Biegam lokalnie

Bez skomplikowanej logistyki, tygodni przygotowań i bez tłumu kibiców, a nawet bez medalu na mecie… a jednak z radością i satysfakcją z ukończonego biegu. Biegu szczególnego, bo lokalnego i bardzo kameralnego. Rozejrzyjcie się dobrze wokół siebie, a może się okazać, że takich lokalnych imprez nie brakuje. A zalet mają całkiem sporo.

Zacznijmy od porównania. Najliczniejszy bieg w jakim wystartowałam to Maraton w Paryżu w 2015 roku – ponad 40 tysięcy zawodników, losowanie miejsc rok wcześniej, 98 euro opłaty startowej, samolot, noclegi… Uff… Było pięknie, niepowtarzalnie i to był bieg marzeń, jedyny taki start w życiu, niepowtarzalny. Każdy wspinacz ma swój Everest, każdy biegacz ma swój Boston 😉

Ale czas docenić lokalne imprezy. I tak właśnie lokalnie postanowiliśmy spędzić czerwcowy weekend. Rano jedziemy z Piotrem do Cieszyna na Parkrun. Idea znana jest na całym świecie – dwanaście państw a w niektórych nawet kilkadziesiąt miejsc.  W Polsce można przebiec dystans 5 km aż w 35 lokalizacjach. Idea jest prosta – biegacze pracują jako wolontariusze na rzecz innych biegaczy. Trzeba zalogować się na stronie i wydrukować swój kod kreskowy. Z tym kodem można biegać na całym świecie, rejestrować wyniki i obserwować postępy. Albo zwyczajnie dobrze się bawić. Bieg jest bezpłatny. Cieszyński Parkrun jest wyjątkowy. To jedyny bieg, podczas którego biegnie się w dwóch państwach – w Polsce i w Czechach, dwukrotnie przekraczając granicę na Olzie! Stąd w Cieszynie nie brakuje biegaczy z Czeskiego Cieszyna. Odbyło się już 113 edycji, a w kwietniu 2015 roku biegacze wspólnie świętowali drugie urodziny przy imponującym torcie. Wtedy też, w tym wyjątkowym dniu na trasie było znacznie więcej miłośników biegania. A w ubiegłym roku, we wrześniu w Gdańsku, dorzuciłam swoją cegiełkę – a raczej parę nóg – do ustanowienia nowego rekordu liczby uczestników. W Parku Reagana pobiegło 269 osób i to już całkiem spora grupa. Zwykle jednak nad Olzą spotyka się kilkadziesiąt osób.

Tylu biegaczy ile w rekordowym Gdańsku, nie było jednak na pierwszym biegu, zorganizowanym zaledwie 10 km od Cieszyna. Ale zacznijmy od ciekawych nazw. A Złote Gacie, o Złote Gumiaki  czy o Złoty Gwizdek… Organizatorzy lokalnych imprez biegowych prześcigają się w wymyślaniu zabawnych tytułów. Bo czy obok wspomnianego już medalu z Paryża można powiesić choćby symboliczne gacie? Zresztą jeden z moich ulubionych medali to najprawdziwszy dzwonek w kształcie czapki Mikołaja, przywieziony z półmaraton w Toruniu. Wyróżnić się to droga do sukcesu. Kiedy więc okazało się, że jednego dnia możemy pobiec aż dwa razy – rano Parkrun, a po południu o Złoty Gwizdek – nie wahaliśmy się. I tu miła niespodzianka. Nasze wpisowe wyniosło 0 zł – słownie: zero złotych. Biegliście kiedyś z nieprzypadkowym numerem startowym? Dzięki przemiłej korespondencji z organizatorem Parkrun Cieszyn – Krzysztofem Szubarskim mieliśmy zarezerwowane nasze szczęśliwe liczby. Ja – 13, a Piotr – 19. W upalne popołudnie na starcie stanęło 68 osób.

Jakie są zalety takiej lokalnej imprezy? Niskie wpisowe, a nawet jego brak. Żadnej walki o miejsce na liście startowej. My odebraliśmy swoje numery w sobotę rano, ale zapisy zamknięto kwadrans przed startem. Wiem jednak, że gdyby byli chętni nawet pięć minut przed biegiem to też by pobiegli. Pakiet startowy – skromny – tylko numer i to nawet bez chipa (pomiar czasu owszem był – przy tej liczbie biegaczy wystarczył stoper). Żadnych ulotek, kolejnej torby na buty czy koszulki nie najlepszej jakości. Nie mam nic do koszulek z zawodów – w kilku biegam z przyjemnością. Częściej są to jednak koszulki, których do biegania nie używam i tylko zalegają w szafie – wolałabym zapłacić mniej niż mieć kolejną koszulkę, z której nie jestem zadowolona. No i dystans – 7,5 km – więc każdy kto pobiegł na tej nietypowej trasie mógł ustanowić swoją „życiówkę”. Obeszło się też bez czasochłonnego planowania – parking przy kościele, biuro zawodów to stolik przed szkołą, a trasę zabezpieczali strażacy. Mniej więcej o 14 (z naciskiem na mniej więcej) zabrzmiało słowo START i pobiegliśmy. Jeszcze przed biegiem zażartowałam, że przy takiej frekwencji mam szansę przybiec ostatnia. I przez chwilę rzeczywiście biegłam ostatnia! Za plecami słyszałam silnik zamykającego bieg samochodu. Wtedy przez chwilę nie było mi do śmiechu. Biegacze pobiegli jakby to był bieg na 1000 metrów, a nie kilka razy dłuższa trasa. Na szczęście w popołudniowym upale kilku z nich dogoniłam a nawet wyprzedziłam, więc to nie ja zakończyłam pierwszy bieg o Złotych Gwizdek. Pożartować można tylko z oznakowania trasy, bo ta poszczycić się może brakiem atestu. Mój niezawodny zegarek biegowy pokazywał zawsze kilkadziesiąt a nawet kilkaset metrów mniej niż pełny kilometr, choć na mecie wszystko się zgadzało – było 7,5 km. Ani przez moment nie można było się zgubić, strażacy idealnie wskazywali drogę na skrzyżowaniach. Widoki były niezapomniane – czeskie góry w tle, a wokół pola i łąki. W upalny dzień na trasie zorganizowano nawet punkt z wodą, a wody i kubeczków starczyło dla wszystkich co zdarza się nawet w Paryżu, ale już nie zdarza na mniejszych, ale popularnych zawodach w Bielsku-Białej czy Żywcu. Trasę pokonałam właściwie samotnie, a i kibiców policzyć mogę na palcach jednej ręki. Tu i tam wzbudzaliśmy zainteresowanie – kilkudziesięciu biegaczy w krótkich spodenkach zmierzających do mety. Za to na mecie witano mnie gorąco – tym bardziej, że organizator Krzysztof doskonale wiedział, że przyjechaliśmy z Bielska-Białej. Co biegacz dostaje na mecie? Medal – w Pogwizdowie był dyplom, mój pierwszy biegowy. No i posiłek regeneracyjny – o to trzeba było zadbać we własnym zakresie, ale ciasta domowej roboty i konieczność wybierania spośród kilkunastu rodzajów to było wyzwanie! Jaka jest jeszcze zaleta takiej kameralnej, lokalnej imprezy – znajomości. Jednego z biegaczy następnego dnia spotkaliśmy w Mikołowie, Piotra odnalazła Hania, której kilka tygodni wcześniej pomógł wybrać buty biegowe, a pobiegowa rozmowa trwała półtorej godziny. W tym czasie wymienialiśmy się wiedzą o innych ciekawych, choć mniej popularnych zawodach.

I jeszcze o nagrodach! Były puchary dla najszybszych pań i panów i nagrody pieniężne za 1., 2. i 3. miejsce – odpowiednio 300, 200 i 100 zł. I jeszcze jedna – 200 zł za udział w biegu dla wylosowanej osoby. Ciekawostką jest, że z pieniędzy cieszył się biegacz, który o starcie zdecydował na 15 minut przed imprezą. Jak na lokalne wydarzenie, bardzo sympatyczne wyróżnienie.

Nie zmieniajcie się! Dalej organizujcie swoje kameralne imprezy, bez zadęcia i zabiegania o rekordową liczbę uczestników. To miłe być potraktowanym wyjątkowo! Wbiegam na metę, a organizator wywołuje mnie z imienia i nazwiska. To przecież ja, Joanna Kurek właśnie skończyłam drugie okrążenie. Zresztą nie tylko mnie powitano tak w Mikołowie.

Zupełnym przypadkiem, tydzień wcześniej dowiedzieliśmy się o cyklu Grand Prix Biegatonu Cztery Pory Roku, który odbywa się w Mikołowie. Na zimowej edycji nie byliśmy, ale wiosenną zaliczyliśmy i jak terminy pozwolą to nie będzie nasz ostatni udział. Najpierw oglądamy trasę. To 7-kilometrowa trasa w lesie. Super! Można pobiec na czas dwie pętle, albo wybrać wariant „na dystans”. Jedna, dwie albo trzy pętle – a decyzję podejmujemy w trakcie biegu. Brzmi jeszcze lepiej. To jeszcze tradycyjnie sprawdzamy warunki rejestracji i opłaty. Zgłosić możemy się do 15 minut przed startem, a są także opłaty rodzinne – w sumie pobiegniemy za 25 zł. W cenie mamy elektroniczny pomiar czasu, wodę w dwóch miejscach na trasie i posiłek po zakończonym biegu. No to jedziemy! I znowu nie mamy żadnych problemów z miejscem do parkowania – spora łąka mieści kilkadziesiąt aut. Rejestracja przebiega sprawnie, nie ma kolejki do toalety (dwa toitoie),  a na starcie ewidentnie stanęła grupa znajomych. Pierwszą pętlę biegnę jeszcze w towarzystwie biegaczy – przede mną kilka osób, za mną też słychać charakterystyczne tupanie. Ale na drugą wbiegam już zupełnie sama. Przede mną nikogo. Biegnę przez las w zupełnej ciszy. Nie ma biegaczy, nie ma też kibiców. Za to dobrze oznakowana trasa, bo z pierwszej pętli niewiele zapamiętałam. Wygodnie biegłam za kimś. Przy wodopoju nie walczę o kubeczek, sympatyczna dziewczyna zagrzewa mnie do dalszego biegu, a na mecie spiker wita właśnie mnie! Regeneracja po biegu też wyjątkowa – ognisko, wokół leżaki, a jedzenie trzeba sobie zrobić samemu. Czyli pieczemy kiełbaski 🙂

Bieganie, odkąd biegam, stało się bardzo popularne i modne. A jak popularne i modne, to także nie najtańsze. Bo niby wystarczą buty i sportowy strój, ale już imprezy biegowe to stały wydatek w budżecie. Żeby nie przepłacać, prowadzimy specjalne zestawienie, gdzie notujemy interesujące nas zawody, terminy zapisów i opłaty, tak by płacić zawsze najniższe wpisowe. Tu kilkadziesiąt złotych, tam kilkadziesiąt, innym razem sto i zbiera się całkiem spora kwota. Im późniejsza rejestracja tym drożej. A można w ogóle się nie załapać, bo pakiety startowe sprzedadzą się lepiej niż ciepłe bułeczki. Przeliczniki mamy dwa – czas biegu powinien być dłuższy niż droga na zawody (lot do Paryża trwał krócej niż mój bieg) i jeszcze wpisowe podzielone przez liczbę kilometrów (np. 50 zł za ok. 6 km biegu to w mojej opinii za dużo). W tym bieganiu w zawodach rzadko więc jest miejsce na spontaniczność. Dziś informacja o fajnym biegu – jutro start. Czerwcowy weekend pokazał, że to możliwe.

Spontaniczność i walka z rutyną. Nawet jeśli nie ścigam się na czas, nie marzę o poprawie wyników, takie zawody to walka z rutyną. W ciągu 5 lat przebiegłam już wszystkie uliczki w okolicy miejsca, gdzie mieszkam. W Cieszynie, Pogwizdowie i Mikołowie poznałam właśnie nowe trasy biegowe.

Podzielcie się ze mną swoimi sprawdzonymi, lokalnym biegami, za niewygórowane pieniądze, z ciekawymi nazwami i sympatycznymi organizatorami. Napiszcie, a ja wpiszę je do swojego kalendarza!

Reklamy

One thought on “Biegam lokalnie

  1. Pingback: We are not robots | Piotr Stanek o bieganiu

Podziel się swoimi wrażeniami

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: