Moja piękna włoska życiówka

Kto nie ryzykuje ten nie pije szampana. Albo raczej – włoskiego wina! I teraz jeszcze kilka motywacyjnych haseł, w stylu – kto jak nie Ty, kiedy jak nie teraz! Choć, gdzieś w połowie trasy głowa szykowała tekst w stylu – nie powtarzaj moich błędów, nie porywaj się na wynik bez przygotowania. Dziesięć kilometrów dalej, wbiegając na metę nawet nie pomyślałam, by z szerokim uśmiechem pięknie pozować fotografom. Kilkaset metrów wcześniej zerkałam na zegarek i powtarzałam pytanie: daleko jeszcze?! Aż wreszcie mogłam się zatrzymać i czas też się zatrzymał. Czas, wyświetlany przez mój zegarek: 1:57:12. A to oznacza tylko jedno – ponad dwie minuty szybciej niż trzy i pół roku wcześniej na tym samym dystansie, czyli półmaratonie. Czyli jednak będzie włoskie wino!

Rok, w którym miałam biegać po swojemu, bez zawodów i bez reżimu zakończyłam rzutem na taśmę W tym rzucie, od przyjazdu z Andory w połowie września do startu 11 listopada 2018 r. wybiegałam tyle, by starczyło na najlepszy czas. Choć tego półmaratonu też miało nie być. Jezioro Garda kojarzyło mi się dotąd z tłumami, wysokimi cenami i kurortami. Ale w listopadzie… i to dzięki konkursowi, który podesłał mi Piotr… Szkoda czasu na zbytnią analizę, szkoda czasu na pisanie elaboratów, szkoda czasu na pamiętanie. Kilka zdań i poszło. Dobrze, że kilka dni później w ogóle wspomniałam o tym zgłoszeniu, bo zaskoczenie i zdziwienie Piotra na wieść o wyjeździe do Włoch byłoby nawet zabawne. I tak oto, dzięki Run and Travel, planujemy kolejny wyjazd do Włoch. W planach jest Garda Trentino Half Marathon i kilkudniowy odpoczynek w górach i nad jeziorem.

Wtedy, w sierpniu, wydawało mi się, że zdążę. Że podczas wakacji w Andorze coś tam pobiegam (nie pobiegałam – siły starczyło mi tylko na górskie wędrówki), a po powrocie mając jakąś tam kondycję zabiorę się za to czego nie lubię, czyli popracuję nad szybszym bieganiem. Zaczęłam spokojnie, później zdecydowałam się na zwiększenie ilości treningów w tygodniu do 5, a nawet 6 razy. I tak całkiem dobrze biegało mi się przez trzy tygodnie. Aż tu naraz nogi przestały się słuchać, głowa chciała, a nogi nie. Tempo dramatycznie spadło i to na najprostszej możliwej w Bielsku-Białej trasie. Wróciłam podłamana – jak policzyłam o ile za wolno do poprawienia swojego najlepszego czasu, to już wiedziałam, że to bez szans. Jeszcze wychodziłam i biegłam, jeszcze wbiegałam kolejny raz na Skarpową, jeszcze próbowałam przyspieszać, ale mentalnie szykowałam się na bieg dla frajdy a nie na poprawianie swojego wyniku. Pod koniec października wybrałam jeszcze wyjazd w Tatry zamiast treningów i tak ledwo ledwo wybiegałam najdłuższy dystans czyli 18 km. I jeszcze przeziębienie dwa tygodnie wcześniej upewniło mnie, że nie mam szans.

Nawet dzień wcześniej na pytanie Piotra, po jakim czasie ma się mnie spodziewać na mecie, nie wiedziałam co odpowiedzieć. 6 minut na km to byłoby chyba całkiem dobrze, patrząc na moją formę. Tylko wieczorem, tuż przed snem błysnęła mi myśl, jakby to było pięknie pobiec w niedzielę życiówkę. Co więc mnie w ogóle podkusiło, by spróbować?! Nie mam pojęcia!

Niedzielny poranek powitał nas chłodem i niskimi chmurami. Przy temperaturze poniżej 10 stopni dość dziwnie wyglądałam w krótkiej spódniczce biegowej i lekkiej koszulce z krótkim rękawem. Na dodatek, gdy stanęliśmy na starcie moje okulary słoneczne zaczęły spełniać rolę okularów… przeciwdeszczowych. Padał deszcz! Coś moja prognoza pogodny przestaje się sprawdzać – pomyślałam. Tuż przed startem drogi moje i Piotra się rozeszły. Ja biegłam ze strefy zielonej – na czas w okolicy 2 h, a Piotr z niebieskiej. Jeszcze w hali przyglądam się ostatniej odprawie pacemakerów, którzy w charakterystycznych koszulkach i z zielonymi balonikami szykowali się do biegu. Z kim by tu pobiec… zastanawiałam się robiąc zdjęcia, a oni radośnie pozowali przed aparatem.

Punktualnie o godzinie 10.00 padł sygnał do startu. Jeszcze próbowałam ustawić się obok zajączków na około dwie godziny, ale nie dopchałam się w tłumie. Kto nie ryzykuje… usłyszałam w głowie i postanowiłam zaryzykować. Najwyżej się nie uda. Znałam swój najlepszy czas, wiedziałam w jakim tempie muszę pobiec i wystartowałam. Postanowiłam po prostu sprawdzić jak pobiegnie mi się pierwszy kilometr i kolejne cztery, czyli pierwszy parkrun.

Kilkanaście metrów dreptania do właściwej linii startu, odpalam zegarek i ruszamy. Z opisów trasy wiem, że będzie bardzo płasko 35 metrów przewyższenia to dla mieszkańców Bielska-Białej trasa płaska jak stół. Tym bardziej, że zaczyna się … z górki. Pierwsze pięć kilometrów to jak rozgrzewka, łapię ulubione tempo, rozglądam się po biegaczach, wypatruję kibiców, znajduję sobie wygodne miejsce. Zbiegamy w kierunku Jeziora Garda, a później skręcamy w kierunku Torbole. Główną drogą, przez tunele biegniemy cały czas wzdłuż jeziora. Lekko powiewa wiatr, lekko mży deszczy, ale nastroje dopisują. Pierwszy parkrun mija mi w znakomitym tempie i humorze. Biegnę o 2-3 sekundy szybciej niż podczas swojej poprzedniej życiówki na tym dystansie. Czas na kolejną piątkę – tym razem trasa biegnie między uprawami winogron. Owoców już nie ma, ale to i tak bardzo przyjemny widok. Tylko te chmury szczelnie okrywające góry. Kilka zakrętów i powoli, ale systematycznie zbliżam się do charakterystycznego punktu, czyli skały z zamkiem na szczycie. To Arco, gdzie mieszkamy i gdzie wypada połowa naszego biegu. Na pierwszym punkcie żywieniowym nie zdążyłam zabrać wody, teraz więc z nadzieją wypatruję kolejnego. I zaczynam się cicho zastanawiać, kiedy zapłacę za to szaleństwo – bieg poniżej moich możliwości i przygotowania. Jest kolejny punkt pomiaru i czas nadal znakomity, przy utrzymaniu tempa daje mi nawet zapas na mecie. Kilka łyków wody i bieg znajomymi, wąskimi uliczkami uświadamia mi, że zaczynamy wracać do Riva del Garda. Połowa za mną, kolejny parkrun zaliczę już za cztery kilometry. Kto nie da rady? Ja?! Postanawiam więc dotrwać do 15. km, a później niech się dzieje co chce. Gdzieś w ty miejscu zaczynam biec w towarzystwie dziewczyny z Białorusi. Ramię w ramię. Jak wyprzedzamy – to albo ona sprawdza czy jestem obok, albo ja. Co kilometr podnoszę kciuk do góry. Może to milczące, ale jednak towarzystwo, pozwala się oderwać myśli od zmęczenia? I braku jedzenia! Nie planowałam porywać się na PB więc nie zabrałam żela. Uznałam, że to co znajdę na punkcie żywieniowym mi wystarczy. Na razie złapałam jednak tylko wodę. Na kolejnym – na szczęście w butelce (starczyło dla mnie i towarzyszki) i jakieś ciasteczko, które mieliłam po kawałku. Cóż, musi mi wystarczyć. Ostatni parkrun przede mną. Od Arco trasa jest bardzo przyjemna. Cały czas biegniemy ścieżką rowerową wzdłuż rzeki. I znowu – uprawy winogron i oliwek, jakiś camping i widok na jezioro. Kibiców niewielu, ale to już moment gdy skupiam się zdecydowanie na sobie. Dobrze, że jestem ścisłowcem. Szybko obliczam, że w tym tempie mam już prawie półtorej minuty zapasu. A to znaczy, że jest bardzo dobrze i jak nie zwolnię za bardzo to to szaleństwo ma szansę się udać. Kilometr za kilometrem. Kolejna granica to 18 kilometrów, które przebiegłam na  najdłuższym wybieganiu. Jeszcze dwa, jeszcze tylko dwa kilometry. Ostatniego nie liczę, to będzie przecież wisienka na torcie. Dwa kilometry to przecież tak niewiele. Kilometr to do sklepu, w którym robimy zakupy w Arco i z powrotem.

Końcówka półmaratonu to bieg znaną już trasą. Teraz wystarczy wrócić do centrum miasteczka, gdzie jest meta. Jeden tunel, drugi tunel i brzeg jeziora. Gdzieś po 20 kilometrach ostry zakręt w lewo i z nadzieją szukam wśród kibiców Piotra. Mniej więcej od połowy trasy wyobrażam sobie jego zdziwioną minę, gdy zrobię niespodziewaną życiówkę. Chociaż może nie zdążę jej zobaczyć przez mgnienie oka. Może chociaż zdążę krzyknąć, że jest super…

„Przeciwdeszczowe” okulary przydały się na ostatnim odcinku, gdy mżawka zalewała mi oczy, ale teraz już bym w nich nic nie widziała. Byle do mety! Ile jeszcze?! Jest Piotr, krzyczę coś o życiówce i zaraz potem pytam czy daleko jeszcze. Biegnie ze mną kilkaset metrów. Zakręt, zakręt i jest meta. 1.57.12 czyli lepiej o ponad 2 minuty. Chyba nawet nie miałam siły na uśmiech do fotografów czających się na mecie. Selfie na mecie i już kierujemy się w stronę strefy medalowej. Później jeszcze wspólne pamiątkowe zdjęcie, kilka kubków gorącej herbaty i jedziemy zorganizowanym transportem do hali sportowej. Po suche ubranie, wino i jedzenie.

Co się właściwie stało, że wybiegałam życiówkę? Nadal mam ochotę powiedzieć – nie próbujcie tego robić bez przygotowania! Może pomógł fakt, że się „nie spinałam” przed startem. Żadnych oczekiwań, planów i ambitnych planów. Wieczorem nawet wypiłam wino, bo przecież miałam tylko pobiec. Może pomógł fakt, że biegam ósmy rok i tych półmaratonów było już tak wiele, że nie zliczę. Na dodatek to mój ulubiony dystans – nie ma wysiłku jak podczas maratonu, a nie trzeba się aż tak spieszyć jak na 10 km. I w sumie to mniej czasu, by popełnić błędy, których maraton nie wybacza. Mogłam więcej zaryzykować, więcej niż powinnam. I trafiłam na swój dzień. Tak idealnie. Do tego dopisała mi pogoda, było odpowiednio chłodno.

Pewnie powinnam napisać, że coś wyjątkowego zmieniłam w swoich treningach. Właściwie niewiele. Przez kilka tygodni biegałam 5, a nawet 6 razy z rzędu. Po każdym bieganiu – rozciąganie – ale dosłownie 3 ćwiczenia. I zupełnie przestałam korzystać z windy, co oznaczało czasem kilka razy dziennie wejście po schodach. I właściwie tyle. Gdy pojawiła się niemoc zrobiłam tradycyjne badania krwi, dodatkowo zbadałam poziom żelaza i ferrytyny bo z tym miewam problemy. I okazałam się okazem zdrowia. Jak widać, zmian w dotychczasowym bieganiu było niewiele. Chociaż ich autor, Piotr KLIK jest uważa inaczej, ale pewnie napisze o tym komentarz 😉

Gdybyście szukali sympatycznego biegu we Włoszech, to ten zdecydowanie polecam. Zresztą, po maratonie we Florencji i kameralnym biegu Corsa dell’Angelo w Colle Brianza w poniedziałek wielkanocny, to miejsce w Europie, gdzie biegam i wyjeżdżam najczęściej. Włosi potrafią cieszyć się życiem, korzystać z niego, dobrze się bawić. Tylko między jednym a drugim winem trzeba pobiec!

Garda Trentino Half Marathon jest świetnie zorganizowany. Gospodarze zadbali, by nikt nie był głodny – zaprosili biegaczy na Pizza Party, Strudel Party i Pasta Party oraz niedzielne śniadanie. Do tego degustacja wędlin, serów, pieczywa i wina. W pakiecie startowym żadnych zbędnych ulotek, ale komin, torba sportowa na ramię i całe mnóstwo przekąsek. Została nam przecież jeszcze jedna włoska czekolada po powrocie.

Zawody w listopadzie nad Gardą mają kilka zalet. Można uniknąć tłumów turystów nad jednym z najpopularniejszych jezior. Można zaplanować spacery i zwiedzanie okolicy, a nawet górskie wędrówki. Wciąż jest przyjemnie ciepło, zdecydowanie cieplej niż w Polsce. A wystarczy zostać tydzień po biegu, by podziwiać Jarmark Świąteczny w Arco czy Riva del Garda. O smakowaniu włoskiej kuchni wspominać nie muszę. Dodam jeszcze, że Arco to raj dla górskich wędrowców i miłośników outdooru i można poprzymierzać ciuchy i marki uznawane w Polsce za takie z wyższej półki.

Reklamy

2 myśli w temacie “Moja piękna włoska życiówka

Podziel się swoimi wrażeniami

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s