Wpadłam w Trójkąt Bermudzki

Wyszła ze mnie wieś. Słoma mi z butów wystaje i wcale nie dlatego, że mam na nogach szmaciaki à la espadryle.  Wyszła ze mnie wieś, choć całe swoje życie mieszkałam w blokowisku. W niedzielne południe obchodzę zielony domek z każdej strony. Pogoda piękna więc robię ostatnie zdjęcia. Jeszcze z tej stroni i jeszcze z tej. Trudno się rozstać z wsią. Na tej i jeszcze innej spędziłam dwa tygodnie wakacji. Wystarczyło otworzyć drzwi i już można było biegać po trawie. Teraz marzy mi się taki własny trawnik, a czas ruszać w drogę do domu. Do mojego blokowiska. Opuszczam Dzikie Roztocze, ale już zaczynam myśleć o powrocie. Trzeba tylko znaleźć dobry termin. Wpadłam w to Roztocze po uszy, tak jak sześć dni wcześniej wpadłam w Trójkąt Bermudzki.

Do Oleszyc wszystko szło zgodnie z planem. Droga do Krakowa, potem autostrada i zjazd na Oleszyce. Tam wysadzałam pasażerkę z blablacar. Potem wpisałam cel – Dzikie Roztocze – w Google Maps, zerknęłam na notatki, przygotowane wcześniej i z radością stwierdziłam, że za godzinę będę w „moim” zielonym domku. (O tym jak go znalazłam przeczytacie TUTAJ.)

60 km do celu, 50 km do celu, 30 km do celu… jeszcze przy 20 wszystko było ok… a potem znowu 30 i wciąż 30… a przecież jadę zgodnie z kierunkiem, nigdzie nie skręciłam i jestem coraz bliżej… a jednak coraz dalej. Od kilkunastu minut mam wrażenie, że nie mogę trafić. Na dodatek nie mogę zadzwonić, ot – tu nie ma zasięgu. Ale las wokół mnie piękny. Tylko ja szukam drogi, a jestem już wilczo głodna i spragniona odpoczynku. W końcu jest zasięg, zjeżdżam na pobocze i dowiaduję się, że mam wrócić, po 7 km wjechać w las, a stamtąd już blisko. Dokładnie 3 km leśną, szeroką drogą – wiem, bo zmierzyłam podczas moich biegów.

Szybko zagospodarowuję moją życiową przestrzeń na kilka dni – nie lubię poczucia tymczasowości. I właściwie mogłabym tu zostać. Pyszne jedzenie na stole, widok na kawałek własnego ogródka, z drugiego okna na brzozy, przed domem husky (szkoda, że nie pobiegamy, ale swoje już wybiegał przez 14 lat życia). Telefon na nic mi się tu nie przyda – moja sieć nie ma zasięgu, a jak mam spokój i oduczam się zerkania na telefon. Kto chce wie jak mnie znaleźć, inny przejaw cywilizacji – wifi – działa super. Rozkładam mapę i szybko wybieram trasę na dzisiaj. Do zachodu słońca zostało kilka godzin, a tu tyle do zobaczenia.

Sześć dni minęło szybko, za szybko nawet. W niedzielę ostatnie biegnie w roztoczańskim lesie. W sobotni poranek też pognało mnie do lasu, choć nogi czuły już ponad 100 km pokonanych w kilka dni, a poprzedni tydzień też był bardzo aktywny. Ale co tam, mam dwa powody. Jeden to bicie rekordu frekwencji podczas dzisiejszego Parkrun w Cieszynie. Nie mogę tam być, więc pobiegnę dwa Parkruny tu, gdzie jestem. Drugi – w sobotę zgodnie z prognozą ma padać, a tu od rana błękitne niebo i świeci słońce. Żal nie skorzystać. Więc skorzystałam. Prognoza była jednak prawdziwa, trzy godziny później nadciągnęły chmury i zaczęło padać. Uruchomiłam więc plan awaryjny na deszczowy dzień – wyjazd do Zamościa (30 km od Starej Huty). Zabytki, rynek, ratusz, twierdza… oooo Galeria Handlowa Twierdza! A w niej kilka moich ulubionych sklepów. Niedaleko kino, a tam tania rozrywka czyli „Bridget Jones 3”. Po dwóch tygodniach zakupowej abstynencji i cywilizacyjnego głodu, mam w końcu prawo do małego shoppingu – myślę. Po dwóch godzinach oglądania kamienic zza chmur wyjrzało słońce, a ja pobiegłam na parking. Wracam na moją wieś, wolę popołudnie w ogródku niż jakieś tam zakupy! Zresztą – jak ja wyglądam! Znoszone spodnie, koloru zielonego, wprost z second handu, podarowane mi przez moją przyjaciółkę Ewę (Ewcia, uwielbiam je, będę je nosić aż wytrą się dziury, a może i z dziurami dadzą radę!), polarowa bluza, pomarańczowe skarpetki biegowe (ciepło mi w nich w stopy, a że kolor mało wyjściowy…) i szmaciane tenisówki. W takim stroju lepiej wyglądam na wsi niż w jakiejś galerii handlowej. I tak od kilku dni nie wyjęłam mojej karty ani portfela! Żadnych zakupów, dosłownie nic. Bynajmniej, nie umieram z głodu – o to dba gospodyni czyli Jaga. Ech, powiem Wam, że mieszkanie tu dłużej grozi przybieraniem na wadze. Owsianki, kasze, domowe dżemy i powidła, omlety, jajecznice, zapiekane cukinie, pierogi ze śliwkami, zupy kremowe…

Poszalałam. Ale postanowiłam sobie zrobić także wakacje od codziennej logistyki, wiecie – planowania posiłków, zakupów, przygotowywania i gotowania. Jedyne co musiałam, to umówić się na śniadanie i obiadokolację. I być odpowiednio głodną, by zjeść. Ale miało być o Roztoczu, a ja o lenistwie i rozkoszach podniebienia.

Właściwie mogłabym nie pisać o Roztoczu, tylko powiedzieć – jedźcie. Jedźcie jeśli kochacie lasy, ciszę i spokój, a także sporą dawkę samotności. Może w szczycie sezonu jest inaczej, ale ja przez wiele godzin wędrowania i biegania byłam zupełnie sama w lesie. Momentami czułam się dość dziwnie. Poniżej kilka tras, które można powtórzyć i miejsc do odwiedzenia, ale jak macie swoje ulubione miejsca na Roztoczu, to podzielcie się w komentarzach.

Na pierwszy dzień wybrałam trasę, która rozpoczyna się tuż za domem. Zielonym i niebieskim szlakiem do wsi Lasowce (Lasowe), a stamtąd już tylko zielonym do wsi Bondyrz. Wpadam w zachwyt już na pierwszych metrach. Piaszczysta droga w lesie i wyniosłe jodły wokół mnie. Równe, niemal idealne. Niemal za każdym zakrętem mam wrażenie, że usłyszę szum morskich fal. Tak wielkie mam poczucie, że jestem na wydmach. I gdy dzielę się swoimi skojarzeniami z Piotrem, w drodze powrotnej do Starej Huty, dostrzegam, że coś mi się pomieszało. Teraz jestem w bukowym lesie przecież! Ale za bukowym jest znowu iglasty! To cecha charakterystyczna Roztocza – buczyna karpacka i bór jodłowy. Do domu wracam trochę na około, skręcam jeszcze w ścieżkę przyrodniczą oznaczoną czerwonymi trójkątami. Jednak gdzieś po drodze gubię jednak czerwone trójkąty albo ścieżka już zarosła, do kolejnych znaków drogę pokonuję więc trzymając się kierunku i ufając swojej intuicji. Ważne, że trafiłam.

Kolejny dzień pobytu zaczynam 11-kilometrowym wybieganiem, trochę przez las, trochę drogą, trochę wiejskimi ścieżkami. Dwa psy nie wytrzymują na mój widok, trzeba sięgnąć po straszaka. Druga część dnia to zaplanowana wędrówka do Zwierzyńca i powrót najpierw przez Rezerwat Bukowa Góra ścieżką dydaktyczną, a dalej czerwonym szlakiem (krawędziowym) do osady Florianka. Uwaga – nie można się tu dostać samochodem, pozostaje siła własnych mięśni. A warto!

Florianka trafia na moją listę urokliwych miejsc. Przestrzeń, pola i łąki, widoki i zieleń. Dziś mieści się tu Ośrodek Hodowli Zachowawczej Konika Polskiego, niestety koników nie ma teraz na wybiegu, ale ja jeszcze tu wrócę. Korygując plany – bo i godzina i kilometry do przebycia pokazują, że mogę nie zdążyć przed zmierzchem, zamiast szlaku pieszego wybieram rowerowy. Bajeczny! Wschodni Szlak Rowerowy Green Velo, opisywany jako najpiękniejsza trasa rowerowa Polski. Przez las, aleją wśród klonów i jaworów, za zającem, który jak w kreskówce biegnie sobie przede mną. Jeszcze tylko kawałek asfaltu i znowu trafiam na zielony szlak, który zaprowadzi mnie pod drzwi. Na ostatniej górce oglądam jeszcze przepiękny zachód słońca nad Roztoczem, w dole na polu złocą się dynie… ech, znowu nie doceniałam przez lata urody takich miejsc z dala od gór. Na liczniku kolejne 34 km więc padam ze zmęczenia. Czas odpocząć.

Zwierzyniec, Krasnobród, Szczebrzeszyn – to miasteczka, przez które przejdziecie włócząc się po Roztoczu. Budynki zarządu Ordynacji Zamojskiej, stawy i alejki, świerszcze, a nawet borowina – to kilka atrakcji tych miejsc.

W Krasnobrodzie przyciąga Rezerwat św. Rocha i kapliczka położona w uroczysku. Moim prywatnym odkryciem jest jednak Rezerwat Szum między Góreckiem Starym a Kościelnym. Z opisu w przewodniku i z zaznaczonej na mapie niezbyt długiej trasy, nic nie zapowiada aż takich wrażeń. Znakowana niebieskimi trójkątami ścieżka przyrodnicza, ok. 2 km długości, a lepiej przeznaczyć na jej przejście kilkadziesiąt minut. Co zakręt to zachwyt. Małe wodospady, strome brzegi nad potokiem, dziki las, a na końcu tama, która tworzy imponujący zbiornik wodny w środku lasu. Do tego spaceru dorzucam jeszcze wędrówkę czerwonym szlakiem w kierunku Kaplicy na wodzie i zielonym szlakiem, a później ścieżką w lesie wracam do rezerwatu i na parking. Piękne miejsce. Nie przegapcie go podczas wizyty na Roztoczu.

A w Szczebrzeszynie poszukajcie obu świerszczy – tego na Rynku i tego drewnianego stojącego nieco na uboczu. Wąwozy lessowe, do których strzałka kieruje znienacka po wędrówce przez pola i łąki, to jak zejście do innego świata. Po kilkuset metrach ścieżka zamienia się w całkiem wygodny szlak, mam wrażenie ukryty przed ludźmi. Jest słoneczny dzień, ale tu wędruje się w półmroku, niczym po labiryncie.

I tyle. Tyle zdążyłam zobaczyć. Na koniec pobiegłam jeszcze do Florianki i dalej do Stawów Echo i z powrotem. Tym razem koniki pasły się na łące i z zainteresowaniem patrzyły na biegaczkę. Jeszcze tu wrócę – na tę piętnastokilometrową trasę. I na Roztocze. A potem pojadę dalej na Polesie, nad Biebrzę i na Mazury, wracając odwiedzę Bory Tucholskie. Taki mam plan. Tylu miejsce jeszcze nie widziałam!

Reklamy

One thought on “Wpadłam w Trójkąt Bermudzki

Podziel się swoimi wrażeniami

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s