Śladami Janosika w Wielkiej Fatrze

Lubię klimat takich miejscowości. A może powinnam napisać – wiosek. Gdy po pierwsze wizycie w barze, wiem, że rudowłosa właścicielka jest wiernym kibicem FC Barcelona, a w lokalu wciąż toczą się niespieszne rozmowy przy piwie o niedawnym finale Ligii Mistrzów. Gdy ta sama miłośniczka pewnego klubu, macha do nas przyjaźnie spotykając nas na ulicy. A mieszkańcy mijając  mnie na wieczornym spacerze, gdy fotografuję ich domy, pozdrawiają po słowacku. Właściwie to trafiłam tu przypadkiem. Planując kolejny wyjazd w Wielką Fatrę otworzyłam Google maps, powiększyłam i wybrałam maleńką wieś Blatnica (ok. 800 mieszkańców) na cel swojego kolejnego wyjazdu. Kilka maili i mamy pokój na długi majowo-czerwcowy weekend. Więcej o Blatnicy nie wiedziałam i nawet się tym nie interesowałam, bo przecież jechałam tam w góry i dla gór. Ale na miejscu okazało się, że sama wioska warta jest uwagi i spaceru.

Zamek, Janosik i niedźwiedzie

Zacznijmy od zabudowań. Wiele z nich to stare zabytkowe domy z charakterystycznymi drewnianymi bramami. Większość zadbana, odnowiona, pobielona. Choć znalazłam i takie, gdzie dach dawno się już zawalił, a wewnątrz rozpanoszyły pokrzywy, krzaki i drzewa. W najbliższej okolicy jest i zamek wybudowany pod koniec trzynastego wieku – dzisiaj już tylko romantyczne ruiny. W drodze na zamek mijamy tablicę ostrzegającą o niedźwiedziach (wiele tu takich) i kolejną informującą o Janosiku. Tym razem jednak mowa o filmie. Ale choć na dźwięk imienia Janosik widzę młodego Marka Perepeczko, który wcielił się w tę postać w serialu, to jednak zbójnik ten nie pochodził z Polski. I czas się z tym pogodzić. Janosik urodził się w Terchovej niedaleko Żyliny, u stóp Małej Fatry. Tutaj, w Wielkiej Fatrze powstał jednak pierwszy film o nim, nakręcony przez pochodzących właśnie z Blatnicy braci. Daniel Siakeľ i Jaroslav Siakeľ urodzili się tu pod koniec 19 wieku, ale na początku 20 wieku wyjechali do Ameryki. W rodzinne strony wrócili kilka lat później, po powstaniu firmy Tatra Fil Corporation. Film pod tytułem Janosik, hetman zbójnicki powstał w 1921 r., choć obaj bracia nie mieli doświadczenia w kręceniu pełnometrażowego filmu fabularnego. Premiera filmu odbyła się 25 listopada 1921 r. w Pradze, a w styczniu pokazano go w Żylinie. Później film zaginął, a odnaleziono go w Stanach Zjednoczonych w latach 50., w garażu producenta filmowego. W 1975 roku film o Janosiku został zrekonstruowany i udźwiękowiony, a dwadzieścia lat później wpisano go na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO.  Wędrując na Zamek czy Doliną Blatnicką mijamy kolejne miejsca, gdzie kręcono sceny do filmu.

O fabule tego filmu za filmweb: Ramy historii tworzy wizyta grupy turystów w górskim szałasie, gdzie baca opowiada legendę o Janosiku. W miarę upływu czasu i rozwoju historii kolejni słuchacze zmieniają się w postacie z legendy. Jest to pierwszy długometrażowy film słowacki, bardzo nowoczesny jak na tamte czasy, mimo że zrealizowany przez ekipę bez żadnego filmowego doświadczenia.

Janosik mógłby tu wciąż żyć

Górskie szałasy wciąż tu są, i wciąż mogłyby być miejscem, gdzie opowiada się legendę o Janosiku. I gdyby żył dzisiaj, z łatwością ukryłby się w tych lasach. Na przykład w drodze na Smrekov. Początek szlaku to szybki marsz Dolinami Blatnicką i Rakytovską. W sumie 7 km. Tu gdzie kończy się trasa rowerowa, szlak skręca w lewo i po krótkiej wędrówce i kilku bardziej stromych podejściach las robi się coraz gęstszy, a ścieżka coraz węższa. Do tego stopnia, że momentami mam ją co prawda pod stopami, ale przed sobą – ścianę z gałęzi, krzaków i pajęczych nici. Te nici, które przyklejają mi się do twarzy (nieprzyjemne uczucie, brr), to znak, że dziś przed nami nikt tędy nie szedł. Po drodze mijamy jeszcze miejsce, gdzie w 1944 roku podczas Słowackiego Powstania Narodowego pieczono chleb dla walczących powstańców. Gdy za Smrekovem wreszcie wychodzimy z lasu krajobraz zmienia się całkowicie. Tym razem zamiast lasu wkraczamy na łąki, na przełomie maja i czerwca kolorowe od kwiatów. Białych, żółtych, różowych… Pełnik europejski, zawilec narcyzowaty, niezapominajki, konwalie… i jeszcze wiele innych kwiatów, których nazw nie znam i nie znalazłam.

Wielka łąką w Wielkiej Fatrze

Wielka Fatra powyżej linii lasu to o tej porze roku jedna wielka łąka. To nie są znane z Bieszczad połoniny, ale barwny, pachnący i brzęczący owadami świat. I tak idąc przez te łąki mijamy niezbyt piękny wierzchołek Krížna z wysokim na ponad 50 metrów, stalowym masztem przekaźnika telekomunikacyjnego i tajemniczym wojskowym obiektem, otoczonym siatką. Mój zegarek z gpsem zaczyna tu lekko wariować, czas więc zdobyć najwyższy szczyt Wielkiej Fatry, na który rok temu nie weszliśmy z powodu ulewy PATRZ TUTAJ. Tym razem Ostredok osiągamy bez trudu i cieszymy się na szczycie ciszą, spokojem i samotnością. Co prawda zgodnie z planem powinniśmy zejść teraz z głównej grani zielonym szlakiem do Doliny Gaderskiej, ale tak tu pięknie i pusto, że postanawiamy jeszcze trochę trzymać się czerwonych znaczków. Schodzimy w stronę Suchego Wierchu z widokiem na Ploská i Borisov, który rok temu nie był dla nas gościnny. Wracamy po swoich śladach, żegnamy się z widokami aż po horyzont i ponownie schodzimy do lasu. Tu jeszcze pachnie czosnkiem niedźwiedzim, ale niżej przedzieramy się przez polany zarośnięte pokrzywami. I wszystko wskazuje na to, że tą ścieżką szeroką na dwie stopy rzadko ktoś chodzi. Na koniec jeszcze czeka nas bardzo długi marsz doliną, niestety zniszczoną przez wycinkę drzewa. Po kilku kilometrach marszu zaczyna się asfalt, który może cieszy spacerowiczów, rowerzystów i rolkarzy, ale nie mnie.

I znowu jestem prawie we Włoszech

To może nie moje ukochane Włochy, ale Belá-Dulice brzmi dla mnie bardzo po włosku. Tu zaczyna się nasz kolejna wycieczka. Początek to znowu szutrowa droga i mocno zniszczony szlak przez las. Gdy zaczynają się łąki przypominam sobie opis z przewodnika – szlak jest w tym miejscu słabo widoczny. Ot, brakuje drzew, na których można namalować znak. Co prawda jakaś rolnicza maszyna tędy przejechała, ale gdy trasa zaczyna schodzić w dół, wyjmuję mapę i intuicyjnie skręcam w lewo. I intuicja mnie nie zawodzi – po kilkuset metrach brnięcia przez trawy wypatruję słupek ze znakiem i w oddali charakterystyczny grzybek ze szlakowskazami. I znowu – las, łąka, las, strome podejście łąką i osiągamy Lysec. Zdecydowanie szybciej niż czasy podane na mapie i w terenie. Nie podobają mi się te chmury – chyba gdzieś tutaj pierwszy raz pada to zdanie. Ale przecież nie słychać żadnych ostrzegawczych pomruków, a wczoraj też zapowiadano burze i tam, gdzie my byliśmy ich nie było. Co prawda do jedynego tu schroniska górskiego mamy 5 godzin marszu (według mapy) i wiele w tym czasie może się zdarzyć. I w sumie zdarza. Pół godziny później burzowe grzmoty są już zdecydowanie zbyt blisko, a to tylko sprawia, że przyspieszamy kroku i na kolejnym odcinku na Mały Lysec „urywamy” kilkanaście minut. Tu także wchodzimy na czerwony szlak, na głównej grani Wielkiej Fatry – ten sam co wczoraj, ale kilka kilometrów dalej. Burza mruczy coraz częściej. raz z lewej, raz z prawej strony jakby nie mogła się zdecydować którędy nas ominąć. Co prawda jestem w lesie, a nie na otwartej przestrzeni, ale wolę by ta burza zaczęła się od nas oddalać. Mam nawet w głowie opracowany awaryjny plan. Kończy się jednak na kilkunastu minutach słabego deszczu, odrobinie strachu i bardzo szybkim marszu. Co szlakowskaz to trasa do schroniska skraca się o godzinę, a my pokonujemy kolejne odcinki dwa razy szybciej. Wreszcie znowu wychodzimy z lasu i przed nami rozpościera się widok na Borisova. Stąd już do schroniska całkiem blisko, ale czy tym razem wejście na szczyt będzie przyjemne? Szybki posiłek w schronisku i jednak ruszamy pod górę. Wejście na Borisov jest strome ale dzięki temu szybkie. Przy dobrej kondycji 40 minut wystarczy w obie strony. Po drodze jeszcze zachwycam się kwitnącą kosodrzewiną – jak się okaże to męskie kwiatostany. I znowu mijamy schronisko, lisa polującego w trawie, tabliczki ostrzegające przed niedźwiedziami i ruszmy w dół. Burza przyplątuje się znowu w okolicy Belianskiej Doliny. Tym razem zaklęcia nie wystarczą i trzeba wyjąć kurtkę. Pada i grzmi, grzmi, pada i świeci słońce. Wszystko paruje, można się ugotować pod tą kurtką. Zanim jednak dojdziemy do auta zdążymy wyschnąć więc w „naszej” wsi można się zatrzymać na smażony ser, placki ziemniaczane i zimne piwo. Mamy 1:1 w spotkaniach z burzą.

Skalna Fatra i jaskinia dla Janosika

To co najbliżej zostawiamy na koniec. Szlak zaczyna się i kończy w Blatnicy. Chodnik Janka Bojmira (na pamiątkę zasłużonego, słowackiego działacza turystycznego) doprowadza po godzinie do Jaskini Mažarnej, którą można zwiedzić w świetle czołówki. To jaskinia krasowa, a tak naprawdę ogromna sala, która stanowiła dawniej schronienie dla pasterzy, a w czasie II wojny światowej była wykorzystywana przez partyzantów. A może i wcześniej przez zbójców Janosika? Teraz niebieski szlak prowadzi stromo do góry, pośród malowniczych skał. Stąd zresztą nazwa tej części Wielkiej Fatry czyli Skalna Fatra. Przed nami dwa piękne szczyty – Tlstá (tłumaczona jako Tłusta) i Ostra. Za Tlstá wybieramy jednak zielony szlak, znowu pusty i po godzinie docieramy do żółtego szlaku. Tu dopiero widać nasz cel, czyli Ostrą w całej okazałości. Progami skalnymi, przez niewielkie skalne okno docieramy na szczyt. Stąd roztacza się widok na Tłustą. Krótka sesja i wśród odległych pomruków burzy zaczynamy schodzić w dół. 2:1 dla burzy. W Dolnie Blatnickiej jednak nas dopada, solidnie zlewa i zostawia po kilkudziesięciu minutach.

Wielka Fatra wiosną to przede wszystkim piękne widoki na ukwiecone łąki. To też puste szlaki – z wyjątkiem okolic jedynego schroniska. Więcej osób spotkaliśmy tylko na Ostrej – ale na to ma wpływ zdecydowanie krótka i łatwo dostępna, choć nie pozbawiona uroku trasa. To kolejne góry, które warto wpisać na listę obowiązkowych do zobaczenia. Zdecydowanie mniej popularne od wyższej ale z nazwy jednak małej – Małej Fatry. Poza Turčianskimi Teplicami, do których zresztą nie trafiliśmy (bo jednak wolimy góry od wody) i poza letnim, wakacyjnym sezonem – tłumów na szlakach nie trzeba się obawiać. A Janosika jakoś się jednak nie obawiam.

 

Reklamy

Wszystkie duchy Beskidu Niskiego

Podobno najpiękniej jest tu wiosną. Podobno. Bo znam takich, dla których to miejsce ma swój nieodparty urok zimą – sama sprawdzałam to już dwukrotnie. Są i tacy, którzy właśnie tu polubili jesień. Kolorową, dzięki bukowym lasom i bujnym łąkom, szarą i mglistą, gdy czeka się na pierwszy śnieg. Ale teraz, gdy jestem tu w chwili gdy wybuchła zieleń, gdy wpadam w zachwyt nad pięknem tego miejsca, gdy mam ochotę krzyczeć z zachwytu, to jednak pierwsze co czuję to smutek. I może trochę złość na współczesnych mi ludzi. Złość za brak tolerancji i umiejętności współistnienia, która tak pięknie widoczna była właśnie tutaj. Później, zupełnie nagle, to wszystko się skończyło. I dziś, wędrując tymi szlakami, drogami i bezdrożami mam pustkę aż po horyzont. A to co czuję to smutek i tęsknota… trochę irracjonalne uczucia, bo przecież nie znam innego Beskidu Niskiego. Zamykam oczy i czuję zapach owocowych drzew w sadach, słyszę gwar rozmów w śpiewnym, łemkowskim języku, gryzie zapach dymu z komina, odczuwam obecność setek osób. Przecież jestem zupełnie sama, to tylko wiatr szumi w drzewach, a za drewnianymi drzwiami nie ma nic.

Gdy pojawił się temat długiego majowego weekendu, właściwie nie miałam wątpliwości dokąd chcę pojechać. Na dodatek miałam „miejscówkę” pracowicie i własnoręcznie wyszukaną na mapie. Takie miejsce, które oczarowało mnie klimatem, widokiem za oknem i takie miejsce, gdzie później wszystkie oczekiwania okazały się rzeczywistością. A że zimową porą nie udało się dojechać, majówkowy weekend tylko wyostrzył mój apetyt. I tak oto już pod koniec stycznia wiedziałam, gdzie będę na początku maja. Może im bliżej wyjazdu i im więcej szumu robiło się wokół tej długiej majówki, trochę się bałam, że na szlakach będą tłumy, ale jak się okazało – zupełnie niepotrzebnie.

Dziś, gdy siedzę sobie na kanapie w moich blokowym mieszkaniu tęsknię za tą wsią, chatą i ludźmi. Ale nie jedźcie tam, zostawcie to miejsce dla mnie! Bo ja jeszcze tam wrócę, nie wiem tylko kiedy, ale przeszukam kalendarz, rozmnożę wolne dni i po trzech godzinach podróży zmuszę moje autko, by wspięło się ostro pod górkę.

Chyba najtrudniej wyjaśnić dlaczego właśnie tutaj lubię spędzać czas. Przecież nie ma tu wysokich, ambitnych szczytów. Ja z przeszłości, ze swoją natury zdobywcy NAJ, właściwie nie mam tu czego szukać. 600, 700, 800 metrów n.p.m. i najczęściej bez żadnych widoków. W porywach 1000 metrów, choć polskiej Lackowej brakuje 3 metrów, a słowacki Busov przekracza tę magiczną granicę zaledwie o 2 metry. Ale wybierzcie się w jedną z tras a poczujecie zmęczenie – dokładny zapis tras znajdziecie TUTAJ (link do endomondo). Tym razem dokonaliśmy pierwszego przejścia północnej ściany Palenicy – ot, ścieżka zaznaczona na mapie po kilkuset metrach przestała istnieć, a do zielonego szlaku doprowadziły nas trasy zwierząt. Jak na najwyższy szczyt Beskidu Niskiego jest tu zupełnie pusto. Jesteśmy tylko we dwoje. Po drodze spotkaliśmy dwóch Słowaków, którzy ze szczytu już schodzili, a później nikogo. Wyobraźcie sobie Rysy w środku sezonu zupełnie puste. Możliwe, ale tylko w deszczu, a nie w ciepły, słoneczny majowy dzień. Kolejny raz jestem więc na Busovie i cieszę się ciszą i spokojem. A może po prostu tak jest tu zawsze? Jeszcze tylko powrót przez słowackie łąki, spotkanie z dzikami, sarnami, jeleniem i myszołowem. Po dotarciu do czerwonego, granicznego szlaku napotykamy pierwszych miłośników tych niewielkich szczytów. My skręcamy w stronę Przełęczy Regietowskiej i tuż przed Obyczem niebieskim szlakiem schodzimy do Wysowej. Inne puste miejsce – szlak na Magurę Małastowską, ale nie z przełęczy. Najpierw żółtym szlakiem z Ropy do Bielanki, a później cały czas zielonym. 20 km niczym nie zmąconego marszu. I takich szlaków i tras mogłabym mnożyć! Ale sami wytyczcie swoje ścieżki i cieszcie się samotnością. Tu nie czeka Was kolejka do kasy po bilet do Parku Narodowego czy kolejka do kolejki wywożącej na szczyt. Spotkacie za to czasem wędrowców z gitarą na plecach, z „worami” wypchanymi po brzegi, z matami i namiotami i zapasem jedzenia, świadczącymi o długiej wędrówce z dala od cywilizacji. Myślałam, że tak się już nie chodzi, że teraz wszystko „na lekko”… A jednak nie.

Czy ja jestem jakąś wariatką, że snuję się po cmentarzach? Po tych najłatwiej dostępnych pod Magurą Małastowską i na Przełęczy, ale i po tych rozsypanych po lasach, z dala od głównych szlaków. Cieszy mnie odbudowany cmentarz na Rotundzie. Zimą 2014 roku, gdy byłam tu po raz pierwszy nie był jeszcze kompletny – brakowało dwóch charakterystycznych wież utrzymanych w stylistyce łemkowskiej. Od 2016 roku cmentarz na Rotundzie można podziwiać w całej okazałości. Co niezwykłego jest w tych cmentarzach rozsypanych po beskidzkich lasach i wzgórzach? To pamiątka po jednej z najbardziej krwawych bitew I wojny światowej, a może raczej po walkach, które trwały w okolicach Gorlic przez pół roku (decydujące starcie miało miejsce od 2 do 5 maja 2015 r.). W bitwie gorlickiej zginęło 200 tys. żołnierzy, których pochowano na 400 cmentarzach, z czego w okręgu gorlickim powstało ich 54. Autorem wielu projektów (31 lub 35 według innych źródeł) był słowacki architekt Dušan Jurkovič, któremu zawdzięczamy nie tylko cmentarz na Rotundzie, Przełęczy Małastowskiej, Magurze Małastowskiej czy w Zdyni. Żołnierze armii niemieckiej, austro-węgierskiej i rosyjskiej, wszyscy pochowani zostali na tych samych cmentarzach. Nazwiska polskie, słowackie, czeskie, ukraińskie, niemieckie, rosyjskie, austriackie i niemieckie.

To tylko jedna z lekcji historii jakie daje nam Beskid Niski. Czarne, Lipna, Bieliczna, Radocyna, Nieznajowa, Regietów… wsie, których już nie ma. Wsie, które ponad 70 lat temu tętniły życiem. Czarne – ponad 300 mieszkańców, Radocyna – ponad 500, Bieliczna – ponad 200, Nieznajowa – blisko 300… tysiące ludzi, dzięki którym Beskid Niski tętnił życiem. Cerkwie, kościoły, szkoły, wiatraki, karczmy, sklepy, elektrownia wodna, leśniczówki, targi i jarmarki, czytelnia, wiejski teatr, posterunki straży granicznej, domy. A później Akcja Wisła i wysiedlenia. Zostały przydrożne krzyże, cmentarze, drzewa owocowe, cerkwiska, piwnice i kaplice. Wychodzę na otwartą przestrzeń i mam widok aż po horyzont. Pola, łąki, pagórki i góry, a wszędzie pusto. Dlatego te drewniane drzwi, które ustąpią po naciśnięciu klamki, drzwi, które stoją pośrodku łąk, robią na mnie takie wrażenie. To projekt Natalii Hładyk o nazwie „Przez zarośnięte trawą koleiny dróg, co się kończą przy umarłych sadach… Zapomniane wsie Łemkowszczyzny”, zrealizowany w 2008 roku. Dziękuję! Dzięki temu projektowi od pierwszej wizyty w Beskidzkie Niskim czuję, że to wyjątkowe miejsce i za każdym razem mam ciarki na plecach.

Przysłup, Nowica, Leszczyny – wsie, które są, ale w których coraz częściej powstają letnie domki miłośników Beskidu Niskiego. I sama, gdyby trafiła się taka okazja kupiłabym kawałek trawnika i nieba w Beskidzkie Niskim. Stowarzyszenie Magurycz, cerkwie, wielka drewniana łyżka, kaplica, cudowne źródełko, stara plebania greckokatolicka i tablica pamiątkowa Bohdana Ihora Antonycza, poety ukraińskiego, który urodził się w Nowicy, kilka chyż. Tak teraz wygląda ta urocza wioska położona u stóp Magury Małastowskiej. Łyżka, skąd ta łyżka? Nowica słynęła z wyrobu drewnianych łyżek, a ci, którzy je wyrabiali to łyżkarze – zawód przekazywany z ojca na syna. Dziś próbuje się go reaktywować, ale gdyby nie nasza gospodyni to z Beskidu Niskiego wróciłabym bez drewnianej łyżki. Myślicie, że był jakiś sklepik, kierunkowskaz, punkt obsługi klienta? Nic z tych rzeczy! Następnym razem będę pukać do drzwi z pytaniem o łyżki, choć znając opowieści Marleny – kto wie jak się to skończy.

Takich lekcji historii jest tu znacznie więcej. I choć to już mój piąty pobyt w Beskidzie Niskim wciąż odkrywam kolejne miejsca. Jak to – Pomnik Ofiar Thalerhofu – jest na mapie przy szutrowej drodze z Jasionki do Radocyny. Planując wycieczkę nic o tym miejscu nie wiedziałam, nie słyszałam nawet o takim obozie. Przyjdzie mi jeszcze sporo się nauczyć o historii Łemków.

Ale Beskid Niski to dzisiaj znowu ludzie. Ci, których ogarnęła ta magia i którzy wracają tu kolejny raz, by wędrować tymi samymi ścieżkami. I Ci, którzy uciekli z wielkiego miasta, znaleźli swój kawałek trawnika i nieba i może jeszcze starą chatę na dokładkę. Ludzie, którzy takiej chacie dali kolejne życie, zachowując jednak cały klimat, swojskość  i prostotę tego miejsca. Taką prostotę, że mogę nago stanąć w oknie i nikt, absolutnie nikt mnie nie zobaczy, bo przede mną tylko las i pola. No, może marzę tylko, by z tego lasu wyszedł wilk, spojrzał mi w oczy i poszedł swoją drogą.

Buty na podbój świata*

Jestem kobietą, więc kupowanie butów to mój naturalny żywioł! Ha, nic bardziej mylnego. Szpilki, baleriny czy sztyblety nie pochłaniają jednak tyle mojej uwagi co buty sportowe – biegowe i terenowe. Nie tylko ze względu na cenę – uwierzcie, te pierwsze są zdecydowanie tańsze. W przypadku sportowych butów, kolejne pary zużywam do końca, a często nawet o krok dłużej.

Wygoda ponad wszystko

Niewygodne szpilki zawsze można zrzucić pod biurkiem i nikt tego nie zauważy. Niewygodnych biegowych butów nie zdejmę w połowie maratonu, a bez idealnie dopasowanych butów trekkingowych nie pokonam kilkudziesięciu kilometrów
w wymagającym terenie. A ponieważ dobre (tzn. trwałe, wygodne i niezawodne) buty trekkingowe kosztują kilka razy więcej niż te codziennego użytku, ich zakup to czasem droga przez mękę. Od lat jestem wierna jednej marce, włoskiej Scarpie,
i w ten sposób skracam sobie tę drogę o połowę. Zanim jednak doszłam do tego, przetestowałam i wykończyłam dwie pary. Przy pierwszych  – marki Olang (właśnie odkryłam, że to też włoska firma!) – popełniłam błąd nowicjusza, kupiłam je w tym samym rozmiarze co zwykłe buty. Straciłam przez to paznokieć w paluchu, wyłam
z bólu na długich zejściach, ale i tak wyrzuciłam je dopiero wtedy gdy przetarła się podeszwa a woda zaczęła się wlewać dołem. O drugiej marce – przez grzeczność nie wspomnę jej nazwy – mogę tylko powiedzieć, że była porażką. Jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego – powinnam była zaufać tej mądrości. Dziś bym reklamowała buty i ich odklejone podeszwy a nie naprawiała na własny koszt.
Po dwóch sezonach – przyznaję, że intensywnych – skóra była popękana
i zniszczona. A przecież umiem dbać o buty, czego najlepszym dowodem jest kolejna para, ulubionej dziś marki Scarpa.

11 wspólnych lat na szlaku

Wysokie, skórzane i z goretexem, przeszły ze mną wiele szlaków przez 11 lat.
Po drodze wymieniłam im podeszwę, która pękła podczas pokonywania GR 20 (czyli Grande Randonnée – górski szlak, uznawany za najtrudniejszy długodystansowy szlak w Europie, przebiega niemal przez całą Korsykę, łącząc południową i północną część wyspy). Służyły mi przez trzy pory roku – jesienią, zimą i wiosną – w bardzo różnych górach. W nich weszłam na swój pierwszy trzytysięcznik – Grossvenediger a rok później na Mont Blanc. Sprawdzały się na via ferratach i w Tatrach. Za nimi góry na Korsyce, ale i zimowe Beskidy. Pasowały do nich raki podczas zimowego wejścia na Babią Górę, a latem krótkie spodenki podczas upalnych wędrówek we Francji. Ich wędrówka powoli dobiega jednak końca. Bo i goretex nie spełnia już swojej funkcji i coraz bardziej gładka podeszwa nie daje mi pewności na mokrej skale.

Myśl o wymianie tych butów towarzyszyła mi już poprzedniego sezonu. Ale po pierwsze – żal było się z nimi rozstać, a po drugie – wiedziałam ile wysiłku trzeba będzie znowu włożyć w kupienie dobrych butów trekingowych. Na dodatek jeszcze zaczęły rozpadać się letnie buty górskie – choć rozpadać to mało powiedziane. Zapadła więc decyzja o zakupie trzech par butów.

Kto bogatemu zabroni?

Spokojnie, nie bogatemu i nie od razu trzech. Ale właśnie dlatego, że nie bogatemu, nie kupuję już tanich butów – patrz wyżej,  nieszczęsna druga para. Mając trzy pary, każdą z nich osobno i wszystkie trzy na raz, będą mi służyć znacznie dłużej. Trzysezonowe Scarpy postanowiłam wymienić na dwusezonowe, letnie na letnie,
a dodatkowo kupić typowo zimowe buty. Te ostatnie wybiorę dopiero jesienią,
więc jeden problem mam na razie z głowy. Już przed planowanym na przełom marca i kwietnia wyjazdem w Alpy Bergamskie, wiedziałam, że bez nowych butów się nie obejdzie. Zabrałam się za ich wybór już dwa miesiące temu! Najpierw przejrzałam katalog włoskiej firmy i z przerażeniem stwierdziłam, że moje stare buty już nie istnieją. Poszukiwania trzeba więc zacząć od początku. Skóra licowa, nubuk czy materiał? Z goretexem czy bez? Kolor? Podeszwa? Wkładka? I jeszcze całe mnóstwo detali. Rozmiar? Dotychczasowy 38? Nie, o połówkę większy. Podczas siedmiu lat biegania urosła mi stopa. W końcu, drogą eliminacji wybór padł na dwa modele.
Ja wybrałam jeden, a doradca ze sklepu Outdoorzy.pl po konsultacji
z dystrybutorem Scarpy w Polsce, kolejny. Ja – Revolution. Oni – Kailash. Pierwszy ładniejszy – tu jednak wybierałam oczami. Drugi brązowawy, a ja tak nie lubię tego koloru! Oba z goretexem. Pierwsze szerokie, drugie węższe.

Dla mnie najważniejsza jest podeszwa!

Zdecydowała jednak podeszwa. Czyli to, czego podczas wędrówek w górach nie widać, ale biada mi jeśli nie będzie odpowiednio wytrzymała. W modelu Kailash jest zdecydowanie wyższa, ma głębszy bieżnik i bardziej „agresywny”. Na ewentualnym śniegu też będzie się lepiej trzymał. Revolution jest niestety zbyt delikatny jak na moje oczekiwania i górskie przebiegi – a te są dość konkretne, nierzadko robimy 30 -40 km co drugi weekend.  Moim zdaniem szybciej się zetrze, a ja zacznę się ślizgać. Delikatny szary kolor z dodatkiem miętowego, przegrał więc z brązowym. Przed nami mam nadzieję kilka pięknych lat w górach. I już chciałam usiąść i cieszyć się
z podjętej decyzji, gdy podczas dzisiejszego biegania z przerażeniem uświadomiłam sobie, że pod koniec kwietnia zaplanowałam Beskid Makowski a zaraz później Beskid Niski. A w niższych górach zdecydowanie preferuję niskie buty.

Scarpa Stratos już dalej nie pójdą.

Wiem, że są turyści, którzy używają tylko wysokich butów i sama przez lata tak robiłam. Dopiero wyjazd do Portugalii w góry Serra da Estrela przekonał mnie do kupna niskich. I wcale nie wysokość gór zdecydowała – najwyższemu szczytowi Torre (czyli wieża) do dwóch tysięcy brakuje jej 7 metrów, więc Portugalczycy ustawili na szczycie wieżę i w sumie jest 2000 m n.p.m. Zdecydowała temperatura. Końcówka sierpnia to w tym rejonie ponad 30 stopni Celsjusza. Jeszcze lepiej niskie buty, właśnie Stratosy, sprawdziły się w ubiegłym roku we Włoszech. W Alpach Bergamskich, które przypominają nasze Tatry radziły sobie bardzo dobrze. Na skałach, trawiastych szlakach, w lesie czy na łatwej ferracie.
W połączeniu z biegowymi skarpetkami, moje stopy czuły się komfortowo nawet w te upalne dni. Niskie buty towarzyszą mi w niższych górach, w „moich” najbliższych Beskidach, ale nie tylko. Przeszłam w nich ponad 100 km na Roztoczu i co najmniej drugie tyle na Polesiu. Świetnie wędrowało się w nich po lasach i podmokłych ścieżkach. Dlatego te górskie buty wykorzystuję także w dość łatwym, niemal płaskim terenie. Stratosy trafiły do mnie trzy lata temu przez wyjazdem w Małą Fatrę. Nie mam pojęcia ile przeszły kilometrów, ale szacuję, że tysiące. Przy kolejnych już sobie obiecałam prowadzenie dokładnych statystyk – w końcu jestem umysłem ścisłym. Nie mają goterexu bo uznałam, że latem jednak rzadziej pada. Nie wytrzymały w nich dwie rzeczy – wkładka wygląda jakby pogryzły ją myszy (to akurat można łatwo wymienić). Gorzej z podeszwą. Zresztą sami zobaczcie.

Znowu woda wlewa mi się od spodu. To znaczy, że wystarczy że idę podmokłą ścieżką, a buty zasysają wilgoć i komfort wędrówki się kończy. Zaraz więc po powrocie z włoskiego urlopu trzeba będzie podjąć decyzję w sprawie letnich butów. Tym razem postanowiłam dać szansę innej marce i bardzo jestem ciekawa tego eksperymentu. Przekonało mnie ponad 300 lat doświadczenia, rodzinna firma i chwalony serwis posprzedażowy. Jak przystało na marketingowca, to tylko zaostrzyło mój apetyt.

* Daj kobiecie odpowiednie buty, a podbije świat” – tak twierdziła Marilyn Monroe

Tekst ukazał się na blogu outdoorzy.pl

 

 

Włochy po ludzku

W moich wspomnieniach nie ma imienia. Ma tylko cudowny uśmiech i zmarszczki wokół oczu. Nie słabnie w mej pamięci jej serdeczny uścisk. Ile miała lat? Może 60, 70? Ważne, że to właśnie ona czekała na mnie w listopadowy dzień na mecie maratonu we Florencji. Jako jedna z wielu wolontariuszy. Uściskała mnie serdecznie jak najlepszą przyjaciółkę, podała wodę, otarła łzy wzruszenia i to właśnie ona jako pierwsza pogratulowała mi wymarzonego wyniku na mecie. Ja nie znam włoskiego, ona nie mówiła po angielsku, ale i tak dogadałyśmy się bez słów. Ten uśmiech, serdeczność i życzliwość pamiętam do dziś.

Ludzie!

Na włoskiej grupie na FB ktoś ostatnio zapytał, za co kochamy Włochy. Mogłabym wymieniać długo zalety tego kraju, zaczynając od kuchni, wina, kawy, widoków, gór… Ale pierwsza myśl jaka przyszła mi wtedy do głowy to ludzie. Ci bezimienni i Ci, z którymi zdążyłam wymienić uścisk dłoni i którym zdążyłam  się przedstawić. To dla nich wsiadam kolejny raz do samolotu, szukam kolejnych miejsc do zobaczenia i jeszcze będąc TAM szukam kolejnych możliwości powrotu. Otwarci, uśmiechnięci, życzliwie nastawieni do innych. Bardziej nastawieni na to co tu i teraz.

Zmianę klimatu odczuwam za każdym razem, gdy wysiadam na lotnisku. Nawet jeśli w Bergamo pada deszcz, ja oglądam świat przez różowe okulary. Wysiadam z samolotu i wszyscy zaczynają się do mnie uśmiechać. A może to ja się uśmiecham na ich widok? Boungiorno, Ciao, Salve – słyszę na każdym kroku, a to wszystko okraszone uśmiechem, życzliwością, gościnnością i chęcią pomocy.

Michele, nasz gospodarz z Airbnb czeka na nas już na dworcu, a właściwie na stacji kolejowej. Ostatnie dni przez naszym wylotem to wymiana maili i pytań o nasz przyjazd. Jeszcze w Katowicach rano odbieram wiadomość – miłej podróży, czekam na wiadomość, o której będziecie w Dervio. A wcale nie musiałby po nas przyjeżdżać na stację. Zgodnie z mapą mielibyśmy do pokonania niespełna kilometr, a nasze podręczne plecaki nie ważą wiele. Ale przyjeżdża po nas, wita z radością, a po drodze pokazuje najlepszą pizzerię. Takie wskazówki dostaliśmy nie po raz pierwszy. Rok temu, gdy pogubiłam się w Lecco, a pewien Włoch pomagał nam trafić pod właściwy adres, po drodze pokazał nam najlepsze miejsce na pizzę, poranną kawę i wieczorne aperitivo.

Tym razem w lodówce czeka na nas prosecco, a my oprócz życzeń miłego pobytu otrzymujemy jeszcze deklarację wszelkiej pomocy. Jak trzeba mamy więc do dyspozycji papier do pieczenia, dodatkowe opakowanie kawy i … odkurzacz – pakując się korzystamy z worków próżniowych, to sekret naszych małych plecaków.

Jezioro Como w deszczowej szacie

Na początek naszego pobytu chciałabym co prawda, by ktoś przegonił chmury, ale okno pogodowe na bieganie po okolicy wystarczy. W butach biegowych ruszamy na poznanie Dervio. Niewielka miejscowość nad brzegiem jeziora Como, zaledwie 2800 mieszkańców. I dwukilometrowy chodnik – bo nie promenada – wzdłuż brzegu. Małe miasteczko, a jednak w ciągu godziny spotykamy 10 biegaczy. To, że machają do nas i pozdrawiają się wzajemnie, to oczywiste. Ale gdy uśmiechają się i zagadują spacerujący nad jeziorem mieszkańcy – już mniej. Turystów o tej porze roku jest niewielu, łatwo nas odróżnić od stałych mieszkańców (krótkie rękawki i krótkie spodenki). Właśnie gdzieś w trakcie biegania, albo dzień później podczas spaceru spotykamy Roberto i Weronikę, choć tak naprawdę poznamy się w słoneczną niedzielę na Monte Legnoncino.

Monte Legnoncino to tym razem namiastka góry, która nas kusi. Monte Legnone widać z okna naszej kuchni. Podczas letnich wakacji zwróciła naszą uwagę jako najwyższa w tej okolicy. Wtedy zabrakło nam wiedzy na temat logistyki i samozaparcia, by wsiąść w pociąg o bardzo wczesnej porze. Tym razem nie doceniłam włoskich warunków – na stokach jest lawiniasto. Mówi się do trzech razy sztuka i zadowala niższą wersją, z pięknymi widokami na przyszły cel. Wycieczka na Monte Legnoncino (1714 m n.p.m.) przypomina mi po raz kolejny za co kocham góry. Najpierw puste szlaki do schroniska, później piękne widoki na okolicę i wreszcie panorama gór aż po horyzont. I do tego słońce, błękitne niebo i śnieg pod nogami. I tak właśnie zachwycając się nad pięknem gór, dostrzegłam dwoje turystów zdobywających szczyt nie z tej strony co wszyscy, czyli i my. Zaczynamy od wymiany pozdrowień czyli Ciao i Hallo, a później wzajemnej sesji fotograficznej. W końcu ośmielona, zagaduję o drogę, którą przyszli. Lekko wspinaczkowa, nieoznakowana na mapie. To tylko w zbudza mój apetyt na kolejny raz. Dopytuję więc o widziane wokół szczyty. Przed nami Grigna, a w dali moje ukochane Resegone. Jeszcze zasięgnę języka o wejście na Monte Legnone i porównuję Alpy Bergamskie do polskich gór. I jesteśmy w domu!

Tatry – mówią oni. Kolejne skojarzenie z Polską to oczywiście Kukuczka. Wspominają dom jego dziadków, a dziś muzeum, które odwiedzili. Tylko nazwa miejscowości uciekła im z głowy. Istebna! – wołam z radością i dodaję, że mieszkamy zaledwie godzinę jazdy samochodem od tego miejsca. W końcu wyciągam rękę, bo przecież już się znamy i tylko imion nam brak. Joanna, miło Was poznać. Weronika i Ricardo na pożegnanie machają do nas i wołają do zobaczenia!

Massimo i Luigia

To musi być Massimo. Macha do nas z daleka, choć z pociągu na stacji kolejowej w Lecco wysiadło co najmniej kilkanaście osób. Widzimy się po raz pierwszy w życiu. Co prawda spodziewałam się biegacza, tak jak my jadącego na bieg Corsa dell’Angelo w Colle Brianza, ale on tak radośnie macha na nasz widok, że mam pewność że to Massimo. Jeszcze tydzień przed wyjazdem nic nie zapowiadało, że wystartujemy w jakimkolwiek biegu we Włoszech. Informacje o dużych imprezach biegowych łatwo znaleźć, te mniejsze dostępne są właściwie dla tych, którzy znają język włoski. Ale od czego jest włoska grupa na FB. Wrzucam pytanie o imprezy biegowe w okolicach Lecco na przełomie marca i kwietnia i kilka chwil później mam dostęp do włoskiego kalendarza biegów. Wybieram region, daty i okazuje się, że w Poniedziałek Wielkanocny możemy wystartować w biegu na 5, 10 lub 21 km w Colle Brianza. Z jednej strony blisko, ale z drugiej, przy braku własnego auta, możemy liczyć tylko na komunikację miejską w świąteczny dzień. Zapowiada się ciekawy, kameralny bieg więc postanawiam skontaktować się z organizatorami, może ktoś z biegaczy jedzie i może nas zabrać… Dwa dni później mamy nie tylko niezbędne informacje na temat biegu, ale i kontakt telefoniczny do Massimo, który odbierze nas z dworca w Lecco. I tak oto poznajemy dojrzałego, radosnego i bardzo pomocnego Massimo na stacji w Lecco. I choć to jego brałam za biegacza (w rzeczywistości będzie wolontariuszem na jednym z punktów kontrolnych), w zawodach już po raz drugi bierze udział jego żona, Luigia. Luigia ma 70 lat i po raz drugi startuje w tych zawodach. Rok temu pokonanie 5 km zajęło jej 59 minut, tym razem 55. Żartujemy więc, że z wiekiem jest coraz szybsza. Luigia bierze nas pod swoje skrzydła już w samochodzie. Częstuje słodyczami, na miejscu przedstawia przyjaciołom, na mecie dba by niczego nam nie zabrakło. Zmęczona? Spragniona? – pyta mnie Luigia. I to wszystko po włosku, a ja znowu nie mam problemu by ją zrozumieć. Zresztą, ta sympatyczna Włoszka już w drodze na bieg chwali mój włoski.

Nie wahajcie się jeśli za rok znajdziecie się w czasie Wielkanocy w tym rejonie. Pobiegnijcie lub przemaszerujcie wybrany dystans. Tylko, przykro mi, ale nie będziecie pierwszymi „strangers” w 40-letniej historii Corsa dell’Angelo. Pierwszymi byliśmy my! Od 40 lat na malowniczą trasę wśród włoskich wsi, pól, łąk i wzgórz wyrusza w sumie 400 osób. Zapisy na miejscu, przed zawodami. Wpisowe: 6 euro. Żadnego elektronicznego pomiaru czasu, żadnych pakietów startowych, atestowanej trasy. Zamiast medalu – kwiatek w doniczce lub wielkie, czekoladowe jajo. Łatwo zgadnąć co wybrałam. Jest za to grupa radosnych i zaangażowanych organizatorów, świetnie oznakowana trasa, punkty kontrolne z kolorowymi opaskami i punkty żywieniowe takie że aż żal się spieszyć. Ciasta, kołacze, pieczywo z nutellą – czyli to co biegacze lubią najbardziej! Do tego urozmaicona trasa, trochę asfaltu, trochę błota po ostatnich deszczach, kamieni i traw. Piękne widoki na Resegone. Piotr pojawia się na mecie jako szesnasty zawodnik, a ja prawie zamykam imprezę. Jestem 8 od końca. Massimo „pracuje” na pierwszym punkcie kontrolnym, wręcza mi kolorową opaskę i zagrzewa do biegu słowami „Forza Joanna!”. Później spotykamy się pod koniec biegu, zabiera Piotra do auta by zlokalizować mnie na trasie. I jeszcze ta troska na mecie! Mamy się nie spieszyć, spokojnie wykąpać i dopiero czyści i nakarmieni możemy ruszyć w drogę powrotną do Dervio. Massimo i Luigia odstawiają nas pod sam dom. Zresztą, właśnie z Dervio pochodził ojciec Massimo. Pożegnaniom nie ma końca. Wymieniamy się mailami, telefonami, uściskami. Obiecujemy, że nad Jezioro Como jeszcze wrócimy, a wracając odezwiemy się do naszych włoskich przyjaciół. Planu powrotu jeszcze nie ma, ale mail do Massimo już został wysłany.

Historia pewnych butów

Zobaczyliśmy razem kawał świat. A może to tylko ja zobaczyłam, a one cierpliwie zaniosły mnie tam gdzie chciałam? Czasem tylko skrzypiały na śniegu przy kilkustopniowym mrozie, czasem tylko zamarzały na kość brodząc przez potoki na drodze do Nieznajowej, czasem oblepiało je błoto Beskidu Niskiego, czasem paliło słońce i omiatał pył. Nie miały ze mną łatwego życia, ale dzięki nim ja mam życie pełne pięknych widoków, nowych miejsc, wydeptanych ścieżek. I choć dziś o ich technicznych walorach niewiele mogę już napisać, ba nawet nie pamiętam nazwy tego modelu, z żalem będę się z nimi rozstawać. Bo choć przemakają, pękają i wyglądają mało efektownie, wciąż odwlekam zakup ich następców. Może jeszcze jeden sezon, może jeszcze jedna wycieczka…

Poznaliśmy się na początku lata 2007 r. Kilka miesięcy przed swoimi okrągłymi urodzinami zapragnęłam zdobyć pierwszy w życiu trzytysięcznik. Wybór padł na szczyt Grossvenediger w Wysokich Taurach, a ja potrzebowałam dobrych butów. Pomogli znajomi z Beskidzkiej Grupy GOPR i tak oto stałam się posiadaczką pierwszej pary butów włoskiej marki Scarpa. Potem kupiłam jeszcze dwie kolejne – charakterystyczne, żółto-czerwone w których weszłam na m.in. Elbrus i niskie – Stratos – które przez trzy lata towarzyszyły mi w niższych górach i na równinach. Ich życie to pewnie temat na osobną historię – przeszły ze mną tyle, że przetarły się podeszwy, a woda wlewa mi się do butów od spodu.

Zanim jednak wymienię moje ulubione Scarpy na kolejnej Scarpy napiszę o butach, w których przemierzałam górskie szlaki przez 11 lat! Szkoda, że wówczas nie rejestrowałam wszystkich dystansów i tras, ale przeszliśmy razem tysiące kilometrów!

Idealnie sprawdziły się w Alpach – na Grossvenedigerze, rok później na Mont Blanc, a później jeszcze w drodze na Grossglockner granią Stüdl. Najpierw w duecie z rakami paskowymi, a później z koszykowymi. Nie wyobrażam sobie lepszych towarzyszy wędrówek na Orlej Perci, Kościelcu czy Rysach. Idealnie trzymały się skały. Potrafię w nich nawet biegać – tak jak dwa lata temu, gdy po zejściu z Krzyżnego w Dolinie Pięciu Stawów dopadła nas burza i konieczna była szybka ucieczka w dół. Pioruny i błyskawice uderzały wokół, szlakiem płynął potok, a ja bez wahania stawiałam kolejne kroki, wyprzedzając innych turystów. Mimo ulewnego deszczu ani na chwilę nie straciłam przyczepności. Choć przemokły na wylot – a woda wlewała się do nich górą – to jednak bezpiecznie dotarłam w nich na dół.

Nasza najdłuższa przygoda to dwa tygodnie na Korsyce w 2011 roku. Przez 13 dni buty ściągałam tylko do spania i idąc pod prysznic. To był prawdziwy test dla nich i dla moich stóp. Zdany pomyślnie. Wspólnie przeszliśmy wówczas najdłuższy długodystansowy szlak w Europie czyli GR 20 z północy Korsyki na południe. Dopiero w Polsce, po powrocie z GR 20 z przerażeniem zobaczyłam, że podeszwy moich butów pękły na pół na śródstopiu. Skóra wciąż była w bardzo dobrym stanie, a podeszwy zużyły się do tego stopnia, że dalsza wędrówka nie była już możliwa. Dziś już nie pamiętam jakim zrządzeniem losu przez Klub Wysokogórski w Katowicach, moje buty pojechały do Warszawy, a tam dostały drugie życie. Dosłownie! Wymiana podeszwy Vibram kosztowała 200 złotych, ale dzięki temu buty służyły mi przez kolejne lata. Dziś już membrana goretex nie spełnia swojej roli – wielokrotnie po ulewie słyszałam charakterystyczny chlupot wody w butach, a skóra jest już mocno popękana. Ale jeszcze tej zimy wykorzystywałam je wielokrotnie. Przy kilkustopniowym mrozie i w śniegu, w zaspach po kolana sprawdziły się znakomicie. Więc może jeszcze jeden sezon?!

Korsyka 2011

Najłatwiej byłoby kupić ten sam model, ale po pierwsze nie pamiętam jego nazwy, a po drugie – w żadnym z turystycznych sklepów nie rozpoznałam moich butów na zdjęciach. Wszystko wskazuje więc na to, że na rynku muszę już raczej szukać ich następców. I oby były równie udane!

Na razie czeka mnie zakup modelu wiosenno-jesiennego, takiego który sprawdzi się na szlakach Alp Bergamskich, a później w Tatrach. Przede mną jeszcze poszukiwania letnich butów bo Stratosy nie mają już właściwie podeszwy – swoją drogą ciekawe ile km przeszły. Mają na swoim koncie nie tylko letnie wędrówki po Beskidach, Tatrach czy Bieszczadach. Zabrałam je także na Roztocze i na Polesie – latem i ostatniej, błotnistej zimy.

Czemu właściwie jestem wierna jednej marce, choć na rynku nie brakuje firm produkujących buty trekingowe? Być może właśnie z sentymentu do tych pierwszych butów. A być może dlatego, że choć 11 lat temu to był dla mnie spory wydatek, zwrócił mi się wiele razy. I nawet wolałam dołożyć 200 zł i wymienić podeszwy, niż kupować nowe buty.

Góry za miedzą, czyli poznajemy naszych najbliższych sąsiadów

Rok 2018 ogłaszam w moim życiu Rokiem Czeskim. Rokiem Republiki Czeskiej, czeskich gór – szczególnie tych o przysłowiowy rzut beretem od granicy, czeskiego piwa i wina oraz Pragi, za którą bardzo się już stęskniłam! A wcale tego nie planowałam! Przecież bywałam tam swego czasu częściej – wciąż czuję jeszcze na języku smak różowego wina i pamiętam ten klimat święta winiarzy na Hradczanach. Czechy i Czechów doceniam nie tylko za smażony ser! Po ostatnich przygodach z polskimi kolejami i super szybkimi pociągami z gigantycznymi opóźnieniami, z rozczuleniem wspominałam České dráhy. Podróż do Pragi za niespełna 50 zł, wygodnie i tanio do Budapesztu na maraton. I w pewną niedzielę przy kasie znowu się uśmiechnęłam! Da się! Dwoje podróżnych to już grupa więc za tanie bilety płacę jeszcze mniej! Nie dziwi mnie więc, że mimo wczesnej pory w niedzielę (tuż po 7 rano) na dworcu zebrała się całkiem spora grupa Czechów, wyruszających w góry. Tym bardziej, że szlaki zaczynają się często już na stacjach kolejowych.

To nie jest nasza pierwsza wizyta w Beskidzie Śląsko-Morawskim. Od pierwszej, w listopadzie 2014 roku, minęło już sporo czasu. Wtedy zaczęliśmy od dwóch bardzo popularnych miejsc: szczytu Radhoszcz (Radhošť, 1129 m n.p.m. ) – według podań to miejsce kultu Radogosta – oraz od przełęczy Pustevny, z kompleksem schronisk turystycznych autorstwa Dušana Jurkoviča z końca XIX wieku. Trafiliśmy tam na początku listopada 2014 roku. Niestety 8 miesięcy wcześniej, w nocy z 2 na 3 marca, na przełęczy Pustevny wybuchł pożar. Po schronisku górskim Libušín zostały zwęglone ściany. Oficjalną przyczyną pożaru była wadliwa instalacja kominowa, nieoficjalnie mówiło się wówczas po podpaleniu. Libušín ma zostać odbudowany. Według prasowych doniesień – odbudowa miała ruszyć jesienią 2015 r. i potrwać od 2 do 5 lat. Jednak dopiero w kwietniu 2016 r. ogłoszono zwycięzcę przetargu – to firma Archatt z Brna. Odbudowa ma kosztować 80 milionów koron i zakończy się w połowie 2019 r. Przyjdzie mi więc pojechać tam raz jeszcze, by zobaczyć to niezwykłe miejsce w pełnej krasie, a nie zwęglone, osłonięte metalowym zadaszeniem.

Znudzona okolicznymi górami (wybacz Beskidzie Śląski i Żywiecki), które znam już zbyt dobrze, sięgnęłam przed miesiącem po mało używaną mapę czeskich gór. Tym razem wybrałam za start miejscowość Dolna Łomna. Pierwsze zaskoczenie czeka na mnie zaledwie kilka kilometrów za przejściem w Boguszowicach! Obwodnica Trzyńca i wygodny dojazd w kierunku Jabłonkowa. Brawo Czesi! Po godzinie od wyjazdu z domu i przejechaniu 74 km parkujemy przed tamtejszym urzędem gminy i ruszamy w góry. Parking oczywiście jest bezpłatny. Wybieramy niebieski szlak w kierunku szczytu Kostelky, już pod koniec tego odcinka przecinamy trasę wyciągu zwanego popularnie „wyrwirączką”. Śnieg jest, są więc i narciarze, a właściwie garstka narciarzy. Tu zmieniamy kolor szlaku na czerwony, którym wędrujemy wzdłuż czesko-słowackiej granicy przez Wielki Połom (Velký Polom, 1067 m n.p.m.) na Mały Połom (Malý Polom, 1061 m n.p.m.). Po drodze spotykamy tylko jednego biegacza – dla nas to sygnał by wrócić tu wiosną. Na szczycie wpisujemy się do zeszytu ukrytego w metalowej skrzynce. Swoje autografy zostawiliśmy jeszcze w kilku kolejnych. Czesi zadbali o wygodę turystów. Tradycyjne wiaty turystyczne wyposażono … w kontakty. Czy pod warstwą śniegu na dachu kryją się baterie słoneczne i czy można w środku lasu doładować telefon – nie sprawdziłam. Ale kolejne wiaty mijane na tej trasie i innych szlakach Beskidu Śląsko-Morawskiego mają identyczne wyposażenie.

Za Małym Połomem, zgodnie z mapą, po kilkuset metrach niebieskiego szlaku powinnam trafić na inny czerwony. Planujemy bowiem zatoczyć koło i przez Babi Wierch i Kozubową wrócić do Dolnej Łomnej. Jakiś chochlik jednak sprawia, że Piotr i ja na chwilę się rozdzielamy – ja skręcam w prawo i ukryta za choinką nie widzę Piotra skręcającego w lewo. Zniecierpliwiona wracam po swoich śladach do miejsca postoju, później z powrotem do rozwidlenia i wszczynam mały alarm. To znaczy najpierw krzyczę wniebogłosy, a później dowiaduję się od turystów, że owszem, minęli mężczyznę w czerwonym polarze. Pozostaje mi tylko bieg w dół, by go dogonić i zawrócić. Na szczęście Piotr zorientował się, że aż tak daleko nie mogłam go zostawić i wrócił sam! To jednak nie koniec naszego błądzenia. Na ten drugi czerwony szlak też nie udaje się nam trafić. Zbyt nisko schodzimy w kierunku wsi, ale po drodze skręcamy w lewo w piękną i wygodną leśną drogę. Spotkani na trasie Czesi uświadamiają mnie gdzie właściwie jestem. Poszukiwane, czerwone znaki są gdzieś u góry, ale wkrótce powinnam trafić na skrzyżowanie z żółtym szlakiem i właśnie żółtym wrócę na zaplanowaną wcześniej trasę. Trochę nadrobiliśmy, ale w końcu jestem tam gdzie chciałam. I bardzo mi się tu podoba! Po pierwsze – nowe i nieznane miejsce, na dodatek bliskie i łatwo dostępne.  Ale argumentów jest więcej. Malownicze góry, z podobno pięknymi widokami – to sprawdzimy kolejnym razem – i puste mimo znakomitych, zimowych warunków. Zdecydowanie trzeba tu wrócić.

Miesiąc później, w bardzo mroźny niedzielny poranek znowu ruszamy do Czech. Tym razem korzystamy z czeskich kolei, którym jestem w stanie wybaczyć nawet 20-minutowe opóźnienie. Za 118 koron, czyli niespełna 20 złotych, dwie osoby wygodnie podróżują z Czeskiego Cieszyna do Bocanowic i z powrotem z Wędryni. Na stacji w Bocanowicach (czes. Bocanovice) rozpoczynamy wędrówkę zielonym szlakiem w stronę Kozubowej. Miał być solidny mróz, więc przy minus kilkunastu stopniach świeży puch skrzypi pod butami. Ale słońca od rana się nie spodziewałam, a już po pierwszym wyjściu z lasu sięgam po okulary słoneczne. I do znudzenia wpadam w zachwyt – pięknie tu! Praktycznie nie ma ludzi – ta niewielka grupa turystów rozjechała się z Czeskiego Cieszyna różnymi pociągami i wysypała na różnych stacjach. Stąd wraz z nami wyrusza na szlak zaledwie kilka osób, które szybko zostawiamy w tyle. Podejście na Kozubową to raz wygodny, przedeptany szlak, a raz zaspy po kolana, po ostatnich opadach i wietrze. Ale co mi tam! Słońce świeci, mróz szczypie w policzki, widoki coraz piękniejsze!

Na Kozubowej (981 m n.p.m.) byliśmy już miesiąc temu, teraz po drodze mijamy jeszcze Małą Kikulę (Malá Kykula 788 m n.p.m.) ze śniegiem po kolana, i za dziwnym, blaszanym schroniskiem na Kozubowej skręcamy na żółty szlak na Babi Wierch (Baby Vrch 952 m n.p.m.).  Przez kilka kolejnych kilometrów, aż do skrzyżowania z czerwonym szlakiem nie spotykamy prawie nikogo. Jedną turystkę, dwóch biegaczy. Dopiero na czerwonym szlaku ruch robi się znacznie większy. Ale to i tak ruch, który można łatwo policzyć. Tyle, że tym razem to głównie narciarze biegowi. Chyba nie powinnam się dziwić. Wystarczy wpisać w Google: biegówki, Czechy, by dostać informacje o tysiącach (!) kilometrów tras biegowych i popularności tego sportu. W samym Beskidzie Śląsko-Morawskim tras biegowych jest ponad 130 km, a uprawianiu tej dyscypliny sprzyjają łagodne, górskie grzbiety. Czerwony szlak na Ropicę (Ropice, 1082 m n.p.m.) mógłby zagrać w „Opowieściach z Narnii”. Mróz, świeży puch, ciemne kształty drzew i uformowane przez przyrodę bajkowe kształty. I do tego ta cisza zmącona tylko skrzypiącymi na śniegu butami. Droga na Jaworovy (Javorový vrch, 1032 m n.p.m.) mija mi zdecydowanie zbyt szybko. Półtora kilometra dalej Mały Jaworowy z charakterystycznym 40-metrowym nadajnikiem telewizyjnym, widocznym nawet z drogi Bielsko-Biała – Cieszyn. Tu już zaczyna się cywilizacja – dzieci szaleją na sankach i jabłuszkach (sama bym poszalała), pojawiają się wyciągi – „wyrwirączka” i 1-osobowe krzesełko. A schronisko, które minęliśmy po drodze to najstarsze schronisko w Beskidach Zachodnich, wybudowane przez Beskidenverein. Patronem schroniska został arcyksiążę Fryderyk Habsburg, książę cieszyński. Teraz zielony szlak prowadzi już tylko w dół, najpierw szybkimi zakosami, później kawałek asfaltową i w końcu leśną drogą, niemal wprost na stację kolejową w Wędryni (Vendryně). Niemal, bo w pewnym momencie na trasie marszu przeszkodą okazuje się nowo wybudowana droga, której na mojej mapie jeszcze nie ma. Z tym problemem Czesi jeszcze sobie nie poradzili. Wystarczy jednak skręcić w prawo, przejść kilkaset metrów wzdłuż siatki i przejść pod drogą. Później trzeba tylko zapytać mieszkańców lub skręcić w prawo, by na powrót trafić na zielony szlak. Stąd do stacji zaledwie 1,5 kilometra. Ostatni kilometr pokonujemy zresztą biegiem wpadając na peron minutę przed przyjazdem pociągu. W butach trekkingowych, z plecakiem i w zimowej kurtce biegnę, jak się w domu okaże, w tempie 6.30 na kilometr. Całkiem nieźle, choć do pociągu wpadam czerwona jak burak i mokra jak szczur. Pociągi w kierunku Czeskiego Cieszyna odjeżdżają co godzinę, ale kto nie trafi tak idealnie jak my, przeczeka ten czas w miejscowym barze przy kuflu czeskiego piwa. Bez takiego baru żadna, najmniejsza nawet miejscowość nie może się obejść. Kolejny punkt dla Czechów!

Jak daleko sięgają moje związki z Czechami? Gdzieś na trasie, pomiędzy „Ahoj” a „Cześć” uświadamiam sobie, że od lat w czasie tęgich mrozów, czy w wysokich górach grzeje mnie kurtka DirectAlpine, wyprodukowana w Czechach, w czeskiej firmie, ze 100% czeskim kapitałem. Pod nią mam polar, polskiej firmy Milo, ale już najbliższa ciału jest odzież termoaktywna czeskiej firmy Sensor. Przypadek? W Czeskim Roku – przeplatanym wizytami w moich ukochanych Włoszech, Beskidzie Niskim, słowackiej Wielkiej Fatrze i Bieszczadach – nie sądzę. Tym bardziej, że tak szybko jak się da wrócimy do Czech, nie tylko po królową Beskidu Śląsko-Morawskiego czyli Łysą Górę.

Informacje praktyczne:

  • Mapa Moravskoslezske Beskidy, wydanie z 2013 r. – chyba jednak czas zaopatrzyć się w nową wersję z nową drogą. Planując wycieczkę warto zwrócić uwagę, że na szlakowskazach zamiast czasów przejść podane są kilometry.
  • Parking przy dworcu w Czeskim Cieszynie – bezpłatny
  • Pociąg z Czeskiego Cieszyna do Bocanovic – 74 korony/2 osoby
  • Pociąg z Wędryni do Czeskiego Cieszyna – 44 korony/2 osoby
    Rozkład jazdy pociągów: https://www.cd.cz

Walencja dla biegaczy

W Walencji nie samym bieganiem żyje człowiek… a jak nie biega to patrzy gdzie tu można biegać, szuka biegowych sklepów, przymierza biegowe buty i je!

Biegacze.JPG

Nie bez powodu adres strony internetowej maratonu w Walencji to: Valencia – Ciudad del running czyli Walencja – miasto biegania. W przyszłym roku odbędą się tam Mistrzostwa Świata w Półmaratonie (zanim dwa lata później dotrą do Gdyni). Czasem po treningu w Bielsku-Białej Piotr pyta mnie ilu biegaczy spotkałam (im mniej tym gorsza pogoda), tam takiego pytania by nie zadał. Powód – nie sposób ich policzyć! To miasto stworzone do różnych aktywności i sportów, ale dla biegaczy wprost wymarzone.

Długie wybieganie? Zapraszam do Ogrodów Turii o długości ok. 9 km. Jardin del Turia zajmują dziś  110 ha dawnego koryta rzeki.

Ogrody Turii pierwsze budzą się do życia. Zaraz po wschodzie słońca pojawiają się biegacze, szybko dołączają do nich rowerzyści mknący do pracy, potem matki spacerujące z wózkami.
WIĘCEJ TUTAJ

Ogrody Turii.JPG

I wszyscy mieszczą się w tej przestrzeni, a nawet jeszcze więcej. Jest tu jeszcze miejsce na kilka boisk, skateparków i plenerowych siłowni, a trawniki zajmują miłośnicy jogi, sztuk walki czy tańca. Ograniczeniem jest wyłącznie wyobraźnia! Jest tu miejsce dla wszystkich. Piesi mają swoje chodniki, rowerzyści swoje ścieżki a biegacze trasy. I to oznaczone co kilkaset metrów, więc zaplanowanie treningu staje się dziecinnie proste. I co ważne jest tu płasko, zupełnie płasko. To wszystko znajduje się w samym sercu Walencji, w miejscu gdzie jeszcze kilkadziesiąt lat wcześnie płynęła rzeka Turia, która bardzo często zalewała miasto. Ostatni raz w 1957 roku – zginęło wówczas ok. 80 osób, a sama Walencja została poważnie zniszczona. Trzy lata później rzekę „wygnano” z miasta, a jej koryto przekształcono w przestrzeń przyjazną mieszkańcom. Ogrody Turii zaprojektował Ricardo Bifill, a udostępnione zostały mieszkańcom i turystom w 1980 r. Na obu końcach Ogrodów znajdują się dwie atrakcje – największe w Europie Oceanarium i niezwykły Bioparc – ale o tym opowiem później.

Park zachwyca swoją różnorodnością. I to wszystko dzieje się w samym sercu miasta. Jestem zachwycona już od pierwszego spotkania. A to ma miejsce podczas biegu śniadaniowego. Do pokonania mieliśmy wówczas trasę 5 km, wytyczoną alejkami i na stałe oznakowaną. Oprócz nas – uczestników i przyjaciół uczestników Maratonu w Walencji – tego dnia w parku spotykamy dziesiątki, a pewnie i setki biegaczy. W pojedynkę, parami i grupami, każdy w swoim własnym, ulubionym tempie. Pewnie jak wszystko nawet ten park może się znudzić, można w nim przemierzyć wszystkie ścieżki wzdłuż i wszerz. Ale wtedy koniecznie trzeba pobiec do portu.

W miejscu, gdzie zaczyna się miejska plaża zaczyna się również deptak – latem podobno zatłoczony. W listopadzie trasę o długości 3,5 km z widokiem na morze opanowali biegacze i spacerowicze. Ci pierwsi mają znacznie większe możliwości jeśli biegają boso lub nie obawiają się pokonania dwóch kanałów. Wówczas droga do niezwykle urokliwego Port Saplaya stoi przed nimi otworem. To miejsce nazywane jest także Małą Wenecją i  nie bez powodu. Jedyne co mnie zadziwia to fakt, że odkrywam jej zakamarki zupełnie sama! Turystów o tej porze nie ma tu w ogóle, a jedynie jacyś nowożeńcy zorganizowali sobie sesję fotograficzną – a dokładnie nowa żona, bo nowego męża brak. Nieodłącznym elementem tej sesji jest oczywiście posiłek – o jedzeniu jeszcze będzie tutaj mowa!

Port Saplaya.JPG

Kolorowe domy zostały zbudowane tu wokół portu, a przed domami stoją nie samochody, ale łodzie. Po prostu o poranku wypływasz do pracy.

Skoro Walencja to taki raj dla biegaczy, to przecież gdzieś powinni się ubierać! Pod względem ilości biegowych sklepów Walencja trochę nas rozczarowała. Spodziewaliśmy się znacznie więcej, a już z nadzieją liczyliśmy na możliwość przywiezienia po parze niemal kultowych już Pearl Izumi. Niestety tylko w jednym miejscu znaleźliśmy kilka par, wyłącznie męskich. Ale jeden ze sklepów i jego właściciel na długo zostaną nam w pamięci. Natural Running Valencia podpowiada nam google, gdy siedzimy przy głównej ulicy handlowej miasta. Niewielki sklepik w bocznej uliczce prowadzi Carlos. Przez ponad godzinę rozmawiamy hiszpańsko-angielską mieszanką, a przez większość czasu ja jestem tłumaczem z hiszpańskiego na polski (doprecyzuję – po hiszpańsku rozumiem co nieco, ale generalnie nie mówię). Piotr w międzyczasie przymierza buty firm: Topo, Salming i Merrell.

Carlos, rocznik 1961 – dokładnie za trzy miesiące od naszego spotkanie będzie świętował swoje urodziny – prowadzi ten sklep od półtora roku. Piotr i Carlos za moim pośrednictwem rozmawiają więc głównie o dropie 3 mm (drop to spadek, różnica wysokości między piętą a palcami, im bliższy 0 tym bieganie bardziej naturalne) i o wyższości naturalnego biegania a nawet biegania na boso. Carlos w tym roku nie biegł maratonu w Walencji – z powodów osobistych. Jego ojciec, którym się opiekuje choruje na Alzheimera. Ale mimo tej choroby czasem razem biegają, i co ważne – boso. To zaledwie kilkaset metrów, może kilometr i to na prostej, pozbawionej kamieni trasie, ale jednak. Ojciec Carlosa, może nie pamiętać co jadł na śniadanie, ale doskonale pamięta poranny trening z Carlosem. Jak to możliwe? Tego nie potrafią wyjaśnić lekarze!

Sklep Carlosa to kontynuacja pasji. Jego właściciel od ponad 7 lat biega w butach naturalnych (drop 0). Próbował biegania w innych butach popularnych wśród biegaczy marek, ale od razu pojawiły się kontuzje. Od kilku lat myślał o własnym sklepie i teraz tutaj namawia ludzi do biegania w zgodzie z naturą.

W czasie, gdy Piotr ogląda i przymierza, Carlos sprzedaje dwie pary butów. Z klientami rozmawia jak z dobrymi znajomymi. Rozumiem, a może bardziej domyślam się, wyłapując słówka, że rozmawiają także o maratonie i interwencjach lekarzy. Było ich bardzo dużo, ponad 300 – podkreśla Carlos.

Ukochane buty Carlosa? Merrell Bare Access! I pokazuje nam model, który sporo już ma za sobą. A dokładnie 2200 km i 3 maratony. Jak będziecie w Walencji, koniecznie odwiedźcie to miejsce, jego właściciel opowie Wam jeszcze wiele historii. Znajomość hiszpańskiego zdecydowanie ułatwi kontakt, ale jak widać po nas – daliśmy radę.

Jak już pisałam TUTAJ – o wyjeździe na Maraton do Walencji zdecydowały dwie rzeczy – niezwykła meta i największe w Europie Oceanarium. Dzięki organizatorom biegu i pewnej uroczej bransoletce mogliśmy skorzystać z 15% rabatu na bilety. Jeśli możecie koniecznie zaplanujcie sobie na to miejsce pół dnia – po zwiedzaniu Oceanarium polecam nie rzucający się w oczy Bar Aquilino w dzielnicy Natzaret (1,5 km od Oceanarium).

Oceanarium to największe tego typu miejsce w Europie, o łącznej powierzchni 110 000 m². Obiekt został otwarty w 2003 roku. Można tu podziwiać około 500 gatunków zwierząt, w tym delfiny, rekiny, płaszczki, słonie morskie, pingwiny i żółwie. Ogromne akwaria mieszczą się pod powierzchnią ziemi, a jedną z największych atrakcji jest tunel, w którym rekiny przepływają nad głowami zwiedzających. Wrażenie zrobiły też na mnie niewielkie elektryczne meduzy. Nie brakuje tu ptaków – pelikanów, flamingów i ibisów. Miłośników Afryki zabieram do Bioparcu. Generalnie nie lubię ogrodów zoologicznych – z ich klatkami, w których zamknięto zwierzęta na niewielkiej przestrzeni. Do tej pory najlepiej oceniałam zoo w Ostrawie, zorganizowane na dużej przestrzeni i przyjazne dla odwiedzających i odwiedzanych. Tym razem zobaczyłam niezwykle zaaranżowane miejsce, gdzie wkracza się do świata zwierząt pozbawionego krat. Jak to możliwe, że lwy, goryle czy hieny (i inni przedstawiciele 50 gatunków) są tu niemal na wyciągnięcie ręki?! Dzięki nietuzinkowej aranżacji przestrzeni stworzono warunki najbardziej przypominające naturalne, w których żyją dzikie zwierzęta. Nie ma tu ani jednej kraty. Są za to przemyślnie zaplanowane fosy, skały i naturalne bariery. Tylko w kilku miejscach zamontowano specjalne szyby, dzięki którym stanęliśmy oko w oko z ponad 16-letnim lwem czy lampartem. Koniecznie trzeba zobaczyć – pokaz ptaków, karmienie słoni i Madagaskar! Madagaskar opanowały lemury (the frentirrojo lemurs), to ich teren, wolno im tu wszystko – zwiedzający mają za to niezwykłą przyjemność podziwiania tych zagrożonych wyginięciem zwierząt na wyciągnięcie ręki. Tylko tej ręki wyciągnąć im nie wolno. Wiosną ubiegłego roku urodził się nawet mały lemur!

Nie jesteśmy tradycyjnymi turystami. Nie byliśmy w muzeach ani galeriach. Jednym obowiązkowym wg przewodników punktem programu, który znalazł się także na naszej trasie był Kielich Graala ukryty w Katedrze. Jako czytelniczka Dana Browna zajrzałam tam na chwilę – wieczorową porą udało mi się uniknąć tłumów i opłat za wejście do kaplicy. Zamiast tradycyjnego zwiedzania były spacery uliczkami dzielnicy Ruzafa połączone z odwiedzaniem dziwnych sklepów, odpoczynek na plaży, wyjazd nad otoczone polami ryżowymi jezioro Albufera (znajduje się ok. 10 km od Walencji). Bez tych pół ryżowych nie byłoby tradycyjnej hiszpańskiej paelli. Sam zbiornik jest prawdziwą atrakcją dla miłośników ptaków (najwięcej udaje mi się wypatrzyć czapli). My wdrapujemy się na wieżę widokową i idziemy na krótki spacer. Jezioro Albufera oddzielone jest od morza mierzeją i jest częścią Parku Krajobrazowego. Prawie jak na Polesiu – myślę – skojarzenie nie jest bezzasadne, choć tu przeszkadzam mi hałas samochodów dochodzący z pobliskiej drogi.

Nie wyobrażam sobie zwiedzania i poznawania nowych miejsc bez kuchni. A właściwie to mogłabym podróżować dla tej kuchni. Podczas wyjazdu na maraton do Hiszpanii poznawanie jej kuchni towarzyszy nam już od pierwszego dnia. A może jeszcze wcześniej. W menu przysłanym przez organizatorów znalazły się tajemnicze potrawy: horchata i fartons.

Horchata de chufa (z walenckiego orxata de xufa ) – napój chłodzący, spożywany głównie w lecie, wytwarzany z cibory jadalnej (inaczej migdał ziemny). I za wikipedią: bardzo popularny we wschodniej Hiszpanii zwłaszcza we Wspólnocie Walenckiej, tam znany jako orxata de xufa. Napój wywarza się ze słodkich bulw tej rośliny, wody i cukru. Jak jest horchata to muszą być i fartons.

Fartons to natomiast słodkie pieczywo o podłużnym kształcie, charakterystyczne dla tego regionu. Zrobione z mąki, mleka, cukru, oleju, jajek i zaczynu, posypane cukrem. To delikatne i miękkie ciasto zostało stworzone do zanurzania w horchata. Smak napoju początkowo określamy jako ciekawy i zaskakujący, i choć piliśmy ją jeszcze kilka razy podczas tego pobytu, trudno mi jej smak porównać do czegoś znanego. Odwiedziliśmy między innymi tradycyjną La Horchatería Santa Catalina, gdzie podają podobno najlepszą w mieście horchatę. Tam też próbuję gęstej gorącej czekolady – choć może trochę na nią za ciepło – i zanurzam w niej churros i w ten oto sposób otrzymuję najbardziej popularną tutaj chocolate con churros.  W smaku od razu przywołują na myśl nasze pączki – i okazuje się, że słusznie. Ciasto wyciskane z formy lub, rękawa smażone jest na głębokim tłuszczu w wysokiej temperaturze. To jedna z najpopularniejszych w Hiszpanii przekąsek, którą zgodnie z tradycją wita się Nowy Rok. Zrobiło się tu stanowczo zbyt słodko! Po takim śniadaniu nieprędko miałabym ochotę na drugie, tym bardziej, że tutejsze jadane nawet po godzinie 10.00 jest solidne. Na tradycyjne almuerzo za sprawą Kasi mieszkającej w Walencji od 10 lat trafiamy do znanego wśród mieszkańców baru. Oprócz nas nie ma tu turystów, a na dodatek znacząco zaniżamy średnią wieku. Ach, żeby taka przyszłość czekała mnie na emeryturze… Spotkania ze znajomymi przy kanapce i winie, a na koniec filiżanka mocnej kawy. A kanapka … z ziemniakami, czyli z tortilla de patatas lub z tajemniczym smarowidłem o nazwie sobrasada. Na drugie takie śniadanie trafiamy do baru, do którego sama pewnie bym nie weszła, ale jego nazwa pojawia się w połowie listy 10. najlepszych miejsca w Walencji na almuerzo KLIK, a to właśnie jest najbliżej miejsca gdzie mieszkamy. W porze drugiego śniadania pracownik uwija się jak w ukropie. Wszystkie stoliki zajęte, każdy chce inną kanapkę, a na stołach już przed południem pojawiają się butelki wina. Po takim posiłku wszyscy wracają do pracy. I znowu brak znajomości hiszpańskiego sprawia, że zamawiamy pokazując palcami. Najedzeni i napojeni za całe 9 euro ruszamy na kolejną wycieczkę.

Bez dwóch dań nie wracam z Hiszpanii – bez kalmarów, które uwielbiam a jadam rzadko i bez paelli. Smażone kalmary z sokiem cytryny zawsze będą mi się kojarzyły z wakacjami na południu Europy. Nie potrzeba mi znanej restauracji – wystarczy budka przy deptaku. Pierwsze kalmary zjadamy zresztą w Hiszpanii w takim ulicznym barze. Kolejne już w polecanym miejscu – ale bez wskazówek i rekomendacji niezawodnej Kasi, nigdy bym tam sama nie trafiła. Bar Aquilino znajduje się w dzielnicy Natzaret. To tradycyjny bar, bez widoku na morze, wciśnięty w najdalszy zakątek dzielnicy gdzieś między miastem a morzem. Gospodarzami są tu ojciec i jego córka i to gwarantuje rodzinną atmosferę. Zresztą zaliczamy falstart odwiedzając to miejsce. Trafiliśmy tu w niedzielne popołudnie po maratonie, wygłodzeni i spragnieni. Zapachy docierały do mnie już na ulicy, ale po otwarciu dowiedziałam się, że jedzenia … nie ma. W najlepsze trwała jakaś rodzinna uroczystość, kątem oka zarejestrowałam tort i ogromną patelnię z wyjedzoną już paellią. Dwa dni później mamy więcej szczęścia. Mamy swój stolik i jest jedzenie! Na stołach papierowe obrusy – i tak zostawimy na nich tłuste ślady palców, których nie zdążymy oblizać. I znowu – bez naszej znajomości hiszpańskiego i znajomości angielskiego wśród pracowników – wychodzimy najedzeni z mocnym postanowieniem powrotu. Kalmary, paella de mariscos i białe, świetnie schłodzone wino. Do kalmarów cytryna, sos czosnkowy i pieczywo i mam swój raj. Proste, niewyszukane jedzenie, nie wymagające wysiłku przy przygotowywaniu. A przed nami jeszcze najlepsze. Paella z owocami morza, czyli najbardziej znana hiszpańska potrwa. Wyskrobiemy ryż do ostatniego, przypalonego ziarenka. Paella to nazwa patelni, na której przygotowuje się i podaje tę potrawę. Teraz nie pozostaje mi już nic innego, jak kupić odpowiednią patelnię i przygotować paellę zimową porą w domu. Już się cieszę, że w znanej mi hurtowni ryb, zaopatrzę się w kalmary, gdy najdzie mnie tęsknota za południowymi krajami.