Szu, szu, szu

Zaczęło się niewinnie – od szu, szu, szu…

Poprzedniej zimy, gdy przypadkiem jakimś spadł w Beskidach śnieg, rzuciliśmy się z Piotrem w góry. Najbliżej gdzie się da, ale żeby jednak były widoki i trochę wysokości. Najbliżej to Skrzyczne – dla odmiany Doliną Zimnika w kierunku na Malinowską Skałę. Tylko, że przed nami na ten pomysł nikt nie wpadł, więc momentami zapadałam się po kolana i lepiej.

Zresztą o zapadaniu się wiem dużo. Jak się ma niespełna 160 cm wzrostu i trafi na nieprzetarty szlak to można i całą nogę wykopywać spod śniegu. Uwierzcie – wygląda komicznie! Jakbym próbowała pływać w puchu. A ile się przy tym napocę to moje. Zapadałam się więc ostatnio w Beskidzie Wyspowym – idę po zmrożonej powierzchni a tu trach i ląduję w wodno-śnieżnej ciapie. Zapadałam się schodząc z Pilska: takie małe były te choineczki nad śniegiem, a to czubki tylko były. I moja noga cała pod śniegiem.

dsc_0122

Ale wracam do Doliny Zimnika. Wygramoliłam się w końcu na Malinowską Skałę, potem na Małe Skrzyczne i tuż przed Skrzycznem zatrzymaliśmy się na mały odpoczynek. I wtedy usłyszałam – szu, szu, szu…

Niczym nie niepokojony, spokojnie i statecznie, bez kopania i zapadania, sunął sobie po niezmąconej powierzchni śniegu, ratownik Grupy Beskidzkiej GOPR. Sunął sobie na skiturach. A ja wpadłam w zachwyt! Oczywiście wiedziałam, że coś takiego istnieje. I nawet miałam znajomych, którzy wędrowali na nartach, ale o sobie w takim wydaniu jakoś nie pomyślałam. Szu, szu, szu… i myśl w głowie zakiełkowała. Szu, szu, szu…

Kilka tygodni później, organizatorzy festiwalu górskiego Wondół Challange zorganizowali konkurs, w którym do wygrania było szkolenie skiturowe. Dostałam się w ostatniej chwili, bo ktoś inny zrezygnował. Pierwszego wrażenia nie zapomnę nigdy – przypięłam narty, stanęłam pod stok i stałam! Zrobiłam krok i stałam! Bajka! zaczęliśmy maszerować, a ja nie dość, że się nie zapadałam to jeszcze przemieszczałam się znacznie szybciej niż w butach trekingowych. Tyle, że to był marzec i śniegu nikt już później nie widział. Doświadczenie miałam więc delikatnie mówiąc – niewielkie. Co mnie więc tknęło, by pod koniec ubiegłego roku zamówić noclegi w schronisku na Rysiance i dwie pary skiturów? Może wieść, że spadł śnieg (to taki czasem ewenement, nawet w Beskidach!), a może dodatkowe sprzyjające okoliczności, że są dwie pary nart i buty w odpowiednich rozmiarach – małe i duże. I tak oto na dwa dni przed końcem roku Piotr i ja stanęliśmy na nartach.

Plany były bardzo ambitne, ale skończyło się na wycieczce na Halę Miziową i z powrotem i na zdobyciu Romanki. Z mojej strony żadnej wywrotki, miły zjazd w puchu i foka oklejona śniegiem tak bardzo, że ostatnie 10 minut do schroniska to była wieczność. Odciski, zderzenia i inne śmieszne sytuacje nie przesłoniły mojej fascynacji skiturami.

Wierzycie w zbieg okoliczności? W taki ciąg dobrych zdarzeń, które pojawiają się w nieoczekiwanym ale właściwym momencie? Ja tak. Nagle Hati Team zaprasza mnie na wieczorne wyjście na Małe Skrzyczne. Chyba byłam pierwsza pod Golgotą, żądna nowych wrażeń. Jest po zmroku, narciarze jeszcze jeżdżą, a my pomykamy wbrew prawom fizyki w przeciwną stronę. Bajka – mrozik, prószy śnieg, lekko wieje, w świetle czołówek błyszczy puch. W dół jadą ratraki, jakby specjalnie dla nas przygotowywały stok. No i tu zaczyna się mały problem. Taki maleńki. Biegam, więc mam kondycję i pod górkę mogę maszerować, nawet na starszym i nie najlżejszym sprzęcie. Tylko wcale nie mam ochoty zjeżdżać w dół. Od trzech lat nie jeździłam na nartach. A jak jeździłam to i tak „mniej-więcej” czyli więcej niż na tyłku, ale mniej niż na nartach.

Dzięki wsparciu i pomocy zjechałam z Małego Skrzycznego bez jednej wywrotki, choć czasem pytałam, gdzie jest stok 😉

I jak podsumował Piotr: w ciągu półtora tygodnia byłam 5 razy na skiturach. Bo jak tylko nastał długi weekend to w wypożyczalni wywęszyłam małe butki i krótkie nartki i już po godz. 15 pomknęłam przed siebie. Odkryłam przy tym „tajne” przejście do zimowego szlaku na Przełęcz Kołowrót, a tam uznałam, że pół godziny na Szyndzielnię to żaden problem. Księżyc świecił, śnieg się skrzył, a ja pokonywałam kolejne metry. Bajecznie było. I jak ciepło mi było pod górkę, tak zamarzłam na zjeździe z Szyndzielni. Termometr w aucie pokazał -13 stopni, a ja jeszcze w domu szczękałam zębami. W sobotni poranek znowu miałam buty, narty i wędrowałam w puchu na Błatnią – puch jest poza szlakami, jak ktoś zna ścieżki i drogi to trafi. Ja trafiłam i tak oto pokonałam na nartach swój pierwszy półmaraton.

Bez złudzeń – na nartach dalej jeżdżę mniej-więcej, i dalej wolę chodzić niż zjeżdżać. I skąd tyle drzew na szlaku, którym planowałam zjeżdżać 😉 Ale bakcyla połknęłam. Zima ma nowy wymiar, a ja przeglądam Internet w poszukiwaniu własnego sprzętu. Jak spotkacie mnie na stoku – to znaczy, że szlifuję technikę, jak na trasie – znaczy, że kocham zimę!

 

Reklamy