Będąc sąsiadką Stasiuka…

Dziś drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia. I już po raz drugi z rzędu spędzam ten czas w Beskidzie Niskim. Rok temu w Wysowej, teraz w Posadzie Jaśliska.

Jest choinka, barszcz, pierogi i górskie wędrówki. A wieczorami to co widziałam – spisuję 🙂 Niedługo zaproszę Was do lektury magazynu NPM, gdzie opiszę swój nietypowy sposób na Święta. Może Wam się spodoba i spróbujecie za rok. A wtedy, kto wie… miniemy się na szlaku…

Gdy piszę, wracają też wspomnienia z mojego pierwszego pobytu w Beskidzie Niskim. Jest sierpień 2012 roku…

Zgodnie z obietnicą mam się pojawić na śniadaniu. Własnoręcznie robiony chleb pieczony na liściach kapusty, ser od bacy, miód od pszczelarza i domowe konfitury – to najlepsza rekomendacja by wstać po 4 rano i ruszyć w drogę. Niewiele brakowało, a bym się spóźniła. Korek w Nowym Sączu, korek w Grybowie i na koniec korek w Gorlicach. Szybciej, szybciej – niecierpliwiłam się coraz bardziej. I wreszcie upragniony kierunkowskaz na Konieczną. Pierwsza cerkiew, druga cerkiew – zaczynam odliczanie i jeszcze tego samego dnia tracę rachubę. Kilka kilometrów od głównej drogi nagle zaczyna się inny świat. Z wrażenia zatrzymuję się na szczycie wzniesienia, przede mną lasy, pagórki i cisza. I z nikim nie mogę się podzielić swoimi wrażeniami. Właśnie skończyła się cywilizacja, a zaczęło niczym niezmącone, spokojne bycie. W towarzystwie ludzi, których nigdy wcześniej nie spotkałam siadam do śniadania. I gdyby nie to, że gna mnie przed siebie, posiedziałabym tak kolejną godzinę. Najpierw ruszam żółtym szlakiem, do wsi, której już nie ma i po której zostały tylko przydrożne krzyże, kapliczki i cmentarz. To Nieznajowa. Ale takich miejsc jest tu znacznie więcej. Największe wrażenia robi na mnie Lipna. Zupełnie niespodziewanie staję przed drzwiami. Drewnianymi, z metalową klamką… Zupełnie bezwiednie naciskam klamkę i drzwi ustępują. Tylko po drugiej stronie nie ma już izby ani jej gospodarzy.

Przedzierając się przez las, kolejny raz gubię właściwy szlak i zupełnie niespodziewanie odnajduję drogę. Drugiego dnia właściwie już się przyzwyczaiłam do tego błądzenia. Pewnie sięgając po kolejną jeżynę i kolejną (ostrężynę zwaną też czernicą) poszłam za daleko. Zawsze jednak w końcu trafiam do jakiejś wsi. A to do Krzywej, innym razem do Bartnego uciekając przed burzą. Burza w końcu mnie ominęła, ale za to trafiłam do cerkwi pp. Śś. Kosmy i Damiana. Właśnie trwa remont wokół świątyni, ale drzwi są otwarte a proboszcz z dumą opowiada co już udało się zrobić i z obawą – co jeszcze trzeba.

Można więc ruszyć w drogę szukając nieistniejących wsi, można – szlakiem cerkwi, a można też poszukać często ukrytych w lasach cmentarzy z czasów I wojny światowej. W 1915 roku wyznaczono ich blisko 400, do dziś wiele z nich się nie zachowało. Na szczęście niektóre udało się uratować, odnowić i oznakować. Na jednym z nich, tuż przed wsią Ożenna (cmentarz nr 4) spotykam studenta, który latem kosi tu trawę i dba o porządek. Nieśmiało dopytuję o mieszkańców tutejszych lasów. Właśnie minęłam znak drogowy: uwaga niedźwiedzie, uwaga wilki. Tych ostatnich jest tu kilkanaście, w ubiegłym miesiącu niestety ich ofiarą padł pies chłopaka. Na szczęście ludzi omijają z daleka. A nocami budzi mnie tylko wycie wszystkich psów w Wołowcu.

Wygląda na to, że jeszcze tu wrócę. Może zimą? Dzięki unijnym dotacjom nie brakuje tu szlaków dla miłośników biegówek. O wielu atrakcjach i ciekawostkach nie napisałam. O uzdrowisku Wysowa, o Jeziorze Klimkówka, które zagrało w „Ogniem i mieczem” i o odwiedzinach u Słowaków, których bardejowskie Stare Miasto wpisane zostało na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Spodobało się? Chcecie przeczytać więcej? Dam znać kiedy i gdzie 🙂

 

Reklamy

Jabłka w roli głównej

Dziś nie będę jadł dużo – powiedział Piotr, gdy postawiłam przed nim pierwszą porcję drożdżowych racuchów z jabłkami. A ja uwierzyłam! I nawet wyjęłam dodatkowy talerzyk, by odkładać racuchy na później, może nawet na jutro. Już widziałam oczami wyobraźni moje poniedziałkowe drugie śniadanie w pracy. Racuchy na zimno smakują przecież równie wspaniale. Kilkadziesiąt minut później już widziałam, że ani później, ani drugiego śniadania nie będzie! Dziś nie będę jadł dużo oznacza dokładnie: zjem tyle samo co zawsze. Czyli … dużo. Ostrzegam więc, jeśli zrobicie racuchy według tego przepisu raczej nie planujecie, że coś zostanie.

Racuchy drożdżowe po raz pierwszy zrobiłam w jakiś słoneczny dzień. W ogóle przez większość życia chodziłam wokół drożdży jak wokół jeża. Nie bardzo wiedziałam jak się zabrać za drożdżowe ciasta i na dodatek bałam się drożdżowej porażki. Kilka wypieków się nie udało – to prawda. Dziś już wiem, że sekretem jest mąka – dla drożdżowych produkcji rezygnuję z razowej, tym bardziej że używam zwykle najgrubszej z możliwych – do wypieku chleba. Drugi sekret to temperatura – drożdżowe szaleńczo mi rośnie na parapecie w słoneczne dni, a w pochmurne zimowe idealnie sprawdza się kaloryfer w łazience.

Pamiętacie film „Moje jagodowe noce” – w polskim tłumaczeniu „Jagodowa miłość”? I jagodowe ciasto, może nie w roli głównej, ale nie bez znaczenia 🙂

Dziś za mną jabłkowa niedziela. Czyli śniadanie, obiad i deser z jabłkami w roli głównej. Taki dzień zaczyna się dość zwyczajnie – owsianką z jabłkami, rodzynkami, słonecznikiem, wiórkami kokosowymi i cynamonem. To proste 🙂 Po jesiennym i wietrznym spacerze nic tak nie smakuje jak sok jabłkowy z dodatkiem marchwi i pietruszki. To specjalność Piotra. Ja w tym czasie obieram jabłka na racuchy według sprawdzonego przepisu ze strony mojegotowanie.pl

Potrzeba: pół kilograma mąki (białej) – ja kupuję taką na pierogi i ciasta drożdżowe czyli pięćsetkę, 50 g świeżych drożdży, jedno jajko, półtorej szklanki mleka i trzy łyżki cukru.

Do dużej miski przesiewam mąkę, robię dołek do którego wkruszam drożdże. Zasypuję je trzema łyżkami cukru i zalewam połową szklanki ciepłego mleka. Mieszam i zostawiam na kilkanaście minut, żeby drożdże „ruszyły”. Później dodaję jajko i szklankę mleka. Mieszam ciasto i na ok. 45 minut przykrytą ściereczką miskę ustawiam przy kaloryferze. Ciasto rośnie, a ja przygotowuję jabłka – dwa do trzech w zależności od wielkości. Obieram i kroję w drobną kostkę. Ostatni etap zostawiam Piotrowi – zamieszanie. Jeszcze kilkanaście minut przy kaloryferze i można smażyć. Najszybciej znikają w wersji z cukrem pudrem i cynamonem.

Będzie jeszcze jabłkowy deser – moje ostatnie odkrycie! Przepis z bloga Niebo na talerzu tak bardzo przypadł do gustu Piotrowi, że ostatnio zaproponował upieczenie dwóch blach ciasta! Po jednej na głowę.

To co lubię w tym cieście najbardziej to ukryte pod kruchą warstwą połówki, a przy dużych jabłkach – ćwiartki owoców. Pod naciskiem łyżeczki pęka krucha góra, która odsłania mięciutkie wnętrze. A pod jabłkiem orzechy, słonecznik albo rodzynki. Chociaż z braku orzechów robiłam już wersję z wiórkami kokosowymi i brązowym cukrem. Jeszcze nie wiem jak będzie smakowało ciasto, gdy jabłka przyprószę cynamonem – przypominam sobie o tym za późno, gdy nakryję owoce ciastem. Następnym razem…

Ciasto (blacha około 20 na 30 cm): dwie i pół szklanki mąki – u mnie razowej do pieczenia chleba, kostka masła, 200 g serka homogenizowanego – do ostatniego użyłam opakowania xxl czyli 220 gram, w rezultacie dodałam tylko trochę więcej mąki, 2/3 szklanki cukru, cukier waniliowy i łyżeczka proszku do pieczenia. Mąkę rozcieram z masłem, a następnie dodaję resztę składników i zagniatam ciasto. Dzielę ciasto na dwie części – połową wykładam blachę. W czasie gdy ja przygotowuję masę, Piotr obiera jabłka i wycina gniazda. Małe jabłka dzielę na połówki duże na ćwiartki i układam brzuszkami do góry. Pod jabłka daję rodzynki i słonecznik, albo cukier i wiórka kokosowe. W oryginale wg autorki Niebo na talerzu są orzechy i brązowy cukier. Drugą warstwę ciasta rozwałkowuję i nakrywam nim owoce. Teraz godzina w nagrzanym do 170 stopni piekarniku. I cukier puder na wierzch, gdy ciasto wystygnie. Uwielbiam! Na pierwszy rzut oka ciasto wygląda jak zrośnięte ze sobą bułeczki. Środek to pyszne, miękkie jabłka! Tak jak lubię – kruche ciasto i bogate wnętrze. A przy tym proste i nie wymaga zbyt wiele czasu. Jeszcze jak się ma pomocnika do przygotowania jabłek…

I do jedzenia 🙂

 

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.