Lubię długo i wolno!

Nie lubię biegów na 5 km. Na 10 też, ale mniej. Bieg na 5 km trwa krócej niż moje przygotowania (ubranie się) do niego i prysznic po. Zwyczajnie nie chce mi się wiązać butów na 5 km. Na dodatek jeszcze na piątkę to trzeba biec szybko – a kto mnie zna ten wie, że wolę długo i wolno. Na takim dystansie nie ma mowy o konwersacyjnym i relaksacyjnym bieganiu – od startu do mety to bieg poza strefą komfortu! Dlatego po raz pierwszy pobiegłam piątkę na czas dopiero we wrześniu ubiegłego roku – Parkrun w Gdańsku. Mojego wyniku 26.55 aż do dzisiaj nie udało mi się poprawić, a próbowałam dwukrotnie w Cieszynie na Parkrunie. Na końcu wypluwałam płuca, a i tak minę miałam skwaszoną. Aż do ostatniej niedzieli! Wczoraj, choć od trzeciego km marzyłam by przestać biec, nakarmiłam swoją ambicję własnym sukcesem. Ostatnie metry do mety, gdy na wyświetlaczu nawet czas brutto był lepszy od powyższego wyniku to była prawdziwa frajda. A potem jeszcze zobaczyłam czas netto, i te 30 sekund mniej (słownie: trzydzieści) i jeszcze 15. miejsce w swojej kategorii! Wreszcie byłam bliżej początku niż końca!

Zapytacie skąd ja się wzięłam na biegu na dystansie, którego nie lubię. Ano przypadkiem! Jakiś czas temu postanowiłam napisać na mojego bloga tekst o lokalnych biegach KLIK – takich, gdzie mało jest uczestników, a opłaty startowe niskie. Chciałam sprawdzić jak radzą sobie te małe imprezy i ich organizatorzy w porównaniu z biegami, gdzie liczy się znany sponsor, rekord uczestnictwa i trzycyfrowa opłata startowa.

Pierwszy raz o Kęckiej Piątce usłyszałam od Piotra i szybko powiedziałam – nie. 20 km w aucie, 5 km męczącego biegu i 20 km z powrotem. Bez sensu. A później nagle okazało się, że ten bieg świetnie pasuje do mojego tekstu. Tyle, że później nie było już miejsc. Limit 250 osób szybko się wyczerpał i trudno się dziwić skoro bieg kosztował tylko 10 zł, a miał być i pomiar czasu i jedzenie i picie i atrakcyjny pakiet startowy.

Na szczęście, ktoś nie mógł pobiec, a ja dzięki pomocy organizatora zajęłam jego miejsce.

Pamiętacie mój tekst o ambicji KLIK i moją skwaszoną minę na mecie maratonu? Tak szybko wróciłam do biegania, jak szybko chciałam sobie zrekompensować domniemaną porażkę w Łodzi. Podczas Biegu Fiata do życiówki brakowało mi sporo (w upał ciężko jednak poprawić wynik z Życiowej Dziesiątki w Krynicy), tydzień temu na Parkrunie w Cieszynie znowu zabrakło kilkudziesięciu sekund… Tym razem więc nie przyznałam się głośno co knuję. Jechałam sama, więc nie miał kto hamować mojej ambicji.

Start zaplanowano w południe. Co za pech! Jeszcze w sobotę było przyjemnie chłodno, a dziś z każdą minutą grzeje coraz bardziej. Jak ja nie lubię biegać w upał!

Jeszcze kilka słów o organizacji – parkingi oznakowane, mogłam nawet wjechać na ten przy stadionie Hejnał, odbiór pakietów – sprawny (obsługa już stojącym w kolejce dawała dokument do podpisania), a pakiet startowy jakbym biegła w całkiem dużej imprezie. Wielki plus za ekologiczną torbę – będzie dobrze służyć, trochę słodyczy, miły gadżet biegowy inni niż wszystkie czyli opaska – przyda się i pasuje do moich spodenek – i zachęta do kolejnych zakupów.

Na starcie kameralnie – 250 osób, większość się zna, są w końcu stąd. Przyjezdnych garstka. Krótka rozgrzewka, bo pocę się jak stoję, a co będzie jak zacznę biec! I w samo południe wystrzał do startu.

– Dobra – myślę – 5 km, czyli jak z domu pod Dębowiec i powrót. Potem będzie odpoczynek. Jak ma być życiówka to trzeba pilnować tempa. Szybko, ale nie za szybko przez 3 km, potem jeszcze jeden, a potem jeszcze szybciej i medal, radość, chwała! Trasę znałam z filmiku – wyglądała na płaską niczym stół czyli dla mnie idealnie! Pierwszy i ostatni km to ten sam odcinek więc starałam się go dobrze zapamiętać, żeby na ostatnich metrach przekonać moją głowę, że da radę. W prawo, w prawo i w lewo i jest pierwszy kilometr. Drugi kawałek za rynkiem, tempo stabilne, jeszcze chwila i będzie połowa. Zaczynam mijać pierwsze biegaczki. Jest dobrze – myślę i zerkam na zegarek. Wszystko zgodnie z planem. Trzeci kilometr też w tym samym tempie. Na czwartym zaczynam mieć dość – słońce w twarz, marzę o wodzie, dyszę, ale obok też ktoś dyszy… Ktoś inny zaczyna maszerować. O nie – myślę – nie zwalniasz, wytrzymaj jeszcze kilka minut! I ten kilometr gadania do siebie to był mój kryzysowy km, najwolniejszy. Zwolniłam o – biegacze mnie zrozumieją – 5 sekund. Widok harcerzy trzymających tabliczkę z napisem 4 km był upragniony. To teraz wszystko jasne – prosto, w prawo, dwa razy w lewo i meta. Biegniemy, nie zwalniamy, przyspieszamy – woła biegacz, który już ma medal na szyi. Za zakrętem stoi Wojtek – też coś woła – zerkam na zegarek i lecę. Jest meta – z tych kilkudziesięciu metrów widzę zegar, a tam 26:30, 26:32, 26:33… czas brutto! Cokolwiek się teraz wydarzy, mam ją, moją małą życiówkę, mały sukces, nakarmiłam ambicję.

Wbijam zęby w kawałek arbuza, a potem w kolejny i w kolejny. Genialny pomysł! Dopiero po kilku minutach wypatruję swoje nazwisko na ekranie. Netto jest jeszcze lepiej! Pełnia szczęścia 🙂 ale gdybym tak pobiegła jeszcze o 5 sekund szybciej każdy kilometr… tak, tak ambicja. Siedź cicho, jest dobrze!

Jeszcze muszę przybić piątkę organizatorom za serwis po biegu. Wody, arbuzów, jedzenia i lodów było pod dostatkiem. Żeby to zjeść trzeba by przebiec półmaraton. Tortilla zamiast makaronu czy zupy – pierwszy raz się z tym spotkałam i jestem za! Statuetki, nagrody i jeszcze loteria. Nagród było tyle, że chyba każdy coś wylosował – ja komplet do badmintona. A ostatnio mówiłam, że chętnie po latach przerwy bym zagrała 🙂

Mała wpadka była – lepiej się dziesięć razy upewnić niż dać statuetkę, okrzyknąć zwycięzcą, a później nagrodę odebrać. Zdecydowanie jednak Kęcka Piątka na piątkę. Życzę Kęckim Harpaganom sukcesów. Wypadałoby za rok powiedzieć – sprawdzam. Ale może wystarczy jak wystąpię w roli kibica, chyba, że własną ambicję trzeba będzie znowu karmić 😉 Tylko nie zmieniajcie się za bardzo, zostańcie kameralnym, lokalnym biegiem, w którym chętnie się biega.

Reklamy

Jestem na diecie ciasteczkowej

Wiadomo – biegam, żeby jeść ciastka, jem ciastka, żeby biegać. Biegacze to pod tym względem szczęściarze. Ja przynajmniej nie zastanawiam się ile ma kalorii to ciacho co leży przede mną. Na czymś w końcu muszę pobiec ten bieg.

Lubię sobie sprawiać małe przyjemności – w końcu po to jest życie. Nie potrzebuję wielkich rzeczy, by się cieszyć. Dogadzam sobie! Potrafię czerpać radość ze spotkania ze znajomymi, spaceru i ciastka w dobrym towarzystwie. I jeszcze lubię poznawać nowe miejsca, tworzone przez ludzi z pasją, gdzie zajadam ciastka zrobione z pasją. Moja znajoma, Gosia, która z łatwością daje się wyciągać na degustacje, stwierdziła ostatnio, że nasze spacery są tak dobrze zaplanowane, by na trasie znalazło się miejsce, gdzie można zjeść dobre ciacho. Gosia – to nie jest przypadek!

I jeszcze, gdy tydzień temu podczas przemiłej rozmowy w biegaczami – przy ciastkach oczywiście, na dodatek domowej roboty, pieczone przez panie z Pogwizdowa – padło pytanie, gdzie w Bielsku-Białej można zjeść dobre ciastko uśmiechnęłam się uszczęśliwiona! To, to ja akurat wiem! Opowiedziałam o miejscach, o których teraz napiszę. A kontakt do tego, które tydzień temu jeszcze nie przyjmowało gości – też dałam.

Tak oto powstał pomysł na tekst o ciastkach 🙂 To teraz nałóżcie sobie na talerz ciacho i czytajcie. Smacznego!

Na początek nowość na mapie Bielska-Białej. Nie pamiętam już jak trafiłam na Cremino Bakery, ale przez wiele tygodni obserwowałam niezwykle apetyczne zdjęcia tortów. Historię Anny Berezowskiej znajdziecie w najnowszym numerze 2bstyle. Oglądałam i oblizywałam się na widok jej wypieków. I rok temu, na wyjątkowe urodziny Piotra zamówiłam tort bezowy z owocami. Poezja smaku. Był tak lekki i delikatny, że spokojnie zjadłabym połowę, a Piotr cały od razu. Z radością przeczytałam więc o otwarciu kawiarni Cremino Bakery. Na testowanie nowego miejsca umówiłam się oczywiście z Gosią.

Lokal przy ulicy 1 maja 10. Sobotnie popołudnie, pierwszy dzień funkcjonowania nowej kawiarni. Niestety – przyjdzie nam przyjść innym razem. Niestety dla nas, bo właścicielka zapewne cieszy się z sukcesu. Były tłumy, nie było wolnego stolika i klimatu na spokojne pogaduchy. Co się odwlecze… Ciasta i kawy sobie nie odmówimy.

Pocieszamy się więc w Barometrze na Rynku. Trudno się zdecydować. Kilkanaście ciast o pięknym wyglądzie to dla mnie za dużo. Tym bardziej, że byłyśmy tu raz i ja znam tylko czekobanana. Zaintrygowane opisami wybieramy w końcu ciasta, miejsce na zewnątrz i delektujemy się smakiem. Gosia – ciasta z zieloną herbatą, serkiem mascarpone z likierem kawowym i czarną porzeczką, a ja – ciasta z morwą białą z kiwi, imbirem i kremem pomarańczowym. Oba kwaskowate, tak jak lubimy. Polecam miejsce na niespieszne spotkania i długą rozmowę. Dodatkowy plus za niebanalnie podane desery – na drewnianej desce, jakby plastrze drewna.

Kto z Was wie, że w Bielsku-Białej jeździły kiedyś tramwaje? Niestety przestały przed moim urodzeniem. Linia nr 1 z Dworca PKP do Cygańskiego Lasu, a linia nr 2 z Dworca PKP do Aleksandrowic. Ostatni tramwaj zjechał do zajezdni 30 kwietnia 1971 r. Ale tramwaje można jeszcze w Bielsku-Białej zobaczyć, a tam gdzie linia nr 1 się kończyła, tuż za dzisiejszą pętlą autobusową koniecznie usiądźcie w Peronie. Nieprzypadkowo bar ma tutaj kształt wagonika. Moje ulubione miejsce – na balkonie. Wygodne siedzenia, koce na chłodniejsze dni, lawenda w ogromnej donicy i ciasto, które z trudem zjadłam do końca. Maxi King był słodki, karmelowy, z dodatkiem słonych orzeszków. Dla mnie za słodki, po nim marzyłam o kiszonym ogórku. Uwielbiam to wnętrze – gdy w domu nie ma nic słodkiego, a ja mam ochotę poczytać książkę w smacznym towarzystwie, wystarczy mi półgodzinny spacer. Nawet w tygodniu trafia się jednak spory ruch, ale ciast nie brakuje i co dla mnie ważne powstają codziennie świeże. A jak powstają można nawet podglądać – kuchnia jest tu otwarta – i podpytać o szczegóły autorki wypieków.

Gdy mam ochotę na dłuższy spacer, albo właśnie zaliczyłyśmy z Gosią wycieczkę na Magurkę i Czupel, wiadomo, że deser będzie w Ciachomanii  w Straconce. Tu mam zwykle dylemat – jak wybrać jedno ciacho gdy za szybą taki wybór. Mamy na to z Gosią sposób – po pierwsze zawsze wybieramy nowe, po drugie po dokonaniu wspólnego wyboru prosimy o podzielenie ciast na pół. I w ten sposób za każdym razem poznajemy dwa nowe. A to sernik na zimno, a to malinową chmurkę, albo Panią Walewską. Do tego kawa i pełnia szczęścia. Czekam jeszcze na czasy, aż Bulwary Straceńskie staną się atrakcyjnym miejscem. Na razie trwają tam prace budowlane, których postępów nie widzę.

Żeby tylko nie było, że ja zjadam a sama nie robię! Dokumentacja fotograficzna z ostatnich dwóch lat jest bogata. Ciasta, ciasteczka, desery, tarty, bułeczki i babeczki – gdy w domu dwoje biegaczy, zapotrzebowanie na słodycze jest podwójne!

 

 

Biegam lokalnie

Bez skomplikowanej logistyki, tygodni przygotowań i bez tłumu kibiców, a nawet bez medalu na mecie… a jednak z radością i satysfakcją z ukończonego biegu. Biegu szczególnego, bo lokalnego i bardzo kameralnego. Rozejrzyjcie się dobrze wokół siebie, a może się okazać, że takich lokalnych imprez nie brakuje. A zalet mają całkiem sporo.

Zacznijmy od porównania. Najliczniejszy bieg w jakim wystartowałam to Maraton w Paryżu w 2015 roku – ponad 40 tysięcy zawodników, losowanie miejsc rok wcześniej, 98 euro opłaty startowej, samolot, noclegi… Uff… Było pięknie, niepowtarzalnie i to był bieg marzeń, jedyny taki start w życiu, niepowtarzalny. Każdy wspinacz ma swój Everest, każdy biegacz ma swój Boston 😉

Ale czas docenić lokalne imprezy. I tak właśnie lokalnie postanowiliśmy spędzić czerwcowy weekend. Rano jedziemy z Piotrem do Cieszyna na Parkrun. Idea znana jest na całym świecie – dwanaście państw a w niektórych nawet kilkadziesiąt miejsc.  W Polsce można przebiec dystans 5 km aż w 35 lokalizacjach. Idea jest prosta – biegacze pracują jako wolontariusze na rzecz innych biegaczy. Trzeba zalogować się na stronie i wydrukować swój kod kreskowy. Z tym kodem można biegać na całym świecie, rejestrować wyniki i obserwować postępy. Albo zwyczajnie dobrze się bawić. Bieg jest bezpłatny. Cieszyński Parkrun jest wyjątkowy. To jedyny bieg, podczas którego biegnie się w dwóch państwach – w Polsce i w Czechach, dwukrotnie przekraczając granicę na Olzie! Stąd w Cieszynie nie brakuje biegaczy z Czeskiego Cieszyna. Odbyło się już 113 edycji, a w kwietniu 2015 roku biegacze wspólnie świętowali drugie urodziny przy imponującym torcie. Wtedy też, w tym wyjątkowym dniu na trasie było znacznie więcej miłośników biegania. A w ubiegłym roku, we wrześniu w Gdańsku, dorzuciłam swoją cegiełkę – a raczej parę nóg – do ustanowienia nowego rekordu liczby uczestników. W Parku Reagana pobiegło 269 osób i to już całkiem spora grupa. Zwykle jednak nad Olzą spotyka się kilkadziesiąt osób.

Tylu biegaczy ile w rekordowym Gdańsku, nie było jednak na pierwszym biegu, zorganizowanym zaledwie 10 km od Cieszyna. Ale zacznijmy od ciekawych nazw. A Złote Gacie, o Złote Gumiaki  czy o Złoty Gwizdek… Organizatorzy lokalnych imprez biegowych prześcigają się w wymyślaniu zabawnych tytułów. Bo czy obok wspomnianego już medalu z Paryża można powiesić choćby symboliczne gacie? Zresztą jeden z moich ulubionych medali to najprawdziwszy dzwonek w kształcie czapki Mikołaja, przywieziony z półmaraton w Toruniu. Wyróżnić się to droga do sukcesu. Kiedy więc okazało się, że jednego dnia możemy pobiec aż dwa razy – rano Parkrun, a po południu o Złoty Gwizdek – nie wahaliśmy się. I tu miła niespodzianka. Nasze wpisowe wyniosło 0 zł – słownie: zero złotych. Biegliście kiedyś z nieprzypadkowym numerem startowym? Dzięki przemiłej korespondencji z organizatorem Parkrun Cieszyn – Krzysztofem Szubarskim mieliśmy zarezerwowane nasze szczęśliwe liczby. Ja – 13, a Piotr – 19. W upalne popołudnie na starcie stanęło 68 osób.

Jakie są zalety takiej lokalnej imprezy? Niskie wpisowe, a nawet jego brak. Żadnej walki o miejsce na liście startowej. My odebraliśmy swoje numery w sobotę rano, ale zapisy zamknięto kwadrans przed startem. Wiem jednak, że gdyby byli chętni nawet pięć minut przed biegiem to też by pobiegli. Pakiet startowy – skromny – tylko numer i to nawet bez chipa (pomiar czasu owszem był – przy tej liczbie biegaczy wystarczył stoper). Żadnych ulotek, kolejnej torby na buty czy koszulki nie najlepszej jakości. Nie mam nic do koszulek z zawodów – w kilku biegam z przyjemnością. Częściej są to jednak koszulki, których do biegania nie używam i tylko zalegają w szafie – wolałabym zapłacić mniej niż mieć kolejną koszulkę, z której nie jestem zadowolona. No i dystans – 7,5 km – więc każdy kto pobiegł na tej nietypowej trasie mógł ustanowić swoją „życiówkę”. Obeszło się też bez czasochłonnego planowania – parking przy kościele, biuro zawodów to stolik przed szkołą, a trasę zabezpieczali strażacy. Mniej więcej o 14 (z naciskiem na mniej więcej) zabrzmiało słowo START i pobiegliśmy. Jeszcze przed biegiem zażartowałam, że przy takiej frekwencji mam szansę przybiec ostatnia. I przez chwilę rzeczywiście biegłam ostatnia! Za plecami słyszałam silnik zamykającego bieg samochodu. Wtedy przez chwilę nie było mi do śmiechu. Biegacze pobiegli jakby to był bieg na 1000 metrów, a nie kilka razy dłuższa trasa. Na szczęście w popołudniowym upale kilku z nich dogoniłam a nawet wyprzedziłam, więc to nie ja zakończyłam pierwszy bieg o Złotych Gwizdek. Pożartować można tylko z oznakowania trasy, bo ta poszczycić się może brakiem atestu. Mój niezawodny zegarek biegowy pokazywał zawsze kilkadziesiąt a nawet kilkaset metrów mniej niż pełny kilometr, choć na mecie wszystko się zgadzało – było 7,5 km. Ani przez moment nie można było się zgubić, strażacy idealnie wskazywali drogę na skrzyżowaniach. Widoki były niezapomniane – czeskie góry w tle, a wokół pola i łąki. W upalny dzień na trasie zorganizowano nawet punkt z wodą, a wody i kubeczków starczyło dla wszystkich co zdarza się nawet w Paryżu, ale już nie zdarza na mniejszych, ale popularnych zawodach w Bielsku-Białej czy Żywcu. Trasę pokonałam właściwie samotnie, a i kibiców policzyć mogę na palcach jednej ręki. Tu i tam wzbudzaliśmy zainteresowanie – kilkudziesięciu biegaczy w krótkich spodenkach zmierzających do mety. Za to na mecie witano mnie gorąco – tym bardziej, że organizator Krzysztof doskonale wiedział, że przyjechaliśmy z Bielska-Białej. Co biegacz dostaje na mecie? Medal – w Pogwizdowie był dyplom, mój pierwszy biegowy. No i posiłek regeneracyjny – o to trzeba było zadbać we własnym zakresie, ale ciasta domowej roboty i konieczność wybierania spośród kilkunastu rodzajów to było wyzwanie! Jaka jest jeszcze zaleta takiej kameralnej, lokalnej imprezy – znajomości. Jednego z biegaczy następnego dnia spotkaliśmy w Mikołowie, Piotra odnalazła Hania, której kilka tygodni wcześniej pomógł wybrać buty biegowe, a pobiegowa rozmowa trwała półtorej godziny. W tym czasie wymienialiśmy się wiedzą o innych ciekawych, choć mniej popularnych zawodach.

I jeszcze o nagrodach! Były puchary dla najszybszych pań i panów i nagrody pieniężne za 1., 2. i 3. miejsce – odpowiednio 300, 200 i 100 zł. I jeszcze jedna – 200 zł za udział w biegu dla wylosowanej osoby. Ciekawostką jest, że z pieniędzy cieszył się biegacz, który o starcie zdecydował na 15 minut przed imprezą. Jak na lokalne wydarzenie, bardzo sympatyczne wyróżnienie.

Nie zmieniajcie się! Dalej organizujcie swoje kameralne imprezy, bez zadęcia i zabiegania o rekordową liczbę uczestników. To miłe być potraktowanym wyjątkowo! Wbiegam na metę, a organizator wywołuje mnie z imienia i nazwiska. To przecież ja, Joanna Kurek właśnie skończyłam drugie okrążenie. Zresztą nie tylko mnie powitano tak w Mikołowie.

Zupełnym przypadkiem, tydzień wcześniej dowiedzieliśmy się o cyklu Grand Prix Biegatonu Cztery Pory Roku, który odbywa się w Mikołowie. Na zimowej edycji nie byliśmy, ale wiosenną zaliczyliśmy i jak terminy pozwolą to nie będzie nasz ostatni udział. Najpierw oglądamy trasę. To 7-kilometrowa trasa w lesie. Super! Można pobiec na czas dwie pętle, albo wybrać wariant „na dystans”. Jedna, dwie albo trzy pętle – a decyzję podejmujemy w trakcie biegu. Brzmi jeszcze lepiej. To jeszcze tradycyjnie sprawdzamy warunki rejestracji i opłaty. Zgłosić możemy się do 15 minut przed startem, a są także opłaty rodzinne – w sumie pobiegniemy za 25 zł. W cenie mamy elektroniczny pomiar czasu, wodę w dwóch miejscach na trasie i posiłek po zakończonym biegu. No to jedziemy! I znowu nie mamy żadnych problemów z miejscem do parkowania – spora łąka mieści kilkadziesiąt aut. Rejestracja przebiega sprawnie, nie ma kolejki do toalety (dwa toitoie),  a na starcie ewidentnie stanęła grupa znajomych. Pierwszą pętlę biegnę jeszcze w towarzystwie biegaczy – przede mną kilka osób, za mną też słychać charakterystyczne tupanie. Ale na drugą wbiegam już zupełnie sama. Przede mną nikogo. Biegnę przez las w zupełnej ciszy. Nie ma biegaczy, nie ma też kibiców. Za to dobrze oznakowana trasa, bo z pierwszej pętli niewiele zapamiętałam. Wygodnie biegłam za kimś. Przy wodopoju nie walczę o kubeczek, sympatyczna dziewczyna zagrzewa mnie do dalszego biegu, a na mecie spiker wita właśnie mnie! Regeneracja po biegu też wyjątkowa – ognisko, wokół leżaki, a jedzenie trzeba sobie zrobić samemu. Czyli pieczemy kiełbaski 🙂

Bieganie, odkąd biegam, stało się bardzo popularne i modne. A jak popularne i modne, to także nie najtańsze. Bo niby wystarczą buty i sportowy strój, ale już imprezy biegowe to stały wydatek w budżecie. Żeby nie przepłacać, prowadzimy specjalne zestawienie, gdzie notujemy interesujące nas zawody, terminy zapisów i opłaty, tak by płacić zawsze najniższe wpisowe. Tu kilkadziesiąt złotych, tam kilkadziesiąt, innym razem sto i zbiera się całkiem spora kwota. Im późniejsza rejestracja tym drożej. A można w ogóle się nie załapać, bo pakiety startowe sprzedadzą się lepiej niż ciepłe bułeczki. Przeliczniki mamy dwa – czas biegu powinien być dłuższy niż droga na zawody (lot do Paryża trwał krócej niż mój bieg) i jeszcze wpisowe podzielone przez liczbę kilometrów (np. 50 zł za ok. 6 km biegu to w mojej opinii za dużo). W tym bieganiu w zawodach rzadko więc jest miejsce na spontaniczność. Dziś informacja o fajnym biegu – jutro start. Czerwcowy weekend pokazał, że to możliwe.

Spontaniczność i walka z rutyną. Nawet jeśli nie ścigam się na czas, nie marzę o poprawie wyników, takie zawody to walka z rutyną. W ciągu 5 lat przebiegłam już wszystkie uliczki w okolicy miejsca, gdzie mieszkam. W Cieszynie, Pogwizdowie i Mikołowie poznałam właśnie nowe trasy biegowe.

Podzielcie się ze mną swoimi sprawdzonymi, lokalnym biegami, za niewygórowane pieniądze, z ciekawymi nazwami i sympatycznymi organizatorami. Napiszcie, a ja wpiszę je do swojego kalendarza!