Idę na emeryturę ;)

Jeśli ktoś pomyślał, że żartowałam, to nie! Robię sobie rok przerwy od maratonów i to w chwili gdy spełniłam swoje marzenie.

Tak, tak… ten wstęp był aktualny wczoraj. Jakieś 12 godzin temu! Teraz przy śniadaniu nucę pod nosem: Vamos a la playa! Niczego nieświadomy Piotr zaczął czytać mi o Maratonie w Walencji, który wystartuje 19 listopada 2017 r. o godz. 8.30. Czytał i czytał, a ja zobaczyłam oczami wyobraźni siebie w Hiszpanii. Szybki reaserch i już wiem, że samolot mamy z Katowic, potem pociąg, a po biegu odpoczywamy na plaży. I tak oto zapisałam się na Maraton w Walencji. Jeśli też macie ochotę to do 9 stycznia jest najniższa opłata startowa – 42 euro!

Uznajmy więc, że roczna przerwa od maratonów liczy się od 27 listopada 2016 r. i potrwa tydzień krócej!

Bo przecież dopiero co pobiegłam maraton we Florencji! Na metę wpadłam tak, jak sobie zaplanowałam. Mój zegarek pokazał 4:15:00, organizatorzy dołożyli mi jeszcze sekundę. Choć oficjalne zdjęcia są jeszcze w przygotowaniu, na tych, na których się dojrzałam, mam swój ulubiony uśmiech.Za metą nawet nie próbuję kryć wzruszenia. Mam łzy w oczach, gdy pewna starsza Włoszka z medalami w garści przytula mnie mocno. Nic nie rozumiem, a sama potrafię powiedzieć tylko „grazie” i „perfecto”. Na moją prośbę o rozmowę po angielsku ona łapie koleżankę za rękaw i już rozumiemy się znacznie lepiej. Dostaję swój medal i ruszam dalej. W strefie dla finiszerów też ściska mnie zupełnie obcy człowiek, dostaję swoją porcję z prowiantem i kilkaset metrów dalej łapczywie rzucam się na pomarańcze. Pochłaniając kolejne kawałki dostaję całą na drogę. Takich drobnych, cudownie miłych gestów jest jeszcze więcej. Przy kolacji w włoskiej knajpce na pytanie o głód potwierdzam i pokazuję medal – dostajemy więc lokalną przekąskę. A wcześniej w barze wymieniam kilka słów z innych finiszerem i nawet nie ma mowy, bym zapłaciła za kawę. Miało być jednak o maratonie…

Maraton we Florencji to mój maraton idealny, najlepszy ze wszystkich dotychczasowych. Zagrało wszystko – pogoda, moja forma, moje nastawienie, motywacja. I rozsądek. Do ostatniej chwili planowałam bieg z zającami na 4.15. Zresztą w mojej strefie startowej byli też pacemakerzy na 4.30. Stałam jakieś 200-300 m za nimi więc uznałam, że w tej odległości mogę biec. Najpierw długo nie doganiałam baloników na 4.30, choć biegłam poniżej 6 minut na km. Minęłam ich dopiero po kilku kilometrach! Uznałam więc, że to jak biegną nie pasuje do wyniku jaki chcą osiągnąć. Moim zdaniem zdecydowanie za szybko! Dopiero w okolicy 32. km grupa biegła ponad kilometr za mną, czyli moim zdaniem wciąż za szybko. A białych baloników na 4.15 nie zobaczyłam aż do mety!

Pozostało mi tylko biec samotnie, ufając sobie, stopując swoje zapędy, by nie biec na początku zbyt szybko i motywując się od około 30 kilometra. Początek i tak miałam zbyt szybki – cały czas poniżej 6 minut, ale skoro biegło mi się komfortowo, to by nie szarpać tempa trzymałam się tego. Pierwsza dycha minęła mi nawet nie wiem kiedy. Miałam zamiar trzymać się metody dwa razy 16 km i jeszcze dziesięć na dokładkę. Gdy mijałam tabliczkę z szesnastką gratulowałam sobie w duchu. Czas na kolejne 16 km – wiem, że trudniejsze, ale skupiam się na dobiegnięciu do półmaratonu. Tu na chwilę włącza mi się Gremlin (WIĘCEJ O NIM), który próbuje mi wmówić, że z kolejnym półmaratonem sobie nie poradzę. Zauważam go i biegnę swoje. Dwa długie proste odcinki i powinnam zbliżać się do trzydziestki. Dwa kilometry dalej wbiegamy na stadion – krótkie, choć miłe oderwanie stóp od asfaltu. I już mogę sobie pogratulować – druga szesnastka za mną. Jeszcze dycha czyli około godziny biegu. Zerkam na zegarek – jeśli wszystko poszło dobrze Piotr jest już na mecie – myślę. Szybki przegląd sił i z radością odkrywam, że nic nie boli, a to co czuję to tylko zmęczenie długim biegiem.

Przydała mi się znajomość trasy – szczególnie końcówki (TUTAJ POST PIOTRA NA TEN TEMAT). 34. km to delikatny podbieg na wiadukt. Trzy km dalej wbiegamy na Duomo, czyli tam gdzie jest meta. Trasa jest jednak tak poprowadzona, że finiszujących zawodników nie widać. Pętelka, pętelka i opuszczamy Duomo. Teraz jeszcze dwa kilometry biegu, nawrót i ostatnie 2 km do mety. Wyprzedzam kolejnych biegaczy i z radością patrzę na zegarek. Jest super. Jeszcze nie świętuję, ale wiem, że zapas mam taki, że życiówka jest na wyciągnięcie ręki. Forza, forza – wołają kibice. I jeszcze rzut oka na zegarek. Przede mną już majaczy 42 km więc zrywam się do najszybszego biegu. Mijam metę, naciskam stop i najpierw śmieję się (4.15.00), a później już tylko pozwalam sobie na wzruszenie.

Mój idealny maraton! Nie, nie bez wysiłku. Ale bez bólu i zagryzania zębów, jak w Paryżu czy Łodzi. Po prostu dobry bieg, taki który sprawia przyjemność w trakcie i daje satysfakcję po nim. Po biegu spokojnie weszłam na 2. piętro, a potem poszłam jeszcze na kolację na drugi brzeg rzeki. I to poczucie, że mogę wszystko, dam radę i nic nie muszę!

I nie, nie żartowałam. W przyszłym roku najpierw skupię się na połówkach, bo to zdecydowanie mój ulubiony dystans. Jak osiągnę co sobie zamarzyłam, to solidnie przygotuję się do maratonu w Walencji.

PS 1. Piotr przeglądając magazyn Distance Running zaznaczył tyle biegów, że nie wiem czy na wszystkie czasu starczy 😉

PS 2. Maraton we Florencji polecam – trasa jest płaska. Trzy mostki i dwa tunele to nadal jest płaski maraton. Piękna i atrakcyjna widokowo trasa. Super organizacja. Na minus napiszę, że biegaczki biegają w damskich koszulkach, a męska S to dla mnie prawie sukienka. Świetnie przygotowane punkty żywieniowe i strefy czasowe, bardzo dobre oznakowanie trasy. Klimatyczny start i piękna meta na Duomo. Do tego włoska kawa, pyszne jedzenie, sympatyczni Włosi – czyli dodatki, które warto brać pod uwagę wybierając bieg. Bo przecież nie samym bieganiem człowiek żyje! A dobre jedzenie i wino po maratonie dla mnie punkt obowiązkowy. W dodatku w pierwszym terminie koszt pakietu startowego to 40 euro plus 10 euro ubezpieczenia. We Włoszech trzeba dostarczyć certyfikat medyczny! My polecieliśmy wizzairem i nocowaliśmy dzięki airbnb, więc koszty były rozsądne. Nie odmawialiśmy sobie dobrego jedzenia! Lody – chyba najlepsze jakie jadłam, kanapki z lokalnymi wędlinami i serem, po które ustawiło się w porze obiadowej kilkadziesiąt osób, czarna jak smoła kawa a do niej różne słodkości… ech piękny i smaczny kraj 🙂

Reklamy

Dolce far niente!

Jestem leniem! Niespełna trzy tygodnie przed maratonem ogarnia mnie słodkie lenistwo. A dokładniej marzenie o nim.

Jeszcze trzy tygodnie biegania i mój wymarzony start na 42 km w pięknej Italii. Ostatni maraton przed przerwą od maratonów. I niewiele osób mi wierzy albo wierzy dopiero wtedy, gdy rozwinę swoją myśl.

Po ponad pięciu latach biegania czas na przemyślenia. Może powrót do korzeni biegowych? Może poszukiwanie radości z biegania w czystej postaci? Może czas na bieganie bez napinki i tej myśli, że MUSZĘ  wyjść pobiegać, bo maraton. A za oknem deszcz lub wiatr albo i jedno i drugie. Albo zwyczajnie – leń mnie ogrania i wolę kanapę, koc i herbatę, a nie moje buty biegowe.

Bez obaw – nie przestaną biegać. Kocham to, ale zamierzam biegać inaczej. Jak? Sama jeszcze nie wszystko wiem. Na pewno ograniczę starty – hahaha! Trzy już mam w planie w przyszłym roku! Na pewno po asfalcie nie pobiegnę więcej niż 21 km z haczkiem. I na pewno jak przyjdzie mi jeszcze do głowy myśl „maraton” to usiądę i poczekam aż mi przejdzie albo dokładnie to przemyślę.

Jestem leniem. Zwyczajnie – nie chce mi się. Mam dość gimnastyki, wkomponowywania biegania w codzienne życie. Chcę pozwolić sobie odpuścić. Mam dość bycia twardzielką.

Tawrdzielką zostałam w pewien niedzielny poranek. Budzik zadzwonił o 5.50 choć nie wstawałam do pracy. Piotr mógł jeszcze pospać w najlepsze, a ja miałam przecież swoje długie wybieganie. I do tego obowiązki, z których nie sposób było się wymigać a wszystko wskazywało na to, że logistycznie może być trudno wszystko pogodzić i wszystkich zadowolić. Wszystkich – łącznie ze mną. Więc od siebie postanowiłam zacząć. Po dobrze wykonanym zadaniu czyli 2,5 h bieganiu mogłam się zająć resztą świata. Komplement w postaci twardzielki zmotywował mnie do nienarzekania, ale już kilka kilometrów dalej od ciepłego łóżka zastanawiałam się co ja wyprawiam. Ciemno jeszcze, mżawka i żadnej żywej istoty na horyzoncie.

Przykładów mogłabym mnożyć. Zakręcony dzień w pracy a ja idę biegać. Leje z nieba – biegam. Wieje – haha, pobiegałam przed tym wiatrem. Ciemno – biegnę. A ja się chcę zatrzymać. Poleniuchować. Posiedzieć na kanapie. Pospać do południa. Spędzić popołudnie pod kocem z kubkiem herbaty…

Nie jestem zawodowcem, wyniki mam mocno przeciętne – gorsze niż wielu amatorów. Po co ja się tak męczę? Nie chcę musieć – chcę tylko chcieć. Mam ochotę na bieganie towarzyskie, konwersacyjne, wolne, niespieszne, 5 km, cokolwiek co biegnę tak, jak mam ochotę. Mam ochotę wrócić po 2 km bo to jednak gorszy dzień – to wracam, a nie walczę.

Nie jestem fajterką. Nie jestem twardzielką! Jestem leniem! I to leniem na trzy tygodnie przed maratonem.

Patrzę na TEN filmik wizualizujący trasę maratonu i się wzruszam. Tym bardziej im bliżej mety. Prawie słyszę włoskich kibiców 😉

A do tego to bieg we Włoszech, we Florencji z całymi jej dodatkowymi urokami. Poranne śniadania w tempie zwolnionym. Już mam zaplanowane miejsce na pasta party i kolację po maratonie. I lody na deser. I wino oczywiście. Dolce far niente!