Buty na podbój świata*

Jestem kobietą, więc kupowanie butów to mój naturalny żywioł! Ha, nic bardziej mylnego. Szpilki, baleriny czy sztyblety nie pochłaniają jednak tyle mojej uwagi co buty sportowe – biegowe i terenowe. Nie tylko ze względu na cenę – uwierzcie, te pierwsze są zdecydowanie tańsze. W przypadku sportowych butów, kolejne pary zużywam do końca, a często nawet o krok dłużej.

Wygoda ponad wszystko

Niewygodne szpilki zawsze można zrzucić pod biurkiem i nikt tego nie zauważy. Niewygodnych biegowych butów nie zdejmę w połowie maratonu, a bez idealnie dopasowanych butów trekkingowych nie pokonam kilkudziesięciu kilometrów
w wymagającym terenie. A ponieważ dobre (tzn. trwałe, wygodne i niezawodne) buty trekkingowe kosztują kilka razy więcej niż te codziennego użytku, ich zakup to czasem droga przez mękę. Od lat jestem wierna jednej marce, włoskiej Scarpie,
i w ten sposób skracam sobie tę drogę o połowę. Zanim jednak doszłam do tego, przetestowałam i wykończyłam dwie pary. Przy pierwszych  – marki Olang (właśnie odkryłam, że to też włoska firma!) – popełniłam błąd nowicjusza, kupiłam je w tym samym rozmiarze co zwykłe buty. Straciłam przez to paznokieć w paluchu, wyłam
z bólu na długich zejściach, ale i tak wyrzuciłam je dopiero wtedy gdy przetarła się podeszwa a woda zaczęła się wlewać dołem. O drugiej marce – przez grzeczność nie wspomnę jej nazwy – mogę tylko powiedzieć, że była porażką. Jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego – powinnam była zaufać tej mądrości. Dziś bym reklamowała buty i ich odklejone podeszwy a nie naprawiała na własny koszt.
Po dwóch sezonach – przyznaję, że intensywnych – skóra była popękana
i zniszczona. A przecież umiem dbać o buty, czego najlepszym dowodem jest kolejna para, ulubionej dziś marki Scarpa.

11 wspólnych lat na szlaku

Wysokie, skórzane i z goretexem, przeszły ze mną wiele szlaków przez 11 lat.
Po drodze wymieniłam im podeszwę, która pękła podczas pokonywania GR 20 (czyli Grande Randonnée – górski szlak, uznawany za najtrudniejszy długodystansowy szlak w Europie, przebiega niemal przez całą Korsykę, łącząc południową i północną część wyspy). Służyły mi przez trzy pory roku – jesienią, zimą i wiosną – w bardzo różnych górach. W nich weszłam na swój pierwszy trzytysięcznik – Grossvenediger a rok później na Mont Blanc. Sprawdzały się na via ferratach i w Tatrach. Za nimi góry na Korsyce, ale i zimowe Beskidy. Pasowały do nich raki podczas zimowego wejścia na Babią Górę, a latem krótkie spodenki podczas upalnych wędrówek we Francji. Ich wędrówka powoli dobiega jednak końca. Bo i goretex nie spełnia już swojej funkcji i coraz bardziej gładka podeszwa nie daje mi pewności na mokrej skale.

Myśl o wymianie tych butów towarzyszyła mi już poprzedniego sezonu. Ale po pierwsze – żal było się z nimi rozstać, a po drugie – wiedziałam ile wysiłku trzeba będzie znowu włożyć w kupienie dobrych butów trekingowych. Na dodatek jeszcze zaczęły rozpadać się letnie buty górskie – choć rozpadać to mało powiedziane. Zapadła więc decyzja o zakupie trzech par butów.

Kto bogatemu zabroni?

Spokojnie, nie bogatemu i nie od razu trzech. Ale właśnie dlatego, że nie bogatemu, nie kupuję już tanich butów – patrz wyżej,  nieszczęsna druga para. Mając trzy pary, każdą z nich osobno i wszystkie trzy na raz, będą mi służyć znacznie dłużej. Trzysezonowe Scarpy postanowiłam wymienić na dwusezonowe, letnie na letnie,
a dodatkowo kupić typowo zimowe buty. Te ostatnie wybiorę dopiero jesienią,
więc jeden problem mam na razie z głowy. Już przed planowanym na przełom marca i kwietnia wyjazdem w Alpy Bergamskie, wiedziałam, że bez nowych butów się nie obejdzie. Zabrałam się za ich wybór już dwa miesiące temu! Najpierw przejrzałam katalog włoskiej firmy i z przerażeniem stwierdziłam, że moje stare buty już nie istnieją. Poszukiwania trzeba więc zacząć od początku. Skóra licowa, nubuk czy materiał? Z goretexem czy bez? Kolor? Podeszwa? Wkładka? I jeszcze całe mnóstwo detali. Rozmiar? Dotychczasowy 38? Nie, o połówkę większy. Podczas siedmiu lat biegania urosła mi stopa. W końcu, drogą eliminacji wybór padł na dwa modele.
Ja wybrałam jeden, a doradca ze sklepu Outdoorzy.pl po konsultacji
z dystrybutorem Scarpy w Polsce, kolejny. Ja – Revolution. Oni – Kailash. Pierwszy ładniejszy – tu jednak wybierałam oczami. Drugi brązowawy, a ja tak nie lubię tego koloru! Oba z goretexem. Pierwsze szerokie, drugie węższe.

Dla mnie najważniejsza jest podeszwa!

Zdecydowała jednak podeszwa. Czyli to, czego podczas wędrówek w górach nie widać, ale biada mi jeśli nie będzie odpowiednio wytrzymała. W modelu Kailash jest zdecydowanie wyższa, ma głębszy bieżnik i bardziej „agresywny”. Na ewentualnym śniegu też będzie się lepiej trzymał. Revolution jest niestety zbyt delikatny jak na moje oczekiwania i górskie przebiegi – a te są dość konkretne, nierzadko robimy 30 -40 km co drugi weekend.  Moim zdaniem szybciej się zetrze, a ja zacznę się ślizgać. Delikatny szary kolor z dodatkiem miętowego, przegrał więc z brązowym. Przed nami mam nadzieję kilka pięknych lat w górach. I już chciałam usiąść i cieszyć się
z podjętej decyzji, gdy podczas dzisiejszego biegania z przerażeniem uświadomiłam sobie, że pod koniec kwietnia zaplanowałam Beskid Makowski a zaraz później Beskid Niski. A w niższych górach zdecydowanie preferuję niskie buty.

Scarpa Stratos już dalej nie pójdą.

Wiem, że są turyści, którzy używają tylko wysokich butów i sama przez lata tak robiłam. Dopiero wyjazd do Portugalii w góry Serra da Estrela przekonał mnie do kupna niskich. I wcale nie wysokość gór zdecydowała – najwyższemu szczytowi Torre (czyli wieża) do dwóch tysięcy brakuje jej 7 metrów, więc Portugalczycy ustawili na szczycie wieżę i w sumie jest 2000 m n.p.m. Zdecydowała temperatura. Końcówka sierpnia to w tym rejonie ponad 30 stopni Celsjusza. Jeszcze lepiej niskie buty, właśnie Stratosy, sprawdziły się w ubiegłym roku we Włoszech. W Alpach Bergamskich, które przypominają nasze Tatry radziły sobie bardzo dobrze. Na skałach, trawiastych szlakach, w lesie czy na łatwej ferracie.
W połączeniu z biegowymi skarpetkami, moje stopy czuły się komfortowo nawet w te upalne dni. Niskie buty towarzyszą mi w niższych górach, w „moich” najbliższych Beskidach, ale nie tylko. Przeszłam w nich ponad 100 km na Roztoczu i co najmniej drugie tyle na Polesiu. Świetnie wędrowało się w nich po lasach i podmokłych ścieżkach. Dlatego te górskie buty wykorzystuję także w dość łatwym, niemal płaskim terenie. Stratosy trafiły do mnie trzy lata temu przez wyjazdem w Małą Fatrę. Nie mam pojęcia ile przeszły kilometrów, ale szacuję, że tysiące. Przy kolejnych już sobie obiecałam prowadzenie dokładnych statystyk – w końcu jestem umysłem ścisłym. Nie mają goterexu bo uznałam, że latem jednak rzadziej pada. Nie wytrzymały w nich dwie rzeczy – wkładka wygląda jakby pogryzły ją myszy (to akurat można łatwo wymienić). Gorzej z podeszwą. Zresztą sami zobaczcie.

Znowu woda wlewa mi się od spodu. To znaczy, że wystarczy że idę podmokłą ścieżką, a buty zasysają wilgoć i komfort wędrówki się kończy. Zaraz więc po powrocie z włoskiego urlopu trzeba będzie podjąć decyzję w sprawie letnich butów. Tym razem postanowiłam dać szansę innej marce i bardzo jestem ciekawa tego eksperymentu. Przekonało mnie ponad 300 lat doświadczenia, rodzinna firma i chwalony serwis posprzedażowy. Jak przystało na marketingowca, to tylko zaostrzyło mój apetyt.

* Daj kobiecie odpowiednie buty, a podbije świat” – tak twierdziła Marilyn Monroe

Tekst ukazał się na blogu outdoorzy.pl

 

 

Reklamy

Włochy po ludzku

W moich wspomnieniach nie ma imienia. Ma tylko cudowny uśmiech i zmarszczki wokół oczu. Nie słabnie w mej pamięci jej serdeczny uścisk. Ile miała lat? Może 60, 70? Ważne, że to właśnie ona czekała na mnie w listopadowy dzień na mecie maratonu we Florencji. Jako jedna z wielu wolontariuszy. Uściskała mnie serdecznie jak najlepszą przyjaciółkę, podała wodę, otarła łzy wzruszenia i to właśnie ona jako pierwsza pogratulowała mi wymarzonego wyniku na mecie. Ja nie znam włoskiego, ona nie mówiła po angielsku, ale i tak dogadałyśmy się bez słów. Ten uśmiech, serdeczność i życzliwość pamiętam do dziś.

Ludzie!

Na włoskiej grupie na FB ktoś ostatnio zapytał, za co kochamy Włochy. Mogłabym wymieniać długo zalety tego kraju, zaczynając od kuchni, wina, kawy, widoków, gór… Ale pierwsza myśl jaka przyszła mi wtedy do głowy to ludzie. Ci bezimienni i Ci, z którymi zdążyłam wymienić uścisk dłoni i którym zdążyłam  się przedstawić. To dla nich wsiadam kolejny raz do samolotu, szukam kolejnych miejsc do zobaczenia i jeszcze będąc TAM szukam kolejnych możliwości powrotu. Otwarci, uśmiechnięci, życzliwie nastawieni do innych. Bardziej nastawieni na to co tu i teraz.

Zmianę klimatu odczuwam za każdym razem, gdy wysiadam na lotnisku. Nawet jeśli w Bergamo pada deszcz, ja oglądam świat przez różowe okulary. Wysiadam z samolotu i wszyscy zaczynają się do mnie uśmiechać. A może to ja się uśmiecham na ich widok? Boungiorno, Ciao, Salve – słyszę na każdym kroku, a to wszystko okraszone uśmiechem, życzliwością, gościnnością i chęcią pomocy.

Michele, nasz gospodarz z Airbnb czeka na nas już na dworcu, a właściwie na stacji kolejowej. Ostatnie dni przez naszym wylotem to wymiana maili i pytań o nasz przyjazd. Jeszcze w Katowicach rano odbieram wiadomość – miłej podróży, czekam na wiadomość, o której będziecie w Dervio. A wcale nie musiałby po nas przyjeżdżać na stację. Zgodnie z mapą mielibyśmy do pokonania niespełna kilometr, a nasze podręczne plecaki nie ważą wiele. Ale przyjeżdża po nas, wita z radością, a po drodze pokazuje najlepszą pizzerię. Takie wskazówki dostaliśmy nie po raz pierwszy. Rok temu, gdy pogubiłam się w Lecco, a pewien Włoch pomagał nam trafić pod właściwy adres, po drodze pokazał nam najlepsze miejsce na pizzę, poranną kawę i wieczorne aperitivo.

Tym razem w lodówce czeka na nas prosecco, a my oprócz życzeń miłego pobytu otrzymujemy jeszcze deklarację wszelkiej pomocy. Jak trzeba mamy więc do dyspozycji papier do pieczenia, dodatkowe opakowanie kawy i … odkurzacz – pakując się korzystamy z worków próżniowych, to sekret naszych małych plecaków.

Jezioro Como w deszczowej szacie

Na początek naszego pobytu chciałabym co prawda, by ktoś przegonił chmury, ale okno pogodowe na bieganie po okolicy wystarczy. W butach biegowych ruszamy na poznanie Dervio. Niewielka miejscowość nad brzegiem jeziora Como, zaledwie 2800 mieszkańców. I dwukilometrowy chodnik – bo nie promenada – wzdłuż brzegu. Małe miasteczko, a jednak w ciągu godziny spotykamy 10 biegaczy. To, że machają do nas i pozdrawiają się wzajemnie, to oczywiste. Ale gdy uśmiechają się i zagadują spacerujący nad jeziorem mieszkańcy – już mniej. Turystów o tej porze roku jest niewielu, łatwo nas odróżnić od stałych mieszkańców (krótkie rękawki i krótkie spodenki). Właśnie gdzieś w trakcie biegania, albo dzień później podczas spaceru spotykamy Roberto i Weronikę, choć tak naprawdę poznamy się w słoneczną niedzielę na Monte Legnoncino.

Monte Legnoncino to tym razem namiastka góry, która nas kusi. Monte Legnone widać z okna naszej kuchni. Podczas letnich wakacji zwróciła naszą uwagę jako najwyższa w tej okolicy. Wtedy zabrakło nam wiedzy na temat logistyki i samozaparcia, by wsiąść w pociąg o bardzo wczesnej porze. Tym razem nie doceniłam włoskich warunków – na stokach jest lawiniasto. Mówi się do trzech razy sztuka i zadowala niższą wersją, z pięknymi widokami na przyszły cel. Wycieczka na Monte Legnoncino (1714 m n.p.m.) przypomina mi po raz kolejny za co kocham góry. Najpierw puste szlaki do schroniska, później piękne widoki na okolicę i wreszcie panorama gór aż po horyzont. I do tego słońce, błękitne niebo i śnieg pod nogami. I tak właśnie zachwycając się nad pięknem gór, dostrzegłam dwoje turystów zdobywających szczyt nie z tej strony co wszyscy, czyli i my. Zaczynamy od wymiany pozdrowień czyli Ciao i Hallo, a później wzajemnej sesji fotograficznej. W końcu ośmielona, zagaduję o drogę, którą przyszli. Lekko wspinaczkowa, nieoznakowana na mapie. To tylko w zbudza mój apetyt na kolejny raz. Dopytuję więc o widziane wokół szczyty. Przed nami Grigna, a w dali moje ukochane Resegone. Jeszcze zasięgnę języka o wejście na Monte Legnone i porównuję Alpy Bergamskie do polskich gór. I jesteśmy w domu!

Tatry – mówią oni. Kolejne skojarzenie z Polską to oczywiście Kukuczka. Wspominają dom jego dziadków, a dziś muzeum, które odwiedzili. Tylko nazwa miejscowości uciekła im z głowy. Istebna! – wołam z radością i dodaję, że mieszkamy zaledwie godzinę jazdy samochodem od tego miejsca. W końcu wyciągam rękę, bo przecież już się znamy i tylko imion nam brak. Joanna, miło Was poznać. Weronika i Ricardo na pożegnanie machają do nas i wołają do zobaczenia!

Massimo i Luigia

To musi być Massimo. Macha do nas z daleka, choć z pociągu na stacji kolejowej w Lecco wysiadło co najmniej kilkanaście osób. Widzimy się po raz pierwszy w życiu. Co prawda spodziewałam się biegacza, tak jak my jadącego na bieg Corsa dell’Angelo w Colle Brianza, ale on tak radośnie macha na nasz widok, że mam pewność że to Massimo. Jeszcze tydzień przed wyjazdem nic nie zapowiadało, że wystartujemy w jakimkolwiek biegu we Włoszech. Informacje o dużych imprezach biegowych łatwo znaleźć, te mniejsze dostępne są właściwie dla tych, którzy znają język włoski. Ale od czego jest włoska grupa na FB. Wrzucam pytanie o imprezy biegowe w okolicach Lecco na przełomie marca i kwietnia i kilka chwil później mam dostęp do włoskiego kalendarza biegów. Wybieram region, daty i okazuje się, że w Poniedziałek Wielkanocny możemy wystartować w biegu na 5, 10 lub 21 km w Colle Brianza. Z jednej strony blisko, ale z drugiej, przy braku własnego auta, możemy liczyć tylko na komunikację miejską w świąteczny dzień. Zapowiada się ciekawy, kameralny bieg więc postanawiam skontaktować się z organizatorami, może ktoś z biegaczy jedzie i może nas zabrać… Dwa dni później mamy nie tylko niezbędne informacje na temat biegu, ale i kontakt telefoniczny do Massimo, który odbierze nas z dworca w Lecco. I tak oto poznajemy dojrzałego, radosnego i bardzo pomocnego Massimo na stacji w Lecco. I choć to jego brałam za biegacza (w rzeczywistości będzie wolontariuszem na jednym z punktów kontrolnych), w zawodach już po raz drugi bierze udział jego żona, Luigia. Luigia ma 70 lat i po raz drugi startuje w tych zawodach. Rok temu pokonanie 5 km zajęło jej 59 minut, tym razem 55. Żartujemy więc, że z wiekiem jest coraz szybsza. Luigia bierze nas pod swoje skrzydła już w samochodzie. Częstuje słodyczami, na miejscu przedstawia przyjaciołom, na mecie dba by niczego nam nie zabrakło. Zmęczona? Spragniona? – pyta mnie Luigia. I to wszystko po włosku, a ja znowu nie mam problemu by ją zrozumieć. Zresztą, ta sympatyczna Włoszka już w drodze na bieg chwali mój włoski.

Nie wahajcie się jeśli za rok znajdziecie się w czasie Wielkanocy w tym rejonie. Pobiegnijcie lub przemaszerujcie wybrany dystans. Tylko, przykro mi, ale nie będziecie pierwszymi „strangers” w 40-letniej historii Corsa dell’Angelo. Pierwszymi byliśmy my! Od 40 lat na malowniczą trasę wśród włoskich wsi, pól, łąk i wzgórz wyrusza w sumie 400 osób. Zapisy na miejscu, przed zawodami. Wpisowe: 6 euro. Żadnego elektronicznego pomiaru czasu, żadnych pakietów startowych, atestowanej trasy. Zamiast medalu – kwiatek w doniczce lub wielkie, czekoladowe jajo. Łatwo zgadnąć co wybrałam. Jest za to grupa radosnych i zaangażowanych organizatorów, świetnie oznakowana trasa, punkty kontrolne z kolorowymi opaskami i punkty żywieniowe takie że aż żal się spieszyć. Ciasta, kołacze, pieczywo z nutellą – czyli to co biegacze lubią najbardziej! Do tego urozmaicona trasa, trochę asfaltu, trochę błota po ostatnich deszczach, kamieni i traw. Piękne widoki na Resegone. Piotr pojawia się na mecie jako szesnasty zawodnik, a ja prawie zamykam imprezę. Jestem 8 od końca. Massimo „pracuje” na pierwszym punkcie kontrolnym, wręcza mi kolorową opaskę i zagrzewa do biegu słowami „Forza Joanna!”. Później spotykamy się pod koniec biegu, zabiera Piotra do auta by zlokalizować mnie na trasie. I jeszcze ta troska na mecie! Mamy się nie spieszyć, spokojnie wykąpać i dopiero czyści i nakarmieni możemy ruszyć w drogę powrotną do Dervio. Massimo i Luigia odstawiają nas pod sam dom. Zresztą, właśnie z Dervio pochodził ojciec Massimo. Pożegnaniom nie ma końca. Wymieniamy się mailami, telefonami, uściskami. Obiecujemy, że nad Jezioro Como jeszcze wrócimy, a wracając odezwiemy się do naszych włoskich przyjaciół. Planu powrotu jeszcze nie ma, ale mail do Massimo już został wysłany.