Włoski raj

Jedziemy w marcu nad Gardę – usłyszałam w słuchawce od koleżanki. A ona usłyszała moje westchnienie tęsknoty, niczym westchnienie krecika z czeskiej kreskówki. A zaraz potem zaczęłam odświeżać w pamięci nazwy miejsc do zobaczenia. Jezioro z niesamowicie zieloną wodą, maleńkie miasteczko, które uznawane jest za najpiękniejsze we Włoszech (jedno z najpiękniejszych), piękne góry, zamek na skale, metalowe pomosty zawieszone nad wodą… I jeszcze nie zapomnij o włoskiej pizzy – najlepszą zjesz tutaj, koniecznie kawa z rogalikiem na śniadanie, a wieczorem, po kolacji limoncello… Opowiadałam, szukałam w pamięci obrazów i szybko sprawdzałam czy nie rzucili akurat jakiś tanich biletów. Tak zwyczajnie, ogarnęła mnie tęsknota za Jeziorem Garda. A przecież byłam tam zaledwie trzy miesiące temu, a zdaje mi się czasem, że to cała wieczność.

Podróż w listopadzie w tak popularne wśród turystów miejsce była strzałem w dziesiątkę. Jak pewnie i teraz będzie marcowy wyjazd mojej koleżanki. Przed i po sezonie. Jeszcze ciepło (w listopadzie zdarzyło mi się żałować, że nie mam krótkich spodenek, choć przyznaję – poranki i wieczory są chłodne)i już ciepło. I wciąż niezmienne pięknie. Przewodników i poradników na temat zwiedzania Gardy jest wiele, mój post nie jest kolejnym przewodnikiem. Ale mam nadzieję, że po zobaczeniu kilku zdjęć i przeczytaniu krótkich opisów ruszycie szukać tanich biletów lotniczych. Napiszcie przewoźnikom, że to moja zasługa, może podrzucą mi jakiś bilet. Obiecuję spakować się i być na czas na lotnisku.

  1. Lago di Tenno. Wiem, że to był pobyt nad Gardą, ale jednym z pierwszych celów naszej wizyty było inne jezioro. Małe, ukryte wśród górskich szczytów. O niesamowitym kolorze. Po drodze miałam zobaczyć wodospad Varone, ale nie przewidziałam, że po sezonie grotę otwierają o godzinie 10.00. A może to Włosi nie przewidzieli, że ja już przed godziną 9 będę gotowa by odkrywać ich cuda. Zamiast więc wodospadów ruszyliśmy górskim szlakiem w górę w kierunku Jeziora Tenno i miasteczka Canale di Tenno. Jasne, można tam dojechać samochodem, można – tak jak my dojść na nogach. Wrażenie będzie takie samo. Nagle zobaczycie bajecznie zieloną wodę, w listopadzie otoczoną kolorowymi szczytami. Wokół niemal pusto, cała ścieżka wokół jeziora nasza, a miejsca piknikowe zupełnie puste. Dobrze, że rano kupiłam rogaliki i teraz mamy piękne i pyszne drugie śniadanie.
  2. Kolejna niespodzianka czeka w sumie tuż za rogiem. Kilkanaście minut spaceru i trafiamy do Canale di Tenno. Powiedzieć, że opada mi szczęka i tracę głos z zachwytu to mało. Jasne – naczytałam się postów i blogów. Wiedziałam, że to średniowieczna, włoska perełka. Jednak rzeczywistość, własne wrażenia, a cudze zdjęcia to coś zupełnie innego. Nawet więc jeśli zobaczycie te zdjęcia, to miasteczko to wciąż powinno odebrać Wam mowę! A mieszka tu zaledwie 50 osób.
  3. Kolejnym cudem jest Arco – w sezonie raj dla wspinaczy. Zresztą – na dwóch głównych uliczkach mnóstwo jest sklepów ze sportowymi ubraniami i ekwipunkiem. Oczywiście, robimy rekonesans i oglądamy najnowsze kolekcje. Nad naszymi głowami góruje zamek. Symbol tego miasta i punkt orientacyjny. Podczas półmaraton wyznaczał mi półmetek. Im było bliżej – tym bardziej zbliżałam się do 11. kilometra. Im miałam go dalej za plecami – tym bardziej zbliżałam się do upragnionego celu. O moim półmaratonie nad Gardą przeczytacie TUTAJ i TUTAJ. A ja delikatnie zazdroszczę tym, którzy mają go przed sobą.
    Ale wracając do zamku… polecam wieczorny spacer wśród oliwnych drzew i podziwianie rozległej panoramy. W listopadzie Arco i jego mieszkańcy oczarowali mnie jeszcze dbałością o szczegóły. Druga połowa listopada to czas, gdy ruszają świąteczne kiermasze, a Włosi przyozdabiają zaułki i podwórka świątecznymi szopkami i wariacjami na ich temat. Są więc pingwiny i krasnale, szopka na wodzie i drewniane figurki. Do tego światełka, mapping na ścianach budynków i iluminacja na zamku.
  4. Góry wokół Jeziora Garda. Tych jest tu mnóstwo. Jednym z najpiękniejszych miejsc jest Monte Stivo. Zresztą trafiliśmy tam dzięki Włochom, którzy w ramach blablacar uratowali nas na lotnisku w Bergamo. Tak pięknie o niej opowiadali, że dwa dni po półmaratonie ruszyliśmy do góry. Szczyt ma 2059 metrów wysokości, a Arco trzeba więc pokonać w pionie prawie 2000 metrów. Dzień nie zapowiadał się pogodnie, ale ten moment gdy wychodzisz ponad chmury i podziwiasz lśniące w słońcu białe szczyty Alp… Po drodze spotykamy stado moich ukochanych osiołków (to moje ulubione zwierzęta, niestety miały kiepskiego PRowca). Co prawda na szczycie wieje, ale droga powrotna do wioski też jest bajeczna – prowadzi najpierw wśród wysokiej kosodrzewiny, malowniczych skał, a wreszcie wśród letniskowych domków i gospodarstw. Na koniec, niestety już po zmroku minęliśmy Jaskinię Alte.
    Ze szczytu Monte Stivo widać inną interesującą mnie górę, Baldo, na którą z jednej strony można prawie wjechać kolejką, a z drugiej – przyjść. Na najwyższy wierzchołek nie dotarliśmy, ale warto wybrać się na tę wycieczkę z Torbole i po drodze podziwiać znakomicie zachowane miejsca, gdzie toczyły się walki w czasie I wojny światowej. Zresztą same szlaki turystyczne, sto lat temu powstały właśnie podczas wojennej zawieruchy.
  5. Szlak z Torbole zawieszony nad Jeziorem Garda to pomysł na bardzo malowniczy spacer z widokiem na jezioro. To jeden z najpopularniejszych tam szlaków, choć jak na popularność tego miejsca i piękny dzień towarzystwa nie mamy zbyt wiele. Kluczowym punktem wędrówki są metalowe pomosty i kilkaset schodów dosłownie przyklejonych do skały. Pod nami powietrze i woda. Kilka punktów widokowych, skąd wszyscy mamy takie same zdjęcia. Szlak zaczyna się w Torbole, a dokładnie przy parku linowym Busatte, a kończy w Tempesta. Stamtąd można wrócić autobusem, lub odwrócić się na pięcie i jeszcze raz pokonać trasę. W tę stronę częściej będziecie wchodzić po schodach.
  6. Sentiero del Ponale – to stara droga łącząca Riva del Garda i Valle di Ledro. Droga, która powstała w XIX wieku, wówczas uznawana była za cud techniki i zapewniała mieszkańcom doliny łączność ze światem. Jej budowa trwała prawie 50 lat, a nowy tunel, który zastąpił trasę Ponale wybudowano dokładnie sto lat później i otwarto w 1990 roku. Od kilkunastu lat ten cud techniki, z wykutymi w skałach tunelami, dostępny jest wyłącznie dla pieszych i rowerzystów. Oferuje niezwykłe widoki w dół na jezioro i w górę – na otaczające Gardę skały. Niestety stan drogi, w którą ostatnio nie inwestowano stale się pogarsza. Do tego stopnia, że wiosną konieczne było jej zamknięcie na czas remontu i napraw, które zapewnią pieszym i rowerzystom bezpieczeństwo.

    Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

  7. Jezioro Garda – piszę o nim na końcu, ale to był przecież główny pretekst naszego przyjazdu na nieplanowany półmaraton we Włoszech. Największe. Najpiękniejsze. Najczystsze. Najbardziej malownicze. Spektakularne. Pełne atrakcji i urokliwych miejsc. Raj dla turystów. Ochów i achów nie brakuje. Czy są przesadzone? Na wyrost? Nieuzasadnione? Nic z tego. Choć w swojej podróży po Włoszech dotarłam tam dość późno, to moim zdaniem w najbardziej idealnym momencie. Nic z tego o czym czytałam, na własne oczy mnie nie rozczarowało. Wręcz przeciwnie – wciąż mam niedosyt i nie ma tygodnia bym tak na wszelki wypadek nie sprawdzała cen biletów lotniczych. Ot, tak na wszelki wypadek…

Kasia, dziękuję Ci za czwartkową rozmowę! Ten post to jej konsekwencje. Udanego pobytu nad Gardą! A ja… właśnie upolowałam dwa tanie bilety na kwiecień!

Reklamy

Moja piękna włoska życiówka

Kto nie ryzykuje ten nie pije szampana. Albo raczej – włoskiego wina! I teraz jeszcze kilka motywacyjnych haseł, w stylu – kto jak nie Ty, kiedy jak nie teraz! Choć, gdzieś w połowie trasy głowa szykowała tekst w stylu – nie powtarzaj moich błędów, nie porywaj się na wynik bez przygotowania. Dziesięć kilometrów dalej, wbiegając na metę nawet nie pomyślałam, by z szerokim uśmiechem pięknie pozować fotografom. Kilkaset metrów wcześniej zerkałam na zegarek i powtarzałam pytanie: daleko jeszcze?! Aż wreszcie mogłam się zatrzymać i czas też się zatrzymał. Czas, wyświetlany przez mój zegarek: 1:57:12. A to oznacza tylko jedno – ponad dwie minuty szybciej niż trzy i pół roku wcześniej na tym samym dystansie, czyli półmaratonie. Czyli jednak będzie włoskie wino!

Rok, w którym miałam biegać po swojemu, bez zawodów i bez reżimu zakończyłam rzutem na taśmę W tym rzucie, od przyjazdu z Andory w połowie września do startu 11 listopada 2018 r. wybiegałam tyle, by starczyło na najlepszy czas. Choć tego półmaratonu też miało nie być. Jezioro Garda kojarzyło mi się dotąd z tłumami, wysokimi cenami i kurortami. Ale w listopadzie… i to dzięki konkursowi, który podesłał mi Piotr… Szkoda czasu na zbytnią analizę, szkoda czasu na pisanie elaboratów, szkoda czasu na pamiętanie. Kilka zdań i poszło. Dobrze, że kilka dni później w ogóle wspomniałam o tym zgłoszeniu, bo zaskoczenie i zdziwienie Piotra na wieść o wyjeździe do Włoch byłoby nawet zabawne. I tak oto, dzięki Run and Travel, planujemy kolejny wyjazd do Włoch. W planach jest Garda Trentino Half Marathon i kilkudniowy odpoczynek w górach i nad jeziorem.

Wtedy, w sierpniu, wydawało mi się, że zdążę. Że podczas wakacji w Andorze coś tam pobiegam (nie pobiegałam – siły starczyło mi tylko na górskie wędrówki), a po powrocie mając jakąś tam kondycję zabiorę się za to czego nie lubię, czyli popracuję nad szybszym bieganiem. Zaczęłam spokojnie, później zdecydowałam się na zwiększenie ilości treningów w tygodniu do 5, a nawet 6 razy. I tak całkiem dobrze biegało mi się przez trzy tygodnie. Aż tu naraz nogi przestały się słuchać, głowa chciała, a nogi nie. Tempo dramatycznie spadło i to na najprostszej możliwej w Bielsku-Białej trasie. Wróciłam podłamana – jak policzyłam o ile za wolno do poprawienia swojego najlepszego czasu, to już wiedziałam, że to bez szans. Jeszcze wychodziłam i biegłam, jeszcze wbiegałam kolejny raz na Skarpową, jeszcze próbowałam przyspieszać, ale mentalnie szykowałam się na bieg dla frajdy a nie na poprawianie swojego wyniku. Pod koniec października wybrałam jeszcze wyjazd w Tatry zamiast treningów i tak ledwo ledwo wybiegałam najdłuższy dystans czyli 18 km. I jeszcze przeziębienie dwa tygodnie wcześniej upewniło mnie, że nie mam szans.

Nawet dzień wcześniej na pytanie Piotra, po jakim czasie ma się mnie spodziewać na mecie, nie wiedziałam co odpowiedzieć. 6 minut na km to byłoby chyba całkiem dobrze, patrząc na moją formę. Tylko wieczorem, tuż przed snem błysnęła mi myśl, jakby to było pięknie pobiec w niedzielę życiówkę. Co więc mnie w ogóle podkusiło, by spróbować?! Nie mam pojęcia!

Niedzielny poranek powitał nas chłodem i niskimi chmurami. Przy temperaturze poniżej 10 stopni dość dziwnie wyglądałam w krótkiej spódniczce biegowej i lekkiej koszulce z krótkim rękawem. Na dodatek, gdy stanęliśmy na starcie moje okulary słoneczne zaczęły spełniać rolę okularów… przeciwdeszczowych. Padał deszcz! Coś moja prognoza pogodny przestaje się sprawdzać – pomyślałam. Tuż przed startem drogi moje i Piotra się rozeszły. Ja biegłam ze strefy zielonej – na czas w okolicy 2 h, a Piotr z niebieskiej. Jeszcze w hali przyglądam się ostatniej odprawie pacemakerów, którzy w charakterystycznych koszulkach i z zielonymi balonikami szykowali się do biegu. Z kim by tu pobiec… zastanawiałam się robiąc zdjęcia, a oni radośnie pozowali przed aparatem.

Punktualnie o godzinie 10.00 padł sygnał do startu. Jeszcze próbowałam ustawić się obok zajączków na około dwie godziny, ale nie dopchałam się w tłumie. Kto nie ryzykuje… usłyszałam w głowie i postanowiłam zaryzykować. Najwyżej się nie uda. Znałam swój najlepszy czas, wiedziałam w jakim tempie muszę pobiec i wystartowałam. Postanowiłam po prostu sprawdzić jak pobiegnie mi się pierwszy kilometr i kolejne cztery, czyli pierwszy parkrun.

Kilkanaście metrów dreptania do właściwej linii startu, odpalam zegarek i ruszamy. Z opisów trasy wiem, że będzie bardzo płasko 35 metrów przewyższenia to dla mieszkańców Bielska-Białej trasa płaska jak stół. Tym bardziej, że zaczyna się … z górki. Pierwsze pięć kilometrów to jak rozgrzewka, łapię ulubione tempo, rozglądam się po biegaczach, wypatruję kibiców, znajduję sobie wygodne miejsce. Zbiegamy w kierunku Jeziora Garda, a później skręcamy w kierunku Torbole. Główną drogą, przez tunele biegniemy cały czas wzdłuż jeziora. Lekko powiewa wiatr, lekko mży deszczy, ale nastroje dopisują. Pierwszy parkrun mija mi w znakomitym tempie i humorze. Biegnę o 2-3 sekundy szybciej niż podczas swojej poprzedniej życiówki na tym dystansie. Czas na kolejną piątkę – tym razem trasa biegnie między uprawami winogron. Owoców już nie ma, ale to i tak bardzo przyjemny widok. Tylko te chmury szczelnie okrywające góry. Kilka zakrętów i powoli, ale systematycznie zbliżam się do charakterystycznego punktu, czyli skały z zamkiem na szczycie. To Arco, gdzie mieszkamy i gdzie wypada połowa naszego biegu. Na pierwszym punkcie żywieniowym nie zdążyłam zabrać wody, teraz więc z nadzieją wypatruję kolejnego. I zaczynam się cicho zastanawiać, kiedy zapłacę za to szaleństwo – bieg poniżej moich możliwości i przygotowania. Jest kolejny punkt pomiaru i czas nadal znakomity, przy utrzymaniu tempa daje mi nawet zapas na mecie. Kilka łyków wody i bieg znajomymi, wąskimi uliczkami uświadamia mi, że zaczynamy wracać do Riva del Garda. Połowa za mną, kolejny parkrun zaliczę już za cztery kilometry. Kto nie da rady? Ja?! Postanawiam więc dotrwać do 15. km, a później niech się dzieje co chce. Gdzieś w ty miejscu zaczynam biec w towarzystwie dziewczyny z Białorusi. Ramię w ramię. Jak wyprzedzamy – to albo ona sprawdza czy jestem obok, albo ja. Co kilometr podnoszę kciuk do góry. Może to milczące, ale jednak towarzystwo, pozwala się oderwać myśli od zmęczenia? I braku jedzenia! Nie planowałam porywać się na PB więc nie zabrałam żela. Uznałam, że to co znajdę na punkcie żywieniowym mi wystarczy. Na razie złapałam jednak tylko wodę. Na kolejnym – na szczęście w butelce (starczyło dla mnie i towarzyszki) i jakieś ciasteczko, które mieliłam po kawałku. Cóż, musi mi wystarczyć. Ostatni parkrun przede mną. Od Arco trasa jest bardzo przyjemna. Cały czas biegniemy ścieżką rowerową wzdłuż rzeki. I znowu – uprawy winogron i oliwek, jakiś camping i widok na jezioro. Kibiców niewielu, ale to już moment gdy skupiam się zdecydowanie na sobie. Dobrze, że jestem ścisłowcem. Szybko obliczam, że w tym tempie mam już prawie półtorej minuty zapasu. A to znaczy, że jest bardzo dobrze i jak nie zwolnię za bardzo to to szaleństwo ma szansę się udać. Kilometr za kilometrem. Kolejna granica to 18 kilometrów, które przebiegłam na  najdłuższym wybieganiu. Jeszcze dwa, jeszcze tylko dwa kilometry. Ostatniego nie liczę, to będzie przecież wisienka na torcie. Dwa kilometry to przecież tak niewiele. Kilometr to do sklepu, w którym robimy zakupy w Arco i z powrotem.

Końcówka półmaratonu to bieg znaną już trasą. Teraz wystarczy wrócić do centrum miasteczka, gdzie jest meta. Jeden tunel, drugi tunel i brzeg jeziora. Gdzieś po 20 kilometrach ostry zakręt w lewo i z nadzieją szukam wśród kibiców Piotra. Mniej więcej od połowy trasy wyobrażam sobie jego zdziwioną minę, gdy zrobię niespodziewaną życiówkę. Chociaż może nie zdążę jej zobaczyć przez mgnienie oka. Może chociaż zdążę krzyknąć, że jest super…

„Przeciwdeszczowe” okulary przydały się na ostatnim odcinku, gdy mżawka zalewała mi oczy, ale teraz już bym w nich nic nie widziała. Byle do mety! Ile jeszcze?! Jest Piotr, krzyczę coś o życiówce i zaraz potem pytam czy daleko jeszcze. Biegnie ze mną kilkaset metrów. Zakręt, zakręt i jest meta. 1.57.12 czyli lepiej o ponad 2 minuty. Chyba nawet nie miałam siły na uśmiech do fotografów czających się na mecie. Selfie na mecie i już kierujemy się w stronę strefy medalowej. Później jeszcze wspólne pamiątkowe zdjęcie, kilka kubków gorącej herbaty i jedziemy zorganizowanym transportem do hali sportowej. Po suche ubranie, wino i jedzenie.

Co się właściwie stało, że wybiegałam życiówkę? Nadal mam ochotę powiedzieć – nie próbujcie tego robić bez przygotowania! Może pomógł fakt, że się „nie spinałam” przed startem. Żadnych oczekiwań, planów i ambitnych planów. Wieczorem nawet wypiłam wino, bo przecież miałam tylko pobiec. Może pomógł fakt, że biegam ósmy rok i tych półmaratonów było już tak wiele, że nie zliczę. Na dodatek to mój ulubiony dystans – nie ma wysiłku jak podczas maratonu, a nie trzeba się aż tak spieszyć jak na 10 km. I w sumie to mniej czasu, by popełnić błędy, których maraton nie wybacza. Mogłam więcej zaryzykować, więcej niż powinnam. I trafiłam na swój dzień. Tak idealnie. Do tego dopisała mi pogoda, było odpowiednio chłodno.

Pewnie powinnam napisać, że coś wyjątkowego zmieniłam w swoich treningach. Właściwie niewiele. Przez kilka tygodni biegałam 5, a nawet 6 razy z rzędu. Po każdym bieganiu – rozciąganie – ale dosłownie 3 ćwiczenia. I zupełnie przestałam korzystać z windy, co oznaczało czasem kilka razy dziennie wejście po schodach. I właściwie tyle. Gdy pojawiła się niemoc zrobiłam tradycyjne badania krwi, dodatkowo zbadałam poziom żelaza i ferrytyny bo z tym miewam problemy. I okazałam się okazem zdrowia. Jak widać, zmian w dotychczasowym bieganiu było niewiele. Chociaż ich autor, Piotr KLIK jest uważa inaczej, ale pewnie napisze o tym komentarz 😉

Gdybyście szukali sympatycznego biegu we Włoszech, to ten zdecydowanie polecam. Zresztą, po maratonie we Florencji i kameralnym biegu Corsa dell’Angelo w Colle Brianza w poniedziałek wielkanocny, to miejsce w Europie, gdzie biegam i wyjeżdżam najczęściej. Włosi potrafią cieszyć się życiem, korzystać z niego, dobrze się bawić. Tylko między jednym a drugim winem trzeba pobiec!

Garda Trentino Half Marathon jest świetnie zorganizowany. Gospodarze zadbali, by nikt nie był głodny – zaprosili biegaczy na Pizza Party, Strudel Party i Pasta Party oraz niedzielne śniadanie. Do tego degustacja wędlin, serów, pieczywa i wina. W pakiecie startowym żadnych zbędnych ulotek, ale komin, torba sportowa na ramię i całe mnóstwo przekąsek. Została nam przecież jeszcze jedna włoska czekolada po powrocie.

Zawody w listopadzie nad Gardą mają kilka zalet. Można uniknąć tłumów turystów nad jednym z najpopularniejszych jezior. Można zaplanować spacery i zwiedzanie okolicy, a nawet górskie wędrówki. Wciąż jest przyjemnie ciepło, zdecydowanie cieplej niż w Polsce. A wystarczy zostać tydzień po biegu, by podziwiać Jarmark Świąteczny w Arco czy Riva del Garda. O smakowaniu włoskiej kuchni wspominać nie muszę. Dodam jeszcze, że Arco to raj dla górskich wędrowców i miłośników outdooru i można poprzymierzać ciuchy i marki uznawane w Polsce za takie z wyższej półki.

W poszukiwaniu żółtej kropki

Od tego cytatu powinnam była zacząć planowanie górskich wędrówek w Andorze. Powinnam była. Ale przeczytałam go dopiero w domu, gdy zauroczona Pirenejami kupiłam dwa przewodniki po tym górskim paśmie. I choć kolejny wyjazd planowany jest w czerwcu przyszłego roku, od razu zaczęłam je wertować. Dotarłam do strony 32 i wybuchnęłam śmiechem.

Nie wszystkie szlaki przedstawione na mapach jako ścieżki mają oczywisty przebieg w terenie. Mogą być czymś niewiele więcej niż pobożnym życzeniem kartografa. („Pireneje, tom 2, Hiszpania, Andora, Pirenejski Szlak Wysokogórski” Kev Reynolds)

Powinnam była, ale nie zaczęłam. Do Andory i w tamtejsze Pireneje pojechaliśmy z mapą, na której zaznaczono główne szlaki GRP, GRT, GR 7 czy GR 11. A do tego mnóstwo mniej głównych szlaków, ścieżek i dróg. Wcześniej oczywiście sporo czytałam w Internecie na temat tych gór, trafiłam nawet na tekst, którego dziś nie potrafię już odnaleźć – o żółtych kropkach – i to ten tekst przypominał mi się najczęściej podczas górskich wędrówek.

Przede wszystkim, pierwsze co po raz kolejny doceniłam to oznakowanie szlaków w polskich górach. Te kolory, kierunkowskazy, czasy przejść. Na mapach wszystko doskonale widoczne, łatwe do policzenia. Nie mówiąc już o kalkulatorach szlaków dostępnych w sieci. A w terenie – jaskrawe kolory, wyraźnie wymalowane w miejscach, gdzie można mieć wątpliwości.

Żeby nie było – po wędrówkach w austriackich i słoweńskich Alpach, wiem czego w górach można się spodziewać. Biało-czerwonych pasków i czerwonych kropek albo tylko kamiennych kopczyków ustawianych przez turystów. Tutaj jednak wiele razy byłam zaskakiwana. A to tak szczegółowym oznakowaniem, że nie można było naliczyć wszystkich znaków na odcinku kilkudziesięciu metrów, a to tablicami informacyjnymi ustawionymi co kilkadziesiąt kroków (niestety większość w języku katalońskim, później francuskim, a na końcu po hiszpańsku). A to na szczyt prowadziły kamienne kopczyki, a to ścieżki mnożyły się w każdą stronę i trudno było zdecydować, po których śladach iść dalej. A to w końcu trzeba było samemu drogę wyznaczać i iść w kierunku szlaku, który gdzieś tu być powinien.

Z tego szukania, wyznaczania, ale i wygodnego wędrowania wyszło nam kilkanaście świetnych wycieczek. Tu przeczytacie o kilku, co najmniej kilka kolejnych tras przejdziemy jak tylko tam wrócimy.

Ścieżki przyrodnicze – czyli podążaj śladami króliczka… albo zajączka

Pierwszy dzień to był taki kamuflaż. Wydawało się, że wszystko idzie dobrze. Poranna kawa, wizyta w informacji turystycznej, komplet książeczek (naprawdę trzeba jednak dużo samozaparcia i świetnej znajomości okolicy, by wędrować z tymi mapkami) i ruszamy na pierwszą wycieczkę. Pracownicy polecili nam trasę o długości 32 km, z Canillo, przez Soldou i powrót przeciwległym zboczem. Idealna wycieczka, by poznać okolicę i zorientować się co gdzie i w którą stroną. Przez jakieś pół godziny trzymaliśmy się głównego szlaku oznakowanego kogutem. Dopiero pod koniec pobytu w Andorze odkryłam, że ten kogut to … głuszec. Wybaczcie mieszkańcy tego pięknego księstwa. Idziemy i idziemy, a tu nagle ścieżka skręca w górę i pojawia się tajemniczy kierunkowskaz. To co, w górę. I tak zamiast do Soldou trafiliśmy trochę powyżej tej miejscowości, do Refugi de Riba Escorxada, czyli w sam środek ośrodka narciarskiego powoli przygotowującego się do sezonu. I w sam środek świata świstaków, mocno zdziwionych naszą obecnością. Generalnie niewiele się nami przejmowały, a bardziej skupiały na nietraceniu zbędnych kalorii, tak potrzebnych zimą. Korzystając z plątaniny ścieżek, dróg i tras narciarskich weszliśmy na przełęcz powyżej 2300 m n.p.m. i dalej ruszyliśmy na Pic dels Maians. Tu z góry rzuciliśmy okiem na kolejkę wywożącą ludzi z Canillo. Jeśli dobrze odczytałam mapę, to trasa naszej pierwszej wycieczki w znacznej mierze pokrywała się z trasą biegu, który odbył się już w dniu naszego wyjazdu czyli 34. edycji Mistrzostw Świata w biegu górskim. Ale wtedy to my już całkiem dobrze się w tych górach orientowaliśmy. Pierwszego dnia to łapaliśmy ścieżkę z kropkami, to ją gubiliśmy. Zaliczyliśmy przedzieranie się przez chaszcze i znowu wróciliśmy na szlak. A na koniec trafiliśmy na pięknie oznakowaną ścieżkę przyrodniczą tym razem z zajączkiem. I podążając za nim trafiliśmy do naszej wioski.

Żółte kropki – ale czasem czerwone, a czasem niebieskie

Powyżej Encamp zaczyna się szlak prowadzący wzdłuż potoku Montuell, obok schroniska dels Agols aż na szczyt Cap dels Agols. Piękna, zupełnie pusta dolina. Po osiągnięciu grani można zdecydować czy zejść w dół nad staw Blau i dalej wędrować Doliną Madriu. Wybraliśmy wariant górny i w ten sposób ominęliśmy dolinę i dwie wioski – Entremesaigues i Ramio wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. To jedyne takie miejsce w Andorze, więc jest kolejny powód, by tam wrócić. My  wybraliśmy wędrówkę granią z pięknymi widokami na prawo i na lewo. Z mijanymi ciekawymi formacjami skalnymi i urwiskami, które kończyły się gdzieś w dole. Po drodze kilka wierzchołków i nieustanne wypatrywanie żółtych kropek. Tylko raz, gdy szlak omijał jeden z trudniejszych wierzchołków kropki nagle zniknęły. Brak kropek i choćby trochę widocznej ścieżki, sprawił, że postanowiliśmy wrócić do ostatniej. Znalazła się niewielka strzałka, która kierowała w dół, dwie kolejne kropki i znowu nic. Tu ścieżka, tam ścieżka… która jest właściwa… schodzić niżej czy raczej trawersować zbocze. Staję i wytężam wzrok. Czy ta plamka na kamieniu to wyblakła kropka… A może ta druga, tylko w przeciwną stronę. Po chwili błądzenia, wypatrywania i schodzenia w terenie, w którym już dawno nic nie przypomina szlaku ani nawet ścieżki, trafiamy na znaczki. Chociaż właściwie głowę bym dała, że tam niżej też jest kropka, tylko jakaś niebieska. Gdy wreszcie trafiamy na wyraźny szlak i wracamy ponownie na grań, otwiera się przed nami ogromny płaskowyż. Z wystającymi tu i tam skałami. Duża i zupełnie pusta przestrzeń, której istnienia na dole zupełnie nie można się domyślić. Jakby kto ściął równo szczyty. (Podobny płaskowyż jest też za północnym wierzchołkiem Pic de Casamanaya (2749 m n.p.m.). Tyle, że tamtejsze skały, pionowe i ostro zakończone przypominały mi bardzo argentyńskie penitenty.)

Zupełnie niespodziewanie robi mi się żółto przed oczami! Już nie tylko widzę najbliższą kropkę, ale i dwie kolejne. Gdy schodzimy niżej i pojawiają się drzewa robi się jeszcze lepiej, teraz już kropki są na niemal każdym drzewie. Kropka, kropka, kropka… Tak jak wyżej mi ich brakowało, tak tutaj ktoś wyraźnie miał nadmiar żółtej farby. A może właśnie dlatego wyżej już się skończyła… Nie dojdę prawdy. A gdy na skrzyżowaniu szlaków trafiamy po raz pierwszy od początku pobytu w Pirenejach na drzewko i kierunkowskazy pokazujące kilka dróg i szlaków, nabieram nadziei, że może jednak się w tych górach nie zgubimy.

Za kopcami na szczyt Pic d’Escobes

Trafiliśmy tu trochę przypadkiem, w najważniejszym dniu dla mieszkańców Andory czyli 8 września, kiedy przypada Święto Narodowe Andory. Przypadkiem i nie bez problemów. Najpierw w Canillo nie przyjechał oczekiwany autobus. Na szczęście mimo niewielkiego o poranku ruchu, udało się nam złapać autostop i dość szybko trafiliśmy do miejscowości Envalira. Stamtąd najpierw stromo pod górę, a później przez piękny „kocioł”, w którym hasały konie. Dalej granią, wreszcie w dół nad Estany del Siscaró, obok Refugi del Siscaró i dalej w dół. Tu, przy perfekcyjnie zorganizowanym miejscu biwakowym – kamienne stoły i ławy, miejsce na ognisko i grilla, potok i źródełko – stoi sobie intrygujący kierunkowskaz: Pic d’Escobes. Brzmi ładnie, wysokość też interesująca – 2779 m n.p.m. – więc ruszamy znowu w górę. Dziś już wiem i wcale mnie to nie dziwi, że ten piękny i ambitny szczyt nazywany jest „Matterhornem Andory”. Na tym oryginalnym nie byłam, andorski mam już zaliczony. Wzdłuż potoku Juclar aż do schroniska o tej samej nazwie wiedzie piękna droga. Z pięknym wodospadem po drodze i drewnianym mostkiem, z którego można podziwiać widoki. Zanim osiągniemy schronisko, jedno z niewielu w Andorze z obsługą, bez Internetu, ale za to z ekologicznymi toaletami, mijamy stawy Juclar. Pierwszy z nich to Primer, największy staw w Andorze o powierzchni ponad 21 hektarów. Spotkaliśmy tu i wędkarzy, i miłośników zimnej kąpieli i leniuchujące nad brzegiem rodziny. My jednak zadzieramy głowy wypatrując celu naszej wycieczki. Który to szczyt? Ten, tamten czy jeszcze inny. Jak łatwo się domyślić – ten najdalej położony. Między jeziorami oraz na obie przełęcze na granicy z Francją prowadzi dobrze oznakowana droga. Na przełęczy Coll de l’Alba skręcamy w prawo i znaki się kończą (szlak GRT sprowadza do Francji). Pojawiają się inne charakterystyczne „kierunkowskazy”, czyli kamienne kopczyki ustawione przez turystów. Momentami bez ładu i składu – na lewo kopiec, na prawo też. Zadzieram głowę do góry, bo na skalnym zboczu nie jest łatwo wypatrzyć kolejne kamiennie kopczyki. Jeszcze trudniej zobaczyć je schodząc (wracaliśmy tą samą drogą), ale dzięki dość dobrej widoczności udaje się mniej więcej zapamiętać trasę. W górę idziemy dość stromo, co oznacza też szybko, po miejscami sporych głazach. Gdy osiągamy pierwszy punkt kulminacyjny, ten okazuje się nie być jeszcze szczytem. To Pic de Noé. Teraz jeszcze trawers zbocza i kolejne podejście. I znowu kopce prowadzą w dwa przeciwne kierunki. W rezultacie jednak obie drogi doprowadzają na szczyt. Choć to nasz kolejny w Andorze szczyt, a przed nami jeszcze ten najwyższy, to jednak ze względu na dość ambitne wejście, momentami lekko wspinaczkowe i bez żadnych sztucznych ułatwień, jednogłośnie orzekamy, że to zdecydowanie jedna z piękniejszych gór w tym małym księstwie i warto było zmienić plany. I jak łatwo się domyślić szczyt i widoki mamy tylko dla siebie. Minęliśmy dwie osoby schodzące w dół i wyprzedziliśmy chłopaka, który za chwilę też powinien tu być. Jest więc czas na sesję, podziwianie rozległej panoramy i świętowanie Narodowego Święta Andory! Szczyt zdecydowanie wart zdobycia, od przełęczy trzeba jednak zachować czujność i dobrze się rozglądać. Ciekawy dla osób, które lubią szlaki w stylu naszej Orlej Perci. Zapomnieliśmy tylko dostawić własny kopczyk na trasie.

Gówniana góra czy owczy szczyt czyli Pic de la Coma de Varilles

Pamiętam jak kilka lat temu maszerując szlakiem GR 20, sapiąc niemiłosiernie wdrapałam się wreszcie na jakąś górę powyżej 2000 m, a podnosząc wzrok, by się rozejrzeć stanęłam oko w oko z krową. A za nią była kolejna i kolejna. Takie wysokogórskie zwierzaki, co to kondycję i apetyty miały znacznie lepsze niż ja. I od razy na ich widok duma z osiągnięcia jakby mi stopniała. W Andorze na szlakach nie brakuje koni, krów i owiec. Te ostatnie potrafią się wdrapać nawet powyżej 2700 m! W drodze na Pic de la Coma de Varilles trzeba było uważnie patrzyć pod nogi by w nic nie wdepnąć. O samym wierzchołku nie da się inaczej powiedzieć jak gówniana góra. Stado owiec tam było, zjadło wszystko co się dało oskubać i solidnie nabrudziło. Śmierdzieć będzie pewnie do pierwszego opadu śniegu.

Prawie trzytysięczniki – Pic de la Serrera (2913 m n.p.m.), Pic de l’Estanyó (2915 m n.p.m.), Pic de Coma Pedrosa (2944 m n.p.m.)

Szczytów, którym niewiele zabrakło, by zamienić dwójkę z przodu na trójkę jest w Andorze siedem, tu w kolejności od najwyższego do najniższego: Pic de Coma Pedrosa (2944 m), Roca Entravessada (2928 m), Pic de l’Estanyó (2915 m), Pic de Medacorba (2912 m), Pic de la Serrera (2913 m), Pic de la Portelleta (2905 m) and Pic de Font Blanca (2904 m). Od października 2013 roku wszystkie te szczyty można „zaliczyć” podczas wyjątkowego biegu ELS 2900. To wyzwanie to ponad 70 km trasa i prawie 7 tysięcy metrów przewyższenia. Na stronie internetowej organizatorów można przeczytać, że „możesz sam wybrać trasę pomiędzy tymi szczytami”, ale polecają wejście na szczyty w odpowiedniej kolejności. W biegu startuje zaledwie 25 dwuosobowych zespołów, a wpisowe to 500 euro. Zgodnie z kalendarzem ostatnia edycja odbyła się w pierwszy weekend października. My co prawda nie wbiegliśmy, ale weszliśmy na trzy z tych prawie trzytysięczników, w tym na ten najwyższy. Dla mnie to był dziesiąty szczyt w Koronie Ziemi, ani nie najwyższy dotychczas, ani nie najpiękniejszy, ani nie najtrudniejszy. Wejście na Comapedrosa okazało się jednak przyjemne i bardzo widokowe.

Więcej możecie przeczytać TUTAJ

Na Pic de l’Estanyó (2915 m)i Pic de la Serrera (2913 m) można wejść przy okazji jednej, choć dość długiej wycieczki. My zrobiliśmy to na dwa razy, ale tylko dlatego, że kierunkowskaz z przełęczy na Pic de la Serrera (2913 m) zapowiadał godzinę marszu (plus powrót tą samą drogą i jeszcze dalej do parkingu). Wtedy ze względu na dość późną porę odpuściliśmy, kilka dni później okazało się, że w rzeczywistości ostatni odcinek na szczyt można pokonać w pół godziny. I choć to może już nudne, znowu musiałabym użyć przymiotnika pięknie, a nawet stopniować do bajecznie piękne. Podejście na Pic de l’Estanyó (2915 m) przez Vall del Riu, schronisko o tej samej nazwie i położone wyżej stawy Vall del Riu to jedno z bardziej wyjątkowych miejsc. Zmieniający się co kilka kilometrów krajobraz,  podejścia, które otwierają coraz to nowe widoki i ścieżka, której żółte znaczki kończą się przy największym ze stawów. Później trzeba kierować się znikającymi kopczykami w kierunku przełęczy. Tam znowu złapać żółte znaczki i wejść na szczyt. Zarówno tutaj, jak i na Serrera i na jeszcze kilku niższych szczytach potkaliśmy się z bardzo ciekawym ich oznakowaniem. To metalowe słupki z wyciętymi nazwami i wysokościami szczytów. Same w sobie są bardzo fotogeniczne, a po czasie nie mam problemów z rozpoznaniem szczytów.

To tylko kilka pomysłów na spędzenie czasu w Andorze. Gdy to piszę, zerkam na mapę i odkrywam jak wiele dróg zostało jeszcze do przejścia. W tym księstwie, które na piechotę można okrążyć w mniej więcej 10 dni! A to tylko początek przygody i poznawania Pirenejów!

Andorra pod lupą

Jeszcze rok temu na hasło Andorra (będę pisać przez cały czas nazwę tego kraju w oryginale, nadal nie rozumiem, dlaczego po przetłumaczeniu na język polski ktoś „zjadł” literę r), zareagowałabym milczeniem. Albo szybkim pytaniem – gdzie to jest. Tak dzisiaj reaguje wiele osób, gdy mówię gdzie spędziłam ostatnie wakacje. Pewnie rok temu też nie potrafiłabym umieścić na mapie tego maleńkiego księstwa. Tak małego, że nie ma tam miejsca na lotnisko czy linię kolejową. Tak małego, że główną drogą od granicy z Hiszpanią do granicy z Francją można przejechać w 40-50 minut. Za mało miejsca na lotnisko, każdy płaski kawałek ziemi – w sytuacji, gdy spędza się tu całe życie, a nie dwa tygodnie – jest na wagę złota.

To skojarzenie ze złotem nie jest przypadkowe. Andorczykom dobrze się powodzi. Ich samochody przyciągają nasz wzrok. Andorra la Vella to cel zakupowych wizyt Hiszpanów i Francuzów, a sklepy położone przy głównej drodze zapraszają do kupowania tańszego alkoholu, papierosów i perfum. To także raj podatkowy dzięki niższym podatkom i niższym cenom. I wiecie co, oprócz wina, porto, cavy i sidry wypitej na miejscu, do Polski nic nie przywieźliśmy.

Jednak – coś za coś. O fragment płaskiego terenu jest tu bardzo trudno. Andorra to tak naprawdę góry, czyli Pireneje. Całe 462 km2 powierzchni tego kraju to góry. Średnia wysokość terenu to 1996 m npm, a najwyższy szczyt Andorry – Pic de Coma Pedrosa zbliża się do 3 tys. m. Takich prawie trzytysięczników jest tu jeszcze sześć. Góry zaczynają się bezpośrednio za drogą, która przecina Canillo – miejscowość, w której się zatrzymaliśmy. Z drugiej strony jest tylko chodnik, rzeka, camping i znowu góry. Takie ukształtowanie terenu tłumaczy zapewne to, co w Andorze zachwyciło mnie najbardziej. To, czego tutaj, w Polsce tak mi brakuje. Czystość w miejscach publicznych, dbałość o szczegóły we wspólnej przestrzeni i umiejętność stwarzania przyjaznych miejsc w zwykłej codzienności.

Punkt widokowy nad Canillo

Andorra zachwyciła mnie detalami i w detalach. Ścieżka spacerowa nad Canillo w kierunku Meritxell, zaledwie kilkanaście minut spaceru i dech w piersiach zapiera widok szczytów. Mnie oczarowała ławka, postawiona w idealnym miejscu. Można siedzieć i podziwiać, siedzieć i czytać, siedzieć i odpoczywać. Wokół cisza, zieleń i żadnych śmieci. Kilkaset metrów dalej kolejne miejsce, które chętnie przeniosłabym do naszej rzeczywistości. Kamienne stoły z ławami, źródło wody, miejsce na ognisko i grill w plenerze. Wokół idealnie czysto. Nie dlatego, że nikt nie korzysta z takich miejsc. Sama widziałam! 8 września w Andorze obchodzone jest Święto Narodowe. Wszystkie sklepy są zamknięte, mieszkańcy odwiedzają duże, jak na te realia, sanktuarium, znajdujące się w maleńkiej wiosce Meritxell i spędzają czas w plenerze. Jedzą, piją, grillują i rozmawiają. Wokół biegają dzieciaki. Gwar i radość. Minęliśmy takiego piknikowe miejsce w drodze na szczyt i w drodze powrotnej z Pic d’Escobes (tak na marginesie piękna góra, bardziej wymagająca niż „prawie trzytysięczniki”, coś dla ambitnych trekkerów – będzie o niej w kolejnym poście). Nie mam wątpliwości, że gdy skończy się dzień, to miejsce będzie czyste i posprzątane, gotowe na przyjęcie kolejnych gości.

Mało płaskiej przestrzeni sprawia, że każda jest maksymalnie wykorzystana i przygotowana do aktywnego wypoczynku. Idealnych przykładem jest dla mnie Jezioro Engolasters. Według jednej z legend dotyczących jeziora – mojej ulubionej – było to miejsce spotkań i kąpieli czarownic. Podglądanie nagich kobiet, mogło się skończyć tragicznie dla podglądacza, czyli zamianą w psa lub kamień. Dziś jezioro jest częścią elektrowni wodnej, ale też popularnym miejscem rekreacyjnym. Już drogi prowadzące nad to jezioro to idealne miejsce spacerowe i biegowe. Po drodze mijamy, a jakże – ławeczki i miejsca wypoczynkowe, gustowne drewniane budki, a w nich woreczki, by łatwiej było sprzątać po psie, tarasy widokowe, ścianki wspinaczkowe, tunele wykute w skałach, mini ogrody botaniczne z przykładowymi roślinami i opisami. Te opisy i w ogóle informacje dla turystów to jedyna wada Andorry – wszystkie są po katalońsku, później po francusku i wreszcie po hiszpańsku. W języku angielskim brak i może dlatego jednym z efektów podróży do Andorry będzie mój powrót do nauki języka hiszpańskiego. Hola!

Nad jeziorem można spacerować, siedzieć, biegać, wędkować, jeździć na rowerze (są nawet specjalnie wybudowane przeszkody). Nie można tylko pływać łódką i kąpać się. W jeziorze pływają za to między innymi pstrągi.

Zamiłowanie do czystości? Kara za nieposprzątanie po czworonożnym przyjacielu to od 100 do 300 euro! Mogę więc spokojnie iść chodnikiem i gapić się do góry. A może mam ochotę odpocząć? Znajdzie się i maleńki plac z ławkami, kwietnikami i pelargoniami. Zadbany deptak z fontanną. Plac ze źródłem, zadaszeniem i kwiatami. Coś na kształt rynku, z miejscem gdzie można zagrać w bule, z ławkami, kwietnikami, miejscem do zabawy dla dzieci. I jeszcze gdzie indziej – trasa rowerowa nad rzeką, mikro boisko do kosza i kilka przeszkód dla deskorolkarzy. Nie dziwi mnie już nawet, gdy znak drogowy uśmiecha się do kierowców jadących zgodnie z przepisami (smutną minę też ma w ofercie dla tych co jadą zbyt szybko).

Zachwycam się nawet pojemnikami do segregacji śmieci i przydomowymi śmietnikami. Te pierwsze zobaczyłam z okna autobusu wiozącego nas z Andorra la Vella do Canillo. Zobaczyłam niewysoką ściankę z rysunkami zwierząt. I tak co kilkaset metrów. Raz kozice, a innym razem świstaki. Na miejscu okazało się, że za ścianką są kontenery na papier, szkło i plastik. Innego dnia schodząc z gór do Ransol zobaczyłam wnękę wykutą w skale, a wokół metalowe okucia z wyciętymi kształtami zwierząt – lisa, zająca… Dopiero po chwili zorientowałam się, że stoję przed osiedlowym śmietnikiem!

I jeszcze jedno – wokół jest tak jednakowo, że aż nudno! Żartuję… Ale to fakt, wszystko jest tu w jednakowym stylu. Jak pelargonie to czerwone. Jak ławeczki to drewniane. Identyczne źródła wody. W większym formacie też panuje ład. Domy – z kamienia. O podobnym kształcie i wysokości. Wyróżniają się tylko hotele – ale nie kolorem, bo też są kamienne – ale wielkością. Nie 2-3 piętra, ale 4-5. Dzięki temu wszystko do siebie pasuje. Do tych najstarszych, maleńkich kamiennych mostków i mikroskopijnych, uroczych kościółków. Bo skoro kilkaset lat temu, ktoś użył kamienia jako głównego budulca, a to co wybudował nadal stoi, to po co to zmieniać. Andorra – poza częścią handlową – wygląda więc na pierwszy rzut oka jak kraina z bajki, ale tej mlekiem i miodem płynącej.

Takie były moje pierwsze wrażenia po przekroczeniu granicy z Hiszpanią, i takie już zostały przez kolejnych 12 dni. Każdy kolejny dzień utwierdzał mnie w przekonaniu, że to maleńkie, ale bardzo zadbane i dopieszczone w każdym calu miejsce. Trafiliśmy tam w idealnym czasie – wrzesień to już niski sezon, wakacje właśnie się kończyły, a sezon zimowy i narciarski dopiero się rozpocznie. Dzięki temu i ceny na campingu były niższe i ludzi na szlakach mało. Mało, czyli prawie wcale. Na wielu szczytach byliśmy zupełnie sami. Czasem widzieliśmy kogoś w oddali na innej górze czy trasie. Ta pustka w górach, cisza i totalny spokój kompletnie nas oczarowały. Tłumnie – czyli jakieś 10 osób i dwa psy – było na najwyższym szczycie Andorry. Choć w okolicy Canillo, El Tarter i Soldeu trwają już przygotowania do zimy. Bo Andorra znana jest bardziej narciarzom niż wędrowcom. A teraz znana będzie jeszcze bardziej. Po raz pierwszy w historii, w marcu 2019 r. odbędzie się tu Finał Pucharu Świata w Narciarstwie Alpejskim. El Tarter i Soldeu szykują się właśnie na przyjęcie światowej czołówki narciarzy. Poszukiwani są wolontariusze, więc może to jest pomysł dla kogoś kto chciałby poznać to piękne księstwo. Dzięki takim sportowym wydarzeniom o Andorze usłyszy świat. Podczas ostatniego dnia naszego pobytu maleńkie Canillo dwa razy wystąpiło w wiadomościach sportowych. Najpierw, tuż po południu, przejechali z dużą prędkością kolarze startujący w La Vuelta a España, a wieczorem miała miejsce ceremonia otwarcia 34. edycji Mistrzostw Świata w Biegach Górskich z udziałem polskiej reprezentacji. Na obie imprezy zeszli się moim zdaniem niemal wszyscy mieszkańcy i turyści, jakieś… sto osób.

Góry i wszystko co z górami związane to magnes przyciągający turystów. Na nas też zadziałał. Obiecuję, że kolejny post będzie właśnie o górach, choć już nie będzie tak słodko.

Informacje praktyczne:

  • Lot do Barcelony i z Tuluzy do Warszawy Modlin – 210 zł
  • Z obu lotnisk można się dostać do Andorra la Velle: przewoźnik Alsa z Barcelony i Andbus do Tuluzy. Za pierwszy bilet w promocji 50% zapłaciłam 16 euro za osobę, bilet na lotnisko w Tuluzie kosztował 36 euro. Na pokonanie obu tych tras potrzebowaliśmy ok. 3 godzin. Autobusy odjeżdżają punktualnie, na miejscu byliśmy nawet 15 minut wcześniej, i to w obu przypadkach. Bilety można kupić przez Internet. W przypadku Andbus, autobus wyjeżdża z Andorra la Vella, ale bilet można kupić od dowolnego przystanku na trasie do granicy z Francja. Trzeba tylko znać nr przystanku, na którym chce się wsiąść.
  • W samej Andorrze korzystaliśmy z komunikacji, jest kilka linii autobusowych (L1, L2, L3, L4, L4BIS, L5, L6, L6BIS), które łączą Andorra la Vella z innymi miejscowościami. Bilet kosztuje standardowo 1,85 np. z Andorra la Vella do Canillo, czy z El Tarter do Canillo. Najdroższy był dojazd do Arinsal (miejscowość skąd wychodzi się na Coma Pedrosa) – 3,8 euro.
  • Autostop – udało nam się skorzystać 2 razy, raz z Arinsal do Andorra la Vella i raz wcześnie rano z Canillo. W mojej ocenie mało kto się zatrzymuje, w pierwszym przypadku zabrali nas turyści, którzy też wracali z Coma Pedrosa. W drugim – też załapaliśmy stopa dość szybko, ale przypuszczam, że to w związku z przypadającym w tym dniu świętem narodowym.
  • Zatrzymaliśmy się na Campingu Casal w Canillo. W tej miejscowości są jeszcze trzy inne, ale tylko tutaj na stronie internetowej znalazłam wszystkie potrzebne informacje, a mailowo zrobiłam rezerwację, bez wpłacania zaliczki. Od 1 września obowiązywały ceny z niskiego sezonu, za 2-osobowego campera płaciliśmy 20 euro za noc. Camper był wyposażony we wszystko co niezbędne by funkcjonować przez prawie dwa tygodnie i codziennie przygotować prosty posiłek. Dostaliśmy też pościel. Łazienki i toalety są ogólnodostępne. Choć kamping ma już swoje lata, właściciele dbają o czystość i porządek. Na miejscu świetnie działa wifi – ważne, bo Andorra nie jest w UE i ceny połączeń telefonicznych są wysokie. Polecamy, szczególnie ze względu na czystość i bardzo pomocnych gospodarzy. Szczególnie Daniel! Na miejscu można zamówić kawę, piwo, wino i porto prosto z beczki. 3,5 euro za litr.
  • W Canillo są dwa sklepy spożywcze, ten z którego korzystaliśmy otwarty codziennie od 9.00 do 21.00. Ceny podobnie jak w Polsce, choć… moje ulubione pesto kosztuje tam dwa razy mniej (porównywałam dokładnie ten sam produkt, tej samej firmy).
  • W Canillo rozpoczyna się kilka szlaków na bardzo atrakcyjne i piękne szczyty. Moim zdaniem to idealne miejsce na wypoczynek. Canillo nie jest nastawione na handel markowymi produktami. Małe, ciche i spokojne.

Podróż w nieznane

 

Mam taki żółty, niewielki notes. W pierwszą podróż pojechał ze mną w 2007 roku do Portugalii. Gdzieś pod namiotem zapisywałam w nim opowieści poznanych ludzi, wspomnienia, praktyczne informacje, trasy i czasy przejść. Wiedziałam, że wszystkich myśli i emocji nie zapamiętam, a tych emocji będzie mi potrzeba, by opisać wyjazd. Do dziś ten sam notes podróżuje ze mną regularnie. Pojawiają się w nim tylko kolejne zakładki. Wciąż zbieram w nim historie i słowa, ale też znajdę w nim odpowiedź na podstawowe pytania. O której, skąd, dokąd, za ile.

Onieśmielają mnie nowe miejsca. Wielkie hale przylotów. Korytarze, którymi idę w owczym pędzie za pasażerami „mojego” samolotu. Idę pewnie, choć niepewnie się rozglądam. I zwykle mam nadzieję, że oni wiedzą dokąd idą. Do wyjścia. Do metra. Do autobusu.

Uwielbiam lądować w Bergamo. Nie liczę ile to już razy. Kolejny raz będzie zresztą już w listopadzie z powodu imprezy biegowej Half Marathon Garda Trentino w Riva del Garda, gdzie wraz z Piotrem biegniemy półmaraton, jako wysłannicy Run and Travel. Wysiadam, idę prosto, skręcam w prawo. Po drodze kupuję bilet i wsiadam do autobusu. Wszystko się zgadza, wiem dokładnie co i gdzie, za ile i w którą stronę. Nie zawsze jednak jest tak łatwo.

Zresztą, ile razy można jeździć w to samo miejsce! Każda podróż w nieznane to dla mnie lekki stres. Włącza mi się tak tydzień wcześniej, gdy pozostaje już tylko albo aż, rozpisać kolejne etapy drogi. Bo tak naprawdę, właśnie gdy trafię do nowego miasta staję przed wyzwaniem. Czas wyjść ze strefy komfortu. O wychodzeniu ze swojej strefy komfortu przypomniała ostatnio Kasia, autorka bloga Szukając Słońca KLIK. Nie podróżuję z biurami podróży więc nikt mnie nie zapakuje na lotnisku do autobusu i nie odstawi pod hotel. Czasem – jak w Rosji czy na Ukrainie – na dokładkę mam wokół siebie niezrozumiałe znaczki i słyszę języki, których nie rozumiem. Teraz pozornie będzie łatwiej! Barcelona i mój ukochany hiszpański… Tak, tak – ten, którego nie znam, ale i tak będę wołać Hola! i uśmiechać się na dźwięk hiszpańskich słów. Wiele lat temu lotnisko w Madrycie okazało się tak ogromne, że omal nie spóźniłam się na kolejny samolot do Chile. Okazało się, że muszę pojechać na inny terminal kolejką. Nie sprawdziłam tego wcześniej, a później nerwowo odliczałam minuty. Zdążyłam, ale dziś staram się unikać takiego stresu.

Tym razem lądujemy w Barcelonie, lotnisko El Prat, terminal T2. Na początek musiałam ogarnąć podróż z lotniska do miasta. Będziemy na miejscu tuż przed północą, więc chciałbym znaleźć się w łóżku jak najszybciej. Autobus, metro, taksówka czy pociąg? Jaka linia, gdzie stacja, który przystanek, jaki bilet, gdzie kupić, czy jeździ nocą? Pytania się mnożą, potem dzielą przez kolejne strony aż wreszcie wszystko czego szukam trafia do żółtego notesu. Wcześniej zapisałam w nim godziny wyjazdu pociągu do Warszawy i Kolei Mazowieckich do Modlina. Metro, adres mieszkania airbnb, numer telefonu, autobus do Andory… i jeszcze wiele innych informacji. Wszystko w kolejności i pod ręką. Jasne, mam w telefonie Internet, mogę zapisać kolejne pliki i informacje w wirtualnym notatniku. Ja jednak wciąż wolę mieć notes w kieszeni plecaka.

Przesadzam? Może trochę. Jednak lubię mieć swoją podróż pod kontrolą, na tyle na ile to możliwe. Daje mi to poczucie bezpieczeństwa. Może złudne, ale daje. Choć i tak w sobotę, tuż przed północą w owczym pędzie pójdę w stronę wyjścia. Wprost na spotkanie kolejnej przygody, bo podróż do Barcelony to dopiero początek!

Śladami Janosika w Wielkiej Fatrze

Lubię klimat takich miejscowości. A może powinnam napisać – wiosek. Gdy po pierwsze wizycie w barze, wiem, że rudowłosa właścicielka jest wiernym kibicem FC Barcelona, a w lokalu wciąż toczą się niespieszne rozmowy przy piwie o niedawnym finale Ligii Mistrzów. Gdy ta sama miłośniczka pewnego klubu, macha do nas przyjaźnie spotykając nas na ulicy. A mieszkańcy mijając  mnie na wieczornym spacerze, gdy fotografuję ich domy, pozdrawiają po słowacku. Właściwie to trafiłam tu przypadkiem. Planując kolejny wyjazd w Wielką Fatrę otworzyłam Google maps, powiększyłam i wybrałam maleńką wieś Blatnica (ok. 800 mieszkańców) na cel swojego kolejnego wyjazdu. Kilka maili i mamy pokój na długi majowo-czerwcowy weekend. Więcej o Blatnicy nie wiedziałam i nawet się tym nie interesowałam, bo przecież jechałam tam w góry i dla gór. Ale na miejscu okazało się, że sama wioska warta jest uwagi i spaceru.

Zamek, Janosik i niedźwiedzie

Zacznijmy od zabudowań. Wiele z nich to stare zabytkowe domy z charakterystycznymi drewnianymi bramami. Większość zadbana, odnowiona, pobielona. Choć znalazłam i takie, gdzie dach dawno się już zawalił, a wewnątrz rozpanoszyły pokrzywy, krzaki i drzewa. W najbliższej okolicy jest i zamek wybudowany pod koniec trzynastego wieku – dzisiaj już tylko romantyczne ruiny. W drodze na zamek mijamy tablicę ostrzegającą o niedźwiedziach (wiele tu takich) i kolejną informującą o Janosiku. Tym razem jednak mowa o filmie. Ale choć na dźwięk imienia Janosik widzę młodego Marka Perepeczko, który wcielił się w tę postać w serialu, to jednak zbójnik ten nie pochodził z Polski. I czas się z tym pogodzić. Janosik urodził się w Terchovej niedaleko Żyliny, u stóp Małej Fatry. Tutaj, w Wielkiej Fatrze powstał jednak pierwszy film o nim, nakręcony przez pochodzących właśnie z Blatnicy braci. Daniel Siakeľ i Jaroslav Siakeľ urodzili się tu pod koniec 19 wieku, ale na początku 20 wieku wyjechali do Ameryki. W rodzinne strony wrócili kilka lat później, po powstaniu firmy Tatra Fil Corporation. Film pod tytułem Janosik, hetman zbójnicki powstał w 1921 r., choć obaj bracia nie mieli doświadczenia w kręceniu pełnometrażowego filmu fabularnego. Premiera filmu odbyła się 25 listopada 1921 r. w Pradze, a w styczniu pokazano go w Żylinie. Później film zaginął, a odnaleziono go w Stanach Zjednoczonych w latach 50., w garażu producenta filmowego. W 1975 roku film o Janosiku został zrekonstruowany i udźwiękowiony, a dwadzieścia lat później wpisano go na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO.  Wędrując na Zamek czy Doliną Blatnicką mijamy kolejne miejsca, gdzie kręcono sceny do filmu.

O fabule tego filmu za filmweb: Ramy historii tworzy wizyta grupy turystów w górskim szałasie, gdzie baca opowiada legendę o Janosiku. W miarę upływu czasu i rozwoju historii kolejni słuchacze zmieniają się w postacie z legendy. Jest to pierwszy długometrażowy film słowacki, bardzo nowoczesny jak na tamte czasy, mimo że zrealizowany przez ekipę bez żadnego filmowego doświadczenia.

Janosik mógłby tu wciąż żyć

Górskie szałasy wciąż tu są, i wciąż mogłyby być miejscem, gdzie opowiada się legendę o Janosiku. I gdyby żył dzisiaj, z łatwością ukryłby się w tych lasach. Na przykład w drodze na Smrekov. Początek szlaku to szybki marsz Dolinami Blatnicką i Rakytovską. W sumie 7 km. Tu gdzie kończy się trasa rowerowa, szlak skręca w lewo i po krótkiej wędrówce i kilku bardziej stromych podejściach las robi się coraz gęstszy, a ścieżka coraz węższa. Do tego stopnia, że momentami mam ją co prawda pod stopami, ale przed sobą – ścianę z gałęzi, krzaków i pajęczych nici. Te nici, które przyklejają mi się do twarzy (nieprzyjemne uczucie, brr), to znak, że dziś przed nami nikt tędy nie szedł. Po drodze mijamy jeszcze miejsce, gdzie w 1944 roku podczas Słowackiego Powstania Narodowego pieczono chleb dla walczących powstańców. Gdy za Smrekovem wreszcie wychodzimy z lasu krajobraz zmienia się całkowicie. Tym razem zamiast lasu wkraczamy na łąki, na przełomie maja i czerwca kolorowe od kwiatów. Białych, żółtych, różowych… Pełnik europejski, zawilec narcyzowaty, niezapominajki, konwalie… i jeszcze wiele innych kwiatów, których nazw nie znam i nie znalazłam.

Wielka łąką w Wielkiej Fatrze

Wielka Fatra powyżej linii lasu to o tej porze roku jedna wielka łąka. To nie są znane z Bieszczad połoniny, ale barwny, pachnący i brzęczący owadami świat. I tak idąc przez te łąki mijamy niezbyt piękny wierzchołek Krížna z wysokim na ponad 50 metrów, stalowym masztem przekaźnika telekomunikacyjnego i tajemniczym wojskowym obiektem, otoczonym siatką. Mój zegarek z gpsem zaczyna tu lekko wariować, czas więc zdobyć najwyższy szczyt Wielkiej Fatry, na który rok temu nie weszliśmy z powodu ulewy PATRZ TUTAJ. Tym razem Ostredok osiągamy bez trudu i cieszymy się na szczycie ciszą, spokojem i samotnością. Co prawda zgodnie z planem powinniśmy zejść teraz z głównej grani zielonym szlakiem do Doliny Gaderskiej, ale tak tu pięknie i pusto, że postanawiamy jeszcze trochę trzymać się czerwonych znaczków. Schodzimy w stronę Suchego Wierchu z widokiem na Ploská i Borisov, który rok temu nie był dla nas gościnny. Wracamy po swoich śladach, żegnamy się z widokami aż po horyzont i ponownie schodzimy do lasu. Tu jeszcze pachnie czosnkiem niedźwiedzim, ale niżej przedzieramy się przez polany zarośnięte pokrzywami. I wszystko wskazuje na to, że tą ścieżką szeroką na dwie stopy rzadko ktoś chodzi. Na koniec jeszcze czeka nas bardzo długi marsz doliną, niestety zniszczoną przez wycinkę drzewa. Po kilku kilometrach marszu zaczyna się asfalt, który może cieszy spacerowiczów, rowerzystów i rolkarzy, ale nie mnie.

I znowu jestem prawie we Włoszech

To może nie moje ukochane Włochy, ale Belá-Dulice brzmi dla mnie bardzo po włosku. Tu zaczyna się nasz kolejna wycieczka. Początek to znowu szutrowa droga i mocno zniszczony szlak przez las. Gdy zaczynają się łąki przypominam sobie opis z przewodnika – szlak jest w tym miejscu słabo widoczny. Ot, brakuje drzew, na których można namalować znak. Co prawda jakaś rolnicza maszyna tędy przejechała, ale gdy trasa zaczyna schodzić w dół, wyjmuję mapę i intuicyjnie skręcam w lewo. I intuicja mnie nie zawodzi – po kilkuset metrach brnięcia przez trawy wypatruję słupek ze znakiem i w oddali charakterystyczny grzybek ze szlakowskazami. I znowu – las, łąka, las, strome podejście łąką i osiągamy Lysec. Zdecydowanie szybciej niż czasy podane na mapie i w terenie. Nie podobają mi się te chmury – chyba gdzieś tutaj pierwszy raz pada to zdanie. Ale przecież nie słychać żadnych ostrzegawczych pomruków, a wczoraj też zapowiadano burze i tam, gdzie my byliśmy ich nie było. Co prawda do jedynego tu schroniska górskiego mamy 5 godzin marszu (według mapy) i wiele w tym czasie może się zdarzyć. I w sumie zdarza. Pół godziny później burzowe grzmoty są już zdecydowanie zbyt blisko, a to tylko sprawia, że przyspieszamy kroku i na kolejnym odcinku na Mały Lysec „urywamy” kilkanaście minut. Tu także wchodzimy na czerwony szlak, na głównej grani Wielkiej Fatry – ten sam co wczoraj, ale kilka kilometrów dalej. Burza mruczy coraz częściej. raz z lewej, raz z prawej strony jakby nie mogła się zdecydować którędy nas ominąć. Co prawda jestem w lesie, a nie na otwartej przestrzeni, ale wolę by ta burza zaczęła się od nas oddalać. Mam nawet w głowie opracowany awaryjny plan. Kończy się jednak na kilkunastu minutach słabego deszczu, odrobinie strachu i bardzo szybkim marszu. Co szlakowskaz to trasa do schroniska skraca się o godzinę, a my pokonujemy kolejne odcinki dwa razy szybciej. Wreszcie znowu wychodzimy z lasu i przed nami rozpościera się widok na Borisova. Stąd już do schroniska całkiem blisko, ale czy tym razem wejście na szczyt będzie przyjemne? Szybki posiłek w schronisku i jednak ruszamy pod górę. Wejście na Borisov jest strome ale dzięki temu szybkie. Przy dobrej kondycji 40 minut wystarczy w obie strony. Po drodze jeszcze zachwycam się kwitnącą kosodrzewiną – jak się okaże to męskie kwiatostany. I znowu mijamy schronisko, lisa polującego w trawie, tabliczki ostrzegające przed niedźwiedziami i ruszmy w dół. Burza przyplątuje się znowu w okolicy Belianskiej Doliny. Tym razem zaklęcia nie wystarczą i trzeba wyjąć kurtkę. Pada i grzmi, grzmi, pada i świeci słońce. Wszystko paruje, można się ugotować pod tą kurtką. Zanim jednak dojdziemy do auta zdążymy wyschnąć więc w „naszej” wsi można się zatrzymać na smażony ser, placki ziemniaczane i zimne piwo. Mamy 1:1 w spotkaniach z burzą.

Skalna Fatra i jaskinia dla Janosika

To co najbliżej zostawiamy na koniec. Szlak zaczyna się i kończy w Blatnicy. Chodnik Janka Bojmira (na pamiątkę zasłużonego, słowackiego działacza turystycznego) doprowadza po godzinie do Jaskini Mažarnej, którą można zwiedzić w świetle czołówki. To jaskinia krasowa, a tak naprawdę ogromna sala, która stanowiła dawniej schronienie dla pasterzy, a w czasie II wojny światowej była wykorzystywana przez partyzantów. A może i wcześniej przez zbójców Janosika? Teraz niebieski szlak prowadzi stromo do góry, pośród malowniczych skał. Stąd zresztą nazwa tej części Wielkiej Fatry czyli Skalna Fatra. Przed nami dwa piękne szczyty – Tlstá (tłumaczona jako Tłusta) i Ostra. Za Tlstá wybieramy jednak zielony szlak, znowu pusty i po godzinie docieramy do żółtego szlaku. Tu dopiero widać nasz cel, czyli Ostrą w całej okazałości. Progami skalnymi, przez niewielkie skalne okno docieramy na szczyt. Stąd roztacza się widok na Tłustą. Krótka sesja i wśród odległych pomruków burzy zaczynamy schodzić w dół. 2:1 dla burzy. W Dolnie Blatnickiej jednak nas dopada, solidnie zlewa i zostawia po kilkudziesięciu minutach.

Wielka Fatra wiosną to przede wszystkim piękne widoki na ukwiecone łąki. To też puste szlaki – z wyjątkiem okolic jedynego schroniska. Więcej osób spotkaliśmy tylko na Ostrej – ale na to ma wpływ zdecydowanie krótka i łatwo dostępna, choć nie pozbawiona uroku trasa. To kolejne góry, które warto wpisać na listę obowiązkowych do zobaczenia. Zdecydowanie mniej popularne od wyższej ale z nazwy jednak małej – Małej Fatry. Poza Turčianskimi Teplicami, do których zresztą nie trafiliśmy (bo jednak wolimy góry od wody) i poza letnim, wakacyjnym sezonem – tłumów na szlakach nie trzeba się obawiać. A Janosika jakoś się jednak nie obawiam.

 

Wszystkie duchy Beskidu Niskiego

Podobno najpiękniej jest tu wiosną. Podobno. Bo znam takich, dla których to miejsce ma swój nieodparty urok zimą – sama sprawdzałam to już dwukrotnie. Są i tacy, którzy właśnie tu polubili jesień. Kolorową, dzięki bukowym lasom i bujnym łąkom, szarą i mglistą, gdy czeka się na pierwszy śnieg. Ale teraz, gdy jestem tu w chwili gdy wybuchła zieleń, gdy wpadam w zachwyt nad pięknem tego miejsca, gdy mam ochotę krzyczeć z zachwytu, to jednak pierwsze co czuję to smutek. I może trochę złość na współczesnych mi ludzi. Złość za brak tolerancji i umiejętności współistnienia, która tak pięknie widoczna była właśnie tutaj. Później, zupełnie nagle, to wszystko się skończyło. I dziś, wędrując tymi szlakami, drogami i bezdrożami mam pustkę aż po horyzont. A to co czuję to smutek i tęsknota… trochę irracjonalne uczucia, bo przecież nie znam innego Beskidu Niskiego. Zamykam oczy i czuję zapach owocowych drzew w sadach, słyszę gwar rozmów w śpiewnym, łemkowskim języku, gryzie zapach dymu z komina, odczuwam obecność setek osób. Przecież jestem zupełnie sama, to tylko wiatr szumi w drzewach, a za drewnianymi drzwiami nie ma nic.

Gdy pojawił się temat długiego majowego weekendu, właściwie nie miałam wątpliwości dokąd chcę pojechać. Na dodatek miałam „miejscówkę” pracowicie i własnoręcznie wyszukaną na mapie. Takie miejsce, które oczarowało mnie klimatem, widokiem za oknem i takie miejsce, gdzie później wszystkie oczekiwania okazały się rzeczywistością. A że zimową porą nie udało się dojechać, majówkowy weekend tylko wyostrzył mój apetyt. I tak oto już pod koniec stycznia wiedziałam, gdzie będę na początku maja. Może im bliżej wyjazdu i im więcej szumu robiło się wokół tej długiej majówki, trochę się bałam, że na szlakach będą tłumy, ale jak się okazało – zupełnie niepotrzebnie.

Dziś, gdy siedzę sobie na kanapie w moich blokowym mieszkaniu tęsknię za tą wsią, chatą i ludźmi. Ale nie jedźcie tam, zostawcie to miejsce dla mnie! Bo ja jeszcze tam wrócę, nie wiem tylko kiedy, ale przeszukam kalendarz, rozmnożę wolne dni i po trzech godzinach podróży zmuszę moje autko, by wspięło się ostro pod górkę.

Chyba najtrudniej wyjaśnić dlaczego właśnie tutaj lubię spędzać czas. Przecież nie ma tu wysokich, ambitnych szczytów. Ja z przeszłości, ze swoją natury zdobywcy NAJ, właściwie nie mam tu czego szukać. 600, 700, 800 metrów n.p.m. i najczęściej bez żadnych widoków. W porywach 1000 metrów, choć polskiej Lackowej brakuje 3 metrów, a słowacki Busov przekracza tę magiczną granicę zaledwie o 2 metry. Ale wybierzcie się w jedną z tras a poczujecie zmęczenie – dokładny zapis tras znajdziecie TUTAJ (link do endomondo). Tym razem dokonaliśmy pierwszego przejścia północnej ściany Palenicy – ot, ścieżka zaznaczona na mapie po kilkuset metrach przestała istnieć, a do zielonego szlaku doprowadziły nas trasy zwierząt. Jak na najwyższy szczyt Beskidu Niskiego jest tu zupełnie pusto. Jesteśmy tylko we dwoje. Po drodze spotkaliśmy dwóch Słowaków, którzy ze szczytu już schodzili, a później nikogo. Wyobraźcie sobie Rysy w środku sezonu zupełnie puste. Możliwe, ale tylko w deszczu, a nie w ciepły, słoneczny majowy dzień. Kolejny raz jestem więc na Busovie i cieszę się ciszą i spokojem. A może po prostu tak jest tu zawsze? Jeszcze tylko powrót przez słowackie łąki, spotkanie z dzikami, sarnami, jeleniem i myszołowem. Po dotarciu do czerwonego, granicznego szlaku napotykamy pierwszych miłośników tych niewielkich szczytów. My skręcamy w stronę Przełęczy Regietowskiej i tuż przed Obyczem niebieskim szlakiem schodzimy do Wysowej. Inne puste miejsce – szlak na Magurę Małastowską, ale nie z przełęczy. Najpierw żółtym szlakiem z Ropy do Bielanki, a później cały czas zielonym. 20 km niczym nie zmąconego marszu. I takich szlaków i tras mogłabym mnożyć! Ale sami wytyczcie swoje ścieżki i cieszcie się samotnością. Tu nie czeka Was kolejka do kasy po bilet do Parku Narodowego czy kolejka do kolejki wywożącej na szczyt. Spotkacie za to czasem wędrowców z gitarą na plecach, z „worami” wypchanymi po brzegi, z matami i namiotami i zapasem jedzenia, świadczącymi o długiej wędrówce z dala od cywilizacji. Myślałam, że tak się już nie chodzi, że teraz wszystko „na lekko”… A jednak nie.

Czy ja jestem jakąś wariatką, że snuję się po cmentarzach? Po tych najłatwiej dostępnych pod Magurą Małastowską i na Przełęczy, ale i po tych rozsypanych po lasach, z dala od głównych szlaków. Cieszy mnie odbudowany cmentarz na Rotundzie. Zimą 2014 roku, gdy byłam tu po raz pierwszy nie był jeszcze kompletny – brakowało dwóch charakterystycznych wież utrzymanych w stylistyce łemkowskiej. Od 2016 roku cmentarz na Rotundzie można podziwiać w całej okazałości. Co niezwykłego jest w tych cmentarzach rozsypanych po beskidzkich lasach i wzgórzach? To pamiątka po jednej z najbardziej krwawych bitew I wojny światowej, a może raczej po walkach, które trwały w okolicach Gorlic przez pół roku (decydujące starcie miało miejsce od 2 do 5 maja 2015 r.). W bitwie gorlickiej zginęło 200 tys. żołnierzy, których pochowano na 400 cmentarzach, z czego w okręgu gorlickim powstało ich 54. Autorem wielu projektów (31 lub 35 według innych źródeł) był słowacki architekt Dušan Jurkovič, któremu zawdzięczamy nie tylko cmentarz na Rotundzie, Przełęczy Małastowskiej, Magurze Małastowskiej czy w Zdyni. Żołnierze armii niemieckiej, austro-węgierskiej i rosyjskiej, wszyscy pochowani zostali na tych samych cmentarzach. Nazwiska polskie, słowackie, czeskie, ukraińskie, niemieckie, rosyjskie, austriackie i niemieckie.

To tylko jedna z lekcji historii jakie daje nam Beskid Niski. Czarne, Lipna, Bieliczna, Radocyna, Nieznajowa, Regietów… wsie, których już nie ma. Wsie, które ponad 70 lat temu tętniły życiem. Czarne – ponad 300 mieszkańców, Radocyna – ponad 500, Bieliczna – ponad 200, Nieznajowa – blisko 300… tysiące ludzi, dzięki którym Beskid Niski tętnił życiem. Cerkwie, kościoły, szkoły, wiatraki, karczmy, sklepy, elektrownia wodna, leśniczówki, targi i jarmarki, czytelnia, wiejski teatr, posterunki straży granicznej, domy. A później Akcja Wisła i wysiedlenia. Zostały przydrożne krzyże, cmentarze, drzewa owocowe, cerkwiska, piwnice i kaplice. Wychodzę na otwartą przestrzeń i mam widok aż po horyzont. Pola, łąki, pagórki i góry, a wszędzie pusto. Dlatego te drewniane drzwi, które ustąpią po naciśnięciu klamki, drzwi, które stoją pośrodku łąk, robią na mnie takie wrażenie. To projekt Natalii Hładyk o nazwie „Przez zarośnięte trawą koleiny dróg, co się kończą przy umarłych sadach… Zapomniane wsie Łemkowszczyzny”, zrealizowany w 2008 roku. Dziękuję! Dzięki temu projektowi od pierwszej wizyty w Beskidzkie Niskim czuję, że to wyjątkowe miejsce i za każdym razem mam ciarki na plecach.

Przysłup, Nowica, Leszczyny – wsie, które są, ale w których coraz częściej powstają letnie domki miłośników Beskidu Niskiego. I sama, gdyby trafiła się taka okazja kupiłabym kawałek trawnika i nieba w Beskidzkie Niskim. Stowarzyszenie Magurycz, cerkwie, wielka drewniana łyżka, kaplica, cudowne źródełko, stara plebania greckokatolicka i tablica pamiątkowa Bohdana Ihora Antonycza, poety ukraińskiego, który urodził się w Nowicy, kilka chyż. Tak teraz wygląda ta urocza wioska położona u stóp Magury Małastowskiej. Łyżka, skąd ta łyżka? Nowica słynęła z wyrobu drewnianych łyżek, a ci, którzy je wyrabiali to łyżkarze – zawód przekazywany z ojca na syna. Dziś próbuje się go reaktywować, ale gdyby nie nasza gospodyni to z Beskidu Niskiego wróciłabym bez drewnianej łyżki. Myślicie, że był jakiś sklepik, kierunkowskaz, punkt obsługi klienta? Nic z tych rzeczy! Następnym razem będę pukać do drzwi z pytaniem o łyżki, choć znając opowieści Marleny – kto wie jak się to skończy.

Takich lekcji historii jest tu znacznie więcej. I choć to już mój piąty pobyt w Beskidzie Niskim wciąż odkrywam kolejne miejsca. Jak to – Pomnik Ofiar Thalerhofu – jest na mapie przy szutrowej drodze z Jasionki do Radocyny. Planując wycieczkę nic o tym miejscu nie wiedziałam, nie słyszałam nawet o takim obozie. Przyjdzie mi jeszcze sporo się nauczyć o historii Łemków.

Ale Beskid Niski to dzisiaj znowu ludzie. Ci, których ogarnęła ta magia i którzy wracają tu kolejny raz, by wędrować tymi samymi ścieżkami. I Ci, którzy uciekli z wielkiego miasta, znaleźli swój kawałek trawnika i nieba i może jeszcze starą chatę na dokładkę. Ludzie, którzy takiej chacie dali kolejne życie, zachowując jednak cały klimat, swojskość  i prostotę tego miejsca. Taką prostotę, że mogę nago stanąć w oknie i nikt, absolutnie nikt mnie nie zobaczy, bo przede mną tylko las i pola. No, może marzę tylko, by z tego lasu wyszedł wilk, spojrzał mi w oczy i poszedł swoją drogą.