Prawie jak Tatry… Prawie!

Gdyby…

Gdyby Włosi przyznawali obywatelstwo za zdobycie pewnej góry, ja byłabym już Włoszką. Gdyby… Weszłam na pewien niepozorny, choć bardzo piękny szczyt cztery razy. I czwarty raczej nie był ostatnim!

Gdyby nie pewna dziewczyna, Agnieszka, raczej  nigdy bym o tej górze nie usłyszała. Ma niewiele ponad 1800 m npm. Bo są takie góry, które znają tylko wtajemniczeni. Agnieszka wtajemniczyła mnie, pewni Włosi Agnieszkę, a latem tego roku ja wtajemniczyłam Piotra. I chyba dość skutecznie, bo są już plany powrotu i ponownego wejścia na szczyt, tym razem trasami z via ferratami.

Co prawda kilka lat wcześniej o tej górze pisałam w pewnym miesięczniku górskim KLIK, ale po tym tekście zbyt wielu turystów z Polski raczej tam nie poleciało, a na szlakach trudno spotkać tłumy. Każdego dnia mijaliśmy zaledwie kilka osób. Ot, wchodzili na szczyt z różnych stron a potem każdy szedł w swoją stronę.

Kiedy więc kilka miesięcy temu znalazłam tani bilet lotniczy z Ostrawy do Bergamo przeprowadziłam w domu krótką akcję promocyjną tego włoskiego regionu. Tani, bardzo tani bilet! Z lotniska, które wielkością bardziej przypomina dworzec autobusowy. Tak tani, że za tę kwotę pociągiem nie dojadę do Warszawy i z powrotem. Po kilku dniach cena spadła jeszcze trochę a ja byłam posiadaczką dwóch biletów lotniczych do kraju, za którym się stęskniłam i do miejsca, które warto pokazać. Gdzieś tylko po drodze między koszykiem a zapłatą padło pytanie – co my tam będziemy robić – ale dokładnie wiedziałam co! Jeść pastę i lody, pić kawę i wino, podziwiać widoki.

Jednym z pierwszych jaki zobaczyłam, był widok światełka tuż nam moją głową. Była godzina 21, my właśnie wysiedliśmy z pociągu w Lecco, a ja spojrzałam za siebie. To świeci się górna stacja kolejki na Piani d’Erna – zawołałam! Po 8 latach nieobecności w tym miejscu, plac przed dworcem rozpoznałam od razu. Uliczka w dół. Po lewej miejsce, gdzie piłam kawę i przystanek autobusu nr 5. A potem skrzyżowanie. I tu popełniamy błąd – mało dokładna mapka, kiepski gps i zamiast w prawo skręcamy w lewo. I od tego momentu oddalamy się od celu – od mieszkania w Lecco i kolacji. Zdezorientowana, bo nie widzę nawet jeziora, postanawiam zatrzymać pierwszego napotkanego Wocha. Roberto już po pierwszym zdaniu uświadamia mi za co tak bardzo lubię Włochów. Za bezpośredniość. W środku nocy, z uśmiechem na twarzy, łamaną angielszczyzną z włoskimi wkrętami, w jednej chwili rzuca swoje plany, zmienia kierunek marszu i postanawia nam pomóc. W rezultacie zawraca z kompletnie źle obranej drogi i odstawia niemal pod drzwi. Co prawda nie jest to najkrótsza trasa – bo po drodze musi nam pokazać najlepszą lodziarnię, najlepszą piekarnię, najlepszą pizzerię i najlepsze miejsce na aperitivo. Braknie czasu by to wszystko przetestować! Rozmawiamy o kuchni włoskiej, tańcu, historii miasta, torach wyścigowych – to dla Piotra – i o czekoladzie. Widać było, że podobało się mu, że nam się tu podoba!

A ja uwielbiam Włochy. W najzwyklejszym sklepie spożywczym czuję się jak w raju – oliwki, sery, makarony, pesto i limoncello. Na szczęście, w Lecco przytycie nam nie grozi. Upał – temperatura wieczorem nawet 35 stopni – skutecznie odbiera mi apetyt na cały dzień. A dokładnie po espresso i rogaliku, aż do pasty i wina. Czas pomiędzy spędzamy w górach!

W 99% przypadków w góry zabieram mapę. Ten 1% to wycieczki na Szyndzielnię, Klimczok, Błatnią czy inne pobliskie górki, gdzie znam każdy zakręt, a trasy wrzucam do grupy: spacer. I korzystam z tych map – a to znajdę alternatywną ścieżkę, a to nową trasę, dzięki której zaplanuję pętlę. Tu zapomnijcie o klasycznych mapach. Jeszcze w Polsce, w jednym z internetowych sklepów zdobyłam turystyczną mapę Lake of Como. Szybko kupiłam i jak otworzyłam to się rozczarowałam. Moja kultowa góra nawet się na niej nie zmieściła, a przecież króluje nad Lecco! Wszystkie szlaki oznaczono kolorem czerwonym, nie ma ich numerów i czasów przejść. Przez dwa pierwsze dni pobytu w Alpach Bergamskich bazujemy więc na mojej pamięci, wspomnieniach sprzed lat i tekście mojego autorstwa w NPM (na szczęście nie brakuje tam praktycznych informacji, z których przed wyjazdem zrobiłam notatki). Pamiętam gdzie był przystanek autobusu nr 5, wiem gdzie kupić bilety i nawet poprawnie odczytuję rozkład jazdy! Jedna linia – piątka, ten sam przystanek, a zatrzymują się tu autobusy jadące w przeciwnych kierunkach i w dodatku w kilkuminutowych odstępach czasu. Do tego inaczej jest w wakacje, święta, niedziele, w dni wolne i jeszcze inaczej w sierpniu! Wsiadamy do właściwego autobusu i docieramy do dolnej stacji kolejki linowej. Tak jak kilka lat temu Agnieszka, tak ja teraz wpadam do środka po schemat z numerami tras. BINGO! Ale zanim ruszymy znowu zagaduję pierwszego spotkanego Włocha – tym razem pracownika kolejki. I z tego byłabym tu znana – nie wiem, to od razu pytam. Czasem trafiam na barierę językową, ale częściej dostaję to czego potrzebuję.

To ruszamy, bo już się nie mogę doczekać „mojej” góry i wrażeń Piotra. Najpierw lekko w dół – to pamiętam! Ale potem już za bardzo w dół, a i góra jakby za placami. Wracamy! Nawet kilometra nie przeszłam a już zabłądziłam. Drugi raz, kilkaset metrów dale, gdy z asfaltowej drogi skręcam w pierwszą z brzegu ścieżkę. To nic, że nie ma znaku, ważne że do góry. Zatrzymuje mnie dopiero elektryczny pastuch więc znowu jest odwrót. Jednak miał być asfalt. Teraz już trzymam się grzecznie turystów przed nami i wszystko zaczyna się zgadzać. Podchodzimy do schroniska Stoppani – Agnieszka, pamiętasz jak dwa młode byczki wracały z pierwszego wejścia na Resegone, świecąc sobie pod nogi jedną czołówką?! Niewtajemniczonych zapraszam TUTAJ Po drodze mijamy jeszcze odbicie na via ferratę Gamma Uno, a ja snuję opowieści z przeszłości. Na Piani d’Erna zmiana planów, miały być trasa nr 5 i 1, ale zaraz, zaraz… Tu powinno być coś trudniejszego i bardziej efektownego. Dziesiątka! Przecież ja ją znam. Co prawda Piotr pyta czy się nie zgubię, ale skąd… ja?! Odzyskuję pamięć! I tu wszystko jest już na miejscu – widoki, pusty szlak, trochę łańcuchów i zęby piły czyli Resegone w całej okazałości. Piękna trasa, wołam co chwilę i trudno się dziwić, że na jednym ze zdjęć Piotr uwiecznił mnie z otwartymi w zachwycie ustami. I jest szczyt z pięknymi widokami. W schronisku wciąż kawa z 1 euro i wybór nalewek. No i znowu mieliśmy wracać jedynką. Ale w przedsionku schroniska wisi wyblakła mapa, a mnie nazwy miejsc coś przypominają. Passo Giuff, Passo del Fo, schronisko Alpinisti Monzesi. Zamiast jedynki jest więc siódemka i niesamowity, prawie beskidzki las. To drugie oblicze Resegone – z jednej strony strome skaliste zbocza, z drugiej łagodne i zalesione trasy. Na Piani d’Erna zaglądamy jeszcze na Pizzo d’Erna, słynną Gamma Uno – tym razem z drugiej strony i bardzo fotogeniczny most. To jeszcze na przełęcz chodźmy – patrzę błagalnym wzrokiem. Schronisko zamknięte – w samym środku sezonu – nie ma włoskich przewodników, ale ściana znajomej ferraty wciąż robi wrażenie. Wygląda więc na to, że moje czwarte wejście na Resegone może nie być ostatnim. Tym razem nie mam sprzętu na ferraty, ale Piotrowi góra się spodobała. Jest kolejny wtajemniczony.

Królowa i księżniczka

Są dwie. Ich strome zbocza opadające w kierunku jeziora Como widać doskonale podczas rejsu promem do Bellagio. Na szczycie Grignetta byłam wiele lat temu. Pamiętam szczyt i niesamowite formacje skalne mijane w drodze na wierzchołek. I widok na wyższą z Pań. Bo przecież Grigna i Grignetta to z powodzeniem mogłyby być piękne, kobiece imiona. Dzień wcześniej u wspomnianego już pracownika kolei linowej potwierdzam swoje przypuszczenia, że autobus nr 1 dowiezie mnie na miejsce, gdzie zaczyna się szlak. Stamtąd szlakiem wzdłuż potoku, Doliną Calolden mamy dotrzeć do Piani Ressinelli. Potok płynie jednak tylko na początku, później wody brak, ale szlak prowadzi wzdłuż skalnych form i ogromnych głazów, więc jest na co patrzeć. I w dodatku idziemy przez gęsty las, słońce tu nie dociera i nie czuć upału. Dziwne… Nic mi to nie przypomina, niczego nie kojarzę, jakbym była tu po raz pierwszy. Na Piani Resinelli wszystko staje się jasne. Poznaję parking i przystanek. My tu przyjechałyśmy porannym autobusem i dopiero stąd wyruszyłyśmy na szczyt. Tak jak wtedy – ruszamy w górę, tyle tylko, że jest już południe i słońce grzeje mocno. Zgodnie z informacją uzyskaną od pracownika schroniska – tak, znowu zaczepiałam ludzi! – czekają nas dwie godziny wędrówki na górę i 1,5 h w dół, o ile będziemy szybcy.

Najpierw zakosami pod górę przez las. Po kilkunastu minutach wychodzimy na otwartą przestrzeń. I od razu uderza we mnie rozgrzane powietrze. Jest południe, późno by wychodzić na szczyt. Ale pospaliśmy, późny transport, wędrówka doliną i dopiero teraz zaczynamy podchodzić na Grignettę (Grigna Meridionale, 2177 m npm). Dwie godziny w upale – myślę – nie będzie łatwo. Mijają nas pierwsze schodzące ze szczytu osoby. Do góry tylko my – pójdą jeszcze inni, ale za nami.

Im wyżej, tym więcej widać, ale znowu brakuje mi zapamiętanych widoków. Po prawej piękne strzeliste skały, udaje mi się nawet wypatrzyć dwuosobowy zespół w ścianie. Rozwidlenie szlaków – tu czeka na mnie Piotr z informacją, że według szlako wskazu do szczytu mamy 20 minut. Jak to?! To już?! Idziemy niewiele ponad godzinę. Kilka kroków dalej spotykamy włoskiego turystę, który zapewnia mnie, że jeszcze tylko kwadrans. I rzeczywiście – szybko stajemy na szczycie, gdzie obok krzyża stoi charakterystyczna metalowa kapsuła. Schron Bivacco Ferrario , z którego w czasie burzy nie chciałabym korzystać. Widok na szczycie i ze szczytu się zgadza – przed nami Grigna (lub Grignone albo Grigna Settentrionale 2410 m npm). Z daleka – niby na wyciągnięcie ręki, z Grignetty jakby trochę dalej. Za późno już by wejść na drugi szczyt i za dnia dotrzeć do domu. Trzeba więc zaplanować dodatkową wycieczkę na szczyt. Wycieczkę tak niezwykłą i obfitującą w tyle pięknych miejsc, że zostawiam ją na dodatkowy wpis.

Informacje praktyczne:

Bilet lotniczy z Ostrawy do Bergamo – Ryanair: 140 zł w obie strony.
Lot trwa niespełna półtorej godziny. Lotnisko w Ostrawie przypomina raczej większy dworzec autobusowy. Można zostawić na parkingu – ale na dwa tygodnie to wydatek blisko 200 zł. Można z Czeskiego Cieszyna dojechać wprost na lotnisko pociągiem. Podróż z przesiadką trwa 1,5 godziny. Bilet kosztuje 100 koron.

Autobus nr 1 dowiezie z lotniska Bergamo do centrum miasta w ciągu kilkunastu minut. Przystanek tuż przed halą przylotów. Bilet można kupić na lotnisku – cena: 2,30 euro. Autobus jeździ co pół godziny.

Pociąg z Bergamo do Lecco: 3,60 euro od osoby. Podróż trwa 40 minut.

Linia nr 5 – przystanek tuż obok dworca. Kierunek: kolejka na Piani d’Erna. Bilety do kupienia w kiosku. Cena: 1,30 euro.

Linia nr 1 – przystanek tuż obok dworca. Kierunek: Laroca. Trzeba wysiąść na ostatnim przystanku. Koszt biletu: 1,30 euro.

Kawa espresso: 0,9-1 euro
Rogalik z kremem: 1,30 euro (polecam krem tesoro di bosco – owoce leśne i pistacchio – pistacjowy)
Duża kanapka z wędliną i serem: 3,50
Cappuccino: 1,20 euro

W Bellagio – gdzie warto popłynąć promem – 16 euro w obie strony, rejs trwa ponad 1,5 godziny – jedliśmy przygotowywane w sklepie kanapki, z wybranych składników. Ciabatta, prosciutto, ser lokalny, oliwki zielone, pomidor: 5 euro.

Wino w sklepie Conad: 3-4 euro
Limoncello: 6 euro

Informacja turystyczna: godz. 9-18
Koniecznie trzeba odwiedzić to miejsce i zabrać mapę z oznaczonymi szlakami. Trasy są ponumerowane na mapie od 1 do 173. To nie jest ta sama numeracja co w terenie! Na odwrocie mapy trzeba znaleźć wybrany numer, odczytać jego numer w terenie i czas przejścia. Nie jest to może zbyt wygodne, ale szlaków jest tyle, że kolory tworzyłyby niemożliwą do odczytania siatkę. Są jednak szlaki, których na mapie nie ma – to różne warianty jednej z tras. W terenie opisane są dość dobrze, są strzałki i tabliczki. Warto wiedzieć w jakim idzie się kierunku. Z oznakowaniem szlaków w terenie bywa różnie – to co znamy z polskich gór, tutaj nie istnieje. Czasem na szczyt prowadzi tylko wyraźna ścieżka, a znaki zatarł czas. Czasem szlak o tym samym numerze pojawia się w kilku miejscach na zboczu tej samej góry i nijak się te drogi w rzeczywistości nie łączą.

Szlaki oznakowane są białymi i czerwonymi, pionowymi pasami – czerwony, biały, czerwony – na białej części najczęściej jest numer szlaku. Ale spotkałam też w terenie czerwone kropki, żółte strzałki czy linie oznaczające kierunek na grani i niebieskie kropki. Na początku może trudno się połapać, ale z każdym dniem w Alpach Bergamskich jest coraz łatwiej.

Wybierając się w określoną część Alp Bergamskich, na wybrany szczyt – warto mieć oprócz mapy schemat szlaków dla danego obszaru. Np. Resegone, Grigna, Monte Legnone. To jednak schemat szlaków z ich numerami zaznaczonymi na zdjęciu masywu.

Pracownicy informacji turystycznej mają sporą wiedzę o tych górach, wydrukują rozkład jazdy, dadzą mapę i schematy. Są bardzo pomocni w planowaniu wycieczek. Na moim egzemplarzu profilaktycznie napisano mi nawet numer do ratowników górskich – na wszelki wypadek. Nie był nam potrzebny, ale zapewniono mnie, że mówią po angielsku i pomogą w razie konieczności.

Pociąg Lecco-Mediolan: 4,60 euro. Podróż trwa 50 minut.

W ciągu 6 dni pobytu w Lecco i w Alpach Bergamskich wypiliśmy:
40 litrów wody/2 osoby
3 litry soku owocowego
2 limoncello – po 0,5 litra
5 win czerwonych i 2 białe

Reklamy

3 myśli w temacie “Prawie jak Tatry… Prawie!

Podziel się swoimi wrażeniami

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s