Dlaczego Alpy Bergamskie?

To mój subiektywny wybór NAJ Alp Bergamskich…
… a pewnie jest ich znacznie więcej. Wyobraźcie sobie…

… potok płynący środkiem urokliwej doliny, który przez tysiące lat wyrzeźbił w skałach wanny, a nawet baseny. O gładkich brzegach, głębokie, wypełnione krystalicznie czystą i zimną wodą. Szlak wiedzie raz z jednej raz z drugiej strony potoku. Momentami aż trudno sobie wyobrazić, jak dostać się na drugą stroną. I ta cisza, przerywana okrzykami – patrz, patrz… tam w dole! A to widziałeś! Odwróć się! Zobacz w dół. To my, którzy trafiliśmy tu trochę przypadkiem wracając z Grigne. W terenie to szlak oznaczony 15B i łączy miejscowość Somana z niewielką, górską wioską o nazwie Era. Szlak prowadzi przez cały czas wzdłuż potoku. Trasa zaintrygowała nas już na mapie, gdzie zaznaczono wodospady i sporo punktów widokowych. Początek, idąc od Ery, jest dość stromy, wąska ścieżka zabezpieczona jest nawet łańcuchami. Te pojawiają się także niżej, gdy miejsca jest zaledwie na postawienie dwóch stóp, a zbocze dość urwiste. Gdybyśmy szli w przeciwną stronę, to na szczyt pewnie byśmy nie doszli. Zanurzyłabym się w jednym z tych zagłębień i rozkoszowała się zimną kąpielą. Od razu przypomniał mi się jeden z etapów wędrówki przez Korsykę, tam też natura stworzyła takie miejsca. I jeszcze coś – w tym niezwykłym, rajskim miejscu byliśmy kompletnie sami. Pierwszych ludzi spotkaliśmy już w pobliżu miasteczka, wcale się im nie dziwię, że szukali w tym potoku ochłodzenia.

… kilkunastometrowy wodospad. Na końcu tego szlaku – dla tych co idą w górę – a dla nas na początku, jest niesamowity wodospad. Tu zaplanowaliśmy pierwszy odpoczynek, moczenie stóp w lodowatej wodzie i sesję fotograficzną. Chłód wody po całym dniu wędrowania to najlepsza regeneracja. Aż nie chciało się ruszać z miejsca. Gdybym wiedziała, że to dopiero początek wrażeń!

… niezwykły bukowa las, a w nim gwiżdżące kozice. Ze schroniska Bietti Buzzi w dół prowadzą dwie ścieżki. Jedna pojawia się niespodziewanie i skręca w prawo. Wiedziona jakąś intuicją zawracam Piotra, który pomknął już w dół. – Tędy, chodźmy tędy – zachęcam. I skręcamy. Najpierw przez łąki, wąską ale oznakowaną dodatkowymi żółtymi kropkami ścieżką, schodzimy w dół. Później pojawia się las, piękny, bukowy, chroniący przed słońcem. W ciemnym lesie, na brązowym tle początkowo trudno je było zobaczyć, może gdyby się nie ruszały pozostałyby niezauważone. Ale jedna z kozic tak zabawnie podskakiwała. W sumie wypatrzyliśmy trzy. Zupełnie się nas nie spodziewały. Rozpierzchły się w różnych kierunkach, a później nawoływały, jakby gwiżdżąc przez nos. Piękny widok, a trasa przez las jeszcze piękniejsza.

…kamienne domki ukryte w środku lasu. Chciałabym chociaż raz obudzić się w takim domku, z takim widokiem. Na trasie przez Calivazzo do Ery spotkaliśmy ich co najmniej kilka.

…dolinę niczym Tatrach, tylko bez turystów. Gdyby ktoś teleportował mnie do tego miejsca i kazał zgadnąć, gdzie jestem, to Tatry byłyby pierwszym skojarzeniem. Szczyty trochę w innym kształcie, doliny też bym nie poznała, ale krajobraz do złudzenia przypomina tatrzański. Trafiliśmy tu przypadkiem podczas wycieczki na Zucconne Campelli. Tak to jest jak się nie ufa mapie, a ufa Włochom, którzy mieszając angielski z włoskim chcą dla nas jak najlepiej. Z Piani di Bobbio na szczyt miały prowadzić dwie drogi – jedna łatwiejsza, przez piękne polany, druga – trudniejsza, po skałach. Łatwo zgadnąć co wybraliśmy. A że jeszcze w tą samą stronę szli inni turyści, to poszliśmy za nimi. Tylko oni nagle zatrzymali się i zaczęli wkładać uprzęże i szykować sprzęt na via ferraty, a tego akurat nie mieliśmy. Znowu więc zasięgnęłam języka… początek był na tyle dla nas łatwy – coś na kształt tatrzańskich szlaków z łańcuchami, że szybko wyprzedziliśmy grupę i pomknęliśmy do góry. Do czasu jednak. Na wysokości 2100 m (pomiar wg Tom Tom’a) czyli mniej niż 100 m w pionie do szczytu, podejmujemy decyzję o wycofaniu się. Przed nami stroma ściana, a ja niestety nie jestem w stanie ustalić czy to najtrudniejszy moment czy nie. Postanawiamy tu wrócić jeszcze, ze sprzętem, i powspinać się na tej ferracie. Zamiast powrotu po własnych śladach schodzimy stromym trawiastym zboczem, w dole widać już szlak. Dolina otoczona niemal ze wszystkich stron górami robi wrażenie. Odnajdujemy na kamieniu numer szlaku i odnajdujemy naszą pozycję na mapie. Wybieramy inny szczyt – Cima di Piazzo. Szeroki, trawiasty szczyt zakończony skalnym urwiskiem. Choć w pobliżu są aż dwa schroniska – jedno z nich dość kosmiczne (Rifugio Nicola) – na szczycie siedzą oprócz nas jeszcze zaledwie dwie osoby.

… kosmiczny statek na szczycie Monte Due Mani. Taki statek – schron – spotkaliśmy już na Grignetta. Szczyt wznoszący się niemal tuż nad Lecco i jeziorem Como widziałam już z Resegone, my trafiamy tu podczas wycieczki, której trasa rozpoczyna się w wiosce Casere. Czyli rano wywieźliśmy się tam autobusem, a teraz wracamy przez góry. Szczyt Due Mani jak podaje Wikipedia to dziesięć małych szczytów, których grań przypomina dwie otwarte dłonie, stąd nazwa. Po drodze spotykamy stado koni, kozicę, a pod szczytem wyleguje się spore stado kóz. Jak tu dotarły, czemu zwabiła je licha trawa wśród skał i kto je wydoi na tej wysokości? A może same wracają na noc niżej, ot wysokogórskie kozy, jak i owce, które spotkaliśmy kilka dni wcześniej, kilkaset metrów po zejściu ze szczytu Grigne.

…widoki, widoki i jeszcze raz widoki! Wystarczy wyjść na szczyt. Z jednej strony jezioro, z drugiej morze gór. Tych bliższych – Alp Bergamskich i tych wyższych, pokrytych lodowcami. Stojąc tam na górze, łatwo planować kolejne wycieczki. To tam chodźmy, tam i potem tam.

…Resegone. Jedna z najładniejszych gór jakie widziałam. Zwyczajnie – ma piękny, charakterystyczny kształt. A do tego jest bardzo różnorodna i oferuje kilka dróg na szczyt, w zależności od potrzeb i umiejętności. KLIK

…Grigne (2410 m npm), czyli królową. Nie mogę jej pominąć skoro kilka pierwszych NAJ pochodzi właśnie z wycieczki na ten szczyt, a właściwie z drogi powrotnej z niego. Grigne widać z kilku miejsc. Najpierw z rejsu po jeziorze Como. Później ze szczytu Resegone, a w końcu mamy ją niemal na wyciągnięcie ręki, stojąc na szczycie Grignetta (2177 m npm). To wyciągnięcie ręki z tego miejsca jest jednak bardzo złudne. Łączy je szlak oznaczony numerem 7, ale na jego pokonanie potrzeba 3,5 godziny i przez Włochów określany jest jako bardzo trudny. Nie ma więc szans, byśmy podczas opisanej w poprzednim poście wycieczki, weszli na obie góry. To wyzwanie zostawiamy sobie na kolejny wyjazd. Grigne zdobędziemy poznając kolejny fragment Alp Bergamskich. Z Lecco wyruszamy jednym z najwcześniejszych autobusów, tuż po 7 ruszamy na szlak. Tym razem kierowca wysadził nas w Balisio i stąd rozpoczynamy wędrówkę. Zgodnie z planem, tym razem przejdziemy cały masyw i zejdziemy nad jezioro, skąd do Lecco wrócimy pociągiem. Jak się później okaże, to było prawdziwe zrządzenie, że wybraliśmy właśnie ten kierunek. Idąc w przeciwną stronę chyba zostalibyśmy w jednym z tych wyjątkowych miejsc, jakie odkryliśmy, o czy wyżej. Początek trasy to dość szybie podejście do schroniska Antonietta. Tak nam spieszno na górę, że nawet się tu nie zatrzymujemy. Tym bardziej, że pierwsze osoby już zaczęły podchodzić w stronę szczytu. Mijamy stado owiec i kóz i generalnie pniemy się w górę. Co prawda mam wrażenie, że szlak odbija w lewo na przełęcz, ale wszyscy podążają w górę więc my także.

…Bivacco Riva Girani na wysokości 1830 m npm, schron, który otwarto w 2010 r. i w którym w sytuacji awaryjnej lub w razie potrzeby można przenocować. To moje kolejne NAJ. I pełen podziw dla włoskiej przezorności! Bo bez czego nie można przeżyć w górach?! Jasne – bez wody, jedzenia i dachu nad głową w złą pogodę. Ale przecież pod ręką musi być kawiarka – a najlepiej trzy, by dla wszystkich starczyło! – kawa, cukier i … korkociąg. Wokół czysto  i choć skromnie, można tu spokojnie spędzić noc. Widok o poranku muszę jeszcze kiedyś zobaczyć. Po krótkiej przerwie znowu ruszamy do góry, ścieżka prowadzi w kierunku grani, choć głowę bym dała, że szlak widzę po lewej stronie. Po drodze mija mnie biegacz… Po 3 godzinach i 15 minutach marszu okazuje się, że wyżej już się nie da. Piotr siedzi na swoim najwyższym szczycie już od kilkunastu minut. Tak, tak… ścigał się z biegaczami! To jego najwyższy wówczas szczyt, dlatego tradycyjnie świętujemy już w schronisku, po włosku.

…smak nalewki na szczycie! Wybieramy dwie i delektujemy się na tarasie grappą na bazie lukrecji i likierem ziołowye Braulio Amaro Alpino, według receptury opracowanej w 1875 r. przez botanistę Dottore Francesco Peloni. Składniki Amaros, jak można przeczytać na stronie jednego ze sklepów z alkoholami, to wyłącznie świeże zioła i woda źródlana z regionu górskiego Valtellina. Zioła są suszone na świeżym powietrzu, a następnie fermentowane przez miesiąc przy użyciu wody źródlanej i alkoholu. Teraz już rozumiem skąd ten smak. W schronisku spotykamy biegaczy – opowiadają nam o biegu na Grigne i o półmaratonie w Lecco. Pierwsze schronisko powstało w tym miejscu w 1895 roku. Obiekt nie przetrwał jednak wojny i został zniszczony w 1944 roku. Odbudowano go 4 lata później, a jego dzisiejszy kształt to efekt modernizacji przeprowadzonej w 1995 roku. Z tarasu przed schroniskiem aż nie chce się ruszać.

Reklamy

Do trzech razy sztuka! Rysy

Na ten szczyt wybieraliśmy się razem – bo trudno powiedzieć, że próbowaliśmy wejść – już trzy razy. Pierwszy raz we wrześniu ubiegłego roku. Dzień po moim powrocie z Roztocza mieliśmy wstać o 4 nad ranem, godzinę później wsiąść do auta, dotrzeć do Palenicy Białczańskiej, pokonać asfaltową drogę do Morskiego Oka (bo zwykle to ona mnie pokonuje swoją długością, asfaltem i konnymi dorożkami z tłumami turystów), wejść na szczyt i wrócić tą samą drogą. Karkołomne jak na jeden dzień. O 4 rano zabrakło nam obojgu motywacji, by tak poświęcić się dla tej góry.

Drugi raz wymyśliłam i zaplanowałam wyjazd w Tatry na pierwszy lipcowy weekend. Tym razem miało nie być nielubianej przeze mnie asfaltowej drogi do „Moka” (tam i z powrotem). Mój wariant: dzień pierwszy – Kuźnice, Murowaniec, Zawrat, Dolina 5 stawów, Szpiglasowy Wierch i zejście do Morskiego Oka. Drugi dzień: wejście na Rysy i zejście do Palenicy. Udało mi się nawet zarezerwować nocleg w schronisku nad Morskim Okiem – spróbujcie sami. Niektóre terminy gospodarze oferują już… na przyszły rok. Udało się nam nawet wstać o 4 rano i o 7 zameldować na parkingu przy Rondzie Kuźnickim. Mniej więcej do tabliczki Zakopane, wszystko szło zgodnie z planem. Gdzieś na wysokości Kościeliskiej spadły pierwsze krople deszczu, potem kapało, padało i lało. W aucie przesiedzieliśmy godzinę. Ja zaklinałam chmury i pogodę. Miły pracownik campingu pod Wielką Krokwią sprawdzał dla mnie w Internecie wszystkie możliwe prognozy pogody. (Dziwne, bo moje prognozy od kilku dni mówiły o całkiem dobrych warunkach!) – No, ciulata pogoda, hej – podsumował swoje poszukiwania, z charakterystycznym góralskim zaśpiewem. Wróciliśmy do domu jak niepyszni.

Kolejną datę wyznaczyłam na pierwszy weekend września. Na nocleg w Morskim Oku czyli realizację powyższego planu nie było już szans. A, że w ręce trzymałam najnowsze wydanie NPM, w którym podano wyniki rankingu najlepszych schronisk (wygrało po raz drugi z rzędu schronisko w Dolinie Roztoki, jedyne w którym mimo tylu lat chodzenia po Tatrach nigdy nie byłam), zadzwoniłam do zwycięzców z gratulacjami i z nadzieją na nocleg. Udało się – co prawda czeka mnie deptanie asfaltu, ale mamy gdzie spać.

Im było bliżej wyjazdu tym prognozy były gorsze. Łącznie z zapowiedzią śniegu w wysokich partiach. Zamiast czapeczki z daszkiem chroniącej przed słońcem, do plecaka trafiły czapki, opaski i rękawiczki. Do tego polary, kurtki i długie spodnie. I nadzieja, że do trzech razy sztuka. Im bliżej było wyjazdu tym częściej modyfikowałam plan. W końcu zapadła decyzja, że skoro wyjeżdżamy w piątek po pracy i śpimy w Roztoce, na Rysy ruszymy już w sobotę. Unikniemy tłumów! Burze miały pojawić się w górach po południu, dlatego im wcześniej zaczniemy – tym lepiej i tym większe szanse by wejść na górę.

Skąd ta determinacja? Ano obiecałam Piotrowi zdobycie najwyższego szczytu naszego kraju – to kolejna cegiełka w zdobywaniu doświadczenia i poznawaniu Tatr. Kilka osób weszło już ze mną na Rysy, wiedziałam, że kondycyjnie i technicznie Piotr sobie poradzi. Rok wcześniej w bardzo trudnych warunkach przeszedł słowackie Rohacze, a przed nami jeszcze wspólna Orla Perć. Jeśli więc mówię, że wychodzimy wcześnie, to mam na myśli naprawdę wczesną godzinę. W schronisku cisza nocna trwała jeszcze w najlepsze, gdy jak myszki pakowaliśmy plecaki. Dość dodać, że mój TomTom zakwalifikował ten trening jako… nocny. Bo i nocą, przy świetle czołówek opuszczaliśmy schronisko. Była dokładnie 4.50! Kilka minut po godzinie 6 zameldowaliśmy się nad Morskim Okiem. Co prawda nie liczyłam na tłumy towarzystwa, ale spodziewałam się, że jednak jeszcze ktoś pójdzie. A tu nikogo. Dodam, że pogoda była… dla koneserów. Nisko wiszące chmury nie dawały nadziei na sukces. Stawu właściwie nie było widać. Na szczęście spotkaliśmy jeszcze kilka osób, które na Rysy ruszały z Morskiego Oka. Czyli jednak jest kilku wariatów więcej. Tuż przed 7 byliśmy już nad Czarnym Stawem. Szybko – uznałam – ale to przecież dopiero początek. Zawsze w tym miejscu przypomina mi się opis szlaku z najlepszego przewodnika po Tatrach autorstwa Józefa Nyki: po obejściu Czarnego Stawu szlak gwałtownie podrywa się do góry. Rzeczywiście podrywa się. Na dodatek mokre od wilgoci kamienie uświadamiają, jak ślisko może być na zejściu, a i skały powyżej Buli pod Rysami, gdzie zaczyna się prawdziwa przygoda czyli łańcuchy też wolałabym by były suche i dawały dobrą przyczepność. I tym razem góra nareszcie pozytywnie mnie zaskoczyła. Powyżej Buli, gdzieś za pierwszymi łańcuchami podniosłam głowę i zobaczyłam zarys szczytu. Chmury zdecydowanie się przerzedzały! Im wyżej, tym widoków było więcej. A to w stronę Mięguszowieckiego, a to na Niżne Rysy. Szybko pokonywaliśmy kolejne metry, po drodze minęliśmy kilka osób, które wyszły przed nami i powyżej nie było widać nikogo. To dawało szansę na niezwykłe zjawisko – na szczycie będziemy sami! Kto był na Rysach w trakcie sezonu turystycznego wie, jaka to rzadkość! Zadzieram głowę do góry i okazuje się, że za moment dotrę do grani! A stamtąd do celu już blisko. Zerkam na zegarek niedowierzając, że to już. I wyciągam aparat bo chmury właśnie się rozstąpiły, a ja mam przed sobą panoramę słowackich szczytów wynurzających się z morza chmur. Jeszcze tylko ubezpieczony trawers, obchodzimy szczyt i siadam na najwyższym punkcie naszego kraju. I rzeczywiście – po raz pierwszy jak tu jestem – nie ma oprócz nas nikogo. Jest godz. 8.45! Niedowierzam trochę. Znad Czarnego Stawu zaledwie 1 h i 45 min. Od Schroniska w Roztoce – 3 h i 45 minut marszu. Jeszcze pamiątkowe zdjęcia, wejście na słowacki wierzchołek wyższy o 4 metry i ruszamy w dół. Mamy sporo czasu i jeśli pogoda się utrzyma planuję pokazać Piotrowi jeden z moich ulubionych szczytów – Szpiglasowy Wierch. Co prawda zwykle chodzę w przeciwną stronę czyli z Doliny 5 Stawów, ale ten wariant pozwoli nam uniknąć powrotu do schroniska asfaltową drogą. I znowu powtórka z rozrywki – na dole chmury przesłaniają widoki, im wyżej – tym lepiej. Na chwilę nawet zaświeciło słońce! Ta trasa, dość mało popularna, jest przepiękna. Nawet Mnich wynurzył się z chmur, dokładnie widać szlak na Wrota Chałubińskiego, a pod Szpiglasowym spotykam zaciekawioną kozicę. Widoki jeszcze są, ale gdy schodzimy do „piątki” towarzyszy nam już tylko wiatr i chmury. Do Roztoki docieramy po godz. 16 czyli niespełna dwanaście godzin od wyjścia, po 32 km i prawie 2,5 tys. m przewyższenia.

Do trzech razy sztuka – uśmiecham się zadowolona. Piotr ma swoje Rysy, ja dotrzymaną obietnicę i szarlotkę na ciepło z lodami w najlepszym polskim schronisku. Ten wyjazd miał być też dla mnie okazją poznania miejsca, które przez lata wędrowania po Tatrach, omijałam. I pewnie jak wielu turystów nie zeszłam zielonym szlakiem od Wodogrzmotów Mickiewicza. Z tego miejsca to zaledwie 15 minut. Paradoksalnie – to dobrze dla tego miejsca. Nie ma tam tłumów, które wpadają na piwo i siku. Schronisko dzięki unijnym funduszom przeszło remont w 2010 roku. To na co zawsze w pierwszej kolejności zwracam uwagę to stan łazienek. I tu zaskoczenie – jest lepiej niż w nie jednym pensjonacie. Czysto, funkcjonalnie i jeszcze ogrzewanie podłogowe! W kuchni turystycznej lodówka – brawo dla gospodarzy – i miejsce gdzie można zostawić zbędną żywność innym turystom. Pokoje niewielkie, ale czyste. Do tego chwalona przez turystów kuchnia i sympatyczna atmosfera – poczynając od momentu rezerwacji, przez kontakt przed przyjazdem, aż po sam pobyt. Zdecydowanie polecam!

Swoich wejść na Rysy nie liczę, 7 razy byłam tam na pewno, ale podejrzewam, że jest tego więcej. Może jeszcze pokusimy się o zimowe wejście, ale to może… Zdecydowanie planuję swój powrót na słowacką stronę, gdzie ciszej, spokojniej, a szlaków pod dostatkiem. W przyszłym roku planujemy jeszcze wspólną Orlą Perć – też ze startem o 5 nad ranem najlepiej.