Wpadłam w Trójkąt Bermudzki

Wyszła ze mnie wieś. Słoma mi z butów wystaje i wcale nie dlatego, że mam na nogach szmaciaki à la espadryle. Wyszła ze mnie wieś, choć całe swoje życie mieszkałam w blokowisku. W niedzielne południe obchodzę zielony domek z każdej strony. Pogoda piękna więc robię ostatnie zdjęcia. Jeszcze z tej stroni i jeszcze z tej. Trudno się rozstać z wsią. Na tej i jeszcze innej spędziłam dwa tygodnie wakacji. Wystarczyło otworzyć drzwi i już można było biegać po trawie. Teraz marzy mi się taki własny trawnik, a czas ruszać w drogę do domu. Do mojego blokowiska. Opuszczam Dzikie Roztocze, ale już zaczynam myśleć o powrocie. Trzeba tylko znaleźć dobry termin. Wpadłam w to Roztocze po uszy, tak jak sześć dni wcześniej wpadłam w Trójkąt Bermudzki.

Do Oleszyc wszystko szło zgodnie z planem. Droga do Krakowa, potem autostrada i zjazd na Oleszyce. Tam wysadzałam pasażerkę z blablacar. Potem wpisałam cel – Dzikie Roztocze – w Google Maps, zerknęłam na notatki, przygotowane wcześniej i z radością stwierdziłam, że za godzinę będę w „moim” zielonym domku. (O tym jak go znalazłam przeczytacie TUTAJ.)

60 km do celu, 50 km do celu, 30 km do celu… jeszcze przy 20 wszystko było ok… a potem znowu 30 i wciąż 30… a przecież jadę zgodnie z kierunkiem, nigdzie nie skręciłam i jestem coraz bliżej… a jednak coraz dalej. Od kilkunastu minut mam wrażenie, że nie mogę trafić. Na dodatek nie mogę zadzwonić, ot – tu nie ma zasięgu. Ale las wokół mnie piękny. Tylko ja szukam drogi, a jestem już wilczo głodna i spragniona odpoczynku. W końcu jest zasięg, zjeżdżam na pobocze i dowiaduję się, że mam wrócić, po 7 km wjechać w las, a stamtąd już blisko. Dokładnie 3 km leśną, szeroką drogą – wiem, bo zmierzyłam podczas moich biegów.

Szybko zagospodarowuję moją życiową przestrzeń na kilka dni – nie lubię poczucia tymczasowości. I właściwie mogłabym tu zostać. Pyszne jedzenie na stole, widok na kawałek własnego ogródka, z drugiego okna na brzozy, przed domem husky (szkoda, że nie pobiegamy, ale swoje już wybiegał przez 14 lat życia). Telefon na nic mi się tu nie przyda – moja sieć nie ma zasięgu, a jak mam spokój i oduczam się zerkania na telefon. Kto chce wie jak mnie znaleźć, inny przejaw cywilizacji – wifi – działa super. Rozkładam mapę i szybko wybieram trasę na dzisiaj. Do zachodu słońca zostało kilka godzin, a tu tyle do zobaczenia.

Sześć dni minęło szybko, za szybko nawet. W niedzielę ostatnie biegnie w roztoczańskim lesie. W sobotni poranek też pognało mnie do lasu, choć nogi czuły już ponad 100 km pokonanych w kilka dni, a poprzedni tydzień też był bardzo aktywny. Ale co tam, mam dwa powody. Jeden to bicie rekordu frekwencji podczas dzisiejszego Parkrun w Cieszynie. Nie mogę tam być, więc pobiegnę dwa Parkruny tu, gdzie jestem. Drugi – w sobotę zgodnie z prognozą ma padać, a tu od rana błękitne niebo i świeci słońce. Żal nie skorzystać. Więc skorzystałam. Prognoza była jednak prawdziwa, trzy godziny później nadciągnęły chmury i zaczęło padać. Uruchomiłam więc plan awaryjny na deszczowy dzień – wyjazd do Zamościa (30 km od Starej Huty). Zabytki, rynek, ratusz, twierdza… oooo Galeria Handlowa Twierdza! A w niej kilka moich ulubionych sklepów. Niedaleko kino, a tam tania rozrywka czyli „Bridget Jones 3”. Po dwóch tygodniach zakupowej abstynencji i cywilizacyjnego głodu, mam w końcu prawo do małego shoppingu – myślę. Po dwóch godzinach oglądania kamienic zza chmur wyjrzało słońce, a ja pobiegłam na parking. Wracam na moją wieś, wolę popołudnie w ogródku niż jakieś tam zakupy! Zresztą – jak ja wyglądam! Znoszone spodnie, koloru zielonego, wprost z second handu, podarowane mi przez moją przyjaciółkę Ewę (Ewcia, uwielbiam je, będę je nosić aż wytrą się dziury, a może i z dziurami dadzą radę!), polarowa bluza, pomarańczowe skarpetki biegowe (ciepło mi w nich w stopy, a że kolor mało wyjściowy…) i szmaciane tenisówki. W takim stroju lepiej wyglądam na wsi niż w jakiejś galerii handlowej. I tak od kilku dni nie wyjęłam mojej karty ani portfela! Żadnych zakupów, dosłownie nic. Bynajmniej, nie umieram z głodu – o to dba gospodyni czyli Jaga. Ech, powiem Wam, że mieszkanie tu dłużej grozi przybieraniem na wadze. Owsianki, kasze, domowe dżemy i powidła, omlety, jajecznice, zapiekane cukinie, pierogi ze śliwkami, zupy kremowe…

Poszalałam. Ale postanowiłam sobie zrobić także wakacje od codziennej logistyki, wiecie – planowania posiłków, zakupów, przygotowywania i gotowania. Jedyne co musiałam, to umówić się na śniadanie i obiadokolację. I być odpowiednio głodną, by zjeść. Ale miało być o Roztoczu, a ja o lenistwie i rozkoszach podniebienia.

Właściwie mogłabym nie pisać o Roztoczu, tylko powiedzieć – jedźcie. Jedźcie jeśli kochacie lasy, ciszę i spokój, a także sporą dawkę samotności. Może w szczycie sezonu jest inaczej, ale ja przez wiele godzin wędrowania i biegania byłam zupełnie sama w lesie. Momentami czułam się dość dziwnie. Poniżej kilka tras, które można powtórzyć i miejsc do odwiedzenia, ale jak macie swoje ulubione miejsca na Roztoczu, to podzielcie się w komentarzach.

Na pierwszy dzień wybrałam trasę, która rozpoczyna się tuż za domem. Zielonym i niebieskim szlakiem do wsi Lasowce (Lasowe), a stamtąd już tylko zielonym do wsi Bondyrz. Wpadam w zachwyt już na pierwszych metrach. Piaszczysta droga w lesie i wyniosłe jodły wokół mnie. Równe, niemal idealne. Niemal za każdym zakrętem mam wrażenie, że usłyszę szum morskich fal. Tak wielkie mam poczucie, że jestem na wydmach. I gdy dzielę się swoimi skojarzeniami z Piotrem, w drodze powrotnej do Starej Huty, dostrzegam, że coś mi się pomieszało. Teraz jestem w bukowym lesie przecież! Ale za bukowym jest znowu iglasty! To cecha charakterystyczna Roztocza – buczyna karpacka i bór jodłowy. Do domu wracam trochę na około, skręcam jeszcze w ścieżkę przyrodniczą oznaczoną czerwonymi trójkątami. Jednak gdzieś po drodze gubię jednak czerwone trójkąty albo ścieżka już zarosła, do kolejnych znaków drogę pokonuję więc trzymając się kierunku i ufając swojej intuicji. Ważne, że trafiłam.

Kolejny dzień pobytu zaczynam 11-kilometrowym wybieganiem, trochę przez las, trochę drogą, trochę wiejskimi ścieżkami. Dwa psy nie wytrzymują na mój widok, trzeba sięgnąć po straszaka. Druga część dnia to zaplanowana wędrówka do Zwierzyńca i powrót najpierw przez Rezerwat Bukowa Góra ścieżką dydaktyczną, a dalej czerwonym szlakiem (krawędziowym) do osady Florianka. Uwaga – nie można się tu dostać samochodem, pozostaje siła własnych mięśni. A warto!

Florianka trafia na moją listę urokliwych miejsc. Przestrzeń, pola i łąki, widoki i zieleń. Dziś mieści się tu Ośrodek Hodowli Zachowawczej Konika Polskiego, niestety koników nie ma teraz na wybiegu, ale ja jeszcze tu wrócę. Korygując plany – bo i godzina i kilometry do przebycia pokazują, że mogę nie zdążyć przed zmierzchem, zamiast szlaku pieszego wybieram rowerowy. Bajeczny! Wschodni Szlak Rowerowy Green Velo, opisywany jako najpiękniejsza trasa rowerowa Polski. Przez las, aleją wśród klonów i jaworów, za zającem, który jak w kreskówce biegnie sobie przede mną. Jeszcze tylko kawałek asfaltu i znowu trafiam na zielony szlak, który zaprowadzi mnie pod drzwi. Na ostatniej górce oglądam jeszcze przepiękny zachód słońca nad Roztoczem, w dole na polu złocą się dynie… ech, znowu nie doceniałam przez lata urody takich miejsc z dala od gór. Na liczniku kolejne 34 km więc padam ze zmęczenia. Czas odpocząć.

Zwierzyniec, Krasnobród, Szczebrzeszyn – to miasteczka, przez które przejdziecie włócząc się po Roztoczu. Budynki zarządu Ordynacji Zamojskiej, stawy i alejki, świerszcze, a nawet borowina – to kilka atrakcji tych miejsc.

W Krasnobrodzie przyciąga Rezerwat św. Rocha i kapliczka położona w uroczysku. Moim prywatnym odkryciem jest jednak Rezerwat Szum między Góreckiem Starym a Kościelnym. Z opisu w przewodniku i z zaznaczonej na mapie niezbyt długiej trasy, nic nie zapowiada aż takich wrażeń. Znakowana niebieskimi trójkątami ścieżka przyrodnicza, ok. 2 km długości, a lepiej przeznaczyć na jej przejście kilkadziesiąt minut. Co zakręt to zachwyt. Małe wodospady, strome brzegi nad potokiem, dziki las, a na końcu tama, która tworzy imponujący zbiornik wodny w środku lasu. Do tego spaceru dorzucam jeszcze wędrówkę czerwonym szlakiem w kierunku Kaplicy na wodzie i zielonym szlakiem, a później ścieżką w lesie wracam do rezerwatu i na parking. Piękne miejsce. Nie przegapcie go podczas wizyty na Roztoczu.

A w Szczebrzeszynie poszukajcie obu świerszczy – tego na Rynku i tego drewnianego stojącego nieco na uboczu. Wąwozy lessowe, do których strzałka kieruje znienacka po wędrówce przez pola i łąki, to jak zejście do innego świata. Po kilkuset metrach ścieżka zamienia się w całkiem wygodny szlak, mam wrażenie ukryty przed ludźmi. Jest słoneczny dzień, ale tu wędruje się w półmroku, niczym po labiryncie.

I tyle. Tyle zdążyłam zobaczyć. Na koniec pobiegłam jeszcze do Florianki i dalej do Stawów Echo i z powrotem. Tym razem koniki pasły się na łące i z zainteresowaniem patrzyły na biegaczkę. Jeszcze tu wrócę – na tę piętnastokilometrową trasę. I na Roztocze. A potem pojadę dalej na Polesie, nad Biebrzę i na Mazury, wracając odwiedzę Bory Tucholskie. Taki mam plan. Tylu miejsce jeszcze nie widziałam!

 

Reklamy

21 lat później…

Przeskakuję z kamienia na kamień. Pokonuję ostatnie metry niebieskiego szlaku. Już ją widziałam z góry, ale za chwilę znowu stanę na progu. Za chwilę. Bo przecież od ostatniego pobytu minęła zaledwie chwila. Chwila… liczę i liczę i nic innego mi nie wychodzi. Ta chwila to … 21 lat. Niemożliwe! Liczę jeszcze raz i inaczej być nie chce. Byłam tu pierwszy i ostatni raz rok przed maturą czyli z dużym prawdopodobieństwem jesienią 1995 roku. A mamy 2016, też prawie jesień. Ja tych 21 lat nie czuję, wręcz przeciwnie docieram tu szybciej niż wtedy, droga do Strzechy Akademickiej to rzut beretem, a ja śmigam po kolejnych górkach.

Samotnia, bo o niej mowa, czyli jedno z najstarszych i najpiękniej położonych schronisk w Karkonoszach. Gdzieś zaginęło w moich pudłach zdjęcie schroniska położonego nad Małym Stawem. Ale ja pamiętam – wczesny poranek, ciepłe światło i jesienne kolory. Spędziłam tam jedną noc, ale wiele lat później gdy na FB rozegrała się akcja „Ratujmy Samotnię” bez wahania podpisałam się pod petycją w obronie schroniska i jej dotychczasowych, wieloletnich gospodarzy.

Tyle zostało mi wspomnień z tamtego pierwszego i jedynego pobytu w Karkonoszach. Owszem, byłam wtedy na Śnieżce, widziałam świątynię wikingów Wang i jeszcze jakieś sztolnie (prawdopodobnie w Kowarach). Pamiętałam jeszcze charakterystyczne formy skalne. I tyle. I znowu przez lata nie było mi tam po drodze. 350 km to na krótki wypad stanowczo za daleko, nawet jeśli mam do dyspozycji wygodną autostradę. Jak to się stało, że tym razem prawie jesienny urlop spędzam w Karkonoszach? Ano miała być Grecja, ale jakoś wyprzedał się nasz hotel. Innego nie chciało mi się szukać. Na hasło klimatyczna agroturystyka Google proponuje mi śliczny obiekt z widokiem na górę i ruiny Zamku Chojnik. Niestety nie ma wolnego pokoju. Powiększam mapę i oglądam kolejne zdjęcia. Tak trafiam na Szczęsnowo, gdzie szczęśliwie wszystko się układa – termin, lokalizacja, cena i mili gospodarze. A szlaki zaczynają się zaraz za płotem więc jedziemy!

Pierwszego dnia poznajemy okolicę. Najbliżej mamy na Zamek Chojnik. Główna atrakcja okolicy zaliczona, mnie nie pasuje tłum ludzi, ale w końcu jest sobota i piękna pogoda… Wystarczy jednak skręcić na zielony szlak w kierunku Jagniątkowa, by rozkoszować się ciszą i spokojem. Tutaj nie ma już nikogo. Odkrywamy kolejne ścieżki, trasy rowerowe i drogi leśne, całość tworzy gęstą sieć, którą zamierzam wykorzystać do biegania. Cudowne miejsce! Wieczorem „wczytuję” mapę we własną pamięć, żeby na niedzielnym bieganiu się nie pogubić (i tak się pogubiłam, ale do domu trafiłam po 17 km). Piotr ma ambitny cel – będzie biegł na Przełęcz Karkonoską (1198 m npm) – znaną także z najcięższego podjazdu kolarskiego z Podgórzyna. Kilka dni później schodzimy tą drogą. Mam dość, a właściwie dość mają moje kolana – tego asfaltu i nachylenia. Piotrek kilka razy ogląda się za siebie, coraz bardziej dumny, że wbiegł na tę Przełęcz. Mijamy rowerzystę. Pnie się powoli do góry, do mnie docierają mruczane pod nosem przekleństwa. Kilka minut później znowu nas mija. Tym razem gna w dół na łeb na szyję. Z jaką prędkością zjeżdżał z tej górki – zastanawiam się, ale chyba wcale nie potrzebuję znać odpowiedzi. Jakimś cudem minął się bezpiecznie z podjeżdżającym na górę samochodem straży granicznej.

W trakcie tego ponad tygodniowego pobytu oczywiście zobaczyliśmy to co w Karkonoszach NAJ. Najwyższe – Śnieżkę, najbardziej spektakularne – kotły polodowcowe – Śnieżny, Łabski, Łomniczki i Biały Jar, najbardziej strome – droga z Przełęczy Karkonoskiej, najładniejszy wodospad – Kamieńczyka w Szklarskiej Porębie. Tam, tak jak my, spotkacie całkiem sporo turystów. Ale są takie miejsca, gdzie można być zupełnie samemu a wokół jest bajecznie pięknie. Na tej mojej prywatnej liście NAJ jest Sowia Dolina – jedna z najciekawszych i najpiękniejszych w Karkonoszach. My wybraliśmy ją jako mniej typowy wariant zdobycia Śnieżki. Polecam też tzw. Tabaczaną Ścieżkę – zielony szlak na Przełęcz Okraj z wariantem i podejściem do Ponurej Kaskady – to dawna droga przemytnicza w Karkonoszach, a także  zielony szlak z Przełęczy Karkonoskiej do grupy skał Pielgrzymy (najkrótszy, zaledwie 15-minutowy szlak prowadzi od Słoneczników, zielony gwarantuje jednak niezapomnianą wędrówkę przez torfowiska). Warto też zejść do naszych sąsiadów – z Przełęczy pod Śnieżką wybrać niebieski szlak w kierunku schroniska Luční bouda, a stamtąd wrócić do Polski Bursztynową drogą (ta nazwa to rezultat błędnego tłumaczenia). O tym, że w schronisku działa mini browar (otwarty na początku sierpnia przez Prezydenta Republiki Czeskiej Vaclava Klausa) dowiedziałam się już w domu – koniecznie trzeba będzie tam wrócić. Innego dnia schodzimy na czeską stroną z Mokrej Przełęczy. Tym razem dotrzemy do źródeł Łaby, po drodze do czarnego szlaku w kierunku Jagniątkowa mijając aż pięć schronisk (czasem bardziej hoteli górskich na kilkaset miejsc). Odległość między niektórymi to zaledwie kilometr. Degustując piwo w każdym z nich można mieć poważne problemy – zatem stanowczo nie polecam. Polecam natomiast zaopatrzyć się w korony czeskie, bo choć można zapłacić naszą rodzimą walutą to przelicznik jest delikatnie mówiąc nieuczciwy (5 koron to złotówka). Zgodnie z tym przelicznikiem kluchy z borówkami kosztują 27 złotych, a przy obecnym kursie korony powinny 22 zł. Dwa obiady i dwa piwa robią już sporę różnicę, więc tym razem obejdziemy się smakiem. Na szczęście widoki rekompensują straty. Na tej prywatnej liście jest jeszcze najpiękniejszy widok – ze Skalnego Stołu (niebieski szlak z Przełęczy Okraj lub żółtym z osady Budniki).

Zdecydowanie polecam także opuścić główny grzbiet Karkonoszy i zejść w doliny. Tylko wtedy dotrzecie do Wodospadu w Podgórnej, Japońskich Ogrodów, zobaczycie Kaplicę św. Anny na Grabowcu (to specjalnie dla biegaczy – nabierzcie wody w usta z Dobrego Źródła i nie połykając jej, obiegnijcie budynek 7 razy, a zyskacie szczęście w miłości). Moim prywatnym hitem jest jednak wizyta w Bukowcu, gdzie znajduje się zespół parkowo-pałacowy (Park Krajobrazowy w Bukowcu). Następnym razem zabiorę ze sobą buty biegowe, tyle tu dróg i ścieżek między stawami. A i atrakcji nie brakuje – ruiny Opactwa, Świątynia Ateny, wieża widokowa i ruiny zamku, Krąg Druidów.

A w tyle miejsce jeszcze nie dotarliśmy. Kowary, Góry Sokole, Łomnica i Wojanów…

Dotarliśmy i szczerze polecamy coś dla ciała. Czyli Pałac Spiż w Miłkowie z własnym browarem (próbowaliśmy karmelowego i miodowego piwa) oraz Smażalnia „U Rybaka” w Sosnówce, gdzie przy dobrej pogodzie można usiąść nad stawem i delektować się smakiem dorsza, mintaja i sandacza. Bez dwóch zdań – gdybyśmy mieli bliżej zostalibyśmy stałymi klientami.

A tak zapowiadamy, że jeszcze tam wrócimy. W góry, na rybkę i do sztolni. I do tych wszystkich miejsc, które warto zobaczyć. Karkonosze po 21 latach zaspokoiły moją chęć poznania świata. A tymczasem pędzę pakować plecak. Jutro kierunek Roztocze!

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Moja definicja luksusu

Dawno, dawno temu zobaczyłam zdjęcia z Madery. I zapragnęłam tam być. Pod wpływem impulsu weszłam do pierwszego napotkanego biura podróży i zapytałam o wakacje na tej wiosennej wyspie. Pani zaczęła przygotowywać dla mnie oferty, a ja nieśmiało wymieniałam swoje oczekiwania. Miał być mały hotel, maksymalnie 20 pokoi, jedzenie, widoki… I pokój tylko dla jednej osoby. Z każdym z tych słów jej oczy robiły się większe. Przede mną natomiast leżał katalog, a w nim zdjęcie ogromnego hotelu z basenem. I na dodatek mimo wakacji dla jednej osoby, płacę jak za dwie. Wtedy – dawno, dawno temu – na Maderę nie poleciałam. Tanie linie lotnicze dopiero raczkowały, ale za kilkaset złotych kupiłam wówczas bilet do Lizbony. Z wielkim plecakiem i własnym domem czyli namiotem, spędziłam tam samotnie trzy tygodnie. Było bajecznie!

Moje oczekiwania nie są łatwe do spełnienia. Szczególnie jak sobie coś wymarzę. Ani za duży, ani za mały, z klimatem, ale zadbany i czysty, koniecznie z własną łazienką. I ostatnio coraz częściej z wyżywieniem – najchętniej domową kuchnią, w nieograniczonych ilościach, bo biegacz jeść musi!

Poszukiwanie idealnego miejsca na wakacje to dla mnie wyzwanie, ale i przyjemność. Mam dzięki temu wrażenie, że już tam jestem i odpoczywam, tak na kredyt. Tym sposobem znalazłam miejsce w Karkonoszach – wpatrywałam się w mapę i klikałam na wszystkie agroturystyki. Musiała mieć w sobie „to coś”, bym wysłała maila z zapytaniem. Aż trafiłam na Szczęsnowo. „Kupili  mnie” sadem, stawem, ulami i miodem. Zamiast pisać, złapałam za telefon. Wtedy okazało się, że będziemy mieli do dyspozycji całe mieszkanko (gwarancja spokoju i odpoczynku), a gospodyni piecze chleb na zakwasie. Już się nie mogę doczekać soboty, by zobaczyć „swoje łąki”. Więcej napiszę jak wrócę, a na razie możecie oglądać TUTAJ

Teraz mam jednak do zagospodarowania drugi tydzień urlopu i żadnego konkretnego pomysłu. Szukam, szukam i szukam… nie bardzo wiem czego chcę więc szukanie nie jest łatwe.

Postanowiłam więc poprosić w tym szukaniu o pomoc. I opublikowałam taki post na Facebooku:

Jesteście po wakacjach? To pewnie byliście w wielu niesamowitych miejscach. Ja szukam dla siebie kącika na około tygodniowy pobyt.
Oczekiwania nie są łatwe do spełnienia!
1. Ma być ładnie i z klimatem dookoła mnie. Czyli szukam miejsca stworzonego z pasją, przez ludzi, którzy traktują je nie tylko jak biznes (ale oczywiście zapłacę!).
2. Ładna ma być też okolica – najlepiej sielska i wiejska, z terenami dla biegaczki 🙂 Dużo przyrody, ciszy i spokoju.
3. Do tego taras i ogród z miejscem na poranną kawę i wieczorne wino i czytanie książek.
4. Chcę być też dobrze nakarmiona J nie musi być wystawnie, ale zdrowo i smacznie i w odpowiednich dla biegaczki ilościach (ostrzegam – samą sałatą się nie najem!, natomiast uwielbiam pierogi – szczególnie jak ich nie lepię!)
5. I jeszcze ten smak nowości – odpadają Bieszczady, Tatry, Beskid Niski – choć tu dla oferty super mogę się złamać i Karkonosze/Sudety – tam miejscówkę spełniającą moje oczekiwania już znalazłam i testuję za tydzień.
Mówiłam, że łatwo nie będzie?!

Trafiło się kilka perełek, więc aż żal tego nie zebrać. Jak nie ja to może skorzysta ktoś inny 🙂 albo ja, ale przy innej okazji.

Wielką podpowiedzią był dla mnie blog tasteaway i tekst „6 magicznych miejsc na weekend”. Zakochałam się w Siedlisku Sobibór – niestety dokładnie w moim terminie nie ma już szans na pokój. Warto też poczytać komentarze – nie brakuje w nich rekomendacji sprawdzonych miejsc. I dzięki jednej z nich trafiłam w Bory Tucholskie do miejscowości Teolog (KLIK). Jest ogród i łąki, jezioro za oknem i dom wkomponowany w ten świat. Znowu wysyłam maila, ale zaraz później dzwonię. I z Joanną po drugiej stronie rozmawiam ponad 20 minut. Opisuje mi mieszkanie na piętrze domu i tzw. pokój magisterski z widokiem na jezioro. Pytam o ścieżki i trasy biegowe i mam zapewnienie, że zaproponuje mi miejsca do biegania na kilka dni. Jest i temat jedzenia – nie jestem wybredna, ale jeść lubię. Od razu zapowiadam, że jem, a nie skubię, sałatą się nie najem i nie zjadam flaków. Znajdujemy porozumienie także w tym temacie. Mam więc o czym myśleć, bo przeraża mnie samotna podróż ponad 500 km.

I znowu wracam na mojego fb, bo tam znajoma podrzuciła kontakt na Roztocze. Otworzyłam stronę i zamarłam. A może jęknęłam z zachwytu. Sprawdźcie sami, ale żeby nie było, że nie ostrzegałam! KLIK Drewniane ściany połączone z nowoczesnymi meblami. Ogromne okna w salonie i wyjście na taras z widokiem na zieleń. Śliczne miejsca. Skoro jest jedno to pewnie nie jedyne. I tak trafiam na stronę Dzikie Roztocze. W ofercie dwa domy – Stara chata, dosłownie stara bo liczy sobie 150 lat, urządzona jak na starą chatę przystało – klimatycznie. Do tego… ogrzewanie podłogowe i nowoczesna łazienka. Gospodyni ma na imię Jaga i czyta mi w myślach! Obok Starej chaty stoi Zielony domek – wolny w moim terminie. Łóżko na antresoli, komfortowa łazienka i mam obiecane pierogi! Jeśli nie tym razem, to kontakt wpisuje na listę miejsc do zobaczenia i dachów, pod którymi chciałabym zasypiać. Oj, kusi mnie Roztocze i jego mieszkanka!

No i jest jeszcze Dom na wschodzie, który polecano mi na blogu tasteaway, a drugą rekomendację dostałam od mojej przyjaciółki. Czekam jeszcze na odpowiedź, ale ze względu na odległość – dla mnie to drugi koniec Polski – to miejsce na mnie zaczeka.

A po drodze tych poszukiwań odbieram telefon aż z USA! Siedlisko Lubowierz – podpowiada mi Ola, i znowu jestem na Polesiu. Świat jest mały, więc okazuje się, że wynajmowane domy należą do jej brata.

W ogóle to mam plan w głowie na kolejne wakacje – wyruszyć w podróż mniej więcej wzdłuż wschodniej granicy i zobaczyć wszystkie te dzikie i piękne miejsca – Roztocze, Polesie, Sobibór, Podlasie, Biebrzę… Wstyd się przyznać, ale nigdy tam nie byłam. Nie doceniłam tych miejsc, bo nie ma tam gór, szczytów, na które mogłam bym wejść, trudności, które mogłabym pokonać.

Mam też drugą refleksję po tych poszukiwaniach – serce mi rośnie na widok tylu miejsc stworzonych z pasją. Pewnie, wystarczyłby mi czysty pokój u gospodarzy i własna łazienka z ciepłą wodą (dla przeciwwagi wkrótce napiszę o najdziwniejszych miejscach, gdzie przyszło mi spać). Ale to mam na co dzień. Szukam odrobiny „luksusu”, choć w moim wydaniu ten luksus to własny taras, kawa o poranku i wino wieczorową porą z widokiem na dziką przyrodę.

Nie wiem czy to starość – na szlaku mówią mi teraz dzień dobry, a nie cześć – czy też ujawnia się moje pochodzenie, ale coraz częściej marzę o kawałku własnego trawnika pod stopami i nieba nad głową.

A tymczasem wracam do podejmowania decyzji. Miłych wakacji, kto ma je jeszcze przed sobą. Jak nie ja, to może Wy skorzystacie z wypatrzonych przez mnie miejsc. Komentarze i kolejne podpowiedzi zawsze mile widziane. Może powstanie z tego taka baza pomysłów na wypoczynek.