Kapryśna Królowa

Jest taki szczyt w Beskidach, który przyciąga turystów o każdej porze dnia i roku. O wschodzie słońca oglądanym z wierzchołka i o zimowym wejściu marzy co bardziej doświadczony turysta. Nie bez powodu o Diablaku czyli Babiej Górze mówi się Królowa Beskidów i Królowa Niepogody. Poza Tatrami to przecież najwyższy szczyt w Polsce. A Królowa Niepogody… Szczyt słynie ze zmiennej pogody. Latem – gwałtowne burze, zimą – śnieżne huragany. Zabłądzenia, wypadki – w tym także te najtragiczniejsze, to oprócz cudownych widoków na Tatry, drugie oblicze Babiej Góry.

Zimowe wejście na szczyt było marzeniem Piotra. Miał za sobą dwukrotne zdobycie szczytu latem, a nawet bieg na szczyt Diablaka. Do kolekcji „napływowego górala” brakowało wersji zimowej. Po konsultacjach z GOPRem Beskidzkim wyruszyliśmy do Zawoi w niedzielny poranek.

I tu pierwsza nauczka. Jeśli w Bielsku-Białej wieje, to w Zawoi wieje jeszcze bardziej, a na szczycie… przecież nie mniej!

Pierwszy raz mina mi zrzedła na parkingu w Zawoi Markowej. Wiało tak, że zmarzłam w ciągu kilku minut. Żwawo ruszyłam więc zielonym szlakiem, z niepokojem raz po raz patrząc na drzewa, czy aby coś nie spadnie mi na głowę. Nie spadło. Do schroniska dotarliśmy w godzinę. Ale im bliżej było Markowych Szczawin tym więcej było lodu. I tylko z czystego lenistwa zwlekałam z założeniem raków. Ale wiedziałam, że od schroniska nie pójdę bez nich ani metra wyżej. Cóż, kiedy na dwie osoby mieliśmy tylko jedną parę.

Na przyjaciół można jednak liczyć w biedzie. I już od schroniska oboje – Piotr i ja maszerowaliśmy w rakach. Piotr w moich (tylko one pasowały na rozmiar buta 47!), a ja w pożyczonych, cudownych półautomatach Grivel (chcę takie!!). Już po kilku metrach cieszyłam mi się gęba. Zapomniałam jak genialnie szybko chodzi się w rakach po zmrożonym śniegu 🙂 Raz, dwa, chrup, chrup i bez większego wysiłku w kilkadziesiąt minut jesteśmy na Przełęczy Brona. Szybki łyk herbaty, gryz kanapki i w górę. Póki głowa nie wystaje mi powyżej kosodrzewiny jest całkiem znośnie. Wieje, ale da się iść.

Od Kościółków będzie znacznie gorzej – ostrzegał ratownik GOPR dyżurujący na Markowych Szczawinach. Ale na szczycie widać widać turystów chroniących się za kamiennym murkiem więc optymistycznie wierzę w wejście na szczyt. Mój optymizm słabnie jednak z każdym krokiem. Skończyła się osłaniająca przed wiatrem kosodrzewina i idzie się coraz trudniej. Wbijam mocno raki i zapieram się kijkami przy każdym kroku. Od szczytu dzieli nas jedno podejście. Już prawie rozróżniam ludzi na szczycie. I wtedy właśnie okazuje się, że nie zrobię już ani kroku dalej. Nie mam w co wbić raków, pod nogami same skały, wiatr odrywa lodowe fragmenty i celuje nimi prosto w twarz, a wieje tak, że gdy łapię się skały mam poważne problemy z powrotem do pionu.

Wracamy – przekrzykuję wiatr. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Z powrotem idzie się zdecydowanie gorzej. Już wiem, ze pogoda się pogarsza, wieje coraz mocniej. Byle dojść do kosodrzewiny – tam będzie już lepiej. I na szczęście tak jest.

A że jest też niedosyt postanawiamy wejść na Małą Babią Górę. Pół godziny zgodnie ze szlakowskazem – w rzeczywistości wystarczyło 18 minut. Tu też już mocno wieje. Z trudem wyciągam aparat, szybko robię Piotrowi zdjęcie i zmykam w dół. Byle do przełęczy, a później już łatwizna.

Dawno już z taką łatwością nie przyszło mi zrezygnować z celu wędrówki. Po prostu dotarłam do miejsca, z którego ani kroku dalej nie byłam już w stanie fizycznie zrobić. Szczyt nie był wart ryzyka zdmuchnięcia, upadku, przemarznięcia. Obstawiłam, że zabrakło nam 100 metrów w pionie. Zgodnie z gpsem jeszcze mniej.

A schodząc czarnym i niebieskim szlakiem do Zawoi zachwycałam się wiosną. I tylko zza plecami dobiegał do mnie groźny pomruk wiatru ze szczytu Babiej Góry.

Reklamy