W poszukiwaniu żółtej kropki

Od tego cytatu powinnam była zacząć planowanie górskich wędrówek w Andorze. Powinnam była. Ale przeczytałam go dopiero w domu, gdy zauroczona Pirenejami kupiłam dwa przewodniki po tym górskim paśmie. I choć kolejny wyjazd planowany jest w czerwcu przyszłego roku, od razu zaczęłam je wertować. Dotarłam do strony 32 i wybuchnęłam śmiechem.

Nie wszystkie szlaki przedstawione na mapach jako ścieżki mają oczywisty przebieg w terenie. Mogą być czymś niewiele więcej niż pobożnym życzeniem kartografa. („Pireneje, tom 2, Hiszpania, Andora, Pirenejski Szlak Wysokogórski” Kev Reynolds)

Powinnam była, ale nie zaczęłam. Do Andory i w tamtejsze Pireneje pojechaliśmy z mapą, na której zaznaczono główne szlaki GRP, GRT, GR 7 czy GR 11. A do tego mnóstwo mniej głównych szlaków, ścieżek i dróg. Wcześniej oczywiście sporo czytałam w Internecie na temat tych gór, trafiłam nawet na tekst, którego dziś nie potrafię już odnaleźć – o żółtych kropkach – i to ten tekst przypominał mi się najczęściej podczas górskich wędrówek.

Przede wszystkim, pierwsze co po raz kolejny doceniłam to oznakowanie szlaków w polskich górach. Te kolory, kierunkowskazy, czasy przejść. Na mapach wszystko doskonale widoczne, łatwe do policzenia. Nie mówiąc już o kalkulatorach szlaków dostępnych w sieci. A w terenie – jaskrawe kolory, wyraźnie wymalowane w miejscach, gdzie można mieć wątpliwości.

Żeby nie było – po wędrówkach w austriackich i słoweńskich Alpach, wiem czego w górach można się spodziewać. Biało-czerwonych pasków i czerwonych kropek albo tylko kamiennych kopczyków ustawianych przez turystów. Tutaj jednak wiele razy byłam zaskakiwana. A to tak szczegółowym oznakowaniem, że nie można było naliczyć wszystkich znaków na odcinku kilkudziesięciu metrów, a to tablicami informacyjnymi ustawionymi co kilkadziesiąt kroków (niestety większość w języku katalońskim, później francuskim, a na końcu po hiszpańsku). A to na szczyt prowadziły kamienne kopczyki, a to ścieżki mnożyły się w każdą stronę i trudno było zdecydować, po których śladach iść dalej. A to w końcu trzeba było samemu drogę wyznaczać i iść w kierunku szlaku, który gdzieś tu być powinien.

Z tego szukania, wyznaczania, ale i wygodnego wędrowania wyszło nam kilkanaście świetnych wycieczek. Tu przeczytacie o kilku, co najmniej kilka kolejnych tras przejdziemy jak tylko tam wrócimy.

Ścieżki przyrodnicze – czyli podążaj śladami króliczka… albo zajączka

Pierwszy dzień to był taki kamuflaż. Wydawało się, że wszystko idzie dobrze. Poranna kawa, wizyta w informacji turystycznej, komplet książeczek (naprawdę trzeba jednak dużo samozaparcia i świetnej znajomości okolicy, by wędrować z tymi mapkami) i ruszamy na pierwszą wycieczkę. Pracownicy polecili nam trasę o długości 32 km, z Canillo, przez Soldou i powrót przeciwległym zboczem. Idealna wycieczka, by poznać okolicę i zorientować się co gdzie i w którą stroną. Przez jakieś pół godziny trzymaliśmy się głównego szlaku oznakowanego kogutem. Dopiero pod koniec pobytu w Andorze odkryłam, że ten kogut to … głuszec. Wybaczcie mieszkańcy tego pięknego księstwa. Idziemy i idziemy, a tu nagle ścieżka skręca w górę i pojawia się tajemniczy kierunkowskaz. To co, w górę. I tak zamiast do Soldou trafiliśmy trochę powyżej tej miejscowości, do Refugi de Riba Escorxada, czyli w sam środek ośrodka narciarskiego powoli przygotowującego się do sezonu. I w sam środek świata świstaków, mocno zdziwionych naszą obecnością. Generalnie niewiele się nami przejmowały, a bardziej skupiały na nietraceniu zbędnych kalorii, tak potrzebnych zimą. Korzystając z plątaniny ścieżek, dróg i tras narciarskich weszliśmy na przełęcz powyżej 2300 m n.p.m. i dalej ruszyliśmy na Pic dels Maians. Tu z góry rzuciliśmy okiem na kolejkę wywożącą ludzi z Canillo. Jeśli dobrze odczytałam mapę, to trasa naszej pierwszej wycieczki w znacznej mierze pokrywała się z trasą biegu, który odbył się już w dniu naszego wyjazdu czyli 34. edycji Mistrzostw Świata w biegu górskim. Ale wtedy to my już całkiem dobrze się w tych górach orientowaliśmy. Pierwszego dnia to łapaliśmy ścieżkę z kropkami, to ją gubiliśmy. Zaliczyliśmy przedzieranie się przez chaszcze i znowu wróciliśmy na szlak. A na koniec trafiliśmy na pięknie oznakowaną ścieżkę przyrodniczą tym razem z zajączkiem. I podążając za nim trafiliśmy do naszej wioski.

Żółte kropki – ale czasem czerwone, a czasem niebieskie

Powyżej Encamp zaczyna się szlak prowadzący wzdłuż potoku Montuell, obok schroniska dels Agols aż na szczyt Cap dels Agols. Piękna, zupełnie pusta dolina. Po osiągnięciu grani można zdecydować czy zejść w dół nad staw Blau i dalej wędrować Doliną Madriu. Wybraliśmy wariant górny i w ten sposób ominęliśmy dolinę i dwie wioski – Entremesaigues i Ramio wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. To jedyne takie miejsce w Andorze, więc jest kolejny powód, by tam wrócić. My  wybraliśmy wędrówkę granią z pięknymi widokami na prawo i na lewo. Z mijanymi ciekawymi formacjami skalnymi i urwiskami, które kończyły się gdzieś w dole. Po drodze kilka wierzchołków i nieustanne wypatrywanie żółtych kropek. Tylko raz, gdy szlak omijał jeden z trudniejszych wierzchołków kropki nagle zniknęły. Brak kropek i choćby trochę widocznej ścieżki, sprawił, że postanowiliśmy wrócić do ostatniej. Znalazła się niewielka strzałka, która kierowała w dół, dwie kolejne kropki i znowu nic. Tu ścieżka, tam ścieżka… która jest właściwa… schodzić niżej czy raczej trawersować zbocze. Staję i wytężam wzrok. Czy ta plamka na kamieniu to wyblakła kropka… A może ta druga, tylko w przeciwną stronę. Po chwili błądzenia, wypatrywania i schodzenia w terenie, w którym już dawno nic nie przypomina szlaku ani nawet ścieżki, trafiamy na znaczki. Chociaż właściwie głowę bym dała, że tam niżej też jest kropka, tylko jakaś niebieska. Gdy wreszcie trafiamy na wyraźny szlak i wracamy ponownie na grań, otwiera się przed nami ogromny płaskowyż. Z wystającymi tu i tam skałami. Duża i zupełnie pusta przestrzeń, której istnienia na dole zupełnie nie można się domyślić. Jakby kto ściął równo szczyty. (Podobny płaskowyż jest też za północnym wierzchołkiem Pic de Casamanaya (2749 m n.p.m.). Tyle, że tamtejsze skały, pionowe i ostro zakończone przypominały mi bardzo argentyńskie penitenty.)

Zupełnie niespodziewanie robi mi się żółto przed oczami! Już nie tylko widzę najbliższą kropkę, ale i dwie kolejne. Gdy schodzimy niżej i pojawiają się drzewa robi się jeszcze lepiej, teraz już kropki są na niemal każdym drzewie. Kropka, kropka, kropka… Tak jak wyżej mi ich brakowało, tak tutaj ktoś wyraźnie miał nadmiar żółtej farby. A może właśnie dlatego wyżej już się skończyła… Nie dojdę prawdy. A gdy na skrzyżowaniu szlaków trafiamy po raz pierwszy od początku pobytu w Pirenejach na drzewko i kierunkowskazy pokazujące kilka dróg i szlaków, nabieram nadziei, że może jednak się w tych górach nie zgubimy.

Za kopcami na szczyt Pic d’Escobes

Trafiliśmy tu trochę przypadkiem, w najważniejszym dniu dla mieszkańców Andory czyli 8 września, kiedy przypada Święto Narodowe Andory. Przypadkiem i nie bez problemów. Najpierw w Canillo nie przyjechał oczekiwany autobus. Na szczęście mimo niewielkiego o poranku ruchu, udało się nam złapać autostop i dość szybko trafiliśmy do miejscowości Envalira. Stamtąd najpierw stromo pod górę, a później przez piękny „kocioł”, w którym hasały konie. Dalej granią, wreszcie w dół nad Estany del Siscaró, obok Refugi del Siscaró i dalej w dół. Tu, przy perfekcyjnie zorganizowanym miejscu biwakowym – kamienne stoły i ławy, miejsce na ognisko i grilla, potok i źródełko – stoi sobie intrygujący kierunkowskaz: Pic d’Escobes. Brzmi ładnie, wysokość też interesująca – 2779 m n.p.m. – więc ruszamy znowu w górę. Dziś już wiem i wcale mnie to nie dziwi, że ten piękny i ambitny szczyt nazywany jest „Matterhornem Andory”. Na tym oryginalnym nie byłam, andorski mam już zaliczony. Wzdłuż potoku Juclar aż do schroniska o tej samej nazwie wiedzie piękna droga. Z pięknym wodospadem po drodze i drewnianym mostkiem, z którego można podziwiać widoki. Zanim osiągniemy schronisko, jedno z niewielu w Andorze z obsługą, bez Internetu, ale za to z ekologicznymi toaletami, mijamy stawy Juclar. Pierwszy z nich to Primer, największy staw w Andorze o powierzchni ponad 21 hektarów. Spotkaliśmy tu i wędkarzy, i miłośników zimnej kąpieli i leniuchujące nad brzegiem rodziny. My jednak zadzieramy głowy wypatrując celu naszej wycieczki. Który to szczyt? Ten, tamten czy jeszcze inny. Jak łatwo się domyślić – ten najdalej położony. Między jeziorami oraz na obie przełęcze na granicy z Francją prowadzi dobrze oznakowana droga. Na przełęczy Coll de l’Alba skręcamy w prawo i znaki się kończą (szlak GRT sprowadza do Francji). Pojawiają się inne charakterystyczne „kierunkowskazy”, czyli kamienne kopczyki ustawione przez turystów. Momentami bez ładu i składu – na lewo kopiec, na prawo też. Zadzieram głowę do góry, bo na skalnym zboczu nie jest łatwo wypatrzyć kolejne kamiennie kopczyki. Jeszcze trudniej zobaczyć je schodząc (wracaliśmy tą samą drogą), ale dzięki dość dobrej widoczności udaje się mniej więcej zapamiętać trasę. W górę idziemy dość stromo, co oznacza też szybko, po miejscami sporych głazach. Gdy osiągamy pierwszy punkt kulminacyjny, ten okazuje się nie być jeszcze szczytem. To Pic de Noé. Teraz jeszcze trawers zbocza i kolejne podejście. I znowu kopce prowadzą w dwa przeciwne kierunki. W rezultacie jednak obie drogi doprowadzają na szczyt. Choć to nasz kolejny w Andorze szczyt, a przed nami jeszcze ten najwyższy, to jednak ze względu na dość ambitne wejście, momentami lekko wspinaczkowe i bez żadnych sztucznych ułatwień, jednogłośnie orzekamy, że to zdecydowanie jedna z piękniejszych gór w tym małym księstwie i warto było zmienić plany. I jak łatwo się domyślić szczyt i widoki mamy tylko dla siebie. Minęliśmy dwie osoby schodzące w dół i wyprzedziliśmy chłopaka, który za chwilę też powinien tu być. Jest więc czas na sesję, podziwianie rozległej panoramy i świętowanie Narodowego Święta Andory! Szczyt zdecydowanie wart zdobycia, od przełęczy trzeba jednak zachować czujność i dobrze się rozglądać. Ciekawy dla osób, które lubią szlaki w stylu naszej Orlej Perci. Zapomnieliśmy tylko dostawić własny kopczyk na trasie.

Gówniana góra czy owczy szczyt czyli Pic de la Coma de Varilles

Pamiętam jak kilka lat temu maszerując szlakiem GR 20, sapiąc niemiłosiernie wdrapałam się wreszcie na jakąś górę powyżej 2000 m, a podnosząc wzrok, by się rozejrzeć stanęłam oko w oko z krową. A za nią była kolejna i kolejna. Takie wysokogórskie zwierzaki, co to kondycję i apetyty miały znacznie lepsze niż ja. I od razy na ich widok duma z osiągnięcia jakby mi stopniała. W Andorze na szlakach nie brakuje koni, krów i owiec. Te ostatnie potrafią się wdrapać nawet powyżej 2700 m! W drodze na Pic de la Coma de Varilles trzeba było uważnie patrzyć pod nogi by w nic nie wdepnąć. O samym wierzchołku nie da się inaczej powiedzieć jak gówniana góra. Stado owiec tam było, zjadło wszystko co się dało oskubać i solidnie nabrudziło. Śmierdzieć będzie pewnie do pierwszego opadu śniegu.

Prawie trzytysięczniki – Pic de la Serrera (2913 m n.p.m.), Pic de l’Estanyó (2915 m n.p.m.), Pic de Coma Pedrosa (2944 m n.p.m.)

Szczytów, którym niewiele zabrakło, by zamienić dwójkę z przodu na trójkę jest w Andorze siedem, tu w kolejności od najwyższego do najniższego: Pic de Coma Pedrosa (2944 m), Roca Entravessada (2928 m), Pic de l’Estanyó (2915 m), Pic de Medacorba (2912 m), Pic de la Serrera (2913 m), Pic de la Portelleta (2905 m) and Pic de Font Blanca (2904 m). Od października 2013 roku wszystkie te szczyty można „zaliczyć” podczas wyjątkowego biegu ELS 2900. To wyzwanie to ponad 70 km trasa i prawie 7 tysięcy metrów przewyższenia. Na stronie internetowej organizatorów można przeczytać, że „możesz sam wybrać trasę pomiędzy tymi szczytami”, ale polecają wejście na szczyty w odpowiedniej kolejności. W biegu startuje zaledwie 25 dwuosobowych zespołów, a wpisowe to 500 euro. Zgodnie z kalendarzem ostatnia edycja odbyła się w pierwszy weekend października. My co prawda nie wbiegliśmy, ale weszliśmy na trzy z tych prawie trzytysięczników, w tym na ten najwyższy. Dla mnie to był dziesiąty szczyt w Koronie Ziemi, ani nie najwyższy dotychczas, ani nie najpiękniejszy, ani nie najtrudniejszy. Wejście na Comapedrosa okazało się jednak przyjemne i bardzo widokowe.

Więcej możecie przeczytać TUTAJ

Na Pic de l’Estanyó (2915 m)i Pic de la Serrera (2913 m) można wejść przy okazji jednej, choć dość długiej wycieczki. My zrobiliśmy to na dwa razy, ale tylko dlatego, że kierunkowskaz z przełęczy na Pic de la Serrera (2913 m) zapowiadał godzinę marszu (plus powrót tą samą drogą i jeszcze dalej do parkingu). Wtedy ze względu na dość późną porę odpuściliśmy, kilka dni później okazało się, że w rzeczywistości ostatni odcinek na szczyt można pokonać w pół godziny. I choć to może już nudne, znowu musiałabym użyć przymiotnika pięknie, a nawet stopniować do bajecznie piękne. Podejście na Pic de l’Estanyó (2915 m) przez Vall del Riu, schronisko o tej samej nazwie i położone wyżej stawy Vall del Riu to jedno z bardziej wyjątkowych miejsc. Zmieniający się co kilka kilometrów krajobraz,  podejścia, które otwierają coraz to nowe widoki i ścieżka, której żółte znaczki kończą się przy największym ze stawów. Później trzeba kierować się znikającymi kopczykami w kierunku przełęczy. Tam znowu złapać żółte znaczki i wejść na szczyt. Zarówno tutaj, jak i na Serrera i na jeszcze kilku niższych szczytach potkaliśmy się z bardzo ciekawym ich oznakowaniem. To metalowe słupki z wyciętymi nazwami i wysokościami szczytów. Same w sobie są bardzo fotogeniczne, a po czasie nie mam problemów z rozpoznaniem szczytów.

To tylko kilka pomysłów na spędzenie czasu w Andorze. Gdy to piszę, zerkam na mapę i odkrywam jak wiele dróg zostało jeszcze do przejścia. W tym księstwie, które na piechotę można okrążyć w mniej więcej 10 dni! A to tylko początek przygody i poznawania Pirenejów!

Reklamy