Walencja dla biegaczy

W Walencji nie samym bieganiem żyje człowiek… a jak nie biega to patrzy gdzie tu można biegać, szuka biegowych sklepów, przymierza biegowe buty i je!

Biegacze.JPG

Nie bez powodu adres strony internetowej maratonu w Walencji to: Valencia – Ciudad del running czyli Walencja – miasto biegania. W przyszłym roku odbędą się tam Mistrzostwa Świata w Półmaratonie (zanim dwa lata później dotrą do Gdyni). Czasem po treningu w Bielsku-Białej Piotr pyta mnie ilu biegaczy spotkałam (im mniej tym gorsza pogoda), tam takiego pytania by nie zadał. Powód – nie sposób ich policzyć! To miasto stworzone do różnych aktywności i sportów, ale dla biegaczy wprost wymarzone.

Długie wybieganie? Zapraszam do Ogrodów Turii o długości ok. 9 km. Jardin del Turia zajmują dziś  110 ha dawnego koryta rzeki.

Ogrody Turii pierwsze budzą się do życia. Zaraz po wschodzie słońca pojawiają się biegacze, szybko dołączają do nich rowerzyści mknący do pracy, potem matki spacerujące z wózkami.
WIĘCEJ TUTAJ

Ogrody Turii.JPG

I wszyscy mieszczą się w tej przestrzeni, a nawet jeszcze więcej. Jest tu jeszcze miejsce na kilka boisk, skateparków i plenerowych siłowni, a trawniki zajmują miłośnicy jogi, sztuk walki czy tańca. Ograniczeniem jest wyłącznie wyobraźnia! Jest tu miejsce dla wszystkich. Piesi mają swoje chodniki, rowerzyści swoje ścieżki a biegacze trasy. I to oznaczone co kilkaset metrów, więc zaplanowanie treningu staje się dziecinnie proste. I co ważne jest tu płasko, zupełnie płasko. To wszystko znajduje się w samym sercu Walencji, w miejscu gdzie jeszcze kilkadziesiąt lat wcześnie płynęła rzeka Turia, która bardzo często zalewała miasto. Ostatni raz w 1957 roku – zginęło wówczas ok. 80 osób, a sama Walencja została poważnie zniszczona. Trzy lata później rzekę „wygnano” z miasta, a jej koryto przekształcono w przestrzeń przyjazną mieszkańcom. Ogrody Turii zaprojektował Ricardo Bifill, a udostępnione zostały mieszkańcom i turystom w 1980 r. Na obu końcach Ogrodów znajdują się dwie atrakcje – największe w Europie Oceanarium i niezwykły Bioparc – ale o tym opowiem później.

Park zachwyca swoją różnorodnością. I to wszystko dzieje się w samym sercu miasta. Jestem zachwycona już od pierwszego spotkania. A to ma miejsce podczas biegu śniadaniowego. Do pokonania mieliśmy wówczas trasę 5 km, wytyczoną alejkami i na stałe oznakowaną. Oprócz nas – uczestników i przyjaciół uczestników Maratonu w Walencji – tego dnia w parku spotykamy dziesiątki, a pewnie i setki biegaczy. W pojedynkę, parami i grupami, każdy w swoim własnym, ulubionym tempie. Pewnie jak wszystko nawet ten park może się znudzić, można w nim przemierzyć wszystkie ścieżki wzdłuż i wszerz. Ale wtedy koniecznie trzeba pobiec do portu.

W miejscu, gdzie zaczyna się miejska plaża zaczyna się również deptak – latem podobno zatłoczony. W listopadzie trasę o długości 3,5 km z widokiem na morze opanowali biegacze i spacerowicze. Ci pierwsi mają znacznie większe możliwości jeśli biegają boso lub nie obawiają się pokonania dwóch kanałów. Wówczas droga do niezwykle urokliwego Port Saplaya stoi przed nimi otworem. To miejsce nazywane jest także Małą Wenecją i  nie bez powodu. Jedyne co mnie zadziwia to fakt, że odkrywam jej zakamarki zupełnie sama! Turystów o tej porze nie ma tu w ogóle, a jedynie jacyś nowożeńcy zorganizowali sobie sesję fotograficzną – a dokładnie nowa żona, bo nowego męża brak. Nieodłącznym elementem tej sesji jest oczywiście posiłek – o jedzeniu jeszcze będzie tutaj mowa!

Port Saplaya.JPG

Kolorowe domy zostały zbudowane tu wokół portu, a przed domami stoją nie samochody, ale łodzie. Po prostu o poranku wypływasz do pracy.

Skoro Walencja to taki raj dla biegaczy, to przecież gdzieś powinni się ubierać! Pod względem ilości biegowych sklepów Walencja trochę nas rozczarowała. Spodziewaliśmy się znacznie więcej, a już z nadzieją liczyliśmy na możliwość przywiezienia po parze niemal kultowych już Pearl Izumi. Niestety tylko w jednym miejscu znaleźliśmy kilka par, wyłącznie męskich. Ale jeden ze sklepów i jego właściciel na długo zostaną nam w pamięci. Natural Running Valencia podpowiada nam google, gdy siedzimy przy głównej ulicy handlowej miasta. Niewielki sklepik w bocznej uliczce prowadzi Carlos. Przez ponad godzinę rozmawiamy hiszpańsko-angielską mieszanką, a przez większość czasu ja jestem tłumaczem z hiszpańskiego na polski (doprecyzuję – po hiszpańsku rozumiem co nieco, ale generalnie nie mówię). Piotr w międzyczasie przymierza buty firm: Topo, Salming i Merrell.

Carlos, rocznik 1961 – dokładnie za trzy miesiące od naszego spotkanie będzie świętował swoje urodziny – prowadzi ten sklep od półtora roku. Piotr i Carlos za moim pośrednictwem rozmawiają więc głównie o dropie 3 mm (drop to spadek, różnica wysokości między piętą a palcami, im bliższy 0 tym bieganie bardziej naturalne) i o wyższości naturalnego biegania a nawet biegania na boso. Carlos w tym roku nie biegł maratonu w Walencji – z powodów osobistych. Jego ojciec, którym się opiekuje choruje na Alzheimera. Ale mimo tej choroby czasem razem biegają, i co ważne – boso. To zaledwie kilkaset metrów, może kilometr i to na prostej, pozbawionej kamieni trasie, ale jednak. Ojciec Carlosa, może nie pamiętać co jadł na śniadanie, ale doskonale pamięta poranny trening z Carlosem. Jak to możliwe? Tego nie potrafią wyjaśnić lekarze!

Sklep Carlosa to kontynuacja pasji. Jego właściciel od ponad 7 lat biega w butach naturalnych (drop 0). Próbował biegania w innych butach popularnych wśród biegaczy marek, ale od razu pojawiły się kontuzje. Od kilku lat myślał o własnym sklepie i teraz tutaj namawia ludzi do biegania w zgodzie z naturą.

W czasie, gdy Piotr ogląda i przymierza, Carlos sprzedaje dwie pary butów. Z klientami rozmawia jak z dobrymi znajomymi. Rozumiem, a może bardziej domyślam się, wyłapując słówka, że rozmawiają także o maratonie i interwencjach lekarzy. Było ich bardzo dużo, ponad 300 – podkreśla Carlos.

Ukochane buty Carlosa? Merrell Bare Access! I pokazuje nam model, który sporo już ma za sobą. A dokładnie 2200 km i 3 maratony. Jak będziecie w Walencji, koniecznie odwiedźcie to miejsce, jego właściciel opowie Wam jeszcze wiele historii. Znajomość hiszpańskiego zdecydowanie ułatwi kontakt, ale jak widać po nas – daliśmy radę.

Jak już pisałam TUTAJ – o wyjeździe na Maraton do Walencji zdecydowały dwie rzeczy – niezwykła meta i największe w Europie Oceanarium. Dzięki organizatorom biegu i pewnej uroczej bransoletce mogliśmy skorzystać z 15% rabatu na bilety. Jeśli możecie koniecznie zaplanujcie sobie na to miejsce pół dnia – po zwiedzaniu Oceanarium polecam nie rzucający się w oczy Bar Aquilino w dzielnicy Natzaret (1,5 km od Oceanarium).

Oceanarium to największe tego typu miejsce w Europie, o łącznej powierzchni 110 000 m². Obiekt został otwarty w 2003 roku. Można tu podziwiać około 500 gatunków zwierząt, w tym delfiny, rekiny, płaszczki, słonie morskie, pingwiny i żółwie. Ogromne akwaria mieszczą się pod powierzchnią ziemi, a jedną z największych atrakcji jest tunel, w którym rekiny przepływają nad głowami zwiedzających. Wrażenie zrobiły też na mnie niewielkie elektryczne meduzy. Nie brakuje tu ptaków – pelikanów, flamingów i ibisów. Miłośników Afryki zabieram do Bioparcu. Generalnie nie lubię ogrodów zoologicznych – z ich klatkami, w których zamknięto zwierzęta na niewielkiej przestrzeni. Do tej pory najlepiej oceniałam zoo w Ostrawie, zorganizowane na dużej przestrzeni i przyjazne dla odwiedzających i odwiedzanych. Tym razem zobaczyłam niezwykle zaaranżowane miejsce, gdzie wkracza się do świata zwierząt pozbawionego krat. Jak to możliwe, że lwy, goryle czy hieny (i inni przedstawiciele 50 gatunków) są tu niemal na wyciągnięcie ręki?! Dzięki nietuzinkowej aranżacji przestrzeni stworzono warunki najbardziej przypominające naturalne, w których żyją dzikie zwierzęta. Nie ma tu ani jednej kraty. Są za to przemyślnie zaplanowane fosy, skały i naturalne bariery. Tylko w kilku miejscach zamontowano specjalne szyby, dzięki którym stanęliśmy oko w oko z ponad 16-letnim lwem czy lampartem. Koniecznie trzeba zobaczyć – pokaz ptaków, karmienie słoni i Madagaskar! Madagaskar opanowały lemury (the frentirrojo lemurs), to ich teren, wolno im tu wszystko – zwiedzający mają za to niezwykłą przyjemność podziwiania tych zagrożonych wyginięciem zwierząt na wyciągnięcie ręki. Tylko tej ręki wyciągnąć im nie wolno. Wiosną ubiegłego roku urodził się nawet mały lemur!

Nie jesteśmy tradycyjnymi turystami. Nie byliśmy w muzeach ani galeriach. Jednym obowiązkowym wg przewodników punktem programu, który znalazł się także na naszej trasie był Kielich Graala ukryty w Katedrze. Jako czytelniczka Dana Browna zajrzałam tam na chwilę – wieczorową porą udało mi się uniknąć tłumów i opłat za wejście do kaplicy. Zamiast tradycyjnego zwiedzania były spacery uliczkami dzielnicy Ruzafa połączone z odwiedzaniem dziwnych sklepów, odpoczynek na plaży, wyjazd nad otoczone polami ryżowymi jezioro Albufera (znajduje się ok. 10 km od Walencji). Bez tych pół ryżowych nie byłoby tradycyjnej hiszpańskiej paelli. Sam zbiornik jest prawdziwą atrakcją dla miłośników ptaków (najwięcej udaje mi się wypatrzyć czapli). My wdrapujemy się na wieżę widokową i idziemy na krótki spacer. Jezioro Albufera oddzielone jest od morza mierzeją i jest częścią Parku Krajobrazowego. Prawie jak na Polesiu – myślę – skojarzenie nie jest bezzasadne, choć tu przeszkadzam mi hałas samochodów dochodzący z pobliskiej drogi.

Nie wyobrażam sobie zwiedzania i poznawania nowych miejsc bez kuchni. A właściwie to mogłabym podróżować dla tej kuchni. Podczas wyjazdu na maraton do Hiszpanii poznawanie jej kuchni towarzyszy nam już od pierwszego dnia. A może jeszcze wcześniej. W menu przysłanym przez organizatorów znalazły się tajemnicze potrawy: horchata i fartons.

Horchata de chufa (z walenckiego orxata de xufa ) – napój chłodzący, spożywany głównie w lecie, wytwarzany z cibory jadalnej (inaczej migdał ziemny). I za wikipedią: bardzo popularny we wschodniej Hiszpanii zwłaszcza we Wspólnocie Walenckiej, tam znany jako orxata de xufa. Napój wywarza się ze słodkich bulw tej rośliny, wody i cukru. Jak jest horchata to muszą być i fartons.

Fartons to natomiast słodkie pieczywo o podłużnym kształcie, charakterystyczne dla tego regionu. Zrobione z mąki, mleka, cukru, oleju, jajek i zaczynu, posypane cukrem. To delikatne i miękkie ciasto zostało stworzone do zanurzania w horchata. Smak napoju początkowo określamy jako ciekawy i zaskakujący, i choć piliśmy ją jeszcze kilka razy podczas tego pobytu, trudno mi jej smak porównać do czegoś znanego. Odwiedziliśmy między innymi tradycyjną La Horchatería Santa Catalina, gdzie podają podobno najlepszą w mieście horchatę. Tam też próbuję gęstej gorącej czekolady – choć może trochę na nią za ciepło – i zanurzam w niej churros i w ten oto sposób otrzymuję najbardziej popularną tutaj chocolate con churros.  W smaku od razu przywołują na myśl nasze pączki – i okazuje się, że słusznie. Ciasto wyciskane z formy lub, rękawa smażone jest na głębokim tłuszczu w wysokiej temperaturze. To jedna z najpopularniejszych w Hiszpanii przekąsek, którą zgodnie z tradycją wita się Nowy Rok. Zrobiło się tu stanowczo zbyt słodko! Po takim śniadaniu nieprędko miałabym ochotę na drugie, tym bardziej, że tutejsze jadane nawet po godzinie 10.00 jest solidne. Na tradycyjne almuerzo za sprawą Kasi mieszkającej w Walencji od 10 lat trafiamy do znanego wśród mieszkańców baru. Oprócz nas nie ma tu turystów, a na dodatek znacząco zaniżamy średnią wieku. Ach, żeby taka przyszłość czekała mnie na emeryturze… Spotkania ze znajomymi przy kanapce i winie, a na koniec filiżanka mocnej kawy. A kanapka … z ziemniakami, czyli z tortilla de patatas lub z tajemniczym smarowidłem o nazwie sobrasada. Na drugie takie śniadanie trafiamy do baru, do którego sama pewnie bym nie weszła, ale jego nazwa pojawia się w połowie listy 10. najlepszych miejsca w Walencji na almuerzo KLIK, a to właśnie jest najbliżej miejsca gdzie mieszkamy. W porze drugiego śniadania pracownik uwija się jak w ukropie. Wszystkie stoliki zajęte, każdy chce inną kanapkę, a na stołach już przed południem pojawiają się butelki wina. Po takim posiłku wszyscy wracają do pracy. I znowu brak znajomości hiszpańskiego sprawia, że zamawiamy pokazując palcami. Najedzeni i napojeni za całe 9 euro ruszamy na kolejną wycieczkę.

Bez dwóch dań nie wracam z Hiszpanii – bez kalmarów, które uwielbiam a jadam rzadko i bez paelli. Smażone kalmary z sokiem cytryny zawsze będą mi się kojarzyły z wakacjami na południu Europy. Nie potrzeba mi znanej restauracji – wystarczy budka przy deptaku. Pierwsze kalmary zjadamy zresztą w Hiszpanii w takim ulicznym barze. Kolejne już w polecanym miejscu – ale bez wskazówek i rekomendacji niezawodnej Kasi, nigdy bym tam sama nie trafiła. Bar Aquilino znajduje się w dzielnicy Natzaret. To tradycyjny bar, bez widoku na morze, wciśnięty w najdalszy zakątek dzielnicy gdzieś między miastem a morzem. Gospodarzami są tu ojciec i jego córka i to gwarantuje rodzinną atmosferę. Zresztą zaliczamy falstart odwiedzając to miejsce. Trafiliśmy tu w niedzielne popołudnie po maratonie, wygłodzeni i spragnieni. Zapachy docierały do mnie już na ulicy, ale po otwarciu dowiedziałam się, że jedzenia … nie ma. W najlepsze trwała jakaś rodzinna uroczystość, kątem oka zarejestrowałam tort i ogromną patelnię z wyjedzoną już paellią. Dwa dni później mamy więcej szczęścia. Mamy swój stolik i jest jedzenie! Na stołach papierowe obrusy – i tak zostawimy na nich tłuste ślady palców, których nie zdążymy oblizać. I znowu – bez naszej znajomości hiszpańskiego i znajomości angielskiego wśród pracowników – wychodzimy najedzeni z mocnym postanowieniem powrotu. Kalmary, paella de mariscos i białe, świetnie schłodzone wino. Do kalmarów cytryna, sos czosnkowy i pieczywo i mam swój raj. Proste, niewyszukane jedzenie, nie wymagające wysiłku przy przygotowywaniu. A przed nami jeszcze najlepsze. Paella z owocami morza, czyli najbardziej znana hiszpańska potrwa. Wyskrobiemy ryż do ostatniego, przypalonego ziarenka. Paella to nazwa patelni, na której przygotowuje się i podaje tę potrawę. Teraz nie pozostaje mi już nic innego, jak kupić odpowiednią patelnię i przygotować paellę zimową porą w domu. Już się cieszę, że w znanej mi hurtowni ryb, zaopatrzę się w kalmary, gdy najdzie mnie tęsknota za południowymi krajami.

Reklamy

Uwaga! Nie drażnić biegacza!

Ten tekst zaczynał się zupełnie inaczej. Ale właśnie przed chwilą zobaczyłam kolejny film przygotowany przez Maraton Valencia. Zobaczcie koniecznie. Grozi to jednak pragnieniem pobiegnięcia w Hiszpanii. Zapisy ruszą na początku grudnia.

KLIK FILM

A teraz do rzeczy!

Dwoje biegaczy pod jednym dachem. Dwa ostatnie tygodnie do maratonu. Kumulacja emocji, ambicji i poczucia, że wszystko co się miało zrobić już zrobiło i nic nie da się już nadrobić. Dwie tykające bomby zegarowe. Dwa napięcia. Jak to przetrwać? Nie ma okresu ochronnego dla biegaczy. Jest normalne życie zawodowe, czasem nawet bardziej absorbujące, obowiązki domowe, czyli codzienność.

  1. Co jutro jemy? To najczęściej zadawane teraz pytanie. I mogłabym wypisać menu na ścianie, a i tak wieczorem leżąc w łóżku usłyszałabym te słowa. Cierpliwie odpowiadam i planuję jadłospis: makaron, kasza, ryż, ziemniaczki… i tak na zmianę. Tylko sosy i zestawy warzyw inne. Czasem aż się prosi by podać do obiadu czerwone wino. Nic z tego! Od ponad dwóch miesięcy nikt go w tym domu nie widział. Na samą myśl o winie cieknie mi ślinka.
  2. Ciasto, czekolada, fondat… znowu o jedzeniu, tym razem słodyczy. Oj, chce się po bieganiu. W piekarniku właśnie stygnie ucierane ciasto ze śliwkami (według Niebo na talerzu). Czeka na niedzielnych gości i przez kilka godzin nazywa się: nie rusz mnie. Charakterystyczne skrzypnięcie drzwi piekarnika i deklaracja: tylko wącham!
  3. Uwaga gryzę! Warczę, marudzę coś pod nosem. Jestem podenerwowana. Na ramieniu siedzi Gremlin, w głowie kłębi się tysiące myśli. Analizuję swój plan na bieg. Właśnie zrobiłam ostatni długi trening, 27 km. Jestem zmęczona, ale nie wykończona. Tyle, że to jeszcze nie meta. Na tym zmęczeniu trzeba będzie pokonać kolejnych 15 km. Mam wątpliwości czy dam radę. Do tego dopisała dziś pogoda – tydzień temu w deszczu i wietrze, dziś w słoneczku. Ciepło było. Zdecydowanie spódniczka i cienka bluzeczka z długim rękawem. W Hiszpanii będzie cieplej nawet, w sumie to dobrze, że dziś musiałam przypomnieć sobie, że biegam też w wyższych temperaturach.
  4. Druga osoba też ma swój stres. Też czasem nie ma nastroju, warknie, albo ja usłyszę nie ten ton co zwykle. Przydałoby się jakieś hasło wywoławcze, które rozładuje napięcie. Wystarczająco głupie, by na jego dźwięk wybuchnąć śmiechem.
  5. Albo taka mieszanka – jedna osoba w super nastroju, druga z fochem albo zirytowana. Ta druga to akurat ja. Lepiej wyjść potruchtać, zabieram moje buty, za godzinę będzie lepiej.
  6. Mam zachcianki. Ostatnią piątkę ostatniego długiego wybiegania, biegłam marząc o lodach! Byle dużo, dobrych i zimnych. I sokach, wodzie z cytryną. Omal nie rzuciłam się na przechodnia z woda mineralną w ręce. Teraz zjadłabym coś pysznego.
  7. Licytuję się o każdy kilometr. Porównuję swoje bieganie sprzed roku i pilnuję, by nie było mniej. Mam pobiegać godzinę, to rozpędzam się z górki, chcę 15 km, a ma być 13 z szybszymi akcentami – to lecę, ma nie być podbiegów – no przecież nie wyprostuję tutejszych tras!

Są też przyjemne momenty! Robimy listy rzeczy do spakowania, sprawdzamy miejsca, gdzie można zjeść, planujemy zwiedzanie. Organizatorzy Maratonu w Walencji jakby czytali w naszych myślach – dzięki specjalnej opasce, dokładnie przez tydzień – czyli tyle ile będziemy w Hiszpanii – możemy korzystać z rabatów w różnych miejscach, m.in. do Oceanarium! Świetny pomysł. No i jeszcze menu na mecie biegu śniadaniowego: horchata i fartons. A zamiast pasta party – paella party.

Jadę sprawdzić jak to wygląda na miejscu i chyba tym razem więcej będzie o organizacji imprezy niż samym biegu. W końcu ileż można pisać o emocjach na 42 km! Trzymajcie za mnie kciuki w niedzielę. Mój start o 8.42.

Miłość od pierwszego dotyku

Moja ulubiona księgarnia jest teraz na kanapie. Pod kocem i z kubkiem gorącej herbaty. Na wszelki wypadek wprowadziłam ograniczenie – 100 zł miesięcznie na książki. Dlatego w sobotnie i niedzielne poranki, przy kawie przeglądamy strony z promocjami i decydujemy co kupimy. Na razie trzymam się dzielnie wyznaczonych sobie limitów.

Klik – do koszyka. Klik – do banku. Klik – czytam!

Dlaczego nikt wcześniej nie uświadomił mi jakie to proste! Żeby nie było – próbowano – ale dopóki sama nie spróbowałam nie wierzyłam. Przecież Piotr Kindla ma już ponad dwa lata. Co mnie przekonało?

Wakacje 2017 r. Lecimy do Włoch. Tani bilet, bagaż podręczny. W małych plecakach musi się zmieścić życie biegaczy, turystów górskich i plażowiczów na dwa tygodnie. Ważę dwie książki w rękach. Wybieram grubszą i z trudem dopycham ją do torby. Piotr zgrywa na czytnik kilka pozycji, a mógłby znacznie więcej. Nie spodoba się, będzie miał nastrój na inną – to będzie czytał coś innego. Ja nie będę miała takiego wyboru. Moja lektura nie była może i zła, ale przewidywalna, a tego nie lubię.

Kilka tygodni wcześniej – przygotowuję mieszkanie na wejście ekipy malarskiej. Żeby dało się przesunąć cztery regały książek, trzeba je najpierw zdjąć i zapakować do pudeł. Mam cztery ogromne pudła i wypełniamy je po brzegi. Dwa lata temu przybył kolejny regał, bo trzy poprzednie nie udźwignęły by już nic więcej. Po przerzedzeniu książek, szybko się okazało, że piąty regał też by się przydał. Tyle, że z wielu z tych książek ścieram już tylko kurz. A co będzie jak zaplanuję przeprowadzkę z tymi wszystkimi książkami? Za dużo tego!

Trzeba było podjąć rozsądne decyzje. Do tego najlepszy jest komputer, tabelka w Excelu i wolny wieczór. Podzieliłam książki na te, z którymi nie mam serca się rozstać i te, które powinien ktoś jeszcze przeczytać. Tych ostatnich zebrało się ponad 200. Trafiły na różnego rodzaju aukcje i grupy. Wycenione po 5, 10, 15 zł. Część jeszcze czeka na czytelników, więc zapraszam na kiermasz J

Wszystkie zebrane w ten sposób pieniądze przeznaczyłam na coś niezwykłego – Kindla Voyage. Upolowany z super rabatem na Amazonie.

I to była miłość od pierwszego dotyku! Jedyne czego żałuję, że taka późna!

Czytam już podczas smażenia naleśników, nocą gdy nie mogę spać. Stoję w kolejce do laboratorium – czytam. Przerwa w czasie konferencji – czytam. Teraz mogę wszędzie – nawet w korku! Nie słychać szelestu kartek, a światełko ekranu nikogo nie budzi. Tylko na początku kilka razy złapałam się na tym, że chciałam odwrócić kartkę. Przyzwyczajenie…

Zalety? Czytam szybciej. Nie wiem jeszcze z czego to wynika, ale to raczej nie kwestia oszczędzania czasu na przewracanie kartek. W dwa wieczory spokojnie połknę ponad 200 stron (tyle ma wersja papierowa). Do końca roku przeczytam to czego nie zdążyłam do tej pory. Tym bardziej, że przede mną podróż do Hiszpanii, znowu tani bilet i bagaż podręczny, a ja mogę zabrać całą bibliotekę.

Może to jest sposób na promocję czytelnictwa w Polsce?

A tymczasem zmykam do mojej wirtualnej księgarni, bo widziałam fajną promocję!

Dlaczego Alpy Bergamskie?

To mój subiektywny wybór NAJ Alp Bergamskich…
… a pewnie jest ich znacznie więcej. Wyobraźcie sobie…

… potok płynący środkiem urokliwej doliny, który przez tysiące lat wyrzeźbił w skałach wanny, a nawet baseny. O gładkich brzegach, głębokie, wypełnione krystalicznie czystą i zimną wodą. Szlak wiedzie raz z jednej raz z drugiej strony potoku. Momentami aż trudno sobie wyobrazić, jak dostać się na drugą stroną. I ta cisza, przerywana okrzykami – patrz, patrz… tam w dole! A to widziałeś! Odwróć się! Zobacz w dół. To my, którzy trafiliśmy tu trochę przypadkiem wracając z Grigne. W terenie to szlak oznaczony 15B i łączy miejscowość Somana z niewielką, górską wioską o nazwie Era. Szlak prowadzi przez cały czas wzdłuż potoku. Trasa zaintrygowała nas już na mapie, gdzie zaznaczono wodospady i sporo punktów widokowych. Początek, idąc od Ery, jest dość stromy, wąska ścieżka zabezpieczona jest nawet łańcuchami. Te pojawiają się także niżej, gdy miejsca jest zaledwie na postawienie dwóch stóp, a zbocze dość urwiste. Gdybyśmy szli w przeciwną stronę, to na szczyt pewnie byśmy nie doszli. Zanurzyłabym się w jednym z tych zagłębień i rozkoszowała się zimną kąpielą. Od razu przypomniał mi się jeden z etapów wędrówki przez Korsykę, tam też natura stworzyła takie miejsca. I jeszcze coś – w tym niezwykłym, rajskim miejscu byliśmy kompletnie sami. Pierwszych ludzi spotkaliśmy już w pobliżu miasteczka, wcale się im nie dziwię, że szukali w tym potoku ochłodzenia.

… kilkunastometrowy wodospad. Na końcu tego szlaku – dla tych co idą w górę – a dla nas na początku, jest niesamowity wodospad. Tu zaplanowaliśmy pierwszy odpoczynek, moczenie stóp w lodowatej wodzie i sesję fotograficzną. Chłód wody po całym dniu wędrowania to najlepsza regeneracja. Aż nie chciało się ruszać z miejsca. Gdybym wiedziała, że to dopiero początek wrażeń!

… niezwykły bukowa las, a w nim gwiżdżące kozice. Ze schroniska Bietti Buzzi w dół prowadzą dwie ścieżki. Jedna pojawia się niespodziewanie i skręca w prawo. Wiedziona jakąś intuicją zawracam Piotra, który pomknął już w dół. – Tędy, chodźmy tędy – zachęcam. I skręcamy. Najpierw przez łąki, wąską ale oznakowaną dodatkowymi żółtymi kropkami ścieżką, schodzimy w dół. Później pojawia się las, piękny, bukowy, chroniący przed słońcem. W ciemnym lesie, na brązowym tle początkowo trudno je było zobaczyć, może gdyby się nie ruszały pozostałyby niezauważone. Ale jedna z kozic tak zabawnie podskakiwała. W sumie wypatrzyliśmy trzy. Zupełnie się nas nie spodziewały. Rozpierzchły się w różnych kierunkach, a później nawoływały, jakby gwiżdżąc przez nos. Piękny widok, a trasa przez las jeszcze piękniejsza.

…kamienne domki ukryte w środku lasu. Chciałabym chociaż raz obudzić się w takim domku, z takim widokiem. Na trasie przez Calivazzo do Ery spotkaliśmy ich co najmniej kilka.

…dolinę niczym Tatrach, tylko bez turystów. Gdyby ktoś teleportował mnie do tego miejsca i kazał zgadnąć, gdzie jestem, to Tatry byłyby pierwszym skojarzeniem. Szczyty trochę w innym kształcie, doliny też bym nie poznała, ale krajobraz do złudzenia przypomina tatrzański. Trafiliśmy tu przypadkiem podczas wycieczki na Zucconne Campelli. Tak to jest jak się nie ufa mapie, a ufa Włochom, którzy mieszając angielski z włoskim chcą dla nas jak najlepiej. Z Piani di Bobbio na szczyt miały prowadzić dwie drogi – jedna łatwiejsza, przez piękne polany, druga – trudniejsza, po skałach. Łatwo zgadnąć co wybraliśmy. A że jeszcze w tą samą stronę szli inni turyści, to poszliśmy za nimi. Tylko oni nagle zatrzymali się i zaczęli wkładać uprzęże i szykować sprzęt na via ferraty, a tego akurat nie mieliśmy. Znowu więc zasięgnęłam języka… początek był na tyle dla nas łatwy – coś na kształt tatrzańskich szlaków z łańcuchami, że szybko wyprzedziliśmy grupę i pomknęliśmy do góry. Do czasu jednak. Na wysokości 2100 m (pomiar wg Tom Tom’a) czyli mniej niż 100 m w pionie do szczytu, podejmujemy decyzję o wycofaniu się. Przed nami stroma ściana, a ja niestety nie jestem w stanie ustalić czy to najtrudniejszy moment czy nie. Postanawiamy tu wrócić jeszcze, ze sprzętem, i powspinać się na tej ferracie. Zamiast powrotu po własnych śladach schodzimy stromym trawiastym zboczem, w dole widać już szlak. Dolina otoczona niemal ze wszystkich stron górami robi wrażenie. Odnajdujemy na kamieniu numer szlaku i odnajdujemy naszą pozycję na mapie. Wybieramy inny szczyt – Cima di Piazzo. Szeroki, trawiasty szczyt zakończony skalnym urwiskiem. Choć w pobliżu są aż dwa schroniska – jedno z nich dość kosmiczne (Rifugio Nicola) – na szczycie siedzą oprócz nas jeszcze zaledwie dwie osoby.

… kosmiczny statek na szczycie Monte Due Mani. Taki statek – schron – spotkaliśmy już na Grignetta. Szczyt wznoszący się niemal tuż nad Lecco i jeziorem Como widziałam już z Resegone, my trafiamy tu podczas wycieczki, której trasa rozpoczyna się w wiosce Casere. Czyli rano wywieźliśmy się tam autobusem, a teraz wracamy przez góry. Szczyt Due Mani jak podaje Wikipedia to dziesięć małych szczytów, których grań przypomina dwie otwarte dłonie, stąd nazwa. Po drodze spotykamy stado koni, kozicę, a pod szczytem wyleguje się spore stado kóz. Jak tu dotarły, czemu zwabiła je licha trawa wśród skał i kto je wydoi na tej wysokości? A może same wracają na noc niżej, ot wysokogórskie kozy, jak i owce, które spotkaliśmy kilka dni wcześniej, kilkaset metrów po zejściu ze szczytu Grigne.

…widoki, widoki i jeszcze raz widoki! Wystarczy wyjść na szczyt. Z jednej strony jezioro, z drugiej morze gór. Tych bliższych – Alp Bergamskich i tych wyższych, pokrytych lodowcami. Stojąc tam na górze, łatwo planować kolejne wycieczki. To tam chodźmy, tam i potem tam.

…Resegone. Jedna z najładniejszych gór jakie widziałam. Zwyczajnie – ma piękny, charakterystyczny kształt. A do tego jest bardzo różnorodna i oferuje kilka dróg na szczyt, w zależności od potrzeb i umiejętności. KLIK

…Grigne (2410 m npm), czyli królową. Nie mogę jej pominąć skoro kilka pierwszych NAJ pochodzi właśnie z wycieczki na ten szczyt, a właściwie z drogi powrotnej z niego. Grigne widać z kilku miejsc. Najpierw z rejsu po jeziorze Como. Później ze szczytu Resegone, a w końcu mamy ją niemal na wyciągnięcie ręki, stojąc na szczycie Grignetta (2177 m npm). To wyciągnięcie ręki z tego miejsca jest jednak bardzo złudne. Łączy je szlak oznaczony numerem 7, ale na jego pokonanie potrzeba 3,5 godziny i przez Włochów określany jest jako bardzo trudny. Nie ma więc szans, byśmy podczas opisanej w poprzednim poście wycieczki, weszli na obie góry. To wyzwanie zostawiamy sobie na kolejny wyjazd. Grigne zdobędziemy poznając kolejny fragment Alp Bergamskich. Z Lecco wyruszamy jednym z najwcześniejszych autobusów, tuż po 7 ruszamy na szlak. Tym razem kierowca wysadził nas w Balisio i stąd rozpoczynamy wędrówkę. Zgodnie z planem, tym razem przejdziemy cały masyw i zejdziemy nad jezioro, skąd do Lecco wrócimy pociągiem. Jak się później okaże, to było prawdziwe zrządzenie, że wybraliśmy właśnie ten kierunek. Idąc w przeciwną stronę chyba zostalibyśmy w jednym z tych wyjątkowych miejsc, jakie odkryliśmy, o czy wyżej. Początek trasy to dość szybie podejście do schroniska Antonietta. Tak nam spieszno na górę, że nawet się tu nie zatrzymujemy. Tym bardziej, że pierwsze osoby już zaczęły podchodzić w stronę szczytu. Mijamy stado owiec i kóz i generalnie pniemy się w górę. Co prawda mam wrażenie, że szlak odbija w lewo na przełęcz, ale wszyscy podążają w górę więc my także.

…Bivacco Riva Girani na wysokości 1830 m npm, schron, który otwarto w 2010 r. i w którym w sytuacji awaryjnej lub w razie potrzeby można przenocować. To moje kolejne NAJ. I pełen podziw dla włoskiej przezorności! Bo bez czego nie można przeżyć w górach?! Jasne – bez wody, jedzenia i dachu nad głową w złą pogodę. Ale przecież pod ręką musi być kawiarka – a najlepiej trzy, by dla wszystkich starczyło! – kawa, cukier i … korkociąg. Wokół czysto  i choć skromnie, można tu spokojnie spędzić noc. Widok o poranku muszę jeszcze kiedyś zobaczyć. Po krótkiej przerwie znowu ruszamy do góry, ścieżka prowadzi w kierunku grani, choć głowę bym dała, że szlak widzę po lewej stronie. Po drodze mija mnie biegacz… Po 3 godzinach i 15 minutach marszu okazuje się, że wyżej już się nie da. Piotr siedzi na swoim najwyższym szczycie już od kilkunastu minut. Tak, tak… ścigał się z biegaczami! To jego najwyższy wówczas szczyt, dlatego tradycyjnie świętujemy już w schronisku, po włosku.

…smak nalewki na szczycie! Wybieramy dwie i delektujemy się na tarasie grappą na bazie lukrecji i likierem ziołowye Braulio Amaro Alpino, według receptury opracowanej w 1875 r. przez botanistę Dottore Francesco Peloni. Składniki Amaros, jak można przeczytać na stronie jednego ze sklepów z alkoholami, to wyłącznie świeże zioła i woda źródlana z regionu górskiego Valtellina. Zioła są suszone na świeżym powietrzu, a następnie fermentowane przez miesiąc przy użyciu wody źródlanej i alkoholu. Teraz już rozumiem skąd ten smak. W schronisku spotykamy biegaczy – opowiadają nam o biegu na Grigne i o półmaratonie w Lecco. Pierwsze schronisko powstało w tym miejscu w 1895 roku. Obiekt nie przetrwał jednak wojny i został zniszczony w 1944 roku. Odbudowano go 4 lata później, a jego dzisiejszy kształt to efekt modernizacji przeprowadzonej w 1995 roku. Z tarasu przed schroniskiem aż nie chce się ruszać.

Do trzech razy sztuka! Rysy

Na ten szczyt wybieraliśmy się razem – bo trudno powiedzieć, że próbowaliśmy wejść – już trzy razy. Pierwszy raz we wrześniu ubiegłego roku. Dzień po moim powrocie z Roztocza mieliśmy wstać o 4 nad ranem, godzinę później wsiąść do auta, dotrzeć do Palenicy Białczańskiej, pokonać asfaltową drogę do Morskiego Oka (bo zwykle to ona mnie pokonuje swoją długością, asfaltem i konnymi dorożkami z tłumami turystów), wejść na szczyt i wrócić tą samą drogą. Karkołomne jak na jeden dzień. O 4 rano zabrakło nam obojgu motywacji, by tak poświęcić się dla tej góry.

Drugi raz wymyśliłam i zaplanowałam wyjazd w Tatry na pierwszy lipcowy weekend. Tym razem miało nie być nielubianej przeze mnie asfaltowej drogi do „Moka” (tam i z powrotem). Mój wariant: dzień pierwszy – Kuźnice, Murowaniec, Zawrat, Dolina 5 stawów, Szpiglasowy Wierch i zejście do Morskiego Oka. Drugi dzień: wejście na Rysy i zejście do Palenicy. Udało mi się nawet zarezerwować nocleg w schronisku nad Morskim Okiem – spróbujcie sami. Niektóre terminy gospodarze oferują już… na przyszły rok. Udało się nam nawet wstać o 4 rano i o 7 zameldować na parkingu przy Rondzie Kuźnickim. Mniej więcej do tabliczki Zakopane, wszystko szło zgodnie z planem. Gdzieś na wysokości Kościeliskiej spadły pierwsze krople deszczu, potem kapało, padało i lało. W aucie przesiedzieliśmy godzinę. Ja zaklinałam chmury i pogodę. Miły pracownik campingu pod Wielką Krokwią sprawdzał dla mnie w Internecie wszystkie możliwe prognozy pogody. (Dziwne, bo moje prognozy od kilku dni mówiły o całkiem dobrych warunkach!) – No, ciulata pogoda, hej – podsumował swoje poszukiwania, z charakterystycznym góralskim zaśpiewem. Wróciliśmy do domu jak niepyszni.

Kolejną datę wyznaczyłam na pierwszy weekend września. Na nocleg w Morskim Oku czyli realizację powyższego planu nie było już szans. A, że w ręce trzymałam najnowsze wydanie NPM, w którym podano wyniki rankingu najlepszych schronisk (wygrało po raz drugi z rzędu schronisko w Dolinie Roztoki, jedyne w którym mimo tylu lat chodzenia po Tatrach nigdy nie byłam), zadzwoniłam do zwycięzców z gratulacjami i z nadzieją na nocleg. Udało się – co prawda czeka mnie deptanie asfaltu, ale mamy gdzie spać.

Im było bliżej wyjazdu tym prognozy były gorsze. Łącznie z zapowiedzią śniegu w wysokich partiach. Zamiast czapeczki z daszkiem chroniącej przed słońcem, do plecaka trafiły czapki, opaski i rękawiczki. Do tego polary, kurtki i długie spodnie. I nadzieja, że do trzech razy sztuka. Im bliżej było wyjazdu tym częściej modyfikowałam plan. W końcu zapadła decyzja, że skoro wyjeżdżamy w piątek po pracy i śpimy w Roztoce, na Rysy ruszymy już w sobotę. Unikniemy tłumów! Burze miały pojawić się w górach po południu, dlatego im wcześniej zaczniemy – tym lepiej i tym większe szanse by wejść na górę.

Skąd ta determinacja? Ano obiecałam Piotrowi zdobycie najwyższego szczytu naszego kraju – to kolejna cegiełka w zdobywaniu doświadczenia i poznawaniu Tatr. Kilka osób weszło już ze mną na Rysy, wiedziałam, że kondycyjnie i technicznie Piotr sobie poradzi. Rok wcześniej w bardzo trudnych warunkach przeszedł słowackie Rohacze, a przed nami jeszcze wspólna Orla Perć. Jeśli więc mówię, że wychodzimy wcześnie, to mam na myśli naprawdę wczesną godzinę. W schronisku cisza nocna trwała jeszcze w najlepsze, gdy jak myszki pakowaliśmy plecaki. Dość dodać, że mój TomTom zakwalifikował ten trening jako… nocny. Bo i nocą, przy świetle czołówek opuszczaliśmy schronisko. Była dokładnie 4.50! Kilka minut po godzinie 6 zameldowaliśmy się nad Morskim Okiem. Co prawda nie liczyłam na tłumy towarzystwa, ale spodziewałam się, że jednak jeszcze ktoś pójdzie. A tu nikogo. Dodam, że pogoda była… dla koneserów. Nisko wiszące chmury nie dawały nadziei na sukces. Stawu właściwie nie było widać. Na szczęście spotkaliśmy jeszcze kilka osób, które na Rysy ruszały z Morskiego Oka. Czyli jednak jest kilku wariatów więcej. Tuż przed 7 byliśmy już nad Czarnym Stawem. Szybko – uznałam – ale to przecież dopiero początek. Zawsze w tym miejscu przypomina mi się opis szlaku z najlepszego przewodnika po Tatrach autorstwa Józefa Nyki: po obejściu Czarnego Stawu szlak gwałtownie podrywa się do góry. Rzeczywiście podrywa się. Na dodatek mokre od wilgoci kamienie uświadamiają, jak ślisko może być na zejściu, a i skały powyżej Buli pod Rysami, gdzie zaczyna się prawdziwa przygoda czyli łańcuchy też wolałabym by były suche i dawały dobrą przyczepność. I tym razem góra nareszcie pozytywnie mnie zaskoczyła. Powyżej Buli, gdzieś za pierwszymi łańcuchami podniosłam głowę i zobaczyłam zarys szczytu. Chmury zdecydowanie się przerzedzały! Im wyżej, tym widoków było więcej. A to w stronę Mięguszowieckiego, a to na Niżne Rysy. Szybko pokonywaliśmy kolejne metry, po drodze minęliśmy kilka osób, które wyszły przed nami i powyżej nie było widać nikogo. To dawało szansę na niezwykłe zjawisko – na szczycie będziemy sami! Kto był na Rysach w trakcie sezonu turystycznego wie, jaka to rzadkość! Zadzieram głowę do góry i okazuje się, że za moment dotrę do grani! A stamtąd do celu już blisko. Zerkam na zegarek niedowierzając, że to już. I wyciągam aparat bo chmury właśnie się rozstąpiły, a ja mam przed sobą panoramę słowackich szczytów wynurzających się z morza chmur. Jeszcze tylko ubezpieczony trawers, obchodzimy szczyt i siadam na najwyższym punkcie naszego kraju. I rzeczywiście – po raz pierwszy jak tu jestem – nie ma oprócz nas nikogo. Jest godz. 8.45! Niedowierzam trochę. Znad Czarnego Stawu zaledwie 1 h i 45 min. Od Schroniska w Roztoce – 3 h i 45 minut marszu. Jeszcze pamiątkowe zdjęcia, wejście na słowacki wierzchołek wyższy o 4 metry i ruszamy w dół. Mamy sporo czasu i jeśli pogoda się utrzyma planuję pokazać Piotrowi jeden z moich ulubionych szczytów – Szpiglasowy Wierch. Co prawda zwykle chodzę w przeciwną stronę czyli z Doliny 5 Stawów, ale ten wariant pozwoli nam uniknąć powrotu do schroniska asfaltową drogą. I znowu powtórka z rozrywki – na dole chmury przesłaniają widoki, im wyżej – tym lepiej. Na chwilę nawet zaświeciło słońce! Ta trasa, dość mało popularna, jest przepiękna. Nawet Mnich wynurzył się z chmur, dokładnie widać szlak na Wrota Chałubińskiego, a pod Szpiglasowym spotykam zaciekawioną kozicę. Widoki jeszcze są, ale gdy schodzimy do „piątki” towarzyszy nam już tylko wiatr i chmury. Do Roztoki docieramy po godz. 16 czyli niespełna dwanaście godzin od wyjścia, po 32 km i prawie 2,5 tys. m przewyższenia.

Do trzech razy sztuka – uśmiecham się zadowolona. Piotr ma swoje Rysy, ja dotrzymaną obietnicę i szarlotkę na ciepło z lodami w najlepszym polskim schronisku. Ten wyjazd miał być też dla mnie okazją poznania miejsca, które przez lata wędrowania po Tatrach, omijałam. I pewnie jak wielu turystów nie zeszłam zielonym szlakiem od Wodogrzmotów Mickiewicza. Z tego miejsca to zaledwie 15 minut. Paradoksalnie – to dobrze dla tego miejsca. Nie ma tam tłumów, które wpadają na piwo i siku. Schronisko dzięki unijnym funduszom przeszło remont w 2010 roku. To na co zawsze w pierwszej kolejności zwracam uwagę to stan łazienek. I tu zaskoczenie – jest lepiej niż w nie jednym pensjonacie. Czysto, funkcjonalnie i jeszcze ogrzewanie podłogowe! W kuchni turystycznej lodówka – brawo dla gospodarzy – i miejsce gdzie można zostawić zbędną żywność innym turystom. Pokoje niewielkie, ale czyste. Do tego chwalona przez turystów kuchnia i sympatyczna atmosfera – poczynając od momentu rezerwacji, przez kontakt przed przyjazdem, aż po sam pobyt. Zdecydowanie polecam!

Swoich wejść na Rysy nie liczę, 7 razy byłam tam na pewno, ale podejrzewam, że jest tego więcej. Może jeszcze pokusimy się o zimowe wejście, ale to może… Zdecydowanie planuję swój powrót na słowacką stronę, gdzie ciszej, spokojniej, a szlaków pod dostatkiem. W przyszłym roku planujemy jeszcze wspólną Orlą Perć – też ze startem o 5 nad ranem najlepiej.

Prawie jak Tatry… Prawie!

Gdyby…

Gdyby Włosi przyznawali obywatelstwo za zdobycie pewnej góry, ja byłabym już Włoszką. Gdyby… Weszłam na pewien niepozorny, choć bardzo piękny szczyt cztery razy. I czwarty raczej nie był ostatnim!

Gdyby nie pewna dziewczyna, Agnieszka, raczej  nigdy bym o tej górze nie usłyszała. Ma niewiele ponad 1800 m npm. Bo są takie góry, które znają tylko wtajemniczeni. Agnieszka wtajemniczyła mnie, pewni Włosi Agnieszkę, a latem tego roku ja wtajemniczyłam Piotra. I chyba dość skutecznie, bo są już plany powrotu i ponownego wejścia na szczyt, tym razem trasami z via ferratami.

Co prawda kilka lat wcześniej o tej górze pisałam w pewnym miesięczniku górskim KLIK, ale po tym tekście zbyt wielu turystów z Polski raczej tam nie poleciało, a na szlakach trudno spotkać tłumy. Każdego dnia mijaliśmy zaledwie kilka osób. Ot, wchodzili na szczyt z różnych stron a potem każdy szedł w swoją stronę.

Kiedy więc kilka miesięcy temu znalazłam tani bilet lotniczy z Ostrawy do Bergamo przeprowadziłam w domu krótką akcję promocyjną tego włoskiego regionu. Tani, bardzo tani bilet! Z lotniska, które wielkością bardziej przypomina dworzec autobusowy. Tak tani, że za tę kwotę pociągiem nie dojadę do Warszawy i z powrotem. Po kilku dniach cena spadła jeszcze trochę a ja byłam posiadaczką dwóch biletów lotniczych do kraju, za którym się stęskniłam i do miejsca, które warto pokazać. Gdzieś tylko po drodze między koszykiem a zapłatą padło pytanie – co my tam będziemy robić – ale dokładnie wiedziałam co! Jeść pastę i lody, pić kawę i wino, podziwiać widoki.

Jednym z pierwszych jaki zobaczyłam, był widok światełka tuż nam moją głową. Była godzina 21, my właśnie wysiedliśmy z pociągu w Lecco, a ja spojrzałam za siebie. To świeci się górna stacja kolejki na Piani d’Erna – zawołałam! Po 8 latach nieobecności w tym miejscu, plac przed dworcem rozpoznałam od razu. Uliczka w dół. Po lewej miejsce, gdzie piłam kawę i przystanek autobusu nr 5. A potem skrzyżowanie. I tu popełniamy błąd – mało dokładna mapka, kiepski gps i zamiast w prawo skręcamy w lewo. I od tego momentu oddalamy się od celu – od mieszkania w Lecco i kolacji. Zdezorientowana, bo nie widzę nawet jeziora, postanawiam zatrzymać pierwszego napotkanego Wocha. Roberto już po pierwszym zdaniu uświadamia mi za co tak bardzo lubię Włochów. Za bezpośredniość. W środku nocy, z uśmiechem na twarzy, łamaną angielszczyzną z włoskimi wkrętami, w jednej chwili rzuca swoje plany, zmienia kierunek marszu i postanawia nam pomóc. W rezultacie zawraca z kompletnie źle obranej drogi i odstawia niemal pod drzwi. Co prawda nie jest to najkrótsza trasa – bo po drodze musi nam pokazać najlepszą lodziarnię, najlepszą piekarnię, najlepszą pizzerię i najlepsze miejsce na aperitivo. Braknie czasu by to wszystko przetestować! Rozmawiamy o kuchni włoskiej, tańcu, historii miasta, torach wyścigowych – to dla Piotra – i o czekoladzie. Widać było, że podobało się mu, że nam się tu podoba!

A ja uwielbiam Włochy. W najzwyklejszym sklepie spożywczym czuję się jak w raju – oliwki, sery, makarony, pesto i limoncello. Na szczęście, w Lecco przytycie nam nie grozi. Upał – temperatura wieczorem nawet 35 stopni – skutecznie odbiera mi apetyt na cały dzień. A dokładnie po espresso i rogaliku, aż do pasty i wina. Czas pomiędzy spędzamy w górach!

W 99% przypadków w góry zabieram mapę. Ten 1% to wycieczki na Szyndzielnię, Klimczok, Błatnią czy inne pobliskie górki, gdzie znam każdy zakręt, a trasy wrzucam do grupy: spacer. I korzystam z tych map – a to znajdę alternatywną ścieżkę, a to nową trasę, dzięki której zaplanuję pętlę. Tu zapomnijcie o klasycznych mapach. Jeszcze w Polsce, w jednym z internetowych sklepów zdobyłam turystyczną mapę Lake of Como. Szybko kupiłam i jak otworzyłam to się rozczarowałam. Moja kultowa góra nawet się na niej nie zmieściła, a przecież króluje nad Lecco! Wszystkie szlaki oznaczono kolorem czerwonym, nie ma ich numerów i czasów przejść. Przez dwa pierwsze dni pobytu w Alpach Bergamskich bazujemy więc na mojej pamięci, wspomnieniach sprzed lat i tekście mojego autorstwa w NPM (na szczęście nie brakuje tam praktycznych informacji, z których przed wyjazdem zrobiłam notatki). Pamiętam gdzie był przystanek autobusu nr 5, wiem gdzie kupić bilety i nawet poprawnie odczytuję rozkład jazdy! Jedna linia – piątka, ten sam przystanek, a zatrzymują się tu autobusy jadące w przeciwnych kierunkach i w dodatku w kilkuminutowych odstępach czasu. Do tego inaczej jest w wakacje, święta, niedziele, w dni wolne i jeszcze inaczej w sierpniu! Wsiadamy do właściwego autobusu i docieramy do dolnej stacji kolejki linowej. Tak jak kilka lat temu Agnieszka, tak ja teraz wpadam do środka po schemat z numerami tras. BINGO! Ale zanim ruszymy znowu zagaduję pierwszego spotkanego Włocha – tym razem pracownika kolejki. I z tego byłabym tu znana – nie wiem, to od razu pytam. Czasem trafiam na barierę językową, ale częściej dostaję to czego potrzebuję.

To ruszamy, bo już się nie mogę doczekać „mojej” góry i wrażeń Piotra. Najpierw lekko w dół – to pamiętam! Ale potem już za bardzo w dół, a i góra jakby za placami. Wracamy! Nawet kilometra nie przeszłam a już zabłądziłam. Drugi raz, kilkaset metrów dale, gdy z asfaltowej drogi skręcam w pierwszą z brzegu ścieżkę. To nic, że nie ma znaku, ważne że do góry. Zatrzymuje mnie dopiero elektryczny pastuch więc znowu jest odwrót. Jednak miał być asfalt. Teraz już trzymam się grzecznie turystów przed nami i wszystko zaczyna się zgadzać. Podchodzimy do schroniska Stoppani – Agnieszka, pamiętasz jak dwa młode byczki wracały z pierwszego wejścia na Resegone, świecąc sobie pod nogi jedną czołówką?! Niewtajemniczonych zapraszam TUTAJ Po drodze mijamy jeszcze odbicie na via ferratę Gamma Uno, a ja snuję opowieści z przeszłości. Na Piani d’Erna zmiana planów, miały być trasa nr 5 i 1, ale zaraz, zaraz… Tu powinno być coś trudniejszego i bardziej efektownego. Dziesiątka! Przecież ja ją znam. Co prawda Piotr pyta czy się nie zgubię, ale skąd… ja?! Odzyskuję pamięć! I tu wszystko jest już na miejscu – widoki, pusty szlak, trochę łańcuchów i zęby piły czyli Resegone w całej okazałości. Piękna trasa, wołam co chwilę i trudno się dziwić, że na jednym ze zdjęć Piotr uwiecznił mnie z otwartymi w zachwycie ustami. I jest szczyt z pięknymi widokami. W schronisku wciąż kawa z 1 euro i wybór nalewek. No i znowu mieliśmy wracać jedynką. Ale w przedsionku schroniska wisi wyblakła mapa, a mnie nazwy miejsc coś przypominają. Passo Giuff, Passo del Fo, schronisko Alpinisti Monzesi. Zamiast jedynki jest więc siódemka i niesamowity, prawie beskidzki las. To drugie oblicze Resegone – z jednej strony strome skaliste zbocza, z drugiej łagodne i zalesione trasy. Na Piani d’Erna zaglądamy jeszcze na Pizzo d’Erna, słynną Gamma Uno – tym razem z drugiej strony i bardzo fotogeniczny most. To jeszcze na przełęcz chodźmy – patrzę błagalnym wzrokiem. Schronisko zamknięte – w samym środku sezonu – nie ma włoskich przewodników, ale ściana znajomej ferraty wciąż robi wrażenie. Wygląda więc na to, że moje czwarte wejście na Resegone może nie być ostatnim. Tym razem nie mam sprzętu na ferraty, ale Piotrowi góra się spodobała. Jest kolejny wtajemniczony.

Królowa i księżniczka

Są dwie. Ich strome zbocza opadające w kierunku jeziora Como widać doskonale podczas rejsu promem do Bellagio. Na szczycie Grignetta byłam wiele lat temu. Pamiętam szczyt i niesamowite formacje skalne mijane w drodze na wierzchołek. I widok na wyższą z Pań. Bo przecież Grigna i Grignetta to z powodzeniem mogłyby być piękne, kobiece imiona. Dzień wcześniej u wspomnianego już pracownika kolei linowej potwierdzam swoje przypuszczenia, że autobus nr 1 dowiezie mnie na miejsce, gdzie zaczyna się szlak. Stamtąd szlakiem wzdłuż potoku, Doliną Calolden mamy dotrzeć do Piani Ressinelli. Potok płynie jednak tylko na początku, później wody brak, ale szlak prowadzi wzdłuż skalnych form i ogromnych głazów, więc jest na co patrzeć. I w dodatku idziemy przez gęsty las, słońce tu nie dociera i nie czuć upału. Dziwne… Nic mi to nie przypomina, niczego nie kojarzę, jakbym była tu po raz pierwszy. Na Piani Resinelli wszystko staje się jasne. Poznaję parking i przystanek. My tu przyjechałyśmy porannym autobusem i dopiero stąd wyruszyłyśmy na szczyt. Tak jak wtedy – ruszamy w górę, tyle tylko, że jest już południe i słońce grzeje mocno. Zgodnie z informacją uzyskaną od pracownika schroniska – tak, znowu zaczepiałam ludzi! – czekają nas dwie godziny wędrówki na górę i 1,5 h w dół, o ile będziemy szybcy.

Najpierw zakosami pod górę przez las. Po kilkunastu minutach wychodzimy na otwartą przestrzeń. I od razu uderza we mnie rozgrzane powietrze. Jest południe, późno by wychodzić na szczyt. Ale pospaliśmy, późny transport, wędrówka doliną i dopiero teraz zaczynamy podchodzić na Grignettę (Grigna Meridionale, 2177 m npm). Dwie godziny w upale – myślę – nie będzie łatwo. Mijają nas pierwsze schodzące ze szczytu osoby. Do góry tylko my – pójdą jeszcze inni, ale za nami.

Im wyżej, tym więcej widać, ale znowu brakuje mi zapamiętanych widoków. Po prawej piękne strzeliste skały, udaje mi się nawet wypatrzyć dwuosobowy zespół w ścianie. Rozwidlenie szlaków – tu czeka na mnie Piotr z informacją, że według szlako wskazu do szczytu mamy 20 minut. Jak to?! To już?! Idziemy niewiele ponad godzinę. Kilka kroków dalej spotykamy włoskiego turystę, który zapewnia mnie, że jeszcze tylko kwadrans. I rzeczywiście – szybko stajemy na szczycie, gdzie obok krzyża stoi charakterystyczna metalowa kapsuła. Schron Bivacco Ferrario , z którego w czasie burzy nie chciałabym korzystać. Widok na szczycie i ze szczytu się zgadza – przed nami Grigna (lub Grignone albo Grigna Settentrionale 2410 m npm). Z daleka – niby na wyciągnięcie ręki, z Grignetty jakby trochę dalej. Za późno już by wejść na drugi szczyt i za dnia dotrzeć do domu. Trzeba więc zaplanować dodatkową wycieczkę na szczyt. Wycieczkę tak niezwykłą i obfitującą w tyle pięknych miejsc, że zostawiam ją na dodatkowy wpis.

Informacje praktyczne:

Bilet lotniczy z Ostrawy do Bergamo – Ryanair: 140 zł w obie strony.
Lot trwa niespełna półtorej godziny. Lotnisko w Ostrawie przypomina raczej większy dworzec autobusowy. Można zostawić na parkingu – ale na dwa tygodnie to wydatek blisko 200 zł. Można z Czeskiego Cieszyna dojechać wprost na lotnisko pociągiem. Podróż z przesiadką trwa 1,5 godziny. Bilet kosztuje 100 koron.

Autobus nr 1 dowiezie z lotniska Bergamo do centrum miasta w ciągu kilkunastu minut. Przystanek tuż przed halą przylotów. Bilet można kupić na lotnisku – cena: 2,30 euro. Autobus jeździ co pół godziny.

Pociąg z Bergamo do Lecco: 3,60 euro od osoby. Podróż trwa 40 minut.

Linia nr 5 – przystanek tuż obok dworca. Kierunek: kolejka na Piani d’Erna. Bilety do kupienia w kiosku. Cena: 1,30 euro.

Linia nr 1 – przystanek tuż obok dworca. Kierunek: Laroca. Trzeba wysiąść na ostatnim przystanku. Koszt biletu: 1,30 euro.

Kawa espresso: 0,9-1 euro
Rogalik z kremem: 1,30 euro (polecam krem tesoro di bosco – owoce leśne i pistacchio – pistacjowy)
Duża kanapka z wędliną i serem: 3,50
Cappuccino: 1,20 euro

W Bellagio – gdzie warto popłynąć promem – 16 euro w obie strony, rejs trwa ponad 1,5 godziny – jedliśmy przygotowywane w sklepie kanapki, z wybranych składników. Ciabatta, prosciutto, ser lokalny, oliwki zielone, pomidor: 5 euro.

Wino w sklepie Conad: 3-4 euro
Limoncello: 6 euro

Informacja turystyczna: godz. 9-18
Koniecznie trzeba odwiedzić to miejsce i zabrać mapę z oznaczonymi szlakami. Trasy są ponumerowane na mapie od 1 do 173. To nie jest ta sama numeracja co w terenie! Na odwrocie mapy trzeba znaleźć wybrany numer, odczytać jego numer w terenie i czas przejścia. Nie jest to może zbyt wygodne, ale szlaków jest tyle, że kolory tworzyłyby niemożliwą do odczytania siatkę. Są jednak szlaki, których na mapie nie ma – to różne warianty jednej z tras. W terenie opisane są dość dobrze, są strzałki i tabliczki. Warto wiedzieć w jakim idzie się kierunku. Z oznakowaniem szlaków w terenie bywa różnie – to co znamy z polskich gór, tutaj nie istnieje. Czasem na szczyt prowadzi tylko wyraźna ścieżka, a znaki zatarł czas. Czasem szlak o tym samym numerze pojawia się w kilku miejscach na zboczu tej samej góry i nijak się te drogi w rzeczywistości nie łączą.

Szlaki oznakowane są białymi i czerwonymi, pionowymi pasami – czerwony, biały, czerwony – na białej części najczęściej jest numer szlaku. Ale spotkałam też w terenie czerwone kropki, żółte strzałki czy linie oznaczające kierunek na grani i niebieskie kropki. Na początku może trudno się połapać, ale z każdym dniem w Alpach Bergamskich jest coraz łatwiej.

Wybierając się w określoną część Alp Bergamskich, na wybrany szczyt – warto mieć oprócz mapy schemat szlaków dla danego obszaru. Np. Resegone, Grigna, Monte Legnone. To jednak schemat szlaków z ich numerami zaznaczonymi na zdjęciu masywu.

Pracownicy informacji turystycznej mają sporą wiedzę o tych górach, wydrukują rozkład jazdy, dadzą mapę i schematy. Są bardzo pomocni w planowaniu wycieczek. Na moim egzemplarzu profilaktycznie napisano mi nawet numer do ratowników górskich – na wszelki wypadek. Nie był nam potrzebny, ale zapewniono mnie, że mówią po angielsku i pomogą w razie konieczności.

Pociąg Lecco-Mediolan: 4,60 euro. Podróż trwa 50 minut.

W ciągu 6 dni pobytu w Lecco i w Alpach Bergamskich wypiliśmy:
40 litrów wody/2 osoby
3 litry soku owocowego
2 limoncello – po 0,5 litra
5 win czerwonych i 2 białe

Pod słońcem Toskanii

Z każdym kilometrem jestem coraz bardziej przerażona. Wysiedliśmy na stacji Castagneto Carducci-Donoratico. Tu zapakowaliśmy nasze plecaki do włoskiej Pandy i zaczęliśmy się oddalać. Od morza, plaży, pizzy i cywilizacji. Najpierw dotarliśmy do miasteczka na wzgórzu, a później pojechaliśmy dalej – na drugą stronę tego wzgórza. Donikąd. Do samego centrum niczego. Do starej farmy pośród toskańskich wzgórz. Do miejsca, gdzie porządku pilnują Brandy i Whisky (psy!).

 

Kilka dni później. Na toskańskim wybrzeżu wieje wiatr. Temperatura spadła o 10 stopni – do 25! Ogromne fale moczą mnie bardziej niż planowałam. Idziemy wzdłuż prawie pustej plaży. Leżaki na prywatnych plażach kompletnie opustoszały, ratownicy pilnują by nikt nie wchodził do wody. Na chwilę zaglądamy do Mariny. Tu przeniosło się życie – kawiarenki, restauracje, hotele i pensjonaty pełne są turystów. Sprawdzamy rozkład jazdy – za godzinę wracamy na wzgórze, a później jeszcze 40 minut marszu i znowu będę w cudownym środku niczego! Wracam do grających donośnie cykad, do widoku z naszego tarasu i do niespiesznych rozmów przy długich kolacjach przy winie. Już tęsknię za tym widokiem, już szukam biletów lotniczych na marzec, już snuję plany powrotu do Toskanii, choć w inne miejsce i w innym czasie.

Co wiedziałam o miejscu, które wybrałam na drugą połowę urlopu? Niewiele, ot tyle co z filmu, internetowych tekstów i pocztówkowych zdjęć. Co zobaczyłam? Spaloną słońcem ziemię, gdzie deszcz nie padał od marca-kwietnia, gdzie brakuje wody, a stopy szybko pokrywa warstwa pyłu. Niewielki deszcz spadł w czasie naszego pobytu i to nawet dwukrotnie! Najpierw burza skróciła nasz spacer, a później w nocy wielkie krople przyniosły ochłodzenie. Wody starczyło jednak, by zaledwie opłukać pył z roślin.

 

Naszą gospodynią jest pochodząca ze Szkocji Bridget. Mieszka tu od 33 lat. Przyjechała tu z miłości. Zakochała się w tym widoku i po studiach we Florencji została wśród toskańskich wzgórz. Nie trafiła tu przypadkiem. Całkiem niedaleko na równie starej farmie mieszkali przyjaciele jej rodziców. Lipiec i sierpień to najgorsze jej zdaniem miesiące na poznawanie tego regionu. Zaprasza wiosną – gdy wszystko kwitnie i zimą – gdy można planować długie wycieczki. I choć na zakrętach znaki drogowe z charakterystycznymi gwiazdkami ostrzegają, że może być ślisko to ostatnio śnieg widziano tu pod koniec 20 wieku. Ku radości dzieciaków.

Do Castegneto Carducci mamy ok. 40-45 minut marszu. Zależy czy wybierzemy tzw. skrót i podejmiemy nierówną walkę z końskimi muchami czy niemal niezauważeni pójdziemy główną drogą. Główną – choć z trudem mijają się tu dwa samochody! I choć Bridget ostrzega przed tłumami turystów, ja ich tu nie widzę. Kilka ulic, miejski deptak, ruiny zamku, kościół San Lorenzo, dom poety Giosue Carducci, który w dzieciństwie mieszkał tu przez kilka lat (w roku 1906 otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury, a rok później miasteczko zmieniło nazwę z Castagneto na Castagneto Carducci), kilka restauracji i trzy lodziarnie.

 

We Włoszech bez lodów się nie obejdzie. Tu wybieramy najstarszą w mieście lodziarnię – Gelateria Casalini. Za 5 euro mam przed sobą największą porcję. Wśród ulubionych smaków jest oczywiście pistacjowy. Znajdujemy niewielki park skąd rozpościera się bajeczny widok na okolicę. W oddali wybrzeże, wokół winnice. I to właśnie spacery między winnicami są tu największą atrakcją. Winnica położona najbliżej naszego domu to Mulini di Segalari, której wyroby towarzyszą nam co wieczór. Gospodyni ma je w ramach sąsiedzkiej wymiany – ona ma jajka, on wino. Podoba mi się takie sąsiedztwo – tu winnica, a kawałek dalej produkcja oliwy. Tu z dzbankiem, tam z karafką wpadałabym na zakupy. Wina są całkowicie bio i eko. Zgodnie z filozofią właściciela, nikt tu nie popędza winorośli, wszystko dzieje się we własnym rytmie.

Może dlatego rano nie czuję ile wina wypiłam. A może to zasługa kuchni Bridget, która karmi nas lazanią, pastą, risotto i sałatą. A na początek bruschetta, humus. Do tego melony, prawdziwe figi i brzoskwinie. Oczywiście nie wszystko na raz! A rano wybornie smakuje chleb domowej produkcji, dżemy i kawa czarna jak smoła.

 

Żeby to wszystko spalić trzeba iść na spacer. Włóczymy się więc. A to drogą przed siebie, im wyżej tym piękniejsze i rozleglejsze widoki. A to skręcimy w prawo i idziemy tak długo aż na drodze stanie nam brama do czyjejś posiadłości – domek czy farma to z pewnością nie jest odpowiednie określenie. Moją uwagę przykuwa znajdujący się tuż po sąsiedzką zamek – Castello di Segalari. Niestety jest prywatny i szczelnie otoczony drzewami. Przez bramę dostrzegam więc tylko kort tenisowy i mogę się tylko domyślać jaki widok rozpościera się z jego okien. Zresztą, jak się okazuje, można tam zamieszkać, a nawet zaplanować ślub. Wnętrza robią wrażenie – koniecznie odwiedźcie stronę zamku. Od razu zabieram Was do galerii KLIK

Innym razem skręcamy w stronę winnic: Podere Grattamacco i Guado al Melo. Nikogo oprócz nas tu nie ma! Jak to możliwe?! Co zakręt to piękniejszy widok. Do tego przydrożne drzewa, których owoce bardzo mnie intrygują. W końcu rozpoznaję figi! A te znam tylko suszone! Zerwane prosto z drzewa smakują niesamowicie. Przy jednej z winnic oceniam też słodycz winogron. Są fantastyczne.

Oczywiście było i bieganie! Choć po przerwie biegowej, w upale i raz pod górkę a raz z górki. Więcej biegaczy spotkaliśmy nad morzem czy poniżej miasteczka. Tu byliśmy raczej jedynymi. Zresztą jeden z mieszkańców, mijając mnie na skuterze miał wyraźnie zdziwioną minę. Na szczęście sąsiad Bridget, obok którego przebiegłam kilka razy, na mój widok wołał „buongiorno”.

P1140681

Pierwsze spotkanie z Toskanią było dla mnie szokiem. Wyjeżdżałam jednak oczarowana tym miejscem. Jeszcze o świcie robiłam ostatnie zdjęcia oświetlonych słońcem wzgórz. I już ustawiłam alert na tani bilet lotniczy. Oczywiście do Toskanii, choć w inne miejsce i w czasie, gdy wszystko bajecznie kwitnie.