwszy reklamuję Bukowe Berdo. I ono się nie zmieniło. Gdy tylko wychodzimy z lasu na połoniny owiewa mnie ciepły choć mocny wiatr, trawy już się złocą – morze traw, jarzębiny czerwienieją a widoki zapierają dech. Choć na Tarnicę tylko rzut beretem, tu gdzie jesteśmy nie ma wielu turystów. Mogę więc nacieszyć się tym widokiem. Jednym z najpiękniejszych jaki znam. Nie tylko mnie zachwyciło Bukowe Berdo – Piotr już planuje bieganie tym szlakiem i dalej na Halicz i na Przełęcz Bukowską.

Jeszcze tylko raz moja wiara w to co w Bieszczadach znam została wystawiona na próbę. Nasz gospodarz pod Wysoką Połoniną też jadł naleśnika w Chacie Wędrowca 10 lat temu, i jest ciekaw mojej opinii – bo słyszał już dwie odmienne. I jaką miałam pewność, tak teraz mam niepewność czy aby tutaj wszystko jest bez zmian… Sądząc po tłumie w środku i na zewnątrz lokal nadal cieszy się dużą popularnością. Sądząc po czasie oczekiwania na naleśniki – ustawiliśmy się w sporej kolejce. W końcu sympatyczna Karolina stawia talerz przed Piotrem. Wielkość – zgadza się, wygląd – sprzed 10 lat nie pamiętam tylko miodu i test smaku – wszystko się zgadza! Taki był pod Rawką, taki jest i tutaj.

Naleśnik bez zmian. Widoki i góry też bez zmian. Aż mi się wszystko w środku śmieje. I jeszcze ludzie, ci którzy są tu od pokoleń – też bez zmian. Choć pewnie kolejny wyjazd w Bieszczady inną porą roku.

Cześć :)

Witajcie w moim świecie, gdzie życie jest proste i przyjemne. Brzmi jak bajka?

Niekoniecznie. Wystarczy tylko wyeliminować zbędne elementy, nadmiar przedmiotów, obowiązków i skreślić słowo „muszę”.
Nad tym ostatnim jeszcze pracuję, ale mam na swoim koncie pierwsze sukcesy.

Nie muszę wyjść pobiegać – ja chcę. Nie muszę wyjechać pod namiot – ja chcę. I wcale nie muszę spędzać w kuchni dużo czasu – kilka chwil i mam śliczną i pyszną tartę z owocami.

Wraz z uruchomieniem tego bloga przestaję pisać „do szuflady”, a uwierzcie mi gdy dopada mnie natchnienie i znajduję temat, słowa same układają się w głowie. Tak właśnie „pisałam” swoją relację z pierwszego maratonu w Łodzi. Pisałam ją w głowie przez prawie 42 km, a po powrocie tylko przelałam na papier – KLIK. To tak jak w piosence – czasami człowiek musi (i chce), inaczej się udusi 🙂

Witajcie więc w moim świecie, na moim blogu. Serdecznie zapraszam do lektury, dzielenia się swoimi wrażeniami, doświadczeniami i spostrzeżeniami. Zapraszam do wspólnego biegania oraz górskich wędrówek.