Ciągnie wilka w las

Myślałam, że to jednorazowe. Ot, zamiast biegać po okolicznych drogach i chodnikach, zawiozłam się pod Dębowiec i pobiegłam w las. I jak w domu nie chciało mi się włożyć butów biegowych, tak po kilkuset metrach w lesie, śmiałam się od ucha do ucha. No dobrze – śmiałam się po wbiegnięciu na Dębowiec. Kilka dni później, w niedzielny poranek pakowałam mój mały biegowy plecaczek. Batonik, woda i w drogę do Cygańskiego Lasu. A stamtąd – Kozia Górka, Przełęcz Kołowrót, Klimczok, Szyndzielnia, Dębowiec i znowu Cygański Las. Trzy godziny, kilku biegaczy na trasie, a od Szyndzielni całkiem sporo niedzielnych turystów. I co – trzy godziny marszo-biegu (pod górkę maszeruję!) i wracam uszczęśliwiona z 22 km na liczniku. W ostatni czwartek to samo – znowu parkuję pod Dębowcem. Choć biegnie mi się zdecydowanie ciężko, trzy razy planuję skrócić bieg, żółwię się, to jednak pokonuję swoje 12 km i 300 m w górę. Jutro mam zrobić długie. Rany, tylko nie asfalt – myślę – i wygląda na to, że jutro pobiegnę na Leskowiec (jakby ktoś chciał to zabieram z B-B o 8.30, tylko proszę mnie nie zgubić na trasie!).*

Żeby było – żaden ze mnie górski biegacz! Raz na czas, odkurzam moje ukochane Saucony, pakuję plecaczek i biegnę, maszeruję, biegnę. Ale ostatnio jakoś bardziej i częściej cierpię na asfaltowstręt.  Pierwszy moje górskie zawody – dwa lata temu w Krynicy. Zdjęcie z nich, to jedno z moich ulubionych. Poza tym w górskich biegach nie biegam (żadne tam zawody na Babią czy Pilsko), a to, że jestem na liście startowej Gorce Ultra Trail to wypadek przy pracy i moja zuchwałość. O czym pisałam tutaj KLIK

Do tego wszystkiego jestem szczęściarą – gdybyście szukali lokalnej patriotki to większej w okolicy nie ma. Kocham moje miasto. Gdzie się nie obejrzę – góry. Jak zamknę drzwi na klucz to marszem na Klimczok mam 2,5 godziny. Zanim zaczęłam biegać to w listopadowe dni chodziłam do schroniska na grzane piwo. Wiem – inni idą do sklepu, a ja do schroniska. Pod Dębowiec mam 3 km, do Cygańskiego Lasu skąd blisko na Kozią Górkę też 3 km. Na Błatnią jak idę, to na spacer, a nie na górską wycieczkę. Z drugiej strony mam Magurkę i Czupel albo Hrobaczą Łąkę – też spacerowo.

Jak biegam ulicami to też mam górki. Wierzcie albo nie, ale jak trzy lata temu pojechałam do Gdańska i zaczęłam biegać po Parku Reagana to zrozumiałam co znaczy płaskie wybieganie. I jak biegnę od molo w Gdańsku Brzeźnie do Sopotu i z powrotem, to moim zdaniem w obie strony jest z górki. Taki paradoks.

Co się zatem dzieje? Nuda? – za miesiąc biegaczka skończy 5 lat. Rutyna? – trochę tak. Moje miasto wymierzyłam już własnymi stopami wzdłuż i wszerz. A w lesie zawsze coś się dzieje. A to sarny wypłoszę, a to dzik mnie wystraszy, a to zając biegnie przede mną jak w kreskówce, albo sowa cicho przeleci nad głową jak w ostatni czwartek. Czasem to ja łapię zająca i kończy się niemiłym czyszczeniem ran, jak rok temu po biegu na Leskowiec, na który w końcu nie dobiegłam. Przypomnę – żaden ze mnie górski biegacz. Moje Saucony mają szansę towarzyszyć mi jeszcze kilka sezonów. Na Chudym Wawrzyńcu też mnie nie spotkacie, a połoniny kocham ale we wrześniu.

Na asfalcie zaczynam się nudzić. Przed laty, w końcu znudziła mnie siłowania – choć biegałam na orbitreku 4 razy w tygodniu po godzinie. Lubię pływać – ale nie w basenie! Nie dam rady od ściany do ściany. W Chorwacji do sąsiedniej wsi popłynę za to chętnie – choć znowu, żaden ze mnie pływak, a już z techniką jestem pewnie mocno na bakier. Bieganie na stadionie – brrr… Wszystko to przerobiłam na własnej skórze. Czy to znaczy, że za chwilę znudzi mi się bieganie? Tego nie chcę. Bez biegania jestem nie do zniesienia. Może jednak wystarczą nowe trasy. Tylko jakie? Jak macie pomysł – to podpowiedzcie.

Górski biegacz ze mnie nie wyroście, ultras tym bardziej. Ale moje bieganie wzięło się z chodzenia po górach. Gdybym w 2011 r. nie przeszła GR20 na Korsyce to może nigdy nie włożyłabym biegowych butów. Z górami związane są wszystkie poprzednie lata. Beskidy, Tatry, Bieszczady, Czarnohora, Alpy Julijskie i Wysokie Taury. Na 30. urodziny wymarzyłam sobie Grossvenediger  (KLIK), na 40. chciałam pojechać w Himalaje, choć teraz chodzi mi po głowie powrót na Aconcaguę. Był Grossglockner, Mount Blanc i jeszcze Elbrus. Były nawet zbyt śmiałe plany. A później… Beskid Niski. Ale wciąż ciągnie mnie w las i w góry. Dlatego jutro zamiast uklepywać asfalt w moich mieście pobiegam po szlakach górskich w Beskidzie Małym.*

*Nie pojechałam w Beskid Mały. Wyszedł ze mnie leń – zwyczajnie nie chciało mi się wsiadać do auta. I ten leń pobiegał 20 km. A jakże las był – ten w Wapienicy. Cała trasa TUTAJ

Reklamy