Syndrom napięcia przedmaratońskiego

Pół roku temu obserwując pewnego maratończyka na kilkanaście i kilka dni przed startem napisałam post gościnny o okresie napięcia przedmaratońskiego. PRZYPOMNIJCIE GO SOBIE TUTAJ Było ironicznie, trochę żartem i odrobinę przejaskrawione – ale prawdziwie. Na koniec obiecałam, że za pół roku spojrzę w lustro.

I oto jestem – 11 października pobiegnę swój czwarty maraton, tym razem w Budapeszcie. Już odliczam godziny, nie dni.

To mój czwarty maraton, a ostatnie tygodnie przed były bardzo intensywne. Nie brakowało mi stresujących momentów w życiu codziennym. Idą zmiany, choć ekscytujące, to jednak stresujące. Zmiana pracy, rozmowy z przyszłymi szefami, składanie wypowiedzenia i zamykanie pewnego rozdziału, a na dzień przed wyjazdem – pożegnanie ze współpracownikami. Dostałam ciekawą propozycję i mam możliwość zrealizowania się w czymś, o czym od dawna myślałam i na myśleniu się kończyło. Sporo rzeczy zbiegło się w tym samym momencie i planując ostatnie przygotowania do biegu, nie mogłam się skupić tylko na nim.

Dokładnie na dwa tygodnie przed starem zaczęłam obserwować u siebie pierwsze objawy. W niedzielny poranek (27 września) obudziłam się ze wspomnieniem bardzo realistycznego snu. Spóźniłam się na start! Już widziałam biegnących zawodników, a od linii startu dzieliły mnie jeszcze setki metrów. Gdy tam dotarłam prawie zwijano już START i maty do pomiaru czasu, a samochód z zegarem właśnie miał wyruszyć na początek biegu. Jakaś litościwa osoba pozwoliła mi jednak przebiec przez matę i tak oto zamykałam stawkę. Za mną jechał już tylko rowerzysta z napisem KONIEC BIEGU. Znaczy „vége fuss”!

Zaczynamy pasta party! Piotr ugotował wspaniałą zupę pomidorową, na świeżych warzywach i pełną marchewki, selera i zieleniny. Z czym jemy – oczywiście z makaronem. A później z kanapy, odpoczywając po ostatnim długim wybieganiu proszę o herbatę (szkoda, że nie ma cytryny), babeczkę, a nawet dwie i jeszcze trzecią na koniec.

Idzie jesień więc zabijam oddechem! Profilaktyka przede wszystkim i na moim talerzu ląduje ząbek czosnku. Wieczorem na kanapce – kolejny! Czy ja Wam mówiłam, że uwielbiam czosnek?! Ale taki lekko zrumieniony na oliwie, drobno posiekany i w potrawach, a nie świeży i jako główne danie. W cenie są więc tic taki – ich ogromne opakowanie to mój towarzysz na poniedziałkowy poranek.

Na dwa tygodnie przed maratonem robię sobie testowe bieganie. Ma być płasko, długo i dużo. Wszystko idzie dobrze do osiemnastego kilometra. Później zwyczajnie mam dość – strajkuje moja głowa, gdy po raz kolejny przebiegam przez tamę w Goczałkowicach. Jest nudno i płasko. Zatrzymuję się na kilka minut, wypijam izotonik, zjadam batonik i walczę dalej, walczę przez 5 kilometrów. Później mówię – stop, wracam marszem. Szybko odzywa się jednak ambicja, zaczynam truchtać choć wszystko boli. Jeden kilometr. Teraz drugi. Później kolejny. Kończę trening z 28 km na liczniku. Niezadowolona. Zrezygnowana. Z zamiarem oddania numeru startowego (choć tego głośno nie powiem!) W domu pełna rezygnacja. Jestem załamana i wściekła na siebie! Wiem, że mam za mało czasu by cokolwiek zmienić i nadrobić. Miał być czwarty maraton, święto biegowe, a ja już przed startem czuję smak porażki.

Trzy dni wracam do równowagi – odpoczywam fizycznie i psychicznie. Dopiero w środę wieczorem idę pobiegać. Już od pierwszego kilometra czuję zmęczenie, na kolejnym wiem już dlaczego – w tym tempie, na tej trasie jeszcze nie biegałam. Więc jeszcze podkręcam tempo, dyszę ale znowu się uśmiecham. Skoro mogę teraz mogę i za półtora tygodnia. Pobiegnę w Budapeszcie 🙂

Od kilku tygodni mój telefon pokazuje pogodę dla dwóch miast – Bielska-Białej i Budapesztu. I każdego ranka i każdego wieczora sprawdzam obie – choć ta dla węgierskiej stolicy może się jeszcze wielokrotnie zmienić. I zmienia – a ja zamawiam chłód i chmury, żadnego słońca – a już nie takiego upału jak przed rokiem. Irytujące? Może, ale ja od tygodni wiem, czy w mieszkańcom Budapesztu bardziej przyda się następnego dnia parasol czy okulary przeciwsłoneczne.

Tydzień przed maratonem znowu śni mi się start. Tym razem ja jestem na czas – ale zawodnicy mają czekać dwie kolejne godziny. W tym czasie zmienia się pogoda – z zamówionego chłodu na letni upał. Koszmar biegacza!

I do znudzenia mówię o maratonie. Maraton to, maraton tamto… kto biegnie, ilu Polaków, co ile kilometrów woda, a gdzie coca cola, a jakie widoki i jaka pogoda, pasta party… a wiecie jak mam numer startowy? Żartuję 🙂 Nie-biegaczy, ale pewnie i biegających może to irytować. Wybaczcie więc i dziękuję za wyrozumiałość.

Nie biegnę po mistrzostwo świata, nie ustanawiam nowego rekordu w maratonie, to nie jest mój debiut, ale chyba wcześniej nie było tak nerwowo. Jestem nadwrażliwa i przewrażliwiona. Nerwy mam tuż pod skórą – lepiej ze mną nie zadzierać!

Gdy to czytacie ja się pakuję albo jestem już w pociągu do Budapesztu albo mam już pakiet startowy w ręce… Trzymajcie za mnie kciuki. Banalna prośba, ale niech będzie jeden kciuk za każdy kilometr. Pomyślcie o mnie ciepło w południe. Będę już biegła dwie i pół godziny, a do mety wciąż daleko…

Reklamy

Jedna myśl w temacie “Syndrom napięcia przedmaratońskiego

Podziel się swoimi wrażeniami

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s