Mam kurtkę gore, to ją biorę!

Sierpień ubiegłego roku. Kierunek: Rohacze. Może pogoda nie zapowiada się rewelacyjnie, ale ja wierzę, że z każdą godziną będzie lepiej. Przecież sprawdzałam prognozę pogody. Dojeżdżamy do celu. Początek to spacer asfaltem przez Rohacką Dolinę – kropi. Przestanie – myślę. Zaczynamy podchodzić szlakiem – chmury się przewalają – jakże romantyczny widok. Na Smutnej Przełęczy fotka – jeszcze się uśmiechamy! Pierwszy Rohacz – Płaczliwy – w chmurach, kolejny – Ostry –  już w deszczu. A że bez pomocy rąk się na tym szlaku nie obejdzie, woda wlewa mi się z góry, z boku, z dołu. Na przełęczy jest mi już wszystko jedno. Byle w dół – na szczęście bardzo łatwym szlakiem przez Wołowiec i Rakoń. Stan przemoczenia: 100%. Buty, kurtka softshell, spodnie, bluza polarowa, bielizna. Nie przemokła tylko skóra – jako jedyna okazała się nieprzemakalna. Za mną idzie Piotr – spod kaptura wystaje mu tylko czubek nosa, z którego kapie deszcz. Ja co kawałek wykręcam rękawy bluzy, właściwie po co… Na parkingu jest mi dokładnie wszystko jedno – chcę być sucha. Na szczęście w bagażniku mamy ręczniki i zapasowe ubrania. Po tej przygodzie, przemoczeniu takim, że nawet suchej nitki nie było, po przejrzeniu oferty sklepów, porównaniu wielu modeli i przymierzeniu kilku, staliśmy się posiadaczami dwóch super kurtek goretex. Zgodnie z rzuconą na Rohaczach obietnicą – nigdzie się bez nich nie ruszamy.

 

Kiedy więc szykuję kolejną listę wyjazdową, na jej szczycie wpisuję – kurta gore. Mam gore, to ją biorę – zrymuje mi się kilka dni później na FB, gdy będę komentować zdjęcia Piotra z pewnej deszczowej wędrówki.

Tym razem kierunek na majowy weekend to Wielka Fatra. Nocleg zarezerwowany, trasy przygotowane. Co prawda od kilku dni w Beskidach leje i pada na zmianę, a ja wciąż jeżdżę na zimowych oponach (dzięki temu powrót z Gorców dwa tygodnie wcześniej przebiegł bezproblemowo), ale pogoda na Słowacji ma się poprawiać. Co za szczęście, że przyjechaliśmy w niedzielę, dzień wcześniej rzeka, która płynie przez wieś, płynęła też drogą. Potoki i strumyki wciąż huczą od nadmiaru wody, ale my dzielnie startujemy w górę. Tylko na początku zrzedła mi mina – po kilku kilometrach wygodnego marszu, okazuje się, że jedyną skuteczną dla mnie metodą przedostania się na drugą stronę jednego z takich strumyków, jest wpław i na bosaka. Za mała jestem – nie przeskoczę. Pokornie zdejmuję więc buty i zanurzam stopy w lodowatej wodzie. Kilkaset metrów wyżej mamy do wyboru – lewy potok, albo prawy. Oba płyną tym co mogłoby być szlakiem. Jeszcze trochę błota i osiągamy łąki pod chatą Limba. Od tego miejsca jest już tylko lepiej (haha – do czasu!). Widoki piękne, góry nowe dla mnie i urokliwe, ludzi niewiele – ot, kilka grup spotykamy, nie tylko z Polski. Zdobywamy Rakytov i zmierzamy w stronę Czarnego Kamienia – jednego z najbardziej charakterystycznych szczytów w masywie Wielkiej Fatry. Sam szczyt jest niedostępny dla turystów, a szlak omija wierzchołek, ale charakterystyczna góra prezentuje się okazale. Co prawda po drodze coś białego przez chwilę leci z nieba, ale szybko przestaje. Na szczęście – bo wierząc prognozom pogody, kurtkę zostawiłam w pensjonacie. Nawet o tym wspomniałam, zupełnie nieświadoma zbliżających się kłopotów. Tego dnia bez komplikacji weszliśmy na szczyt Ploská, zeszliśmy na Chyzky i Zieloną Doliną wróciliśmy do wsi.

Kolejny dzień wita nas słońcem! Kurtka znowu zostaje więc na dole. Ja już zaliczyłam poranne bieganie po wczesnej pobudce. Tym razem na początek mozolnie wspinamy się wzdłuż trasy narciarskiej. Nie jest to mój ulubiony rodzaj szlaku – ale ten ma dwie zalety – zaczyna się zaraz za naszym pensjonatem i pozwala szybko osiągnąć grań. Słońce przygrzewa, droga pod górkę – szybko więc zrzucam bluzę i maszeruję w koszulce z krótkim rękawem. Choć im wyżej tym częściej widać, że w nocy był jeszcze przymrozek, a trawy są wciąż przybielone szronem. Tym razem przemierzamy główną grań Fatry – od Zvolena aż po Rybovskie Sedlo. Gdzieś po drodze pada stwierdzenie, że zabraliśmy za dużo ciepłych ubrań. Fakt – mamy polary, bluzy, softshelle… Ale kilkaset metrów wyżej żałuję, że moje rękawiczki zostały w pensjonacie. Na grani choć słonecznie, wieje zimy wiatr. Ten kto to powiedział, zakłada kolejną warstwę! Czerwony szlak ze Zvolena jest piękny i różnorodny. A to połoniny z widokami na Tatry, a to urokliwy las, a to skałki i znowu łąki z kwitnącymi krokusami i przebiśniegami. A to łapy odbite w błocie – niech to będą wilcze – i odchody – wilcze – wołam z zachwytem! Na Rybovskiej Przełęczy Krížna wydaje się być na wyciągnięcie ręki, rezygnujemy jednak z wejścia na szczyt, bo przecież zgodnie z planem będziemy tam jutro. Oj, jakże się pomyliłam!

Wybieramy zielony szlak, który według oznaczeń po kilkuset metrach skręca w prawo, wprost do potoku. Przez łąki maszerujemy więc brzegiem potoku, raz po jednej raz po jego drugiej stronie. Piękna, mało uczęszczana trasa. Dopiero kilka kilometrów dalej ścieżka staje się szerokim szlakiem. Przy potoku spotykamy jeszcze szlak rowerowy, a ja znowu ściągam buty. Tym razem celowo funduję sobie krioterapię. Zanurzam stopy w lodowatej wodzie, gdy już zaczynają piec z zimna wyciągam i tak kilka razy. Tak zregenerowana mogę iść dalej. Teraz już prosto do wsi. Udaje mi się nawet złapać stopa i tym razem unikamy kilkukilometrowego marszu asfaltem.

Kolejny dzień zapowiada się burzowo. Tak przynajmniej wynika z prognozy pogody. Chmury wiszą nisko, deszcz w planach, więc do plecaka pakuję moje gore. I w tym kluczowym momencie, okazuje się, że tylko ja mam gore. Wbrew własnym zapowiedziom – patrz pierwszy akapit – kurtka Piotra wisi na wieszaku, 140 km stąd!

Ale startujemy. Dziś w planach Borišov i druga część głównej grani przez Ostredok aż po szczyt Krížna. Tylko przez godzinę podziwiamy widoki, jeszcze widać Czarny Kamień, jeszcze mam nadzieję na piękną wycieczkę, gdy z nieba lecą pierwsze duże krople. Mój czerwony świstak będzie mnie teraz chronił przed deszczem. Oby nie za długim, bo softshell Piotra zbyt wiele nie wytrzyma. Decydujemy się iść do schroniska pod Borišovem i tam – po godzinie marszu – decydować co dalej. Jak łatwo się domyślić na szlaku tłumów nie ma. Tuż przed chatą mijamy jednego turystę, który zapewne tam nocował. W chacie spotykamy grupę Polaków, którą deszcz zniechęcił do dalszej wędrówki. Ogrzewamy się herbatą i postanawiamy jednak wspiąć na szczyt. Droga w górę i w dół powinna nam zająć godzinę (uwinęliśmy się w 50 minut), a nawet przestało padać. Niestety – zaledwie na chwilę. Im bliżej szczytu tym bardziej śliski i błotnisty robi się szlak. Zapowiada się niezła jazda w dół. Dobrze, ze na szczycie jest tabliczka z informacją, bo inaczej nie wiedziałabym, że to już. O widokach nawet nie myślę. W dół łapię się kosodrzewiny, byle tylko nie potaplać się w błocie.

Co dalej? Zmierzamy niebieskim szlakiem w stronę rozwidlenia szlaków na Chyzky. Tam zdecydujemy. Momentami nawet przestaje padać. Momentami nawet mam wrażenie, że przez chmury przebija się słońce. I jeszcze te ptaki – śpiewają przecież. Znaczy – wiedzą lepiej i pogoda się poprawi. Kto chciałby moczyć pióra i otwierać dziób, gdy woda kapie mu na głowę! Nawet spodnie zaczynają mi wysychać. Niestety chwilę później deszcz i wiatr odzierają mnie ze złudzeń. Przez resztki mokrego śniegu, chlupoczące pod stopami błoto maszerujemy dalej. Już wiem, że głównej grani nie będzie, nie tym razem. Moja kurtka daje radę, ale tylko moja. Znowu więc Zieloną Doliną wracamy do wsi i do pensjonatu. Ja mam kompletnie przemoczone buty, a Piotr – wszystko. Zapowiada się wielkie suszenie.

I jakby na złość, po powrocie do pensjonatu i przebraniu się – zmienia się pogoda. Widzę błękitne niebo, a nawet słońce. Tym razem postanawiamy więc sprawdzić jak ma się słynny Czarny Kamień, czyli lokalne, lane piwo. A potem jeszcze spacer na przełęcz Veľký Šturec szlakiem rowerowym, który idealnie nadaje się do biegania.

Zresztą w Wielkiej Fatrze jest, gdzie biegać, dzięki ścieżkom, a w rzeczywistości drogom rowerowym. Dzięki jednej z nich po ponad 6 km osiągam Prasnicke Sedlo, by stamtąd dobiec do zielonego szlaku w Suchej Dolinie, czyli tam gdzie moczyłam stopy w lodowatym potoku. Wyszło ponad 15 km biegu i prawie 500 m przewyższenia. Momentami nawet widziałam szczyt Krížna, na którym w końcu nie byłam.

Ostatnie górskie wyjazdy – Gorce w kwietniu, Beskid Wyspowy w grudniu, a wcześniej wspomniane Rohacze – nie rozpieszczają mnie i mojej wysłużonej, górskiej garderoby. Co rusz słyszę charakterystyczne chlupanie w butach. Moich ukochanych, wysłużonych Scarpach. Tutaj gore już raczej nie działa. Buty skończyły właśnie dziesięć lat! A ile ze mną przeszły! Dokładnie 10 lat temu weszłam w nich na pierwszy trzytysięcznik z okazji 30. urodzin KLIK, były w Słowenii, wielokrotnie w Tatrach i przeszły przez Korsykę (GR 20). Po niej dostały drugie życie dzięki wymienionym podeszwom. Szkoda, że nie mają licznika, wiedziałabym ile kilometrów przemierzyły. I po kolejnym chlupaniu w butach myślę, że czas na nowe buty z gore. No, może jeszcze jeden wyjazd przetrzymają, jeszcze ten jeden sezon… Jeśli pogoda będzie łaskawsza, a inny ciuszek z gore, co go zawsze biorę, zostanie na dnie plecaka.

 

 

Reklamy

3 thoughts on “Mam kurtkę gore, to ją biorę!

Podziel się swoimi wrażeniami

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s