Andorra pod lupą

Jeszcze rok temu na hasło Andorra (będę pisać przez cały czas nazwę tego kraju w oryginale, nadal nie rozumiem, dlaczego po przetłumaczeniu na język polski ktoś „zjadł” literę r), zareagowałabym milczeniem. Albo szybkim pytaniem – gdzie to jest. Tak dzisiaj reaguje wiele osób, gdy mówię gdzie spędziłam ostatnie wakacje. Pewnie rok temu też nie potrafiłabym umieścić na mapie tego maleńkiego księstwa. Tak małego, że nie ma tam miejsca na lotnisko czy linię kolejową. Tak małego, że główną drogą od granicy z Hiszpanią do granicy z Francją można przejechać w 40-50 minut. Za mało miejsca na lotnisko, każdy płaski kawałek ziemi – w sytuacji, gdy spędza się tu całe życie, a nie dwa tygodnie – jest na wagę złota.

To skojarzenie ze złotem nie jest przypadkowe. Andorczykom dobrze się powodzi. Ich samochody przyciągają nasz wzrok. Andorra la Vella to cel zakupowych wizyt Hiszpanów i Francuzów, a sklepy położone przy głównej drodze zapraszają do kupowania tańszego alkoholu, papierosów i perfum. To także raj podatkowy dzięki niższym podatkom i niższym cenom. I wiecie co, oprócz wina, porto, cavy i sidry wypitej na miejscu, do Polski nic nie przywieźliśmy.

Jednak – coś za coś. O fragment płaskiego terenu jest tu bardzo trudno. Andorra to tak naprawdę góry, czyli Pireneje. Całe 462 km2 powierzchni tego kraju to góry. Średnia wysokość terenu to 1996 m npm, a najwyższy szczyt Andorry – Pic de Coma Pedrosa zbliża się do 3 tys. m. Takich prawie trzytysięczników jest tu jeszcze sześć. Góry zaczynają się bezpośrednio za drogą, która przecina Canillo – miejscowość, w której się zatrzymaliśmy. Z drugiej strony jest tylko chodnik, rzeka, camping i znowu góry. Takie ukształtowanie terenu tłumaczy zapewne to, co w Andorze zachwyciło mnie najbardziej. To, czego tutaj, w Polsce tak mi brakuje. Czystość w miejscach publicznych, dbałość o szczegóły we wspólnej przestrzeni i umiejętność stwarzania przyjaznych miejsc w zwykłej codzienności.

Punkt widokowy nad Canillo

Andorra zachwyciła mnie detalami i w detalach. Ścieżka spacerowa nad Canillo w kierunku Meritxell, zaledwie kilkanaście minut spaceru i dech w piersiach zapiera widok szczytów. Mnie oczarowała ławka, postawiona w idealnym miejscu. Można siedzieć i podziwiać, siedzieć i czytać, siedzieć i odpoczywać. Wokół cisza, zieleń i żadnych śmieci. Kilkaset metrów dalej kolejne miejsce, które chętnie przeniosłabym do naszej rzeczywistości. Kamienne stoły z ławami, źródło wody, miejsce na ognisko i grill w plenerze. Wokół idealnie czysto. Nie dlatego, że nikt nie korzysta z takich miejsc. Sama widziałam! 8 września w Andorze obchodzone jest Święto Narodowe. Wszystkie sklepy są zamknięte, mieszkańcy odwiedzają duże, jak na te realia, sanktuarium, znajdujące się w maleńkiej wiosce Meritxell i spędzają czas w plenerze. Jedzą, piją, grillują i rozmawiają. Wokół biegają dzieciaki. Gwar i radość. Minęliśmy takiego piknikowe miejsce w drodze na szczyt i w drodze powrotnej z Pic d’Escobes (tak na marginesie piękna góra, bardziej wymagająca niż „prawie trzytysięczniki”, coś dla ambitnych trekkerów – będzie o niej w kolejnym poście). Nie mam wątpliwości, że gdy skończy się dzień, to miejsce będzie czyste i posprzątane, gotowe na przyjęcie kolejnych gości.

Mało płaskiej przestrzeni sprawia, że każda jest maksymalnie wykorzystana i przygotowana do aktywnego wypoczynku. Idealnych przykładem jest dla mnie Jezioro Engolasters. Według jednej z legend dotyczących jeziora – mojej ulubionej – było to miejsce spotkań i kąpieli czarownic. Podglądanie nagich kobiet, mogło się skończyć tragicznie dla podglądacza, czyli zamianą w psa lub kamień. Dziś jezioro jest częścią elektrowni wodnej, ale też popularnym miejscem rekreacyjnym. Już drogi prowadzące nad to jezioro to idealne miejsce spacerowe i biegowe. Po drodze mijamy, a jakże – ławeczki i miejsca wypoczynkowe, gustowne drewniane budki, a w nich woreczki, by łatwiej było sprzątać po psie, tarasy widokowe, ścianki wspinaczkowe, tunele wykute w skałach, mini ogrody botaniczne z przykładowymi roślinami i opisami. Te opisy i w ogóle informacje dla turystów to jedyna wada Andorry – wszystkie są po katalońsku, później po francusku i wreszcie po hiszpańsku. W języku angielskim brak i może dlatego jednym z efektów podróży do Andorry będzie mój powrót do nauki języka hiszpańskiego. Hola!

Nad jeziorem można spacerować, siedzieć, biegać, wędkować, jeździć na rowerze (są nawet specjalnie wybudowane przeszkody). Nie można tylko pływać łódką i kąpać się. W jeziorze pływają za to między innymi pstrągi.

Zamiłowanie do czystości? Kara za nieposprzątanie po czworonożnym przyjacielu to od 100 do 300 euro! Mogę więc spokojnie iść chodnikiem i gapić się do góry. A może mam ochotę odpocząć? Znajdzie się i maleńki plac z ławkami, kwietnikami i pelargoniami. Zadbany deptak z fontanną. Plac ze źródłem, zadaszeniem i kwiatami. Coś na kształt rynku, z miejscem gdzie można zagrać w bule, z ławkami, kwietnikami, miejscem do zabawy dla dzieci. I jeszcze gdzie indziej – trasa rowerowa nad rzeką, mikro boisko do kosza i kilka przeszkód dla deskorolkarzy. Nie dziwi mnie już nawet, gdy znak drogowy uśmiecha się do kierowców jadących zgodnie z przepisami (smutną minę też ma w ofercie dla tych co jadą zbyt szybko).

Zachwycam się nawet pojemnikami do segregacji śmieci i przydomowymi śmietnikami. Te pierwsze zobaczyłam z okna autobusu wiozącego nas z Andorra la Vella do Canillo. Zobaczyłam niewysoką ściankę z rysunkami zwierząt. I tak co kilkaset metrów. Raz kozice, a innym razem świstaki. Na miejscu okazało się, że za ścianką są kontenery na papier, szkło i plastik. Innego dnia schodząc z gór do Ransol zobaczyłam wnękę wykutą w skale, a wokół metalowe okucia z wyciętymi kształtami zwierząt – lisa, zająca… Dopiero po chwili zorientowałam się, że stoję przed osiedlowym śmietnikiem!

I jeszcze jedno – wokół jest tak jednakowo, że aż nudno! Żartuję… Ale to fakt, wszystko jest tu w jednakowym stylu. Jak pelargonie to czerwone. Jak ławeczki to drewniane. Identyczne źródła wody. W większym formacie też panuje ład. Domy – z kamienia. O podobnym kształcie i wysokości. Wyróżniają się tylko hotele – ale nie kolorem, bo też są kamienne – ale wielkością. Nie 2-3 piętra, ale 4-5. Dzięki temu wszystko do siebie pasuje. Do tych najstarszych, maleńkich kamiennych mostków i mikroskopijnych, uroczych kościółków. Bo skoro kilkaset lat temu, ktoś użył kamienia jako głównego budulca, a to co wybudował nadal stoi, to po co to zmieniać. Andorra – poza częścią handlową – wygląda więc na pierwszy rzut oka jak kraina z bajki, ale tej mlekiem i miodem płynącej.

Takie były moje pierwsze wrażenia po przekroczeniu granicy z Hiszpanią, i takie już zostały przez kolejnych 12 dni. Każdy kolejny dzień utwierdzał mnie w przekonaniu, że to maleńkie, ale bardzo zadbane i dopieszczone w każdym calu miejsce. Trafiliśmy tam w idealnym czasie – wrzesień to już niski sezon, wakacje właśnie się kończyły, a sezon zimowy i narciarski dopiero się rozpocznie. Dzięki temu i ceny na campingu były niższe i ludzi na szlakach mało. Mało, czyli prawie wcale. Na wielu szczytach byliśmy zupełnie sami. Czasem widzieliśmy kogoś w oddali na innej górze czy trasie. Ta pustka w górach, cisza i totalny spokój kompletnie nas oczarowały. Tłumnie – czyli jakieś 10 osób i dwa psy – było na najwyższym szczycie Andorry. Choć w okolicy Canillo, El Tarter i Soldeu trwają już przygotowania do zimy. Bo Andorra znana jest bardziej narciarzom niż wędrowcom. A teraz znana będzie jeszcze bardziej. Po raz pierwszy w historii, w marcu 2019 r. odbędzie się tu Finał Pucharu Świata w Narciarstwie Alpejskim. El Tarter i Soldeu szykują się właśnie na przyjęcie światowej czołówki narciarzy. Poszukiwani są wolontariusze, więc może to jest pomysł dla kogoś kto chciałby poznać to piękne księstwo. Dzięki takim sportowym wydarzeniom o Andorze usłyszy świat. Podczas ostatniego dnia naszego pobytu maleńkie Canillo dwa razy wystąpiło w wiadomościach sportowych. Najpierw, tuż po południu, przejechali z dużą prędkością kolarze startujący w La Vuelta a España, a wieczorem miała miejsce ceremonia otwarcia 34. edycji Mistrzostw Świata w Biegach Górskich z udziałem polskiej reprezentacji. Na obie imprezy zeszli się moim zdaniem niemal wszyscy mieszkańcy i turyści, jakieś… sto osób.

Góry i wszystko co z górami związane to magnes przyciągający turystów. Na nas też zadziałał. Obiecuję, że kolejny post będzie właśnie o górach, choć już nie będzie tak słodko.

Informacje praktyczne:

  • Lot do Barcelony i z Tuluzy do Warszawy Modlin – 210 zł
  • Z obu lotnisk można się dostać do Andorra la Velle: przewoźnik Alsa z Barcelony i Andbus do Tuluzy. Za pierwszy bilet w promocji 50% zapłaciłam 16 euro za osobę, bilet na lotnisko w Tuluzie kosztował 36 euro. Na pokonanie obu tych tras potrzebowaliśmy ok. 3 godzin. Autobusy odjeżdżają punktualnie, na miejscu byliśmy nawet 15 minut wcześniej, i to w obu przypadkach. Bilety można kupić przez Internet. W przypadku Andbus, autobus wyjeżdża z Andorra la Vella, ale bilet można kupić od dowolnego przystanku na trasie do granicy z Francja. Trzeba tylko znać nr przystanku, na którym chce się wsiąść.
  • W samej Andorrze korzystaliśmy z komunikacji, jest kilka linii autobusowych (L1, L2, L3, L4, L4BIS, L5, L6, L6BIS), które łączą Andorra la Vella z innymi miejscowościami. Bilet kosztuje standardowo 1,85 np. z Andorra la Vella do Canillo, czy z El Tarter do Canillo. Najdroższy był dojazd do Arinsal (miejscowość skąd wychodzi się na Coma Pedrosa) – 3,8 euro.
  • Autostop – udało nam się skorzystać 2 razy, raz z Arinsal do Andorra la Vella i raz wcześnie rano z Canillo. W mojej ocenie mało kto się zatrzymuje, w pierwszym przypadku zabrali nas turyści, którzy też wracali z Coma Pedrosa. W drugim – też załapaliśmy stopa dość szybko, ale przypuszczam, że to w związku z przypadającym w tym dniu świętem narodowym.
  • Zatrzymaliśmy się na Campingu Casal w Canillo. W tej miejscowości są jeszcze trzy inne, ale tylko tutaj na stronie internetowej znalazłam wszystkie potrzebne informacje, a mailowo zrobiłam rezerwację, bez wpłacania zaliczki. Od 1 września obowiązywały ceny z niskiego sezonu, za 2-osobowego campera płaciliśmy 20 euro za noc. Camper był wyposażony we wszystko co niezbędne by funkcjonować przez prawie dwa tygodnie i codziennie przygotować prosty posiłek. Dostaliśmy też pościel. Łazienki i toalety są ogólnodostępne. Choć kamping ma już swoje lata, właściciele dbają o czystość i porządek. Na miejscu świetnie działa wifi – ważne, bo Andorra nie jest w UE i ceny połączeń telefonicznych są wysokie. Polecamy, szczególnie ze względu na czystość i bardzo pomocnych gospodarzy. Szczególnie Daniel! Na miejscu można zamówić kawę, piwo, wino i porto prosto z beczki. 3,5 euro za litr.
  • W Canillo są dwa sklepy spożywcze, ten z którego korzystaliśmy otwarty codziennie od 9.00 do 21.00. Ceny podobnie jak w Polsce, choć… moje ulubione pesto kosztuje tam dwa razy mniej (porównywałam dokładnie ten sam produkt, tej samej firmy).
  • W Canillo rozpoczyna się kilka szlaków na bardzo atrakcyjne i piękne szczyty. Moim zdaniem to idealne miejsce na wypoczynek. Canillo nie jest nastawione na handel markowymi produktami. Małe, ciche i spokojne.
Reklamy

6 myśli w temacie “Andorra pod lupą

  1. Tak czytam i mi smutno, że gdzie indziej potrafi być normalnie, tylko u nas na każdym kroku śmieci….Andora wydaje się fajnym miejscem do życia i oficjalnie dopisuję do listy na 2019 🙂 Znajomi byli w tym samym czasie co Wy i też zachwyceni (plus mówili, że tanio) A wiesz jak tam jest z rozbijaniem namiotu w górach?

    Polubione przez 1 osoba

Podziel się swoimi wrażeniami

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s