Walencja dla biegaczy

W Walencji nie samym bieganiem żyje człowiek… a jak nie biega to patrzy gdzie tu można biegać, szuka biegowych sklepów, przymierza biegowe buty i je!

Biegacze.JPG

Nie bez powodu adres strony internetowej maratonu w Walencji to: Valencia – Ciudad del running czyli Walencja – miasto biegania. W przyszłym roku odbędą się tam Mistrzostwa Świata w Półmaratonie (zanim dwa lata później dotrą do Gdyni). Czasem po treningu w Bielsku-Białej Piotr pyta mnie ilu biegaczy spotkałam (im mniej tym gorsza pogoda), tam takiego pytania by nie zadał. Powód – nie sposób ich policzyć! To miasto stworzone do różnych aktywności i sportów, ale dla biegaczy wprost wymarzone.

Długie wybieganie? Zapraszam do Ogrodów Turii o długości ok. 9 km. Jardin del Turia zajmują dziś  110 ha dawnego koryta rzeki.

Ogrody Turii pierwsze budzą się do życia. Zaraz po wschodzie słońca pojawiają się biegacze, szybko dołączają do nich rowerzyści mknący do pracy, potem matki spacerujące z wózkami.
WIĘCEJ TUTAJ

Ogrody Turii.JPG

I wszyscy mieszczą się w tej przestrzeni, a nawet jeszcze więcej. Jest tu jeszcze miejsce na kilka boisk, skateparków i plenerowych siłowni, a trawniki zajmują miłośnicy jogi, sztuk walki czy tańca. Ograniczeniem jest wyłącznie wyobraźnia! Jest tu miejsce dla wszystkich. Piesi mają swoje chodniki, rowerzyści swoje ścieżki a biegacze trasy. I to oznaczone co kilkaset metrów, więc zaplanowanie treningu staje się dziecinnie proste. I co ważne jest tu płasko, zupełnie płasko. To wszystko znajduje się w samym sercu Walencji, w miejscu gdzie jeszcze kilkadziesiąt lat wcześnie płynęła rzeka Turia, która bardzo często zalewała miasto. Ostatni raz w 1957 roku – zginęło wówczas ok. 80 osób, a sama Walencja została poważnie zniszczona. Trzy lata później rzekę „wygnano” z miasta, a jej koryto przekształcono w przestrzeń przyjazną mieszkańcom. Ogrody Turii zaprojektował Ricardo Bifill, a udostępnione zostały mieszkańcom i turystom w 1980 r. Na obu końcach Ogrodów znajdują się dwie atrakcje – największe w Europie Oceanarium i niezwykły Bioparc – ale o tym opowiem później.

Park zachwyca swoją różnorodnością. I to wszystko dzieje się w samym sercu miasta. Jestem zachwycona już od pierwszego spotkania. A to ma miejsce podczas biegu śniadaniowego. Do pokonania mieliśmy wówczas trasę 5 km, wytyczoną alejkami i na stałe oznakowaną. Oprócz nas – uczestników i przyjaciół uczestników Maratonu w Walencji – tego dnia w parku spotykamy dziesiątki, a pewnie i setki biegaczy. W pojedynkę, parami i grupami, każdy w swoim własnym, ulubionym tempie. Pewnie jak wszystko nawet ten park może się znudzić, można w nim przemierzyć wszystkie ścieżki wzdłuż i wszerz. Ale wtedy koniecznie trzeba pobiec do portu.

W miejscu, gdzie zaczyna się miejska plaża zaczyna się również deptak – latem podobno zatłoczony. W listopadzie trasę o długości 3,5 km z widokiem na morze opanowali biegacze i spacerowicze. Ci pierwsi mają znacznie większe możliwości jeśli biegają boso lub nie obawiają się pokonania dwóch kanałów. Wówczas droga do niezwykle urokliwego Port Saplaya stoi przed nimi otworem. To miejsce nazywane jest także Małą Wenecją i  nie bez powodu. Jedyne co mnie zadziwia to fakt, że odkrywam jej zakamarki zupełnie sama! Turystów o tej porze nie ma tu w ogóle, a jedynie jacyś nowożeńcy zorganizowali sobie sesję fotograficzną – a dokładnie nowa żona, bo nowego męża brak. Nieodłącznym elementem tej sesji jest oczywiście posiłek – o jedzeniu jeszcze będzie tutaj mowa!

Port Saplaya.JPG

Kolorowe domy zostały zbudowane tu wokół portu, a przed domami stoją nie samochody, ale łodzie. Po prostu o poranku wypływasz do pracy.

Skoro Walencja to taki raj dla biegaczy, to przecież gdzieś powinni się ubierać! Pod względem ilości biegowych sklepów Walencja trochę nas rozczarowała. Spodziewaliśmy się znacznie więcej, a już z nadzieją liczyliśmy na możliwość przywiezienia po parze niemal kultowych już Pearl Izumi. Niestety tylko w jednym miejscu znaleźliśmy kilka par, wyłącznie męskich. Ale jeden ze sklepów i jego właściciel na długo zostaną nam w pamięci. Natural Running Valencia podpowiada nam google, gdy siedzimy przy głównej ulicy handlowej miasta. Niewielki sklepik w bocznej uliczce prowadzi Carlos. Przez ponad godzinę rozmawiamy hiszpańsko-angielską mieszanką, a przez większość czasu ja jestem tłumaczem z hiszpańskiego na polski (doprecyzuję – po hiszpańsku rozumiem co nieco, ale generalnie nie mówię). Piotr w międzyczasie przymierza buty firm: Topo, Salming i Merrell.

Carlos, rocznik 1961 – dokładnie za trzy miesiące od naszego spotkanie będzie świętował swoje urodziny – prowadzi ten sklep od półtora roku. Piotr i Carlos za moim pośrednictwem rozmawiają więc głównie o dropie 3 mm (drop to spadek, różnica wysokości między piętą a palcami, im bliższy 0 tym bieganie bardziej naturalne) i o wyższości naturalnego biegania a nawet biegania na boso. Carlos w tym roku nie biegł maratonu w Walencji – z powodów osobistych. Jego ojciec, którym się opiekuje choruje na Alzheimera. Ale mimo tej choroby czasem razem biegają, i co ważne – boso. To zaledwie kilkaset metrów, może kilometr i to na prostej, pozbawionej kamieni trasie, ale jednak. Ojciec Carlosa, może nie pamiętać co jadł na śniadanie, ale doskonale pamięta poranny trening z Carlosem. Jak to możliwe? Tego nie potrafią wyjaśnić lekarze!

Sklep Carlosa to kontynuacja pasji. Jego właściciel od ponad 7 lat biega w butach naturalnych (drop 0). Próbował biegania w innych butach popularnych wśród biegaczy marek, ale od razu pojawiły się kontuzje. Od kilku lat myślał o własnym sklepie i teraz tutaj namawia ludzi do biegania w zgodzie z naturą.

W czasie, gdy Piotr ogląda i przymierza, Carlos sprzedaje dwie pary butów. Z klientami rozmawia jak z dobrymi znajomymi. Rozumiem, a może bardziej domyślam się, wyłapując słówka, że rozmawiają także o maratonie i interwencjach lekarzy. Było ich bardzo dużo, ponad 300 – podkreśla Carlos.

Ukochane buty Carlosa? Merrell Bare Access! I pokazuje nam model, który sporo już ma za sobą. A dokładnie 2200 km i 3 maratony. Jak będziecie w Walencji, koniecznie odwiedźcie to miejsce, jego właściciel opowie Wam jeszcze wiele historii. Znajomość hiszpańskiego zdecydowanie ułatwi kontakt, ale jak widać po nas – daliśmy radę.

Jak już pisałam TUTAJ – o wyjeździe na Maraton do Walencji zdecydowały dwie rzeczy – niezwykła meta i największe w Europie Oceanarium. Dzięki organizatorom biegu i pewnej uroczej bransoletce mogliśmy skorzystać z 15% rabatu na bilety. Jeśli możecie koniecznie zaplanujcie sobie na to miejsce pół dnia – po zwiedzaniu Oceanarium polecam nie rzucający się w oczy Bar Aquilino w dzielnicy Natzaret (1,5 km od Oceanarium).

Oceanarium to największe tego typu miejsce w Europie, o łącznej powierzchni 110 000 m². Obiekt został otwarty w 2003 roku. Można tu podziwiać około 500 gatunków zwierząt, w tym delfiny, rekiny, płaszczki, słonie morskie, pingwiny i żółwie. Ogromne akwaria mieszczą się pod powierzchnią ziemi, a jedną z największych atrakcji jest tunel, w którym rekiny przepływają nad głowami zwiedzających. Wrażenie zrobiły też na mnie niewielkie elektryczne meduzy. Nie brakuje tu ptaków – pelikanów, flamingów i ibisów. Miłośników Afryki zabieram do Bioparcu. Generalnie nie lubię ogrodów zoologicznych – z ich klatkami, w których zamknięto zwierzęta na niewielkiej przestrzeni. Do tej pory najlepiej oceniałam zoo w Ostrawie, zorganizowane na dużej przestrzeni i przyjazne dla odwiedzających i odwiedzanych. Tym razem zobaczyłam niezwykle zaaranżowane miejsce, gdzie wkracza się do świata zwierząt pozbawionego krat. Jak to możliwe, że lwy, goryle czy hieny (i inni przedstawiciele 50 gatunków) są tu niemal na wyciągnięcie ręki?! Dzięki nietuzinkowej aranżacji przestrzeni stworzono warunki najbardziej przypominające naturalne, w których żyją dzikie zwierzęta. Nie ma tu ani jednej kraty. Są za to przemyślnie zaplanowane fosy, skały i naturalne bariery. Tylko w kilku miejscach zamontowano specjalne szyby, dzięki którym stanęliśmy oko w oko z ponad 16-letnim lwem czy lampartem. Koniecznie trzeba zobaczyć – pokaz ptaków, karmienie słoni i Madagaskar! Madagaskar opanowały lemury (the frentirrojo lemurs), to ich teren, wolno im tu wszystko – zwiedzający mają za to niezwykłą przyjemność podziwiania tych zagrożonych wyginięciem zwierząt na wyciągnięcie ręki. Tylko tej ręki wyciągnąć im nie wolno. Wiosną ubiegłego roku urodził się nawet mały lemur!

Nie jesteśmy tradycyjnymi turystami. Nie byliśmy w muzeach ani galeriach. Jednym obowiązkowym wg przewodników punktem programu, który znalazł się także na naszej trasie był Kielich Graala ukryty w Katedrze. Jako czytelniczka Dana Browna zajrzałam tam na chwilę – wieczorową porą udało mi się uniknąć tłumów i opłat za wejście do kaplicy. Zamiast tradycyjnego zwiedzania były spacery uliczkami dzielnicy Ruzafa połączone z odwiedzaniem dziwnych sklepów, odpoczynek na plaży, wyjazd nad otoczone polami ryżowymi jezioro Albufera (znajduje się ok. 10 km od Walencji). Bez tych pół ryżowych nie byłoby tradycyjnej hiszpańskiej paelli. Sam zbiornik jest prawdziwą atrakcją dla miłośników ptaków (najwięcej udaje mi się wypatrzyć czapli). My wdrapujemy się na wieżę widokową i idziemy na krótki spacer. Jezioro Albufera oddzielone jest od morza mierzeją i jest częścią Parku Krajobrazowego. Prawie jak na Polesiu – myślę – skojarzenie nie jest bezzasadne, choć tu przeszkadzam mi hałas samochodów dochodzący z pobliskiej drogi.

Nie wyobrażam sobie zwiedzania i poznawania nowych miejsc bez kuchni. A właściwie to mogłabym podróżować dla tej kuchni. Podczas wyjazdu na maraton do Hiszpanii poznawanie jej kuchni towarzyszy nam już od pierwszego dnia. A może jeszcze wcześniej. W menu przysłanym przez organizatorów znalazły się tajemnicze potrawy: horchata i fartons.

Horchata de chufa (z walenckiego orxata de xufa ) – napój chłodzący, spożywany głównie w lecie, wytwarzany z cibory jadalnej (inaczej migdał ziemny). I za wikipedią: bardzo popularny we wschodniej Hiszpanii zwłaszcza we Wspólnocie Walenckiej, tam znany jako orxata de xufa. Napój wywarza się ze słodkich bulw tej rośliny, wody i cukru. Jak jest horchata to muszą być i fartons.

Fartons to natomiast słodkie pieczywo o podłużnym kształcie, charakterystyczne dla tego regionu. Zrobione z mąki, mleka, cukru, oleju, jajek i zaczynu, posypane cukrem. To delikatne i miękkie ciasto zostało stworzone do zanurzania w horchata. Smak napoju początkowo określamy jako ciekawy i zaskakujący, i choć piliśmy ją jeszcze kilka razy podczas tego pobytu, trudno mi jej smak porównać do czegoś znanego. Odwiedziliśmy między innymi tradycyjną La Horchatería Santa Catalina, gdzie podają podobno najlepszą w mieście horchatę. Tam też próbuję gęstej gorącej czekolady – choć może trochę na nią za ciepło – i zanurzam w niej churros i w ten oto sposób otrzymuję najbardziej popularną tutaj chocolate con churros.  W smaku od razu przywołują na myśl nasze pączki – i okazuje się, że słusznie. Ciasto wyciskane z formy lub, rękawa smażone jest na głębokim tłuszczu w wysokiej temperaturze. To jedna z najpopularniejszych w Hiszpanii przekąsek, którą zgodnie z tradycją wita się Nowy Rok. Zrobiło się tu stanowczo zbyt słodko! Po takim śniadaniu nieprędko miałabym ochotę na drugie, tym bardziej, że tutejsze jadane nawet po godzinie 10.00 jest solidne. Na tradycyjne almuerzo za sprawą Kasi mieszkającej w Walencji od 10 lat trafiamy do znanego wśród mieszkańców baru. Oprócz nas nie ma tu turystów, a na dodatek znacząco zaniżamy średnią wieku. Ach, żeby taka przyszłość czekała mnie na emeryturze… Spotkania ze znajomymi przy kanapce i winie, a na koniec filiżanka mocnej kawy. A kanapka … z ziemniakami, czyli z tortilla de patatas lub z tajemniczym smarowidłem o nazwie sobrasada. Na drugie takie śniadanie trafiamy do baru, do którego sama pewnie bym nie weszła, ale jego nazwa pojawia się w połowie listy 10. najlepszych miejsca w Walencji na almuerzo KLIK, a to właśnie jest najbliżej miejsca gdzie mieszkamy. W porze drugiego śniadania pracownik uwija się jak w ukropie. Wszystkie stoliki zajęte, każdy chce inną kanapkę, a na stołach już przed południem pojawiają się butelki wina. Po takim posiłku wszyscy wracają do pracy. I znowu brak znajomości hiszpańskiego sprawia, że zamawiamy pokazując palcami. Najedzeni i napojeni za całe 9 euro ruszamy na kolejną wycieczkę.

Bez dwóch dań nie wracam z Hiszpanii – bez kalmarów, które uwielbiam a jadam rzadko i bez paelli. Smażone kalmary z sokiem cytryny zawsze będą mi się kojarzyły z wakacjami na południu Europy. Nie potrzeba mi znanej restauracji – wystarczy budka przy deptaku. Pierwsze kalmary zjadamy zresztą w Hiszpanii w takim ulicznym barze. Kolejne już w polecanym miejscu – ale bez wskazówek i rekomendacji niezawodnej Kasi, nigdy bym tam sama nie trafiła. Bar Aquilino znajduje się w dzielnicy Natzaret. To tradycyjny bar, bez widoku na morze, wciśnięty w najdalszy zakątek dzielnicy gdzieś między miastem a morzem. Gospodarzami są tu ojciec i jego córka i to gwarantuje rodzinną atmosferę. Zresztą zaliczamy falstart odwiedzając to miejsce. Trafiliśmy tu w niedzielne popołudnie po maratonie, wygłodzeni i spragnieni. Zapachy docierały do mnie już na ulicy, ale po otwarciu dowiedziałam się, że jedzenia … nie ma. W najlepsze trwała jakaś rodzinna uroczystość, kątem oka zarejestrowałam tort i ogromną patelnię z wyjedzoną już paellią. Dwa dni później mamy więcej szczęścia. Mamy swój stolik i jest jedzenie! Na stołach papierowe obrusy – i tak zostawimy na nich tłuste ślady palców, których nie zdążymy oblizać. I znowu – bez naszej znajomości hiszpańskiego i znajomości angielskiego wśród pracowników – wychodzimy najedzeni z mocnym postanowieniem powrotu. Kalmary, paella de mariscos i białe, świetnie schłodzone wino. Do kalmarów cytryna, sos czosnkowy i pieczywo i mam swój raj. Proste, niewyszukane jedzenie, nie wymagające wysiłku przy przygotowywaniu. A przed nami jeszcze najlepsze. Paella z owocami morza, czyli najbardziej znana hiszpańska potrwa. Wyskrobiemy ryż do ostatniego, przypalonego ziarenka. Paella to nazwa patelni, na której przygotowuje się i podaje tę potrawę. Teraz nie pozostaje mi już nic innego, jak kupić odpowiednią patelnię i przygotować paellę zimową porą w domu. Już się cieszę, że w znanej mi hurtowni ryb, zaopatrzę się w kalmary, gdy najdzie mnie tęsknota za południowymi krajami.

Reklamy

Droga do mety

Niewiele pamiętam… po raz pierwszy tak niewiele pamiętam z trasy. Tak naprawdę dopiero w czasie kolejnych dni, przemierzając ulice i uliczki Walencji odkrywałam, którędy biegłam. Na asfalcie zostały jeszcze ślady żółtej farby, którą wyznaczono trasę. O, tu byłam i tutaj też… ciekawe… nic nie pamiętam!

Uświadamia mi to zresztą Piotr jeszcze w niedzielne popołudnie, tuż po biegu. – A widziałaś stadion? – Jaki stadion?! – odpowiadam. Ten na 17. kilometrze!

To tam był jakiś stadion… Pamiętam start, a i tak nie zbyt dokładnie i ostatni kilometr, może trochę więcej do mety. A poza tym asfalt, drogę przed sobą, kolejne punkty żywieniowe i mijające kilometry. I kontrolowany od początku czas. Za szybko, wolniej, jeszcze wolniej. A potem – trzymaj tempo, jest super.

Skupienie się w 100% na biegu i na zadaniu, które sobie wyznaczyłam, a nie na podziwianiu miasta oznacza, że pobiegłam na miarę swoich możliwości i przygotowania. Dałam z siebie dokładnie wszystko, choć pewnie dobry towarzysz wyciągnął by jeszcze kilka sekund więcej. Czyli 110 % normy.

Nie pamiętam trasy i nie pamiętam drogi, co nie oznacza, że nie pamiętam swoich myśli i emocji i drogi do upragnionego celu. Tej lekkości w pierwszej połowie, gdy nogi niosły stanowczo zbyt szybko, a ja co rusz powtarzałam sama sobie – zwolnij! Pamiętam te zadziwiającą dla mnie świeżość biegu aż do 30. kilometra. Krótką psychologiczną gadkę z samą sobą między 32. a 35. km, gdy zmęczenie i trochę znużenie było już odczuwalne. Pamiętam ostatni odcinek o długości parkrun’a, na którym mijałam biegaczy. No i ostatnie dwa euforyczne kilometry, a najbardziej ostatnie setki metrów. Gdy już wiedziałam, że pobiegłam znacznie lepiej niż zaplanowałam, a przede wszystkim równo, bez dramatów i kryzysów. Stąd te radosne zdjęcia z ostatniego odcinka (o rany! W dół i po kocich łbach!), gdy uśmiechnięta machałam do fotografa. Stąd te wyjątkowe i pamiątkowe zdjęcia z mety maratonu i bieg po niebieskim dywanie, gdy biłam brawo organizatorom i niesamowitej publiczności.

Zaplanowałam sobie na maraton w Walencji cztery cele – taka strategia, która pozwala cieszyć się na mecie. Pierwsza i podstawowa zasada – maraton to dla mnie 100% biegu. Druga – to poprawić swój najlepszy czas na tym dystansie – ten sprzed roku wybiegany we Florencji, czyli 4:15:01.

I dwa ambitne cele – zejść poniżej 4:10 i poniżej 4:07. Na ostatnich dwóch kilometrach – zwanych wisienką na torcie – wiedziałam, że będzie jeszcze lepiej. I tym razem zadziwiłam samą sobie. Czym ten maraton różni się od sześciu pozostałych? Ani na mecie, ani teraz siedząc na wygodnej kanapie przeglądając swoje euforyczne zdjęcia, nie planuję kolejnego w przyszłym roku. Tym razem dotrzymam słowa danego samej sobie TUTAJ

Maraton w Walencji jest dla mnie szczególny z jeszcze kilku powodów.

Pierwszy to niesamowita publiczność. Uwielbiam kompletnie obcych ludzi na trasie, którzy wypatrują na numerze startowym moje imię, a później głośno mnie dopingują. Poza granicami, robi to na mnie jeszcze większe wrażenie. Tym razem szybko załapałam, że Azja (od Asia na numerze) to ja. Ale najbardziej zawsze wzruszają mnie rodacy. Na 27. kilometrze, na zakręcie, gdzie trasa prowadziła przez most nad Ogrodami Turii, zupełnie obca dziewczyna wołała – biegnij Asia, brawo!

O jakiego dałaś mi kopa! I potem słyszałam język polski jeszcze kilka razy na trasie! A gospodarze – serdeczni i zaangażowani w kibicowanie, dodawali skrzydeł na każdym odcinku. Ostatni kilometr to gorące brawa i aplauz. Tu każdy był zwycięzcą.

Drugi powód to perfekcyjna organizacja i świetna komunikacja marketingowa z biegaczami. Tym ostatnim kilka razy zrobili na mnie wrażenie. Drobiazgi – ale jak istotne!

Maraton w Valencji wybraliśmy dokładnie rok temu po powrocie z Włoch. Oczarowały nas zdjęcia mety – niebieskiego dywanu rozpostartego na tafli wody. Dosłownie rozłożonego na jego powierzchni. Tutaj możecie zobaczyć  jak powstała ta niesamowita meta.

LINK DO FILMU

Organizatorzy pisali do mnie niemal codziennie przez ostatni tydzień. I nie było to zwykłe odliczanie dni. A to numer startowy, a to szczegółowe informacje dotyczące odbioru, a to magazyn z ciekawostkami, opaska z ofertą rabatów dla biegaczy. Dzięki specjalnej nakładce na zdjęcie przez cały tydzień mogłam się chwalić światu na Facebooku, że biorę udział w tej imprezie.

Biegnę maraton w Walencji
Zdjęcie profilowe na FB

Choć na fanpagu informacje pojawiały się głównie w języku hiszpańskim, można było też szybko i sprawnie porozumieć się po angielsku – ja musiałam ustalić jak odbiorę numer na tradycyjny Bieg Śniadaniowy, skoro w piątek przyjeżdżamy już po zamknięciu biura zawodów. No jak? Oczywiście bez problemu przed startem. Tam nawet nikt nie prosił o podanie danych i nie sprawdził czy wpłaciłam 1 euro.

Za to numer był i to jaki! Wszyscy wyruszyli niespiesznie na 5-kilometrową trasę z numerem 1! Oby każdy z nas właśnie tak poczuł się jutro – myślałam wówczas. Towarzysko, powoli i głodni dotarliśmy na metę. W Paryżu były pyszne rogaliki, a tu tradycyjna horchata de chufa i fartones. Do tego tony owoców, soków i międzynarodowe towarzystwo. Oczywiście spotkaliśmy też ekipę z Polski! Było tak miło i wesoło, jakby nikt tu nie stresował się maratonem.

Później już bardziej tradycyjnie – szybki i sprawny odbiór pakietów, ściana biegaczy a na niej moje nazwisko, magiczna koszulka na której podczas wysiłku pojawi się trasa biegu. A potem paella party – co prawda trzeba było stanąć w kolejce, ale ta biegła szybko. Bez problemu znaleźliśmy miejsce przy stole, wszystko odbywało się bardzo sprawnie. Jeszcze tylko zdjęcie na mecie przed metą i już można wracać by odpocząć przed startem.

Sam maraton miał wystartować o 8.30 – oczywiście elita, moja strefa o 8.48, a w rzeczywistości ruszyłam o 8.51. Ruchem sprawnie kierowali specjalnie oznaczeni wolontariusze – takie mobilne punkty informacyjne. Nie było szans by wejść nie do swojej strefy startowej. Każda strefa miała zresztą swój własny start i wspólne odliczanie. Wielki plus za przygotowanie punktów odżywczych na trasie. Ani raz, ani przez sekundę nie miałam wątpliwości, że wystarczy dla mnie wody. A ta była mi bardzo potrzebna. Ranny, rześki chłód szybko ustąpił. Błękitne niebo i słońce w twarz mogą skutecznie utrudnić bieg na upragniony czas. 16-17 stopni, a im bliżej południa – tym cieplej, nawet 22 stopnie pokazywały termometry. Dla mnie stanowczo za ciepło, tym bardziej, że w Polsce już zaczynałam zabierać na bieganie rękawiczki. Woda w poręcznych, małych butelkach. Spokojnie odkręcałam, część wylewałam na siebie a zostawiałam sobie tylko tyle, by po łyku pić do kolejnego punktu. Ta taktyka świetnie mi się sprawdziła szczególnie pod koniec biegu. Ciepło – łyk, słońce – łyk, zmęczona – chlup na plecy. I tak aż do 41. km – dla mnie idealne rozwiązanie. Do tego suszone morele, które złapałam na dwóch punktach i spokojnie przegryzłam jako urozmaicenie dla żeli.

Za metą zatrzymałam się na kilkadziesiąt sekund by złapać oddech. Tradycyjnie pochyliłam się, oparłam ręce na kolanach. I w kilka sekund miałam dwóch przedstawicieli opieki medycznej obok siebie. Jedna ręka na plecach i wolontariusz gotowy do pomocy, a druga osoba stanęła przede mną z pytaniem czy wszystko w porządku. – Tak, tak… ok!

A potem jeszcze odbiór pakietów dla finiszerów – medal, torba, ręcznik, pomarańcze, morele, orzechy. I wreszcie coś do picia innego niż woda. Nie pytajcie ile kubków radlera spragniony i wyposzczony biegacz wypije na mecie?! Organizm tylko wchłaniał i wchłaniał!

Nie bez powodu na stronie maratonu w Walencji można przeczytać: najszybszy maraton w Hiszpanii. Potwierdzam – trasa jest idealnie płaska. I na dowód tego w tym roku padł rekord trasy. Nie bez powodu organizatorzy chwalą się: maraton w Walencji został nagrodzony w 2016 roku certyfikatem  IAAF Road Race Gold Label, co dowodzi, że jest to jeden z najlepszych biegów na dystansie 42,195 km na świecie. Potwierdzam  – zasłużona nagroda! Do tego morze, plaża, super jedzenie i nietypowe zwiedzanie, ale o tym w kolejnym poście.

Informacje organizacyjne:

  • 40 euro – pakiet startowy (najniższa cena, termin płatności w pierwszych dniach stycznia)
  • 5 euro – ubezpieczenie
  • 1 euro – bieg śniadaniowy
  • Lot w piątek przed maratonem: Kraków – Frankfurt – Walencja i bezpośredni powrót do Krakowa (w niedzielę, tydzień po maratonie)
  • Noclegi: airbnb – 2 km od startu/mety

Uwaga! Nie drażnić biegacza!

Ten tekst zaczynał się zupełnie inaczej. Ale właśnie przed chwilą zobaczyłam kolejny film przygotowany przez Maraton Valencia. Zobaczcie koniecznie. Grozi to jednak pragnieniem pobiegnięcia w Hiszpanii. Zapisy ruszą na początku grudnia.

KLIK FILM

A teraz do rzeczy!

Dwoje biegaczy pod jednym dachem. Dwa ostatnie tygodnie do maratonu. Kumulacja emocji, ambicji i poczucia, że wszystko co się miało zrobić już zrobiło i nic nie da się już nadrobić. Dwie tykające bomby zegarowe. Dwa napięcia. Jak to przetrwać? Nie ma okresu ochronnego dla biegaczy. Jest normalne życie zawodowe, czasem nawet bardziej absorbujące, obowiązki domowe, czyli codzienność.

  1. Co jutro jemy? To najczęściej zadawane teraz pytanie. I mogłabym wypisać menu na ścianie, a i tak wieczorem leżąc w łóżku usłyszałabym te słowa. Cierpliwie odpowiadam i planuję jadłospis: makaron, kasza, ryż, ziemniaczki… i tak na zmianę. Tylko sosy i zestawy warzyw inne. Czasem aż się prosi by podać do obiadu czerwone wino. Nic z tego! Od ponad dwóch miesięcy nikt go w tym domu nie widział. Na samą myśl o winie cieknie mi ślinka.
  2. Ciasto, czekolada, fondat… znowu o jedzeniu, tym razem słodyczy. Oj, chce się po bieganiu. W piekarniku właśnie stygnie ucierane ciasto ze śliwkami (według Niebo na talerzu). Czeka na niedzielnych gości i przez kilka godzin nazywa się: nie rusz mnie. Charakterystyczne skrzypnięcie drzwi piekarnika i deklaracja: tylko wącham!
  3. Uwaga gryzę! Warczę, marudzę coś pod nosem. Jestem podenerwowana. Na ramieniu siedzi Gremlin, w głowie kłębi się tysiące myśli. Analizuję swój plan na bieg. Właśnie zrobiłam ostatni długi trening, 27 km. Jestem zmęczona, ale nie wykończona. Tyle, że to jeszcze nie meta. Na tym zmęczeniu trzeba będzie pokonać kolejnych 15 km. Mam wątpliwości czy dam radę. Do tego dopisała dziś pogoda – tydzień temu w deszczu i wietrze, dziś w słoneczku. Ciepło było. Zdecydowanie spódniczka i cienka bluzeczka z długim rękawem. W Hiszpanii będzie cieplej nawet, w sumie to dobrze, że dziś musiałam przypomnieć sobie, że biegam też w wyższych temperaturach.
  4. Druga osoba też ma swój stres. Też czasem nie ma nastroju, warknie, albo ja usłyszę nie ten ton co zwykle. Przydałoby się jakieś hasło wywoławcze, które rozładuje napięcie. Wystarczająco głupie, by na jego dźwięk wybuchnąć śmiechem.
  5. Albo taka mieszanka – jedna osoba w super nastroju, druga z fochem albo zirytowana. Ta druga to akurat ja. Lepiej wyjść potruchtać, zabieram moje buty, za godzinę będzie lepiej.
  6. Mam zachcianki. Ostatnią piątkę ostatniego długiego wybiegania, biegłam marząc o lodach! Byle dużo, dobrych i zimnych. I sokach, wodzie z cytryną. Omal nie rzuciłam się na przechodnia z woda mineralną w ręce. Teraz zjadłabym coś pysznego.
  7. Licytuję się o każdy kilometr. Porównuję swoje bieganie sprzed roku i pilnuję, by nie było mniej. Mam pobiegać godzinę, to rozpędzam się z górki, chcę 15 km, a ma być 13 z szybszymi akcentami – to lecę, ma nie być podbiegów – no przecież nie wyprostuję tutejszych tras!

Są też przyjemne momenty! Robimy listy rzeczy do spakowania, sprawdzamy miejsca, gdzie można zjeść, planujemy zwiedzanie. Organizatorzy Maratonu w Walencji jakby czytali w naszych myślach – dzięki specjalnej opasce, dokładnie przez tydzień – czyli tyle ile będziemy w Hiszpanii – możemy korzystać z rabatów w różnych miejscach, m.in. do Oceanarium! Świetny pomysł. No i jeszcze menu na mecie biegu śniadaniowego: horchata i fartons. A zamiast pasta party – paella party.

Jadę sprawdzić jak to wygląda na miejscu i chyba tym razem więcej będzie o organizacji imprezy niż samym biegu. W końcu ileż można pisać o emocjach na 42 km! Trzymajcie za mnie kciuki w niedzielę. Mój start o 8.42.

Zimno, coraz zimniej

Tuż przed wejściem obleciał mnie strach. A przecież przyszłam tu dobrowolnie. Gorzej – bardzo tego chciałam. Przygnała mnie ciekawość, ale i pragnienie szybkiej regeneracji i cudu.

A teraz stoję przed drzwiami, które zamknęły się właśnie za grupą 5 śmiałków i czuję jak oblewa mnie pot. Przecież mam być sucha, nie mogę się pocić – myślę nerwowo i sięgam po papierowy ręcznik.

Wdech nosem, wydech ustami. Chodzimy w kółko, co jakiś czas zmiana kierunku. 2 minuty na pierwszy raz. Nie dotykać się, nie pocierać skóry.

Ufff, dużo tego do zapamiętania. Ale nie ma czasu na myślenie, bo właśnie znowu buchnęła para i z oparów wynurza się pięciu śmiałków. Teraz my. Wdech nosem – wydech ustami – wdech nosem…

Drzwi się otworzyły – poczułam chłód – i zamknęły za mną. Ok, bez nerwów. Ciasno, klaustrofobicznie. Wdech, wydech, wdech, wydech. Muzyka, chodzimy, obrót, wdech, wydech, obrót. 2 minuty trwają jak wieczność. Drzwi się otwierają, koniec. A właściwie początek, bo teraz ważne 20 minut. Trzeba rozgrzać ciało. Szybo ubieram moje biegowe buty i wskakuję na bieżnię. Po kilku minutach znowu oblewam się potem, tym razem już nie ze strachu.

-130 stopni w pierwszej chwili może budzić przerażenie. Ale wieczorem miałam taki power do biegania (dla wtajemniczonych: zrobiłam szybkie 15 km i z podbiegami!), że już nie mogę doczekać się kolejnych zabiegów. Za namową znajomych biegaczy postanowiłam poddać się krioterapii, tuż przed kolejnym maratonem. Tym bardziej, że mnie było właściwie łatwiej – na co dzień pracuję w firmie, w której z zabiegów w kriokomorze korzystają kuracjusze. Wystarczyło tylko odpowiednio przed biegiem zaplanować 10 zabiegów i nie stchórzyć.

Jeszcze nie wiem na co lepiej działa – na kondycję i regenerację czy może zamroziła mi komórki mózgu odpowiedzialne za teksty „nie dasz rady!” Ważne, że skutecznie!

Kolejnego dnia nie ma już taryfy ulgowej – 3 minuty. Tym bardziej, że chcę z tego dobroczynnego zimna wyciągnąć jak najwięcej. Odliczam w głowie kolejne sekundy, straciłam poczucie czasu, trzy minuty ciągną się niemiłosiernie. Zaczynają marznąć mi palce dłoni, a wczoraj tego nie czułam. To już chyba ta trzecia minuta. Wychodzimy! Wskakuję na orbitreka, potem bieżnia i energii mam tyle, że mogę przenieść słonia!

Eh, jedna z kuracjuszek zrobiła mi dzień! Powoli robię się sławna 😉 Dziś w szatni odpowiadałam na pytania, który to maraton, na ile kilometrów i jak się je jak tak biegnie. A ile przy tym komplementów: młoda, silna, super kondycja, świetnie zbudowane nogi. A już próba oszacowania mojego wieku mnie ucieszyła – wyglądam na 25 lat! Co prawda czuję się na 21, ale tego się trzymajmy. Może ta krioterapia wygładza też zmarszczki…

A jaka jest rzeczywistość: jestem kilka tygodni przed 40., czasem bezsilna, czterech godzin nie złamię, znowu nie mogę kupić spodni bo mi się łydka nie mieści w rozmiarze 36, a taki przecież noszę! Czasem jednak tak dobrze przejrzeć się w cudzych oczach!

Do kolejnych zabiegów podchodzę już jak stary wyjadacz. Opaska, rękawiczki, maseczka, drewniaki i siup do wnętrza. Trzy minuty dreptania i hop na bieżnię. I tak 10 razy! Jedyna wada – to bieganie na bieżni. 20 minut dłuży mi się bezlitośnie. W terenie tych ponad trzech kilometrów nawet bym nie zauważyła. Tutaj stanowczo zbyt często zerkam na licznik, który odmierza czas.

Teraz trochę fachowych informacji.

Dla kogo leczenie zimnem? Zabieg w kriokomorze pomaga leczyć zapalenia stawów, ścięgien i mięśni, zespoły bólowe kręgosłupa, reumatyzm tkanek miękkich oraz schorzenia neurologiczne.

Niska temperatura to szok dla organizmu. Naturalną reakcją jest włączenie mechanizmu obronnego, który przywraca równowagę funkcjonowania całego ciała.

Krioterapia wspomaga regenerację dlatego tak chętnie korzystają z niej sportowcy, albo tacy amatorzy jak ja.

Już teraz jestem zadowolona z efektów. Na ostatnim etapie przygotowań do maratonu, gdy zmęczenie i znużenie daje się we znaki, dostałam dodatkowy zastrzyk energii. Choćby dlatego było warto. Jakoś mniej marudzę wychodząc na trening, łatwiej podejmuję wyzwania i z zadowoleniem stwierdzam, że przyspieszam. Teraz jeszcze jeden mocny trening, jeszcze ostatnia wizyta w kriokomorze i ostatnia prosta przed 19 listopada! Tradycyjnie trzymajcie tego dnia kciuki. Im bliżej południa tym mocniej.

 

Zdjęcia: Justyna Nauka

Reżim biegowy

– Idź, idź, to Ci wyjdzie na maratonie – powiedział Piotr wypychając mnie za drzwi.

– Chyba bokiem – mruknęłam.

Drugi dzień biegania z rzędu. Zamiast męczyć długie, męczę przez dwa dni szybkie, w tempie mało dla mnie komfortowym. I na dodatek dzisiaj w mżawce, a później już w regularnym deszczu. Głowa mi podpowiada, że kanapa, koc, książka i gorąca herbata to byłby zdecydowanie lepszy wybór. Byłby, ale…

Są dokładnie cztery tygodnie do maratonu. Nie, za dokładnie cztery tygodnie o tej porze będę już na mecie (czas biegnie – już za trzy!).

I po co mi to było? Po co zapisałam się na ten siódmy w moim biegowym życiu królewski dystans. W grudniu 2016 r. miałam zupełnie inną perspektywę. Jeszcze żyłam w euforii po pięknym i bardzo dla mnie udanym maratonie we Florencji, a Piotr w jakiś niedzielny poranek pokazał mi zdjęcie z mety w Walencji. Do tego oczami wyobraźni zobaczyłam hiszpańskie tapas, wino, morze… I to wszystko w listopadzie za prawie rok! Kilka chwil później byłam już na liście startowej. A teraz zaczynam mieć powoli dość przygotowań.

Nie zrozumcie mnie źle – wciąż kocham bieganie! Ale czasem zwyczajnie zostałabym na kanapie. Bo zimno i pada, bo mam za sobą ciężki dzień. Albo jeszcze inaczej – wolałabym pobiegać towarzysko, zamiast wypluwać płuca na kolejnym podbiegu. Wiem, wiem… To wszystko wyjdzie mi na maratonie za cztery tygodnie. Już za trzy…

Ale ja już mam plan na kolejny rok. Po siedmiu latach biegania mogę sobie pozwolić na taki eksperyment!

Nie rzucam biegania i nie oddam moich butów. Ale przez rok nie wystartuję w żadnych zawodach. Postanowienie brzmiało dokładnie: w żadnych z wyjątkiem dwóch. Ale jedne zawody same ze mnie zrezygnowały – w 2018 r. nie będzie Wings for Life w Bratysławie. Więc zostały już tylko jedne zawody – Tallin albo Lago Maggiore. W obu wypadkach będzie to półmaraton i nic więcej! Oba miejsca są na liście pięknych miejsc do zobaczenia, a pretekstem by tam pojechać jest właśnie bieganie.

Gdzie zatem będę? W górach! Moje saucony już się cieszą – więcej będzie marszo-biegowych wycieczek. Na trasach biegów w roli kibica, a może nawet podam Wam medal na mecie i pogratuluję!

Będzie mnie więcej w górach, także na pieszych wędrówkach, bo od tego właśnie zaczęło się moje bieganie. Więcej będzie biegania towarzyskiego – macie ochotę? Zapraszam! Nigdzie mi się nie spieszy! Będę biegać jak chcę, kiedy chcę i ile chcę. Bez planów i reżimów. A że bieganie potrzebne jest mi do życia, nie ma obaw, że z niego zrezygnuję. Po prostu – nie chce mi się już spinać i napinać.

Mam! Złapałam to słowo, które precyzyjnie oddaje to przeciw czemu się zbuntuję. Reżim! Mam dość reżimu, który sama sobie narzuciłam, a teraz próbuję wytrwać. Leje – biegam, ciemno – biegam, zimno – biegam, wykończona – biegam, senna – biegam, zła – biegam. Pewnie, senność, zmęczenie psychiczne, a nawet złość mijają mi podczas biegania. Potem prysznic, obiad i padam na twarz. Kilka stron książki i już zamykam jedno oko, a drugim jeszcze próbuję czytać. To może pojedźmy na weekend do Krakowa – nie no, trzeba biegać. To może piwo, wino wieczorem – nie no, dwa miesiące przed ważnym maratonem nie pijemy. I tak świat opanowuje reżim biegania. A miało być tak pięknie!

I znowu będzie. Bez reżimu!

PS. Spróbujcie mnie namówić na jakieś zawody. Jak pisałam wyżej zwolniło się jedno miejsce po Wings. Musi być wyjątkowo i jeszcze bardziej wyjątkowo! Propozycje poproszę w komentarzach.

PS2. Dwa podsumowanie przyszły mi jeszcze do głowy: najlepszy trening to ten, który właśnie się skończył. Najlepszy dzień to dzień bez biegania.

Miłość od pierwszego dotyku

Moja ulubiona księgarnia jest teraz na kanapie. Pod kocem i z kubkiem gorącej herbaty. Na wszelki wypadek wprowadziłam ograniczenie – 100 zł miesięcznie na książki. Dlatego w sobotnie i niedzielne poranki, przy kawie przeglądamy strony z promocjami i decydujemy co kupimy. Na razie trzymam się dzielnie wyznaczonych sobie limitów.

Klik – do koszyka. Klik – do banku. Klik – czytam!

Dlaczego nikt wcześniej nie uświadomił mi jakie to proste! Żeby nie było – próbowano – ale dopóki sama nie spróbowałam nie wierzyłam. Przecież Piotr Kindla ma już ponad dwa lata. Co mnie przekonało?

Wakacje 2017 r. Lecimy do Włoch. Tani bilet, bagaż podręczny. W małych plecakach musi się zmieścić życie biegaczy, turystów górskich i plażowiczów na dwa tygodnie. Ważę dwie książki w rękach. Wybieram grubszą i z trudem dopycham ją do torby. Piotr zgrywa na czytnik kilka pozycji, a mógłby znacznie więcej. Nie spodoba się, będzie miał nastrój na inną – to będzie czytał coś innego. Ja nie będę miała takiego wyboru. Moja lektura nie była może i zła, ale przewidywalna, a tego nie lubię.

Kilka tygodni wcześniej – przygotowuję mieszkanie na wejście ekipy malarskiej. Żeby dało się przesunąć cztery regały książek, trzeba je najpierw zdjąć i zapakować do pudeł. Mam cztery ogromne pudła i wypełniamy je po brzegi. Dwa lata temu przybył kolejny regał, bo trzy poprzednie nie udźwignęły by już nic więcej. Po przerzedzeniu książek, szybko się okazało, że piąty regał też by się przydał. Tyle, że z wielu z tych książek ścieram już tylko kurz. A co będzie jak zaplanuję przeprowadzkę z tymi wszystkimi książkami? Za dużo tego!

Trzeba było podjąć rozsądne decyzje. Do tego najlepszy jest komputer, tabelka w Excelu i wolny wieczór. Podzieliłam książki na te, z którymi nie mam serca się rozstać i te, które powinien ktoś jeszcze przeczytać. Tych ostatnich zebrało się ponad 200. Trafiły na różnego rodzaju aukcje i grupy. Wycenione po 5, 10, 15 zł. Część jeszcze czeka na czytelników, więc zapraszam na kiermasz J

Wszystkie zebrane w ten sposób pieniądze przeznaczyłam na coś niezwykłego – Kindla Voyage. Upolowany z super rabatem na Amazonie.

I to była miłość od pierwszego dotyku! Jedyne czego żałuję, że taka późna!

Czytam już podczas smażenia naleśników, nocą gdy nie mogę spać. Stoję w kolejce do laboratorium – czytam. Przerwa w czasie konferencji – czytam. Teraz mogę wszędzie – nawet w korku! Nie słychać szelestu kartek, a światełko ekranu nikogo nie budzi. Tylko na początku kilka razy złapałam się na tym, że chciałam odwrócić kartkę. Przyzwyczajenie…

Zalety? Czytam szybciej. Nie wiem jeszcze z czego to wynika, ale to raczej nie kwestia oszczędzania czasu na przewracanie kartek. W dwa wieczory spokojnie połknę ponad 200 stron (tyle ma wersja papierowa). Do końca roku przeczytam to czego nie zdążyłam do tej pory. Tym bardziej, że przede mną podróż do Hiszpanii, znowu tani bilet i bagaż podręczny, a ja mogę zabrać całą bibliotekę.

Może to jest sposób na promocję czytelnictwa w Polsce?

A tymczasem zmykam do mojej wirtualnej księgarni, bo widziałam fajną promocję!

Dlaczego Alpy Bergamskie?

To mój subiektywny wybór NAJ Alp Bergamskich…
… a pewnie jest ich znacznie więcej. Wyobraźcie sobie…

… potok płynący środkiem urokliwej doliny, który przez tysiące lat wyrzeźbił w skałach wanny, a nawet baseny. O gładkich brzegach, głębokie, wypełnione krystalicznie czystą i zimną wodą. Szlak wiedzie raz z jednej raz z drugiej strony potoku. Momentami aż trudno sobie wyobrazić, jak dostać się na drugą stroną. I ta cisza, przerywana okrzykami – patrz, patrz… tam w dole! A to widziałeś! Odwróć się! Zobacz w dół. To my, którzy trafiliśmy tu trochę przypadkiem wracając z Grigne. W terenie to szlak oznaczony 15B i łączy miejscowość Somana z niewielką, górską wioską o nazwie Era. Szlak prowadzi przez cały czas wzdłuż potoku. Trasa zaintrygowała nas już na mapie, gdzie zaznaczono wodospady i sporo punktów widokowych. Początek, idąc od Ery, jest dość stromy, wąska ścieżka zabezpieczona jest nawet łańcuchami. Te pojawiają się także niżej, gdy miejsca jest zaledwie na postawienie dwóch stóp, a zbocze dość urwiste. Gdybyśmy szli w przeciwną stronę, to na szczyt pewnie byśmy nie doszli. Zanurzyłabym się w jednym z tych zagłębień i rozkoszowała się zimną kąpielą. Od razu przypomniał mi się jeden z etapów wędrówki przez Korsykę, tam też natura stworzyła takie miejsca. I jeszcze coś – w tym niezwykłym, rajskim miejscu byliśmy kompletnie sami. Pierwszych ludzi spotkaliśmy już w pobliżu miasteczka, wcale się im nie dziwię, że szukali w tym potoku ochłodzenia.

… kilkunastometrowy wodospad. Na końcu tego szlaku – dla tych co idą w górę – a dla nas na początku, jest niesamowity wodospad. Tu zaplanowaliśmy pierwszy odpoczynek, moczenie stóp w lodowatej wodzie i sesję fotograficzną. Chłód wody po całym dniu wędrowania to najlepsza regeneracja. Aż nie chciało się ruszać z miejsca. Gdybym wiedziała, że to dopiero początek wrażeń!

… niezwykły bukowa las, a w nim gwiżdżące kozice. Ze schroniska Bietti Buzzi w dół prowadzą dwie ścieżki. Jedna pojawia się niespodziewanie i skręca w prawo. Wiedziona jakąś intuicją zawracam Piotra, który pomknął już w dół. – Tędy, chodźmy tędy – zachęcam. I skręcamy. Najpierw przez łąki, wąską ale oznakowaną dodatkowymi żółtymi kropkami ścieżką, schodzimy w dół. Później pojawia się las, piękny, bukowy, chroniący przed słońcem. W ciemnym lesie, na brązowym tle początkowo trudno je było zobaczyć, może gdyby się nie ruszały pozostałyby niezauważone. Ale jedna z kozic tak zabawnie podskakiwała. W sumie wypatrzyliśmy trzy. Zupełnie się nas nie spodziewały. Rozpierzchły się w różnych kierunkach, a później nawoływały, jakby gwiżdżąc przez nos. Piękny widok, a trasa przez las jeszcze piękniejsza.

…kamienne domki ukryte w środku lasu. Chciałabym chociaż raz obudzić się w takim domku, z takim widokiem. Na trasie przez Calivazzo do Ery spotkaliśmy ich co najmniej kilka.

…dolinę niczym Tatrach, tylko bez turystów. Gdyby ktoś teleportował mnie do tego miejsca i kazał zgadnąć, gdzie jestem, to Tatry byłyby pierwszym skojarzeniem. Szczyty trochę w innym kształcie, doliny też bym nie poznała, ale krajobraz do złudzenia przypomina tatrzański. Trafiliśmy tu przypadkiem podczas wycieczki na Zucconne Campelli. Tak to jest jak się nie ufa mapie, a ufa Włochom, którzy mieszając angielski z włoskim chcą dla nas jak najlepiej. Z Piani di Bobbio na szczyt miały prowadzić dwie drogi – jedna łatwiejsza, przez piękne polany, druga – trudniejsza, po skałach. Łatwo zgadnąć co wybraliśmy. A że jeszcze w tą samą stronę szli inni turyści, to poszliśmy za nimi. Tylko oni nagle zatrzymali się i zaczęli wkładać uprzęże i szykować sprzęt na via ferraty, a tego akurat nie mieliśmy. Znowu więc zasięgnęłam języka… początek był na tyle dla nas łatwy – coś na kształt tatrzańskich szlaków z łańcuchami, że szybko wyprzedziliśmy grupę i pomknęliśmy do góry. Do czasu jednak. Na wysokości 2100 m (pomiar wg Tom Tom’a) czyli mniej niż 100 m w pionie do szczytu, podejmujemy decyzję o wycofaniu się. Przed nami stroma ściana, a ja niestety nie jestem w stanie ustalić czy to najtrudniejszy moment czy nie. Postanawiamy tu wrócić jeszcze, ze sprzętem, i powspinać się na tej ferracie. Zamiast powrotu po własnych śladach schodzimy stromym trawiastym zboczem, w dole widać już szlak. Dolina otoczona niemal ze wszystkich stron górami robi wrażenie. Odnajdujemy na kamieniu numer szlaku i odnajdujemy naszą pozycję na mapie. Wybieramy inny szczyt – Cima di Piazzo. Szeroki, trawiasty szczyt zakończony skalnym urwiskiem. Choć w pobliżu są aż dwa schroniska – jedno z nich dość kosmiczne (Rifugio Nicola) – na szczycie siedzą oprócz nas jeszcze zaledwie dwie osoby.

… kosmiczny statek na szczycie Monte Due Mani. Taki statek – schron – spotkaliśmy już na Grignetta. Szczyt wznoszący się niemal tuż nad Lecco i jeziorem Como widziałam już z Resegone, my trafiamy tu podczas wycieczki, której trasa rozpoczyna się w wiosce Casere. Czyli rano wywieźliśmy się tam autobusem, a teraz wracamy przez góry. Szczyt Due Mani jak podaje Wikipedia to dziesięć małych szczytów, których grań przypomina dwie otwarte dłonie, stąd nazwa. Po drodze spotykamy stado koni, kozicę, a pod szczytem wyleguje się spore stado kóz. Jak tu dotarły, czemu zwabiła je licha trawa wśród skał i kto je wydoi na tej wysokości? A może same wracają na noc niżej, ot wysokogórskie kozy, jak i owce, które spotkaliśmy kilka dni wcześniej, kilkaset metrów po zejściu ze szczytu Grigne.

…widoki, widoki i jeszcze raz widoki! Wystarczy wyjść na szczyt. Z jednej strony jezioro, z drugiej morze gór. Tych bliższych – Alp Bergamskich i tych wyższych, pokrytych lodowcami. Stojąc tam na górze, łatwo planować kolejne wycieczki. To tam chodźmy, tam i potem tam.

…Resegone. Jedna z najładniejszych gór jakie widziałam. Zwyczajnie – ma piękny, charakterystyczny kształt. A do tego jest bardzo różnorodna i oferuje kilka dróg na szczyt, w zależności od potrzeb i umiejętności. KLIK

…Grigne (2410 m npm), czyli królową. Nie mogę jej pominąć skoro kilka pierwszych NAJ pochodzi właśnie z wycieczki na ten szczyt, a właściwie z drogi powrotnej z niego. Grigne widać z kilku miejsc. Najpierw z rejsu po jeziorze Como. Później ze szczytu Resegone, a w końcu mamy ją niemal na wyciągnięcie ręki, stojąc na szczycie Grignetta (2177 m npm). To wyciągnięcie ręki z tego miejsca jest jednak bardzo złudne. Łączy je szlak oznaczony numerem 7, ale na jego pokonanie potrzeba 3,5 godziny i przez Włochów określany jest jako bardzo trudny. Nie ma więc szans, byśmy podczas opisanej w poprzednim poście wycieczki, weszli na obie góry. To wyzwanie zostawiamy sobie na kolejny wyjazd. Grigne zdobędziemy poznając kolejny fragment Alp Bergamskich. Z Lecco wyruszamy jednym z najwcześniejszych autobusów, tuż po 7 ruszamy na szlak. Tym razem kierowca wysadził nas w Balisio i stąd rozpoczynamy wędrówkę. Zgodnie z planem, tym razem przejdziemy cały masyw i zejdziemy nad jezioro, skąd do Lecco wrócimy pociągiem. Jak się później okaże, to było prawdziwe zrządzenie, że wybraliśmy właśnie ten kierunek. Idąc w przeciwną stronę chyba zostalibyśmy w jednym z tych wyjątkowych miejsc, jakie odkryliśmy, o czy wyżej. Początek trasy to dość szybie podejście do schroniska Antonietta. Tak nam spieszno na górę, że nawet się tu nie zatrzymujemy. Tym bardziej, że pierwsze osoby już zaczęły podchodzić w stronę szczytu. Mijamy stado owiec i kóz i generalnie pniemy się w górę. Co prawda mam wrażenie, że szlak odbija w lewo na przełęcz, ale wszyscy podążają w górę więc my także.

…Bivacco Riva Girani na wysokości 1830 m npm, schron, który otwarto w 2010 r. i w którym w sytuacji awaryjnej lub w razie potrzeby można przenocować. To moje kolejne NAJ. I pełen podziw dla włoskiej przezorności! Bo bez czego nie można przeżyć w górach?! Jasne – bez wody, jedzenia i dachu nad głową w złą pogodę. Ale przecież pod ręką musi być kawiarka – a najlepiej trzy, by dla wszystkich starczyło! – kawa, cukier i … korkociąg. Wokół czysto  i choć skromnie, można tu spokojnie spędzić noc. Widok o poranku muszę jeszcze kiedyś zobaczyć. Po krótkiej przerwie znowu ruszamy do góry, ścieżka prowadzi w kierunku grani, choć głowę bym dała, że szlak widzę po lewej stronie. Po drodze mija mnie biegacz… Po 3 godzinach i 15 minutach marszu okazuje się, że wyżej już się nie da. Piotr siedzi na swoim najwyższym szczycie już od kilkunastu minut. Tak, tak… ścigał się z biegaczami! To jego najwyższy wówczas szczyt, dlatego tradycyjnie świętujemy już w schronisku, po włosku.

…smak nalewki na szczycie! Wybieramy dwie i delektujemy się na tarasie grappą na bazie lukrecji i likierem ziołowye Braulio Amaro Alpino, według receptury opracowanej w 1875 r. przez botanistę Dottore Francesco Peloni. Składniki Amaros, jak można przeczytać na stronie jednego ze sklepów z alkoholami, to wyłącznie świeże zioła i woda źródlana z regionu górskiego Valtellina. Zioła są suszone na świeżym powietrzu, a następnie fermentowane przez miesiąc przy użyciu wody źródlanej i alkoholu. Teraz już rozumiem skąd ten smak. W schronisku spotykamy biegaczy – opowiadają nam o biegu na Grigne i o półmaratonie w Lecco. Pierwsze schronisko powstało w tym miejscu w 1895 roku. Obiekt nie przetrwał jednak wojny i został zniszczony w 1944 roku. Odbudowano go 4 lata później, a jego dzisiejszy kształt to efekt modernizacji przeprowadzonej w 1995 roku. Z tarasu przed schroniskiem aż nie chce się ruszać.