Dlaczego Alpy Bergamskie?

To mój subiektywny wybór NAJ Alp Bergamskich…
… a pewnie jest ich znacznie więcej. Wyobraźcie sobie…

… potok płynący środkiem urokliwej doliny, który przez tysiące lat wyrzeźbił w skałach wanny, a nawet baseny. O gładkich brzegach, głębokie, wypełnione krystalicznie czystą i zimną wodą. Szlak wiedzie raz z jednej raz z drugiej strony potoku. Momentami aż trudno sobie wyobrazić, jak dostać się na drugą stroną. I ta cisza, przerywana okrzykami – patrz, patrz… tam w dole! A to widziałeś! Odwróć się! Zobacz w dół. To my, którzy trafiliśmy tu trochę przypadkiem wracając z Grigne. W terenie to szlak oznaczony 15B i łączy miejscowość Somana z niewielką, górską wioską o nazwie Era. Szlak prowadzi przez cały czas wzdłuż potoku. Trasa zaintrygowała nas już na mapie, gdzie zaznaczono wodospady i sporo punktów widokowych. Początek, idąc od Ery, jest dość stromy, wąska ścieżka zabezpieczona jest nawet łańcuchami. Te pojawiają się także niżej, gdy miejsca jest zaledwie na postawienie dwóch stóp, a zbocze dość urwiste. Gdybyśmy szli w przeciwną stronę, to na szczyt pewnie byśmy nie doszli. Zanurzyłabym się w jednym z tych zagłębień i rozkoszowała się zimną kąpielą. Od razu przypomniał mi się jeden z etapów wędrówki przez Korsykę, tam też natura stworzyła takie miejsca. I jeszcze coś – w tym niezwykłym, rajskim miejscu byliśmy kompletnie sami. Pierwszych ludzi spotkaliśmy już w pobliżu miasteczka, wcale się im nie dziwię, że szukali w tym potoku ochłodzenia.

… kilkunastometrowy wodospad. Na końcu tego szlaku – dla tych co idą w górę – a dla nas na początku, jest niesamowity wodospad. Tu zaplanowaliśmy pierwszy odpoczynek, moczenie stóp w lodowatej wodzie i sesję fotograficzną. Chłód wody po całym dniu wędrowania to najlepsza regeneracja. Aż nie chciało się ruszać z miejsca. Gdybym wiedziała, że to dopiero początek wrażeń!

… niezwykły bukowa las, a w nim gwiżdżące kozice. Ze schroniska Bietti Buzzi w dół prowadzą dwie ścieżki. Jedna pojawia się niespodziewanie i skręca w prawo. Wiedziona jakąś intuicją zawracam Piotra, który pomknął już w dół. – Tędy, chodźmy tędy – zachęcam. I skręcamy. Najpierw przez łąki, wąską ale oznakowaną dodatkowymi żółtymi kropkami ścieżką, schodzimy w dół. Później pojawia się las, piękny, bukowy, chroniący przed słońcem. W ciemnym lesie, na brązowym tle początkowo trudno je było zobaczyć, może gdyby się nie ruszały pozostałyby niezauważone. Ale jedna z kozic tak zabawnie podskakiwała. W sumie wypatrzyliśmy trzy. Zupełnie się nas nie spodziewały. Rozpierzchły się w różnych kierunkach, a później nawoływały, jakby gwiżdżąc przez nos. Piękny widok, a trasa przez las jeszcze piękniejsza.

…kamienne domki ukryte w środku lasu. Chciałabym chociaż raz obudzić się w takim domku, z takim widokiem. Na trasie przez Calivazzo do Ery spotkaliśmy ich co najmniej kilka.

…dolinę niczym Tatrach, tylko bez turystów. Gdyby ktoś teleportował mnie do tego miejsca i kazał zgadnąć, gdzie jestem, to Tatry byłyby pierwszym skojarzeniem. Szczyty trochę w innym kształcie, doliny też bym nie poznała, ale krajobraz do złudzenia przypomina tatrzański. Trafiliśmy tu przypadkiem podczas wycieczki na Zucconne Campelli. Tak to jest jak się nie ufa mapie, a ufa Włochom, którzy mieszając angielski z włoskim chcą dla nas jak najlepiej. Z Piani di Bobbio na szczyt miały prowadzić dwie drogi – jedna łatwiejsza, przez piękne polany, druga – trudniejsza, po skałach. Łatwo zgadnąć co wybraliśmy. A że jeszcze w tą samą stronę szli inni turyści, to poszliśmy za nimi. Tylko oni nagle zatrzymali się i zaczęli wkładać uprzęże i szykować sprzęt na via ferraty, a tego akurat nie mieliśmy. Znowu więc zasięgnęłam języka… początek był na tyle dla nas łatwy – coś na kształt tatrzańskich szlaków z łańcuchami, że szybko wyprzedziliśmy grupę i pomknęliśmy do góry. Do czasu jednak. Na wysokości 2100 m (pomiar wg Tom Tom’a) czyli mniej niż 100 m w pionie do szczytu, podejmujemy decyzję o wycofaniu się. Przed nami stroma ściana, a ja niestety nie jestem w stanie ustalić czy to najtrudniejszy moment czy nie. Postanawiamy tu wrócić jeszcze, ze sprzętem, i powspinać się na tej ferracie. Zamiast powrotu po własnych śladach schodzimy stromym trawiastym zboczem, w dole widać już szlak. Dolina otoczona niemal ze wszystkich stron górami robi wrażenie. Odnajdujemy na kamieniu numer szlaku i odnajdujemy naszą pozycję na mapie. Wybieramy inny szczyt – Cima di Piazzo. Szeroki, trawiasty szczyt zakończony skalnym urwiskiem. Choć w pobliżu są aż dwa schroniska – jedno z nich dość kosmiczne (Rifugio Nicola) – na szczycie siedzą oprócz nas jeszcze zaledwie dwie osoby.

… kosmiczny statek na szczycie Monte Due Mani. Taki statek – schron – spotkaliśmy już na Grignetta. Szczyt wznoszący się niemal tuż nad Lecco i jeziorem Como widziałam już z Resegone, my trafiamy tu podczas wycieczki, której trasa rozpoczyna się w wiosce Casere. Czyli rano wywieźliśmy się tam autobusem, a teraz wracamy przez góry. Szczyt Due Mani jak podaje Wikipedia to dziesięć małych szczytów, których grań przypomina dwie otwarte dłonie, stąd nazwa. Po drodze spotykamy stado koni, kozicę, a pod szczytem wyleguje się spore stado kóz. Jak tu dotarły, czemu zwabiła je licha trawa wśród skał i kto je wydoi na tej wysokości? A może same wracają na noc niżej, ot wysokogórskie kozy, jak i owce, które spotkaliśmy kilka dni wcześniej, kilkaset metrów po zejściu ze szczytu Grigne.

…widoki, widoki i jeszcze raz widoki! Wystarczy wyjść na szczyt. Z jednej strony jezioro, z drugiej morze gór. Tych bliższych – Alp Bergamskich i tych wyższych, pokrytych lodowcami. Stojąc tam na górze, łatwo planować kolejne wycieczki. To tam chodźmy, tam i potem tam.

…Resegone. Jedna z najładniejszych gór jakie widziałam. Zwyczajnie – ma piękny, charakterystyczny kształt. A do tego jest bardzo różnorodna i oferuje kilka dróg na szczyt, w zależności od potrzeb i umiejętności. KLIK

…Grigne (2410 m npm), czyli królową. Nie mogę jej pominąć skoro kilka pierwszych NAJ pochodzi właśnie z wycieczki na ten szczyt, a właściwie z drogi powrotnej z niego. Grigne widać z kilku miejsc. Najpierw z rejsu po jeziorze Como. Później ze szczytu Resegone, a w końcu mamy ją niemal na wyciągnięcie ręki, stojąc na szczycie Grignetta (2177 m npm). To wyciągnięcie ręki z tego miejsca jest jednak bardzo złudne. Łączy je szlak oznaczony numerem 7, ale na jego pokonanie potrzeba 3,5 godziny i przez Włochów określany jest jako bardzo trudny. Nie ma więc szans, byśmy podczas opisanej w poprzednim poście wycieczki, weszli na obie góry. To wyzwanie zostawiamy sobie na kolejny wyjazd. Grigne zdobędziemy poznając kolejny fragment Alp Bergamskich. Z Lecco wyruszamy jednym z najwcześniejszych autobusów, tuż po 7 ruszamy na szlak. Tym razem kierowca wysadził nas w Balisio i stąd rozpoczynamy wędrówkę. Zgodnie z planem, tym razem przejdziemy cały masyw i zejdziemy nad jezioro, skąd do Lecco wrócimy pociągiem. Jak się później okaże, to było prawdziwe zrządzenie, że wybraliśmy właśnie ten kierunek. Idąc w przeciwną stronę chyba zostalibyśmy w jednym z tych wyjątkowych miejsc, jakie odkryliśmy, o czy wyżej. Początek trasy to dość szybie podejście do schroniska Antonietta. Tak nam spieszno na górę, że nawet się tu nie zatrzymujemy. Tym bardziej, że pierwsze osoby już zaczęły podchodzić w stronę szczytu. Mijamy stado owiec i kóz i generalnie pniemy się w górę. Co prawda mam wrażenie, że szlak odbija w lewo na przełęcz, ale wszyscy podążają w górę więc my także.

…Bivacco Riva Girani na wysokości 1830 m npm, schron, który otwarto w 2010 r. i w którym w sytuacji awaryjnej lub w razie potrzeby można przenocować. To moje kolejne NAJ. I pełen podziw dla włoskiej przezorności! Bo bez czego nie można przeżyć w górach?! Jasne – bez wody, jedzenia i dachu nad głową w złą pogodę. Ale przecież pod ręką musi być kawiarka – a najlepiej trzy, by dla wszystkich starczyło! – kawa, cukier i … korkociąg. Wokół czysto  i choć skromnie, można tu spokojnie spędzić noc. Widok o poranku muszę jeszcze kiedyś zobaczyć. Po krótkiej przerwie znowu ruszamy do góry, ścieżka prowadzi w kierunku grani, choć głowę bym dała, że szlak widzę po lewej stronie. Po drodze mija mnie biegacz… Po 3 godzinach i 15 minutach marszu okazuje się, że wyżej już się nie da. Piotr siedzi na swoim najwyższym szczycie już od kilkunastu minut. Tak, tak… ścigał się z biegaczami! To jego najwyższy wówczas szczyt, dlatego tradycyjnie świętujemy już w schronisku, po włosku.

…smak nalewki na szczycie! Wybieramy dwie i delektujemy się na tarasie grappą na bazie lukrecji i likierem ziołowye Braulio Amaro Alpino, według receptury opracowanej w 1875 r. przez botanistę Dottore Francesco Peloni. Składniki Amaros, jak można przeczytać na stronie jednego ze sklepów z alkoholami, to wyłącznie świeże zioła i woda źródlana z regionu górskiego Valtellina. Zioła są suszone na świeżym powietrzu, a następnie fermentowane przez miesiąc przy użyciu wody źródlanej i alkoholu. Teraz już rozumiem skąd ten smak. W schronisku spotykamy biegaczy – opowiadają nam o biegu na Grigne i o półmaratonie w Lecco. Pierwsze schronisko powstało w tym miejscu w 1895 roku. Obiekt nie przetrwał jednak wojny i został zniszczony w 1944 roku. Odbudowano go 4 lata później, a jego dzisiejszy kształt to efekt modernizacji przeprowadzonej w 1995 roku. Z tarasu przed schroniskiem aż nie chce się ruszać.

Reklamy

Do trzech razy sztuka! Rysy

Na ten szczyt wybieraliśmy się razem – bo trudno powiedzieć, że próbowaliśmy wejść – już trzy razy. Pierwszy raz we wrześniu ubiegłego roku. Dzień po moim powrocie z Roztocza mieliśmy wstać o 4 nad ranem, godzinę później wsiąść do auta, dotrzeć do Palenicy Białczańskiej, pokonać asfaltową drogę do Morskiego Oka (bo zwykle to ona mnie pokonuje swoją długością, asfaltem i konnymi dorożkami z tłumami turystów), wejść na szczyt i wrócić tą samą drogą. Karkołomne jak na jeden dzień. O 4 rano zabrakło nam obojgu motywacji, by tak poświęcić się dla tej góry.

Drugi raz wymyśliłam i zaplanowałam wyjazd w Tatry na pierwszy lipcowy weekend. Tym razem miało nie być nielubianej przeze mnie asfaltowej drogi do „Moka” (tam i z powrotem). Mój wariant: dzień pierwszy – Kuźnice, Murowaniec, Zawrat, Dolina 5 stawów, Szpiglasowy Wierch i zejście do Morskiego Oka. Drugi dzień: wejście na Rysy i zejście do Palenicy. Udało mi się nawet zarezerwować nocleg w schronisku nad Morskim Okiem – spróbujcie sami. Niektóre terminy gospodarze oferują już… na przyszły rok. Udało się nam nawet wstać o 4 rano i o 7 zameldować na parkingu przy Rondzie Kuźnickim. Mniej więcej do tabliczki Zakopane, wszystko szło zgodnie z planem. Gdzieś na wysokości Kościeliskiej spadły pierwsze krople deszczu, potem kapało, padało i lało. W aucie przesiedzieliśmy godzinę. Ja zaklinałam chmury i pogodę. Miły pracownik campingu pod Wielką Krokwią sprawdzał dla mnie w Internecie wszystkie możliwe prognozy pogody. (Dziwne, bo moje prognozy od kilku dni mówiły o całkiem dobrych warunkach!) – No, ciulata pogoda, hej – podsumował swoje poszukiwania, z charakterystycznym góralskim zaśpiewem. Wróciliśmy do domu jak niepyszni.

Kolejną datę wyznaczyłam na pierwszy weekend września. Na nocleg w Morskim Oku czyli realizację powyższego planu nie było już szans. A, że w ręce trzymałam najnowsze wydanie NPM, w którym podano wyniki rankingu najlepszych schronisk (wygrało po raz drugi z rzędu schronisko w Dolinie Roztoki, jedyne w którym mimo tylu lat chodzenia po Tatrach nigdy nie byłam), zadzwoniłam do zwycięzców z gratulacjami i z nadzieją na nocleg. Udało się – co prawda czeka mnie deptanie asfaltu, ale mamy gdzie spać.

Im było bliżej wyjazdu tym prognozy były gorsze. Łącznie z zapowiedzią śniegu w wysokich partiach. Zamiast czapeczki z daszkiem chroniącej przed słońcem, do plecaka trafiły czapki, opaski i rękawiczki. Do tego polary, kurtki i długie spodnie. I nadzieja, że do trzech razy sztuka. Im bliżej było wyjazdu tym częściej modyfikowałam plan. W końcu zapadła decyzja, że skoro wyjeżdżamy w piątek po pracy i śpimy w Roztoce, na Rysy ruszymy już w sobotę. Unikniemy tłumów! Burze miały pojawić się w górach po południu, dlatego im wcześniej zaczniemy – tym lepiej i tym większe szanse by wejść na górę.

Skąd ta determinacja? Ano obiecałam Piotrowi zdobycie najwyższego szczytu naszego kraju – to kolejna cegiełka w zdobywaniu doświadczenia i poznawaniu Tatr. Kilka osób weszło już ze mną na Rysy, wiedziałam, że kondycyjnie i technicznie Piotr sobie poradzi. Rok wcześniej w bardzo trudnych warunkach przeszedł słowackie Rohacze, a przed nami jeszcze wspólna Orla Perć. Jeśli więc mówię, że wychodzimy wcześnie, to mam na myśli naprawdę wczesną godzinę. W schronisku cisza nocna trwała jeszcze w najlepsze, gdy jak myszki pakowaliśmy plecaki. Dość dodać, że mój TomTom zakwalifikował ten trening jako… nocny. Bo i nocą, przy świetle czołówek opuszczaliśmy schronisko. Była dokładnie 4.50! Kilka minut po godzinie 6 zameldowaliśmy się nad Morskim Okiem. Co prawda nie liczyłam na tłumy towarzystwa, ale spodziewałam się, że jednak jeszcze ktoś pójdzie. A tu nikogo. Dodam, że pogoda była… dla koneserów. Nisko wiszące chmury nie dawały nadziei na sukces. Stawu właściwie nie było widać. Na szczęście spotkaliśmy jeszcze kilka osób, które na Rysy ruszały z Morskiego Oka. Czyli jednak jest kilku wariatów więcej. Tuż przed 7 byliśmy już nad Czarnym Stawem. Szybko – uznałam – ale to przecież dopiero początek. Zawsze w tym miejscu przypomina mi się opis szlaku z najlepszego przewodnika po Tatrach autorstwa Józefa Nyki: po obejściu Czarnego Stawu szlak gwałtownie podrywa się do góry. Rzeczywiście podrywa się. Na dodatek mokre od wilgoci kamienie uświadamiają, jak ślisko może być na zejściu, a i skały powyżej Buli pod Rysami, gdzie zaczyna się prawdziwa przygoda czyli łańcuchy też wolałabym by były suche i dawały dobrą przyczepność. I tym razem góra nareszcie pozytywnie mnie zaskoczyła. Powyżej Buli, gdzieś za pierwszymi łańcuchami podniosłam głowę i zobaczyłam zarys szczytu. Chmury zdecydowanie się przerzedzały! Im wyżej, tym widoków było więcej. A to w stronę Mięguszowieckiego, a to na Niżne Rysy. Szybko pokonywaliśmy kolejne metry, po drodze minęliśmy kilka osób, które wyszły przed nami i powyżej nie było widać nikogo. To dawało szansę na niezwykłe zjawisko – na szczycie będziemy sami! Kto był na Rysach w trakcie sezonu turystycznego wie, jaka to rzadkość! Zadzieram głowę do góry i okazuje się, że za moment dotrę do grani! A stamtąd do celu już blisko. Zerkam na zegarek niedowierzając, że to już. I wyciągam aparat bo chmury właśnie się rozstąpiły, a ja mam przed sobą panoramę słowackich szczytów wynurzających się z morza chmur. Jeszcze tylko ubezpieczony trawers, obchodzimy szczyt i siadam na najwyższym punkcie naszego kraju. I rzeczywiście – po raz pierwszy jak tu jestem – nie ma oprócz nas nikogo. Jest godz. 8.45! Niedowierzam trochę. Znad Czarnego Stawu zaledwie 1 h i 45 min. Od Schroniska w Roztoce – 3 h i 45 minut marszu. Jeszcze pamiątkowe zdjęcia, wejście na słowacki wierzchołek wyższy o 4 metry i ruszamy w dół. Mamy sporo czasu i jeśli pogoda się utrzyma planuję pokazać Piotrowi jeden z moich ulubionych szczytów – Szpiglasowy Wierch. Co prawda zwykle chodzę w przeciwną stronę czyli z Doliny 5 Stawów, ale ten wariant pozwoli nam uniknąć powrotu do schroniska asfaltową drogą. I znowu powtórka z rozrywki – na dole chmury przesłaniają widoki, im wyżej – tym lepiej. Na chwilę nawet zaświeciło słońce! Ta trasa, dość mało popularna, jest przepiękna. Nawet Mnich wynurzył się z chmur, dokładnie widać szlak na Wrota Chałubińskiego, a pod Szpiglasowym spotykam zaciekawioną kozicę. Widoki jeszcze są, ale gdy schodzimy do „piątki” towarzyszy nam już tylko wiatr i chmury. Do Roztoki docieramy po godz. 16 czyli niespełna dwanaście godzin od wyjścia, po 32 km i prawie 2,5 tys. m przewyższenia.

Do trzech razy sztuka – uśmiecham się zadowolona. Piotr ma swoje Rysy, ja dotrzymaną obietnicę i szarlotkę na ciepło z lodami w najlepszym polskim schronisku. Ten wyjazd miał być też dla mnie okazją poznania miejsca, które przez lata wędrowania po Tatrach, omijałam. I pewnie jak wielu turystów nie zeszłam zielonym szlakiem od Wodogrzmotów Mickiewicza. Z tego miejsca to zaledwie 15 minut. Paradoksalnie – to dobrze dla tego miejsca. Nie ma tam tłumów, które wpadają na piwo i siku. Schronisko dzięki unijnym funduszom przeszło remont w 2010 roku. To na co zawsze w pierwszej kolejności zwracam uwagę to stan łazienek. I tu zaskoczenie – jest lepiej niż w nie jednym pensjonacie. Czysto, funkcjonalnie i jeszcze ogrzewanie podłogowe! W kuchni turystycznej lodówka – brawo dla gospodarzy – i miejsce gdzie można zostawić zbędną żywność innym turystom. Pokoje niewielkie, ale czyste. Do tego chwalona przez turystów kuchnia i sympatyczna atmosfera – poczynając od momentu rezerwacji, przez kontakt przed przyjazdem, aż po sam pobyt. Zdecydowanie polecam!

Swoich wejść na Rysy nie liczę, 7 razy byłam tam na pewno, ale podejrzewam, że jest tego więcej. Może jeszcze pokusimy się o zimowe wejście, ale to może… Zdecydowanie planuję swój powrót na słowacką stronę, gdzie ciszej, spokojniej, a szlaków pod dostatkiem. W przyszłym roku planujemy jeszcze wspólną Orlą Perć – też ze startem o 5 nad ranem najlepiej.

Prawie jak Tatry… Prawie!

Gdyby…

Gdyby Włosi przyznawali obywatelstwo za zdobycie pewnej góry, ja byłabym już Włoszką. Gdyby… Weszłam na pewien niepozorny, choć bardzo piękny szczyt cztery razy. I czwarty raczej nie był ostatnim!

Gdyby nie pewna dziewczyna, Agnieszka, raczej  nigdy bym o tej górze nie usłyszała. Ma niewiele ponad 1800 m npm. Bo są takie góry, które znają tylko wtajemniczeni. Agnieszka wtajemniczyła mnie, pewni Włosi Agnieszkę, a latem tego roku ja wtajemniczyłam Piotra. I chyba dość skutecznie, bo są już plany powrotu i ponownego wejścia na szczyt, tym razem trasami z via ferratami.

Co prawda kilka lat wcześniej o tej górze pisałam w pewnym miesięczniku górskim KLIK, ale po tym tekście zbyt wielu turystów z Polski raczej tam nie poleciało, a na szlakach trudno spotkać tłumy. Każdego dnia mijaliśmy zaledwie kilka osób. Ot, wchodzili na szczyt z różnych stron a potem każdy szedł w swoją stronę.

Kiedy więc kilka miesięcy temu znalazłam tani bilet lotniczy z Ostrawy do Bergamo przeprowadziłam w domu krótką akcję promocyjną tego włoskiego regionu. Tani, bardzo tani bilet! Z lotniska, które wielkością bardziej przypomina dworzec autobusowy. Tak tani, że za tę kwotę pociągiem nie dojadę do Warszawy i z powrotem. Po kilku dniach cena spadła jeszcze trochę a ja byłam posiadaczką dwóch biletów lotniczych do kraju, za którym się stęskniłam i do miejsca, które warto pokazać. Gdzieś tylko po drodze między koszykiem a zapłatą padło pytanie – co my tam będziemy robić – ale dokładnie wiedziałam co! Jeść pastę i lody, pić kawę i wino, podziwiać widoki.

Jednym z pierwszych jaki zobaczyłam, był widok światełka tuż nam moją głową. Była godzina 21, my właśnie wysiedliśmy z pociągu w Lecco, a ja spojrzałam za siebie. To świeci się górna stacja kolejki na Piani d’Erna – zawołałam! Po 8 latach nieobecności w tym miejscu, plac przed dworcem rozpoznałam od razu. Uliczka w dół. Po lewej miejsce, gdzie piłam kawę i przystanek autobusu nr 5. A potem skrzyżowanie. I tu popełniamy błąd – mało dokładna mapka, kiepski gps i zamiast w prawo skręcamy w lewo. I od tego momentu oddalamy się od celu – od mieszkania w Lecco i kolacji. Zdezorientowana, bo nie widzę nawet jeziora, postanawiam zatrzymać pierwszego napotkanego Wocha. Roberto już po pierwszym zdaniu uświadamia mi za co tak bardzo lubię Włochów. Za bezpośredniość. W środku nocy, z uśmiechem na twarzy, łamaną angielszczyzną z włoskimi wkrętami, w jednej chwili rzuca swoje plany, zmienia kierunek marszu i postanawia nam pomóc. W rezultacie zawraca z kompletnie źle obranej drogi i odstawia niemal pod drzwi. Co prawda nie jest to najkrótsza trasa – bo po drodze musi nam pokazać najlepszą lodziarnię, najlepszą piekarnię, najlepszą pizzerię i najlepsze miejsce na aperitivo. Braknie czasu by to wszystko przetestować! Rozmawiamy o kuchni włoskiej, tańcu, historii miasta, torach wyścigowych – to dla Piotra – i o czekoladzie. Widać było, że podobało się mu, że nam się tu podoba!

A ja uwielbiam Włochy. W najzwyklejszym sklepie spożywczym czuję się jak w raju – oliwki, sery, makarony, pesto i limoncello. Na szczęście, w Lecco przytycie nam nie grozi. Upał – temperatura wieczorem nawet 35 stopni – skutecznie odbiera mi apetyt na cały dzień. A dokładnie po espresso i rogaliku, aż do pasty i wina. Czas pomiędzy spędzamy w górach!

W 99% przypadków w góry zabieram mapę. Ten 1% to wycieczki na Szyndzielnię, Klimczok, Błatnią czy inne pobliskie górki, gdzie znam każdy zakręt, a trasy wrzucam do grupy: spacer. I korzystam z tych map – a to znajdę alternatywną ścieżkę, a to nową trasę, dzięki której zaplanuję pętlę. Tu zapomnijcie o klasycznych mapach. Jeszcze w Polsce, w jednym z internetowych sklepów zdobyłam turystyczną mapę Lake of Como. Szybko kupiłam i jak otworzyłam to się rozczarowałam. Moja kultowa góra nawet się na niej nie zmieściła, a przecież króluje nad Lecco! Wszystkie szlaki oznaczono kolorem czerwonym, nie ma ich numerów i czasów przejść. Przez dwa pierwsze dni pobytu w Alpach Bergamskich bazujemy więc na mojej pamięci, wspomnieniach sprzed lat i tekście mojego autorstwa w NPM (na szczęście nie brakuje tam praktycznych informacji, z których przed wyjazdem zrobiłam notatki). Pamiętam gdzie był przystanek autobusu nr 5, wiem gdzie kupić bilety i nawet poprawnie odczytuję rozkład jazdy! Jedna linia – piątka, ten sam przystanek, a zatrzymują się tu autobusy jadące w przeciwnych kierunkach i w dodatku w kilkuminutowych odstępach czasu. Do tego inaczej jest w wakacje, święta, niedziele, w dni wolne i jeszcze inaczej w sierpniu! Wsiadamy do właściwego autobusu i docieramy do dolnej stacji kolejki linowej. Tak jak kilka lat temu Agnieszka, tak ja teraz wpadam do środka po schemat z numerami tras. BINGO! Ale zanim ruszymy znowu zagaduję pierwszego spotkanego Włocha – tym razem pracownika kolejki. I z tego byłabym tu znana – nie wiem, to od razu pytam. Czasem trafiam na barierę językową, ale częściej dostaję to czego potrzebuję.

To ruszamy, bo już się nie mogę doczekać „mojej” góry i wrażeń Piotra. Najpierw lekko w dół – to pamiętam! Ale potem już za bardzo w dół, a i góra jakby za placami. Wracamy! Nawet kilometra nie przeszłam a już zabłądziłam. Drugi raz, kilkaset metrów dale, gdy z asfaltowej drogi skręcam w pierwszą z brzegu ścieżkę. To nic, że nie ma znaku, ważne że do góry. Zatrzymuje mnie dopiero elektryczny pastuch więc znowu jest odwrót. Jednak miał być asfalt. Teraz już trzymam się grzecznie turystów przed nami i wszystko zaczyna się zgadzać. Podchodzimy do schroniska Stoppani – Agnieszka, pamiętasz jak dwa młode byczki wracały z pierwszego wejścia na Resegone, świecąc sobie pod nogi jedną czołówką?! Niewtajemniczonych zapraszam TUTAJ Po drodze mijamy jeszcze odbicie na via ferratę Gamma Uno, a ja snuję opowieści z przeszłości. Na Piani d’Erna zmiana planów, miały być trasa nr 5 i 1, ale zaraz, zaraz… Tu powinno być coś trudniejszego i bardziej efektownego. Dziesiątka! Przecież ja ją znam. Co prawda Piotr pyta czy się nie zgubię, ale skąd… ja?! Odzyskuję pamięć! I tu wszystko jest już na miejscu – widoki, pusty szlak, trochę łańcuchów i zęby piły czyli Resegone w całej okazałości. Piękna trasa, wołam co chwilę i trudno się dziwić, że na jednym ze zdjęć Piotr uwiecznił mnie z otwartymi w zachwycie ustami. I jest szczyt z pięknymi widokami. W schronisku wciąż kawa z 1 euro i wybór nalewek. No i znowu mieliśmy wracać jedynką. Ale w przedsionku schroniska wisi wyblakła mapa, a mnie nazwy miejsc coś przypominają. Passo Giuff, Passo del Fo, schronisko Alpinisti Monzesi. Zamiast jedynki jest więc siódemka i niesamowity, prawie beskidzki las. To drugie oblicze Resegone – z jednej strony strome skaliste zbocza, z drugiej łagodne i zalesione trasy. Na Piani d’Erna zaglądamy jeszcze na Pizzo d’Erna, słynną Gamma Uno – tym razem z drugiej strony i bardzo fotogeniczny most. To jeszcze na przełęcz chodźmy – patrzę błagalnym wzrokiem. Schronisko zamknięte – w samym środku sezonu – nie ma włoskich przewodników, ale ściana znajomej ferraty wciąż robi wrażenie. Wygląda więc na to, że moje czwarte wejście na Resegone może nie być ostatnim. Tym razem nie mam sprzętu na ferraty, ale Piotrowi góra się spodobała. Jest kolejny wtajemniczony.

Królowa i księżniczka

Są dwie. Ich strome zbocza opadające w kierunku jeziora Como widać doskonale podczas rejsu promem do Bellagio. Na szczycie Grignetta byłam wiele lat temu. Pamiętam szczyt i niesamowite formacje skalne mijane w drodze na wierzchołek. I widok na wyższą z Pań. Bo przecież Grigna i Grignetta to z powodzeniem mogłyby być piękne, kobiece imiona. Dzień wcześniej u wspomnianego już pracownika kolei linowej potwierdzam swoje przypuszczenia, że autobus nr 1 dowiezie mnie na miejsce, gdzie zaczyna się szlak. Stamtąd szlakiem wzdłuż potoku, Doliną Calolden mamy dotrzeć do Piani Ressinelli. Potok płynie jednak tylko na początku, później wody brak, ale szlak prowadzi wzdłuż skalnych form i ogromnych głazów, więc jest na co patrzeć. I w dodatku idziemy przez gęsty las, słońce tu nie dociera i nie czuć upału. Dziwne… Nic mi to nie przypomina, niczego nie kojarzę, jakbym była tu po raz pierwszy. Na Piani Resinelli wszystko staje się jasne. Poznaję parking i przystanek. My tu przyjechałyśmy porannym autobusem i dopiero stąd wyruszyłyśmy na szczyt. Tak jak wtedy – ruszamy w górę, tyle tylko, że jest już południe i słońce grzeje mocno. Zgodnie z informacją uzyskaną od pracownika schroniska – tak, znowu zaczepiałam ludzi! – czekają nas dwie godziny wędrówki na górę i 1,5 h w dół, o ile będziemy szybcy.

Najpierw zakosami pod górę przez las. Po kilkunastu minutach wychodzimy na otwartą przestrzeń. I od razu uderza we mnie rozgrzane powietrze. Jest południe, późno by wychodzić na szczyt. Ale pospaliśmy, późny transport, wędrówka doliną i dopiero teraz zaczynamy podchodzić na Grignettę (Grigna Meridionale, 2177 m npm). Dwie godziny w upale – myślę – nie będzie łatwo. Mijają nas pierwsze schodzące ze szczytu osoby. Do góry tylko my – pójdą jeszcze inni, ale za nami.

Im wyżej, tym więcej widać, ale znowu brakuje mi zapamiętanych widoków. Po prawej piękne strzeliste skały, udaje mi się nawet wypatrzyć dwuosobowy zespół w ścianie. Rozwidlenie szlaków – tu czeka na mnie Piotr z informacją, że według szlako wskazu do szczytu mamy 20 minut. Jak to?! To już?! Idziemy niewiele ponad godzinę. Kilka kroków dalej spotykamy włoskiego turystę, który zapewnia mnie, że jeszcze tylko kwadrans. I rzeczywiście – szybko stajemy na szczycie, gdzie obok krzyża stoi charakterystyczna metalowa kapsuła. Schron Bivacco Ferrario , z którego w czasie burzy nie chciałabym korzystać. Widok na szczycie i ze szczytu się zgadza – przed nami Grigna (lub Grignone albo Grigna Settentrionale 2410 m npm). Z daleka – niby na wyciągnięcie ręki, z Grignetty jakby trochę dalej. Za późno już by wejść na drugi szczyt i za dnia dotrzeć do domu. Trzeba więc zaplanować dodatkową wycieczkę na szczyt. Wycieczkę tak niezwykłą i obfitującą w tyle pięknych miejsc, że zostawiam ją na dodatkowy wpis.

Informacje praktyczne:

Bilet lotniczy z Ostrawy do Bergamo – Ryanair: 140 zł w obie strony.
Lot trwa niespełna półtorej godziny. Lotnisko w Ostrawie przypomina raczej większy dworzec autobusowy. Można zostawić na parkingu – ale na dwa tygodnie to wydatek blisko 200 zł. Można z Czeskiego Cieszyna dojechać wprost na lotnisko pociągiem. Podróż z przesiadką trwa 1,5 godziny. Bilet kosztuje 100 koron.

Autobus nr 1 dowiezie z lotniska Bergamo do centrum miasta w ciągu kilkunastu minut. Przystanek tuż przed halą przylotów. Bilet można kupić na lotnisku – cena: 2,30 euro. Autobus jeździ co pół godziny.

Pociąg z Bergamo do Lecco: 3,60 euro od osoby. Podróż trwa 40 minut.

Linia nr 5 – przystanek tuż obok dworca. Kierunek: kolejka na Piani d’Erna. Bilety do kupienia w kiosku. Cena: 1,30 euro.

Linia nr 1 – przystanek tuż obok dworca. Kierunek: Laroca. Trzeba wysiąść na ostatnim przystanku. Koszt biletu: 1,30 euro.

Kawa espresso: 0,9-1 euro
Rogalik z kremem: 1,30 euro (polecam krem tesoro di bosco – owoce leśne i pistacchio – pistacjowy)
Duża kanapka z wędliną i serem: 3,50
Cappuccino: 1,20 euro

W Bellagio – gdzie warto popłynąć promem – 16 euro w obie strony, rejs trwa ponad 1,5 godziny – jedliśmy przygotowywane w sklepie kanapki, z wybranych składników. Ciabatta, prosciutto, ser lokalny, oliwki zielone, pomidor: 5 euro.

Wino w sklepie Conad: 3-4 euro
Limoncello: 6 euro

Informacja turystyczna: godz. 9-18
Koniecznie trzeba odwiedzić to miejsce i zabrać mapę z oznaczonymi szlakami. Trasy są ponumerowane na mapie od 1 do 173. To nie jest ta sama numeracja co w terenie! Na odwrocie mapy trzeba znaleźć wybrany numer, odczytać jego numer w terenie i czas przejścia. Nie jest to może zbyt wygodne, ale szlaków jest tyle, że kolory tworzyłyby niemożliwą do odczytania siatkę. Są jednak szlaki, których na mapie nie ma – to różne warianty jednej z tras. W terenie opisane są dość dobrze, są strzałki i tabliczki. Warto wiedzieć w jakim idzie się kierunku. Z oznakowaniem szlaków w terenie bywa różnie – to co znamy z polskich gór, tutaj nie istnieje. Czasem na szczyt prowadzi tylko wyraźna ścieżka, a znaki zatarł czas. Czasem szlak o tym samym numerze pojawia się w kilku miejscach na zboczu tej samej góry i nijak się te drogi w rzeczywistości nie łączą.

Szlaki oznakowane są białymi i czerwonymi, pionowymi pasami – czerwony, biały, czerwony – na białej części najczęściej jest numer szlaku. Ale spotkałam też w terenie czerwone kropki, żółte strzałki czy linie oznaczające kierunek na grani i niebieskie kropki. Na początku może trudno się połapać, ale z każdym dniem w Alpach Bergamskich jest coraz łatwiej.

Wybierając się w określoną część Alp Bergamskich, na wybrany szczyt – warto mieć oprócz mapy schemat szlaków dla danego obszaru. Np. Resegone, Grigna, Monte Legnone. To jednak schemat szlaków z ich numerami zaznaczonymi na zdjęciu masywu.

Pracownicy informacji turystycznej mają sporą wiedzę o tych górach, wydrukują rozkład jazdy, dadzą mapę i schematy. Są bardzo pomocni w planowaniu wycieczek. Na moim egzemplarzu profilaktycznie napisano mi nawet numer do ratowników górskich – na wszelki wypadek. Nie był nam potrzebny, ale zapewniono mnie, że mówią po angielsku i pomogą w razie konieczności.

Pociąg Lecco-Mediolan: 4,60 euro. Podróż trwa 50 minut.

W ciągu 6 dni pobytu w Lecco i w Alpach Bergamskich wypiliśmy:
40 litrów wody/2 osoby
3 litry soku owocowego
2 limoncello – po 0,5 litra
5 win czerwonych i 2 białe

Uwielbiam marnować czas

Przez dwa dni marnowałam czas. Nie było zakupów, gotowania, sprzątania. Nie zrobiłam nic twórczego. Ot, szłam sobie i się rozglądałam. I tak przez dwa dni i 65 km. W niedzielę wstałam przed świtem, weszłam na Wielką Rycerzową i czekałam na słońce. Potem skubnęłam jagód i wróciłam na drzemkę.

Potrafię się spakować w 15 minut do 30 litrowego plecaka. Śpiwór, mini kosmetyczka i ręcznik, drugi komplet ubrań, strój do spania, kurtka gore, kilka drobiazgów, woda i jedzenie. I już mogę ruszać w drogę. Na dwa dni wystarczy! Nie muszę jechać daleko – 40 minut autem do Rajczy, 20 pociągiem do Zwardonia i już ruszam na swoją ulubioną trasę w Beskidach. Ulubioną i moich zdaniem najpiękniejszą. Tak piękną, że na tej trasie rozgrywa się bieg Chudy Wawrzyniec. I wreszcie udało mi się na całą tę trasę zabrać Piotra (w całości szedł ją po raz pierwszy, znał część trasy zaplanowanej na pierwszy dzień). Wędrówkę zaczynamy w Zwardoniu, a skończymy w Rajczy – dla ułatwienia zostawiamy na „mecie” auto, a na „start: podjeżdżamy pociągiem. Krótka wędrówka asfaltem i zaczyna się szlak. Po drodze mijam jeszcze stare schronisko PTTK, w którym nocowałam w podstawówce, a które teraz – tak jak cztery lata temu, gdy byłam tu ostatni raz – niszczeje i czeka na nowego dzierżawcę. Do Wielkiej Raczy właściwie nie spotykamy ludzi – jedną grupę minęliśmy na początku, jedną parę tuż przed szczytem. Może dlatego, że na odcinku prawie 17 km nie ma schronisk, nie ma też innych szlaków, którymi można dojść do czerwonego, granicznego. Za niespełna miesiąc będzie tu tłoczno od biegaczy, ale nie teraz. Do woli więc mogę podziwiać widoki, a polską i słowacką stronę. Na chwilę robi się tłoczno gdy wchodzimy do schroniska, tym bardziej, że krótki deszcz przestraszył turystów. Szybko przestaje padać, a my ruszamy w dalszą drogę. Znowu wzdłuż granicy – z wyjątkiem krótkiego odcinka przez Rezerwat Śrubita, gdzie letni szlak schodzi z granicy. To jeden z moich ulubionych fragmentów – piękny las, trasa poprowadzona trawersem, potoki i znowu pusto. Omijamy Przegibek i od razu skręcamy w stronę Wielkiej Rycerzowej. Można niebieskim, łatwiejszym szlakiem, a można czerwonym, dalej wzdłuż granicznych słupków aż do osiągnięcia szczytu Rycerzowej. I tu zdecydowanie więcej widoków na słowacką stronę.

Trafiamy do bacówki, która dopiero co wygrała ranking bacówek ogłoszony przez miesięcznik NPM, a wśród wszystkich sklasyfikowanych schronisk zajęła 10 miejsce. Mamy zarezerwowany pokój. Dzień wcześniej jeszcze potwierdzałam nasze przybycie, może nawet późne, a szef bacówki deklaruje zostawienie obiadu po telefonie z drogi. Jestem pod wrażeniem, tym bardziej więc szykujemy miejsce na smażony ser i racuchy z borówkami, zachwalane też w NPM. Zdjęć nie zdążyłam zrobić – zjedliśmy wszystko do ostatniego okruszka i potwierdzam – warto się skusić na przygotowywane w bacówce jedzenie. Że borówki są świeżo zebrane mogę się przekonać na Małej Rycerzowej, gdzie udaję się w poszukiwaniu zachodu słońca i znajduję całą polanę jagód.

Nocleg w bacówce polecam jeszcze z jednego powodu – jej unikatowego położenia. Przy dobrej pogodzie można tam podziwiać zachód z jednej strony, a wschód z drugiej. Tym razem zachodu nie ma, są jednak piękne błyskawice, które rozświetlają niebo nad Babią Górą. Wschodu też raczej nie będzie widać, ale i tak wstaję o 4.30, żeby wejść na Wielką Rycerzową. Drugi raz tu śpię i drugi raz jestem jedyną osobą, która woli oglądać kolory na niebie niż spać. Tym razem słońca wynurzającego się zza Babiej nie zobaczyłam, ale poranek i tak był piękny. A przed śniadaniem znowu borówki prosto z krzaczka.

Po śniadaniu i jakieś dwie godziny później kierujemy się dalej szlakiem granicznym – niebieskim – w stronę Przełęczy Glinka. Cztery lata temu na tym odcinku spotkałam tylko dwóch Słowaków, tym razem minął nas tylko jeden biegacz. Na trasie dwa strome podejścia – Świtkowa (słow. Svitkova, 1082 m) i na Oszus, który na polskich mapach nazywany też bywa czasami Oszustem. Oba strome, jak na znane mi w Beskidach szlaki, pierwszy krótszy, drugi zdecydowanie dłuższy. Przy dobrej pogodzie wdrapanie się na szczyt to tylko trochę wysiłku, po deszczu, ze względu na podłoże, to prawdziwa jazda bez trzymanki. Sam szczyt można ominąć korzystając ze ścieżki, która trawersuje Oszusta, wzdłuż granicy rezerwatu przyrody. To jeden z dzikszych rejonów Żywiecczyzny. Nie dziwi mnie więc brak turystów i piękne stado jeleni, którym wchodzimy w drogę schodząc ze szczytu. Po 4,5 godzinach marszu docieramy do przełęczy, ostatnią godzinę towarzyszą nam odgłosy zbliżającej się burzy. Jej pomruki słyszę już od rana, ale przez większość czasu z bardzo daleka. Tym razem trzeba jednak przyspieszyć. Do Krawców Wierchu – i kolejnej bacówki – jeszcze 40 minut, jest więc szansa, że zdążymy. Raz spadają na nas ciężkie krople deszczu, po chwili – sucho i tak na zmianę. Waham się – wyciągać kurtkę czy nie. Przyspieszamy kroku, by jak najszybciej osiągnąć polanę i ewentualnie schować się przed deszczem. Ale burza jakby nas omija. Kierujemy się więc do Złatnej – a tam znowu pada i nie pada na zmianę. Prawdziwa burza zaczyna się dopiero gdy docieramy do małego pola namiotowego i zadaszenia. Tam przeczekujemy deszcz. Do Rajczy mamy stąd zaledwie kilka kilometrów, ale najpierw ścieżką musimy dotrzeć do żółtego szlaku a później już tylko w dół. Trasa prowadzi jednak przez łąki, gdzie walczę z gryzącymi owadami. Niestety – przegrywam.

Ten wyjazd przypomniał mi co lubię najbardziej. GÓRY! Wędrowanie, pobudkę przed świtem tuż pod szczytem, zimne piwo po całym dniu marszu, widoki i czas na myślenie o niczym albo nawet nie myślenie. Pojechałam, żeby się nażyć! Wcale nie musze jechać daleko, ważne by pojechać na 100%, oderwać się od rzeczywistości, codziennych obowiązków i schematów. Spać w schronisku – czasem nawet na tzw. glebie, jeść owoce z krzaczka i patrzyć przed siebie.

Mam kurtkę gore, to ją biorę!

Sierpień ubiegłego roku. Kierunek: Rohacze. Może pogoda nie zapowiada się rewelacyjnie, ale ja wierzę, że z każdą godziną będzie lepiej. Przecież sprawdzałam prognozę pogody. Dojeżdżamy do celu. Początek to spacer asfaltem przez Rohacką Dolinę – kropi. Przestanie – myślę. Zaczynamy podchodzić szlakiem – chmury się przewalają – jakże romantyczny widok. Na Smutnej Przełęczy fotka – jeszcze się uśmiechamy! Pierwszy Rohacz – Płaczliwy – w chmurach, kolejny – Ostry –  już w deszczu. A że bez pomocy rąk się na tym szlaku nie obejdzie, woda wlewa mi się z góry, z boku, z dołu. Na przełęczy jest mi już wszystko jedno. Byle w dół – na szczęście bardzo łatwym szlakiem przez Wołowiec i Rakoń. Stan przemoczenia: 100%. Buty, kurtka softshell, spodnie, bluza polarowa, bielizna. Nie przemokła tylko skóra – jako jedyna okazała się nieprzemakalna. Za mną idzie Piotr – spod kaptura wystaje mu tylko czubek nosa, z którego kapie deszcz. Ja co kawałek wykręcam rękawy bluzy, właściwie po co… Na parkingu jest mi dokładnie wszystko jedno – chcę być sucha. Na szczęście w bagażniku mamy ręczniki i zapasowe ubrania. Po tej przygodzie, przemoczeniu takim, że nawet suchej nitki nie było, po przejrzeniu oferty sklepów, porównaniu wielu modeli i przymierzeniu kilku, staliśmy się posiadaczami dwóch super kurtek goretex. Zgodnie z rzuconą na Rohaczach obietnicą – nigdzie się bez nich nie ruszamy.

 

Kiedy więc szykuję kolejną listę wyjazdową, na jej szczycie wpisuję – kurta gore. Mam gore, to ją biorę – zrymuje mi się kilka dni później na FB, gdy będę komentować zdjęcia Piotra z pewnej deszczowej wędrówki.

Tym razem kierunek na majowy weekend to Wielka Fatra. Nocleg zarezerwowany, trasy przygotowane. Co prawda od kilku dni w Beskidach leje i pada na zmianę, a ja wciąż jeżdżę na zimowych oponach (dzięki temu powrót z Gorców dwa tygodnie wcześniej przebiegł bezproblemowo), ale pogoda na Słowacji ma się poprawiać. Co za szczęście, że przyjechaliśmy w niedzielę, dzień wcześniej rzeka, która płynie przez wieś, płynęła też drogą. Potoki i strumyki wciąż huczą od nadmiaru wody, ale my dzielnie startujemy w górę. Tylko na początku zrzedła mi mina – po kilku kilometrach wygodnego marszu, okazuje się, że jedyną skuteczną dla mnie metodą przedostania się na drugą stronę jednego z takich strumyków, jest wpław i na bosaka. Za mała jestem – nie przeskoczę. Pokornie zdejmuję więc buty i zanurzam stopy w lodowatej wodzie. Kilkaset metrów wyżej mamy do wyboru – lewy potok, albo prawy. Oba płyną tym co mogłoby być szlakiem. Jeszcze trochę błota i osiągamy łąki pod chatą Limba. Od tego miejsca jest już tylko lepiej (haha – do czasu!). Widoki piękne, góry nowe dla mnie i urokliwe, ludzi niewiele – ot, kilka grup spotykamy, nie tylko z Polski. Zdobywamy Rakytov i zmierzamy w stronę Czarnego Kamienia – jednego z najbardziej charakterystycznych szczytów w masywie Wielkiej Fatry. Sam szczyt jest niedostępny dla turystów, a szlak omija wierzchołek, ale charakterystyczna góra prezentuje się okazale. Co prawda po drodze coś białego przez chwilę leci z nieba, ale szybko przestaje. Na szczęście – bo wierząc prognozom pogody, kurtkę zostawiłam w pensjonacie. Nawet o tym wspomniałam, zupełnie nieświadoma zbliżających się kłopotów. Tego dnia bez komplikacji weszliśmy na szczyt Ploská, zeszliśmy na Chyzky i Zieloną Doliną wróciliśmy do wsi.

Kolejny dzień wita nas słońcem! Kurtka znowu zostaje więc na dole. Ja już zaliczyłam poranne bieganie po wczesnej pobudce. Tym razem na początek mozolnie wspinamy się wzdłuż trasy narciarskiej. Nie jest to mój ulubiony rodzaj szlaku – ale ten ma dwie zalety – zaczyna się zaraz za naszym pensjonatem i pozwala szybko osiągnąć grań. Słońce przygrzewa, droga pod górkę – szybko więc zrzucam bluzę i maszeruję w koszulce z krótkim rękawem. Choć im wyżej tym częściej widać, że w nocy był jeszcze przymrozek, a trawy są wciąż przybielone szronem. Tym razem przemierzamy główną grań Fatry – od Zvolena aż po Rybovskie Sedlo. Gdzieś po drodze pada stwierdzenie, że zabraliśmy za dużo ciepłych ubrań. Fakt – mamy polary, bluzy, softshelle… Ale kilkaset metrów wyżej żałuję, że moje rękawiczki zostały w pensjonacie. Na grani choć słonecznie, wieje zimy wiatr. Ten kto to powiedział, zakłada kolejną warstwę! Czerwony szlak ze Zvolena jest piękny i różnorodny. A to połoniny z widokami na Tatry, a to urokliwy las, a to skałki i znowu łąki z kwitnącymi krokusami i przebiśniegami. A to łapy odbite w błocie – niech to będą wilcze – i odchody – wilcze – wołam z zachwytem! Na Rybovskiej Przełęczy Krížna wydaje się być na wyciągnięcie ręki, rezygnujemy jednak z wejścia na szczyt, bo przecież zgodnie z planem będziemy tam jutro. Oj, jakże się pomyliłam!

Wybieramy zielony szlak, który według oznaczeń po kilkuset metrach skręca w prawo, wprost do potoku. Przez łąki maszerujemy więc brzegiem potoku, raz po jednej raz po jego drugiej stronie. Piękna, mało uczęszczana trasa. Dopiero kilka kilometrów dalej ścieżka staje się szerokim szlakiem. Przy potoku spotykamy jeszcze szlak rowerowy, a ja znowu ściągam buty. Tym razem celowo funduję sobie krioterapię. Zanurzam stopy w lodowatej wodzie, gdy już zaczynają piec z zimna wyciągam i tak kilka razy. Tak zregenerowana mogę iść dalej. Teraz już prosto do wsi. Udaje mi się nawet złapać stopa i tym razem unikamy kilkukilometrowego marszu asfaltem.

Kolejny dzień zapowiada się burzowo. Tak przynajmniej wynika z prognozy pogody. Chmury wiszą nisko, deszcz w planach, więc do plecaka pakuję moje gore. I w tym kluczowym momencie, okazuje się, że tylko ja mam gore. Wbrew własnym zapowiedziom – patrz pierwszy akapit – kurtka Piotra wisi na wieszaku, 140 km stąd!

Ale startujemy. Dziś w planach Borišov i druga część głównej grani przez Ostredok aż po szczyt Krížna. Tylko przez godzinę podziwiamy widoki, jeszcze widać Czarny Kamień, jeszcze mam nadzieję na piękną wycieczkę, gdy z nieba lecą pierwsze duże krople. Mój czerwony świstak będzie mnie teraz chronił przed deszczem. Oby nie za długim, bo softshell Piotra zbyt wiele nie wytrzyma. Decydujemy się iść do schroniska pod Borišovem i tam – po godzinie marszu – decydować co dalej. Jak łatwo się domyślić na szlaku tłumów nie ma. Tuż przed chatą mijamy jednego turystę, który zapewne tam nocował. W chacie spotykamy grupę Polaków, którą deszcz zniechęcił do dalszej wędrówki. Ogrzewamy się herbatą i postanawiamy jednak wspiąć na szczyt. Droga w górę i w dół powinna nam zająć godzinę (uwinęliśmy się w 50 minut), a nawet przestało padać. Niestety – zaledwie na chwilę. Im bliżej szczytu tym bardziej śliski i błotnisty robi się szlak. Zapowiada się niezła jazda w dół. Dobrze, ze na szczycie jest tabliczka z informacją, bo inaczej nie wiedziałabym, że to już. O widokach nawet nie myślę. W dół łapię się kosodrzewiny, byle tylko nie potaplać się w błocie.

Co dalej? Zmierzamy niebieskim szlakiem w stronę rozwidlenia szlaków na Chyzky. Tam zdecydujemy. Momentami nawet przestaje padać. Momentami nawet mam wrażenie, że przez chmury przebija się słońce. I jeszcze te ptaki – śpiewają przecież. Znaczy – wiedzą lepiej i pogoda się poprawi. Kto chciałby moczyć pióra i otwierać dziób, gdy woda kapie mu na głowę! Nawet spodnie zaczynają mi wysychać. Niestety chwilę później deszcz i wiatr odzierają mnie ze złudzeń. Przez resztki mokrego śniegu, chlupoczące pod stopami błoto maszerujemy dalej. Już wiem, że głównej grani nie będzie, nie tym razem. Moja kurtka daje radę, ale tylko moja. Znowu więc Zieloną Doliną wracamy do wsi i do pensjonatu. Ja mam kompletnie przemoczone buty, a Piotr – wszystko. Zapowiada się wielkie suszenie.

I jakby na złość, po powrocie do pensjonatu i przebraniu się – zmienia się pogoda. Widzę błękitne niebo, a nawet słońce. Tym razem postanawiamy więc sprawdzić jak ma się słynny Czarny Kamień, czyli lokalne, lane piwo. A potem jeszcze spacer na przełęcz Veľký Šturec szlakiem rowerowym, który idealnie nadaje się do biegania.

Zresztą w Wielkiej Fatrze jest, gdzie biegać, dzięki ścieżkom, a w rzeczywistości drogom rowerowym. Dzięki jednej z nich po ponad 6 km osiągam Prasnicke Sedlo, by stamtąd dobiec do zielonego szlaku w Suchej Dolinie, czyli tam gdzie moczyłam stopy w lodowatym potoku. Wyszło ponad 15 km biegu i prawie 500 m przewyższenia. Momentami nawet widziałam szczyt Krížna, na którym w końcu nie byłam.

Ostatnie górskie wyjazdy – Gorce w kwietniu, Beskid Wyspowy w grudniu, a wcześniej wspomniane Rohacze – nie rozpieszczają mnie i mojej wysłużonej, górskiej garderoby. Co rusz słyszę charakterystyczne chlupanie w butach. Moich ukochanych, wysłużonych Scarpach. Tutaj gore już raczej nie działa. Buty skończyły właśnie dziesięć lat! A ile ze mną przeszły! Dokładnie 10 lat temu weszłam w nich na pierwszy trzytysięcznik z okazji 30. urodzin KLIK, były w Słowenii, wielokrotnie w Tatrach i przeszły przez Korsykę (GR 20). Po niej dostały drugie życie dzięki wymienionym podeszwom. Szkoda, że nie mają licznika, wiedziałabym ile kilometrów przemierzyły. I po kolejnym chlupaniu w butach myślę, że czas na nowe buty z gore. No, może jeszcze jeden wyjazd przetrzymają, jeszcze ten jeden sezon… Jeśli pogoda będzie łaskawsza, a inny ciuszek z gore, co go zawsze biorę, zostanie na dnie plecaka.

 

 

Szu, szu, szu

Zaczęło się niewinnie – od szu, szu, szu…

Poprzedniej zimy, gdy przypadkiem jakimś spadł w Beskidach śnieg, rzuciliśmy się z Piotrem w góry. Najbliżej gdzie się da, ale żeby jednak były widoki i trochę wysokości. Najbliżej to Skrzyczne – dla odmiany Doliną Zimnika w kierunku na Malinowską Skałę. Tylko, że przed nami na ten pomysł nikt nie wpadł, więc momentami zapadałam się po kolana i lepiej.

Zresztą o zapadaniu się wiem dużo. Jak się ma niespełna 160 cm wzrostu i trafi na nieprzetarty szlak to można i całą nogę wykopywać spod śniegu. Uwierzcie – wygląda komicznie! Jakbym próbowała pływać w puchu. A ile się przy tym napocę to moje. Zapadałam się więc ostatnio w Beskidzie Wyspowym – idę po zmrożonej powierzchni a tu trach i ląduję w wodno-śnieżnej ciapie. Zapadałam się schodząc z Pilska: takie małe były te choineczki nad śniegiem, a to czubki tylko były. I moja noga cała pod śniegiem.

dsc_0122

Ale wracam do Doliny Zimnika. Wygramoliłam się w końcu na Malinowską Skałę, potem na Małe Skrzyczne i tuż przed Skrzycznem zatrzymaliśmy się na mały odpoczynek. I wtedy usłyszałam – szu, szu, szu…

Niczym nie niepokojony, spokojnie i statecznie, bez kopania i zapadania, sunął sobie po niezmąconej powierzchni śniegu, ratownik Grupy Beskidzkiej GOPR. Sunął sobie na skiturach. A ja wpadłam w zachwyt! Oczywiście wiedziałam, że coś takiego istnieje. I nawet miałam znajomych, którzy wędrowali na nartach, ale o sobie w takim wydaniu jakoś nie pomyślałam. Szu, szu, szu… i myśl w głowie zakiełkowała. Szu, szu, szu…

Kilka tygodni później, organizatorzy festiwalu górskiego Wondół Challange zorganizowali konkurs, w którym do wygrania było szkolenie skiturowe. Dostałam się w ostatniej chwili, bo ktoś inny zrezygnował. Pierwszego wrażenia nie zapomnę nigdy – przypięłam narty, stanęłam pod stok i stałam! Zrobiłam krok i stałam! Bajka! zaczęliśmy maszerować, a ja nie dość, że się nie zapadałam to jeszcze przemieszczałam się znacznie szybciej niż w butach trekingowych. Tyle, że to był marzec i śniegu nikt już później nie widział. Doświadczenie miałam więc delikatnie mówiąc – niewielkie. Co mnie więc tknęło, by pod koniec ubiegłego roku zamówić noclegi w schronisku na Rysiance i dwie pary skiturów? Może wieść, że spadł śnieg (to taki czasem ewenement, nawet w Beskidach!), a może dodatkowe sprzyjające okoliczności, że są dwie pary nart i buty w odpowiednich rozmiarach – małe i duże. I tak oto na dwa dni przed końcem roku Piotr i ja stanęliśmy na nartach.

Plany były bardzo ambitne, ale skończyło się na wycieczce na Halę Miziową i z powrotem i na zdobyciu Romanki. Z mojej strony żadnej wywrotki, miły zjazd w puchu i foka oklejona śniegiem tak bardzo, że ostatnie 10 minut do schroniska to była wieczność. Odciski, zderzenia i inne śmieszne sytuacje nie przesłoniły mojej fascynacji skiturami.

Wierzycie w zbieg okoliczności? W taki ciąg dobrych zdarzeń, które pojawiają się w nieoczekiwanym ale właściwym momencie? Ja tak. Nagle Hati Team zaprasza mnie na wieczorne wyjście na Małe Skrzyczne. Chyba byłam pierwsza pod Golgotą, żądna nowych wrażeń. Jest po zmroku, narciarze jeszcze jeżdżą, a my pomykamy wbrew prawom fizyki w przeciwną stronę. Bajka – mrozik, prószy śnieg, lekko wieje, w świetle czołówek błyszczy puch. W dół jadą ratraki, jakby specjalnie dla nas przygotowywały stok. No i tu zaczyna się mały problem. Taki maleńki. Biegam, więc mam kondycję i pod górkę mogę maszerować, nawet na starszym i nie najlżejszym sprzęcie. Tylko wcale nie mam ochoty zjeżdżać w dół. Od trzech lat nie jeździłam na nartach. A jak jeździłam to i tak „mniej-więcej” czyli więcej niż na tyłku, ale mniej niż na nartach.

Dzięki wsparciu i pomocy zjechałam z Małego Skrzycznego bez jednej wywrotki, choć czasem pytałam, gdzie jest stok 😉

I jak podsumował Piotr: w ciągu półtora tygodnia byłam 5 razy na skiturach. Bo jak tylko nastał długi weekend to w wypożyczalni wywęszyłam małe butki i krótkie nartki i już po godz. 15 pomknęłam przed siebie. Odkryłam przy tym „tajne” przejście do zimowego szlaku na Przełęcz Kołowrót, a tam uznałam, że pół godziny na Szyndzielnię to żaden problem. Księżyc świecił, śnieg się skrzył, a ja pokonywałam kolejne metry. Bajecznie było. I jak ciepło mi było pod górkę, tak zamarzłam na zjeździe z Szyndzielni. Termometr w aucie pokazał -13 stopni, a ja jeszcze w domu szczękałam zębami. W sobotni poranek znowu miałam buty, narty i wędrowałam w puchu na Błatnią – puch jest poza szlakami, jak ktoś zna ścieżki i drogi to trafi. Ja trafiłam i tak oto pokonałam na nartach swój pierwszy półmaraton.

Bez złudzeń – na nartach dalej jeżdżę mniej-więcej, i dalej wolę chodzić niż zjeżdżać. I skąd tyle drzew na szlaku, którym planowałam zjeżdżać 😉 Ale bakcyla połknęłam. Zima ma nowy wymiar, a ja przeglądam Internet w poszukiwaniu własnego sprzętu. Jak spotkacie mnie na stoku – to znaczy, że szlifuję technikę, jak na trasie – znaczy, że kocham zimę!

 

21 lat później…

Przeskakuję z kamienia na kamień. Pokonuję ostatnie metry niebieskiego szlaku. Już ją widziałam z góry, ale za chwilę znowu stanę na progu. Za chwilę. Bo przecież od ostatniego pobytu minęła zaledwie chwila. Chwila… liczę i liczę i nic innego mi nie wychodzi. Ta chwila to … 21 lat. Niemożliwe! Liczę jeszcze raz i inaczej być nie chce. Byłam tu pierwszy i ostatni raz rok przed maturą czyli z dużym prawdopodobieństwem jesienią 1995 roku. A mamy 2016, też prawie jesień. Ja tych 21 lat nie czuję, wręcz przeciwnie docieram tu szybciej niż wtedy, droga do Strzechy Akademickiej to rzut beretem, a ja śmigam po kolejnych górkach.

Samotnia, bo o niej mowa, czyli jedno z najstarszych i najpiękniej położonych schronisk w Karkonoszach. Gdzieś zaginęło w moich pudłach zdjęcie schroniska położonego nad Małym Stawem. Ale ja pamiętam – wczesny poranek, ciepłe światło i jesienne kolory. Spędziłam tam jedną noc, ale wiele lat później gdy na FB rozegrała się akcja „Ratujmy Samotnię” bez wahania podpisałam się pod petycją w obronie schroniska i jej dotychczasowych, wieloletnich gospodarzy.

Tyle zostało mi wspomnień z tamtego pierwszego i jedynego pobytu w Karkonoszach. Owszem, byłam wtedy na Śnieżce, widziałam świątynię wikingów Wang i jeszcze jakieś sztolnie (prawdopodobnie w Kowarach). Pamiętałam jeszcze charakterystyczne formy skalne. I tyle. I znowu przez lata nie było mi tam po drodze. 350 km to na krótki wypad stanowczo za daleko, nawet jeśli mam do dyspozycji wygodną autostradę. Jak to się stało, że tym razem prawie jesienny urlop spędzam w Karkonoszach? Ano miała być Grecja, ale jakoś wyprzedał się nasz hotel. Innego nie chciało mi się szukać. Na hasło klimatyczna agroturystyka Google proponuje mi śliczny obiekt z widokiem na górę i ruiny Zamku Chojnik. Niestety nie ma wolnego pokoju. Powiększam mapę i oglądam kolejne zdjęcia. Tak trafiam na Szczęsnowo, gdzie szczęśliwie wszystko się układa – termin, lokalizacja, cena i mili gospodarze. A szlaki zaczynają się zaraz za płotem więc jedziemy!

Pierwszego dnia poznajemy okolicę. Najbliżej mamy na Zamek Chojnik. Główna atrakcja okolicy zaliczona, mnie nie pasuje tłum ludzi, ale w końcu jest sobota i piękna pogoda… Wystarczy jednak skręcić na zielony szlak w kierunku Jagniątkowa, by rozkoszować się ciszą i spokojem. Tutaj nie ma już nikogo. Odkrywamy kolejne ścieżki, trasy rowerowe i drogi leśne, całość tworzy gęstą sieć, którą zamierzam wykorzystać do biegania. Cudowne miejsce! Wieczorem „wczytuję” mapę we własną pamięć, żeby na niedzielnym bieganiu się nie pogubić (i tak się pogubiłam, ale do domu trafiłam po 17 km). Piotr ma ambitny cel – będzie biegł na Przełęcz Karkonoską (1198 m npm) – znaną także z najcięższego podjazdu kolarskiego z Podgórzyna. Kilka dni później schodzimy tą drogą. Mam dość, a właściwie dość mają moje kolana – tego asfaltu i nachylenia. Piotrek kilka razy ogląda się za siebie, coraz bardziej dumny, że wbiegł na tę Przełęcz. Mijamy rowerzystę. Pnie się powoli do góry, do mnie docierają mruczane pod nosem przekleństwa. Kilka minut później znowu nas mija. Tym razem gna w dół na łeb na szyję. Z jaką prędkością zjeżdżał z tej górki – zastanawiam się, ale chyba wcale nie potrzebuję znać odpowiedzi. Jakimś cudem minął się bezpiecznie z podjeżdżającym na górę samochodem straży granicznej.

W trakcie tego ponad tygodniowego pobytu oczywiście zobaczyliśmy to co w Karkonoszach NAJ. Najwyższe – Śnieżkę, najbardziej spektakularne – kotły polodowcowe – Śnieżny, Łabski, Łomniczki i Biały Jar, najbardziej strome – droga z Przełęczy Karkonoskiej, najładniejszy wodospad – Kamieńczyka w Szklarskiej Porębie. Tam, tak jak my, spotkacie całkiem sporo turystów. Ale są takie miejsca, gdzie można być zupełnie samemu a wokół jest bajecznie pięknie. Na tej mojej prywatnej liście NAJ jest Sowia Dolina – jedna z najciekawszych i najpiękniejszych w Karkonoszach. My wybraliśmy ją jako mniej typowy wariant zdobycia Śnieżki. Polecam też tzw. Tabaczaną Ścieżkę – zielony szlak na Przełęcz Okraj z wariantem i podejściem do Ponurej Kaskady – to dawna droga przemytnicza w Karkonoszach, a także  zielony szlak z Przełęczy Karkonoskiej do grupy skał Pielgrzymy (najkrótszy, zaledwie 15-minutowy szlak prowadzi od Słoneczników, zielony gwarantuje jednak niezapomnianą wędrówkę przez torfowiska). Warto też zejść do naszych sąsiadów – z Przełęczy pod Śnieżką wybrać niebieski szlak w kierunku schroniska Luční bouda, a stamtąd wrócić do Polski Bursztynową drogą (ta nazwa to rezultat błędnego tłumaczenia). O tym, że w schronisku działa mini browar (otwarty na początku sierpnia przez Prezydenta Republiki Czeskiej Vaclava Klausa) dowiedziałam się już w domu – koniecznie trzeba będzie tam wrócić. Innego dnia schodzimy na czeską stroną z Mokrej Przełęczy. Tym razem dotrzemy do źródeł Łaby, po drodze do czarnego szlaku w kierunku Jagniątkowa mijając aż pięć schronisk (czasem bardziej hoteli górskich na kilkaset miejsc). Odległość między niektórymi to zaledwie kilometr. Degustując piwo w każdym z nich można mieć poważne problemy – zatem stanowczo nie polecam. Polecam natomiast zaopatrzyć się w korony czeskie, bo choć można zapłacić naszą rodzimą walutą to przelicznik jest delikatnie mówiąc nieuczciwy (5 koron to złotówka). Zgodnie z tym przelicznikiem kluchy z borówkami kosztują 27 złotych, a przy obecnym kursie korony powinny 22 zł. Dwa obiady i dwa piwa robią już sporę różnicę, więc tym razem obejdziemy się smakiem. Na szczęście widoki rekompensują straty. Na tej prywatnej liście jest jeszcze najpiękniejszy widok – ze Skalnego Stołu (niebieski szlak z Przełęczy Okraj lub żółtym z osady Budniki).

Zdecydowanie polecam także opuścić główny grzbiet Karkonoszy i zejść w doliny. Tylko wtedy dotrzecie do Wodospadu w Podgórnej, Japońskich Ogrodów, zobaczycie Kaplicę św. Anny na Grabowcu (to specjalnie dla biegaczy – nabierzcie wody w usta z Dobrego Źródła i nie połykając jej, obiegnijcie budynek 7 razy, a zyskacie szczęście w miłości). Moim prywatnym hitem jest jednak wizyta w Bukowcu, gdzie znajduje się zespół parkowo-pałacowy (Park Krajobrazowy w Bukowcu). Następnym razem zabiorę ze sobą buty biegowe, tyle tu dróg i ścieżek między stawami. A i atrakcji nie brakuje – ruiny Opactwa, Świątynia Ateny, wieża widokowa i ruiny zamku, Krąg Druidów.

A w tyle miejsce jeszcze nie dotarliśmy. Kowary, Góry Sokole, Łomnica i Wojanów…

Dotarliśmy i szczerze polecamy coś dla ciała. Czyli Pałac Spiż w Miłkowie z własnym browarem (próbowaliśmy karmelowego i miodowego piwa) oraz Smażalnia „U Rybaka” w Sosnówce, gdzie przy dobrej pogodzie można usiąść nad stawem i delektować się smakiem dorsza, mintaja i sandacza. Bez dwóch zdań – gdybyśmy mieli bliżej zostalibyśmy stałymi klientami.

A tak zapowiadamy, że jeszcze tam wrócimy. W góry, na rybkę i do sztolni. I do tych wszystkich miejsc, które warto zobaczyć. Karkonosze po 21 latach zaspokoiły moją chęć poznania świata. A tymczasem pędzę pakować plecak. Jutro kierunek Roztocze!

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.