Walencja dla biegaczy

W Walencji nie samym bieganiem żyje człowiek… a jak nie biega to patrzy gdzie tu można biegać, szuka biegowych sklepów, przymierza biegowe buty i je!

Biegacze.JPG

Nie bez powodu adres strony internetowej maratonu w Walencji to: Valencia – Ciudad del running czyli Walencja – miasto biegania. W przyszłym roku odbędą się tam Mistrzostwa Świata w Półmaratonie (zanim dwa lata później dotrą do Gdyni). Czasem po treningu w Bielsku-Białej Piotr pyta mnie ilu biegaczy spotkałam (im mniej tym gorsza pogoda), tam takiego pytania by nie zadał. Powód – nie sposób ich policzyć! To miasto stworzone do różnych aktywności i sportów, ale dla biegaczy wprost wymarzone.

Długie wybieganie? Zapraszam do Ogrodów Turii o długości ok. 9 km. Jardin del Turia zajmują dziś  110 ha dawnego koryta rzeki.

Ogrody Turii pierwsze budzą się do życia. Zaraz po wschodzie słońca pojawiają się biegacze, szybko dołączają do nich rowerzyści mknący do pracy, potem matki spacerujące z wózkami.
WIĘCEJ TUTAJ

Ogrody Turii.JPG

I wszyscy mieszczą się w tej przestrzeni, a nawet jeszcze więcej. Jest tu jeszcze miejsce na kilka boisk, skateparków i plenerowych siłowni, a trawniki zajmują miłośnicy jogi, sztuk walki czy tańca. Ograniczeniem jest wyłącznie wyobraźnia! Jest tu miejsce dla wszystkich. Piesi mają swoje chodniki, rowerzyści swoje ścieżki a biegacze trasy. I to oznaczone co kilkaset metrów, więc zaplanowanie treningu staje się dziecinnie proste. I co ważne jest tu płasko, zupełnie płasko. To wszystko znajduje się w samym sercu Walencji, w miejscu gdzie jeszcze kilkadziesiąt lat wcześnie płynęła rzeka Turia, która bardzo często zalewała miasto. Ostatni raz w 1957 roku – zginęło wówczas ok. 80 osób, a sama Walencja została poważnie zniszczona. Trzy lata później rzekę „wygnano” z miasta, a jej koryto przekształcono w przestrzeń przyjazną mieszkańcom. Ogrody Turii zaprojektował Ricardo Bifill, a udostępnione zostały mieszkańcom i turystom w 1980 r. Na obu końcach Ogrodów znajdują się dwie atrakcje – największe w Europie Oceanarium i niezwykły Bioparc – ale o tym opowiem później.

Park zachwyca swoją różnorodnością. I to wszystko dzieje się w samym sercu miasta. Jestem zachwycona już od pierwszego spotkania. A to ma miejsce podczas biegu śniadaniowego. Do pokonania mieliśmy wówczas trasę 5 km, wytyczoną alejkami i na stałe oznakowaną. Oprócz nas – uczestników i przyjaciół uczestników Maratonu w Walencji – tego dnia w parku spotykamy dziesiątki, a pewnie i setki biegaczy. W pojedynkę, parami i grupami, każdy w swoim własnym, ulubionym tempie. Pewnie jak wszystko nawet ten park może się znudzić, można w nim przemierzyć wszystkie ścieżki wzdłuż i wszerz. Ale wtedy koniecznie trzeba pobiec do portu.

W miejscu, gdzie zaczyna się miejska plaża zaczyna się również deptak – latem podobno zatłoczony. W listopadzie trasę o długości 3,5 km z widokiem na morze opanowali biegacze i spacerowicze. Ci pierwsi mają znacznie większe możliwości jeśli biegają boso lub nie obawiają się pokonania dwóch kanałów. Wówczas droga do niezwykle urokliwego Port Saplaya stoi przed nimi otworem. To miejsce nazywane jest także Małą Wenecją i  nie bez powodu. Jedyne co mnie zadziwia to fakt, że odkrywam jej zakamarki zupełnie sama! Turystów o tej porze nie ma tu w ogóle, a jedynie jacyś nowożeńcy zorganizowali sobie sesję fotograficzną – a dokładnie nowa żona, bo nowego męża brak. Nieodłącznym elementem tej sesji jest oczywiście posiłek – o jedzeniu jeszcze będzie tutaj mowa!

Port Saplaya.JPG

Kolorowe domy zostały zbudowane tu wokół portu, a przed domami stoją nie samochody, ale łodzie. Po prostu o poranku wypływasz do pracy.

Skoro Walencja to taki raj dla biegaczy, to przecież gdzieś powinni się ubierać! Pod względem ilości biegowych sklepów Walencja trochę nas rozczarowała. Spodziewaliśmy się znacznie więcej, a już z nadzieją liczyliśmy na możliwość przywiezienia po parze niemal kultowych już Pearl Izumi. Niestety tylko w jednym miejscu znaleźliśmy kilka par, wyłącznie męskich. Ale jeden ze sklepów i jego właściciel na długo zostaną nam w pamięci. Natural Running Valencia podpowiada nam google, gdy siedzimy przy głównej ulicy handlowej miasta. Niewielki sklepik w bocznej uliczce prowadzi Carlos. Przez ponad godzinę rozmawiamy hiszpańsko-angielską mieszanką, a przez większość czasu ja jestem tłumaczem z hiszpańskiego na polski (doprecyzuję – po hiszpańsku rozumiem co nieco, ale generalnie nie mówię). Piotr w międzyczasie przymierza buty firm: Topo, Salming i Merrell.

Carlos, rocznik 1961 – dokładnie za trzy miesiące od naszego spotkanie będzie świętował swoje urodziny – prowadzi ten sklep od półtora roku. Piotr i Carlos za moim pośrednictwem rozmawiają więc głównie o dropie 3 mm (drop to spadek, różnica wysokości między piętą a palcami, im bliższy 0 tym bieganie bardziej naturalne) i o wyższości naturalnego biegania a nawet biegania na boso. Carlos w tym roku nie biegł maratonu w Walencji – z powodów osobistych. Jego ojciec, którym się opiekuje choruje na Alzheimera. Ale mimo tej choroby czasem razem biegają, i co ważne – boso. To zaledwie kilkaset metrów, może kilometr i to na prostej, pozbawionej kamieni trasie, ale jednak. Ojciec Carlosa, może nie pamiętać co jadł na śniadanie, ale doskonale pamięta poranny trening z Carlosem. Jak to możliwe? Tego nie potrafią wyjaśnić lekarze!

Sklep Carlosa to kontynuacja pasji. Jego właściciel od ponad 7 lat biega w butach naturalnych (drop 0). Próbował biegania w innych butach popularnych wśród biegaczy marek, ale od razu pojawiły się kontuzje. Od kilku lat myślał o własnym sklepie i teraz tutaj namawia ludzi do biegania w zgodzie z naturą.

W czasie, gdy Piotr ogląda i przymierza, Carlos sprzedaje dwie pary butów. Z klientami rozmawia jak z dobrymi znajomymi. Rozumiem, a może bardziej domyślam się, wyłapując słówka, że rozmawiają także o maratonie i interwencjach lekarzy. Było ich bardzo dużo, ponad 300 – podkreśla Carlos.

Ukochane buty Carlosa? Merrell Bare Access! I pokazuje nam model, który sporo już ma za sobą. A dokładnie 2200 km i 3 maratony. Jak będziecie w Walencji, koniecznie odwiedźcie to miejsce, jego właściciel opowie Wam jeszcze wiele historii. Znajomość hiszpańskiego zdecydowanie ułatwi kontakt, ale jak widać po nas – daliśmy radę.

Jak już pisałam TUTAJ – o wyjeździe na Maraton do Walencji zdecydowały dwie rzeczy – niezwykła meta i największe w Europie Oceanarium. Dzięki organizatorom biegu i pewnej uroczej bransoletce mogliśmy skorzystać z 15% rabatu na bilety. Jeśli możecie koniecznie zaplanujcie sobie na to miejsce pół dnia – po zwiedzaniu Oceanarium polecam nie rzucający się w oczy Bar Aquilino w dzielnicy Natzaret (1,5 km od Oceanarium).

Oceanarium to największe tego typu miejsce w Europie, o łącznej powierzchni 110 000 m². Obiekt został otwarty w 2003 roku. Można tu podziwiać około 500 gatunków zwierząt, w tym delfiny, rekiny, płaszczki, słonie morskie, pingwiny i żółwie. Ogromne akwaria mieszczą się pod powierzchnią ziemi, a jedną z największych atrakcji jest tunel, w którym rekiny przepływają nad głowami zwiedzających. Wrażenie zrobiły też na mnie niewielkie elektryczne meduzy. Nie brakuje tu ptaków – pelikanów, flamingów i ibisów. Miłośników Afryki zabieram do Bioparcu. Generalnie nie lubię ogrodów zoologicznych – z ich klatkami, w których zamknięto zwierzęta na niewielkiej przestrzeni. Do tej pory najlepiej oceniałam zoo w Ostrawie, zorganizowane na dużej przestrzeni i przyjazne dla odwiedzających i odwiedzanych. Tym razem zobaczyłam niezwykle zaaranżowane miejsce, gdzie wkracza się do świata zwierząt pozbawionego krat. Jak to możliwe, że lwy, goryle czy hieny (i inni przedstawiciele 50 gatunków) są tu niemal na wyciągnięcie ręki?! Dzięki nietuzinkowej aranżacji przestrzeni stworzono warunki najbardziej przypominające naturalne, w których żyją dzikie zwierzęta. Nie ma tu ani jednej kraty. Są za to przemyślnie zaplanowane fosy, skały i naturalne bariery. Tylko w kilku miejscach zamontowano specjalne szyby, dzięki którym stanęliśmy oko w oko z ponad 16-letnim lwem czy lampartem. Koniecznie trzeba zobaczyć – pokaz ptaków, karmienie słoni i Madagaskar! Madagaskar opanowały lemury (the frentirrojo lemurs), to ich teren, wolno im tu wszystko – zwiedzający mają za to niezwykłą przyjemność podziwiania tych zagrożonych wyginięciem zwierząt na wyciągnięcie ręki. Tylko tej ręki wyciągnąć im nie wolno. Wiosną ubiegłego roku urodził się nawet mały lemur!

Nie jesteśmy tradycyjnymi turystami. Nie byliśmy w muzeach ani galeriach. Jednym obowiązkowym wg przewodników punktem programu, który znalazł się także na naszej trasie był Kielich Graala ukryty w Katedrze. Jako czytelniczka Dana Browna zajrzałam tam na chwilę – wieczorową porą udało mi się uniknąć tłumów i opłat za wejście do kaplicy. Zamiast tradycyjnego zwiedzania były spacery uliczkami dzielnicy Ruzafa połączone z odwiedzaniem dziwnych sklepów, odpoczynek na plaży, wyjazd nad otoczone polami ryżowymi jezioro Albufera (znajduje się ok. 10 km od Walencji). Bez tych pół ryżowych nie byłoby tradycyjnej hiszpańskiej paelli. Sam zbiornik jest prawdziwą atrakcją dla miłośników ptaków (najwięcej udaje mi się wypatrzyć czapli). My wdrapujemy się na wieżę widokową i idziemy na krótki spacer. Jezioro Albufera oddzielone jest od morza mierzeją i jest częścią Parku Krajobrazowego. Prawie jak na Polesiu – myślę – skojarzenie nie jest bezzasadne, choć tu przeszkadzam mi hałas samochodów dochodzący z pobliskiej drogi.

Nie wyobrażam sobie zwiedzania i poznawania nowych miejsc bez kuchni. A właściwie to mogłabym podróżować dla tej kuchni. Podczas wyjazdu na maraton do Hiszpanii poznawanie jej kuchni towarzyszy nam już od pierwszego dnia. A może jeszcze wcześniej. W menu przysłanym przez organizatorów znalazły się tajemnicze potrawy: horchata i fartons.

Horchata de chufa (z walenckiego orxata de xufa ) – napój chłodzący, spożywany głównie w lecie, wytwarzany z cibory jadalnej (inaczej migdał ziemny). I za wikipedią: bardzo popularny we wschodniej Hiszpanii zwłaszcza we Wspólnocie Walenckiej, tam znany jako orxata de xufa. Napój wywarza się ze słodkich bulw tej rośliny, wody i cukru. Jak jest horchata to muszą być i fartons.

Fartons to natomiast słodkie pieczywo o podłużnym kształcie, charakterystyczne dla tego regionu. Zrobione z mąki, mleka, cukru, oleju, jajek i zaczynu, posypane cukrem. To delikatne i miękkie ciasto zostało stworzone do zanurzania w horchata. Smak napoju początkowo określamy jako ciekawy i zaskakujący, i choć piliśmy ją jeszcze kilka razy podczas tego pobytu, trudno mi jej smak porównać do czegoś znanego. Odwiedziliśmy między innymi tradycyjną La Horchatería Santa Catalina, gdzie podają podobno najlepszą w mieście horchatę. Tam też próbuję gęstej gorącej czekolady – choć może trochę na nią za ciepło – i zanurzam w niej churros i w ten oto sposób otrzymuję najbardziej popularną tutaj chocolate con churros.  W smaku od razu przywołują na myśl nasze pączki – i okazuje się, że słusznie. Ciasto wyciskane z formy lub, rękawa smażone jest na głębokim tłuszczu w wysokiej temperaturze. To jedna z najpopularniejszych w Hiszpanii przekąsek, którą zgodnie z tradycją wita się Nowy Rok. Zrobiło się tu stanowczo zbyt słodko! Po takim śniadaniu nieprędko miałabym ochotę na drugie, tym bardziej, że tutejsze jadane nawet po godzinie 10.00 jest solidne. Na tradycyjne almuerzo za sprawą Kasi mieszkającej w Walencji od 10 lat trafiamy do znanego wśród mieszkańców baru. Oprócz nas nie ma tu turystów, a na dodatek znacząco zaniżamy średnią wieku. Ach, żeby taka przyszłość czekała mnie na emeryturze… Spotkania ze znajomymi przy kanapce i winie, a na koniec filiżanka mocnej kawy. A kanapka … z ziemniakami, czyli z tortilla de patatas lub z tajemniczym smarowidłem o nazwie sobrasada. Na drugie takie śniadanie trafiamy do baru, do którego sama pewnie bym nie weszła, ale jego nazwa pojawia się w połowie listy 10. najlepszych miejsca w Walencji na almuerzo KLIK, a to właśnie jest najbliżej miejsca gdzie mieszkamy. W porze drugiego śniadania pracownik uwija się jak w ukropie. Wszystkie stoliki zajęte, każdy chce inną kanapkę, a na stołach już przed południem pojawiają się butelki wina. Po takim posiłku wszyscy wracają do pracy. I znowu brak znajomości hiszpańskiego sprawia, że zamawiamy pokazując palcami. Najedzeni i napojeni za całe 9 euro ruszamy na kolejną wycieczkę.

Bez dwóch dań nie wracam z Hiszpanii – bez kalmarów, które uwielbiam a jadam rzadko i bez paelli. Smażone kalmary z sokiem cytryny zawsze będą mi się kojarzyły z wakacjami na południu Europy. Nie potrzeba mi znanej restauracji – wystarczy budka przy deptaku. Pierwsze kalmary zjadamy zresztą w Hiszpanii w takim ulicznym barze. Kolejne już w polecanym miejscu – ale bez wskazówek i rekomendacji niezawodnej Kasi, nigdy bym tam sama nie trafiła. Bar Aquilino znajduje się w dzielnicy Natzaret. To tradycyjny bar, bez widoku na morze, wciśnięty w najdalszy zakątek dzielnicy gdzieś między miastem a morzem. Gospodarzami są tu ojciec i jego córka i to gwarantuje rodzinną atmosferę. Zresztą zaliczamy falstart odwiedzając to miejsce. Trafiliśmy tu w niedzielne popołudnie po maratonie, wygłodzeni i spragnieni. Zapachy docierały do mnie już na ulicy, ale po otwarciu dowiedziałam się, że jedzenia … nie ma. W najlepsze trwała jakaś rodzinna uroczystość, kątem oka zarejestrowałam tort i ogromną patelnię z wyjedzoną już paellią. Dwa dni później mamy więcej szczęścia. Mamy swój stolik i jest jedzenie! Na stołach papierowe obrusy – i tak zostawimy na nich tłuste ślady palców, których nie zdążymy oblizać. I znowu – bez naszej znajomości hiszpańskiego i znajomości angielskiego wśród pracowników – wychodzimy najedzeni z mocnym postanowieniem powrotu. Kalmary, paella de mariscos i białe, świetnie schłodzone wino. Do kalmarów cytryna, sos czosnkowy i pieczywo i mam swój raj. Proste, niewyszukane jedzenie, nie wymagające wysiłku przy przygotowywaniu. A przed nami jeszcze najlepsze. Paella z owocami morza, czyli najbardziej znana hiszpańska potrwa. Wyskrobiemy ryż do ostatniego, przypalonego ziarenka. Paella to nazwa patelni, na której przygotowuje się i podaje tę potrawę. Teraz nie pozostaje mi już nic innego, jak kupić odpowiednią patelnię i przygotować paellę zimową porą w domu. Już się cieszę, że w znanej mi hurtowni ryb, zaopatrzę się w kalmary, gdy najdzie mnie tęsknota za południowymi krajami.

Reklamy

Zimno, coraz zimniej

Tuż przed wejściem obleciał mnie strach. A przecież przyszłam tu dobrowolnie. Gorzej – bardzo tego chciałam. Przygnała mnie ciekawość, ale i pragnienie szybkiej regeneracji i cudu.

A teraz stoję przed drzwiami, które zamknęły się właśnie za grupą 5 śmiałków i czuję jak oblewa mnie pot. Przecież mam być sucha, nie mogę się pocić – myślę nerwowo i sięgam po papierowy ręcznik.

Wdech nosem, wydech ustami. Chodzimy w kółko, co jakiś czas zmiana kierunku. 2 minuty na pierwszy raz. Nie dotykać się, nie pocierać skóry.

Ufff, dużo tego do zapamiętania. Ale nie ma czasu na myślenie, bo właśnie znowu buchnęła para i z oparów wynurza się pięciu śmiałków. Teraz my. Wdech nosem – wydech ustami – wdech nosem…

Drzwi się otworzyły – poczułam chłód – i zamknęły za mną. Ok, bez nerwów. Ciasno, klaustrofobicznie. Wdech, wydech, wdech, wydech. Muzyka, chodzimy, obrót, wdech, wydech, obrót. 2 minuty trwają jak wieczność. Drzwi się otwierają, koniec. A właściwie początek, bo teraz ważne 20 minut. Trzeba rozgrzać ciało. Szybo ubieram moje biegowe buty i wskakuję na bieżnię. Po kilku minutach znowu oblewam się potem, tym razem już nie ze strachu.

-130 stopni w pierwszej chwili może budzić przerażenie. Ale wieczorem miałam taki power do biegania (dla wtajemniczonych: zrobiłam szybkie 15 km i z podbiegami!), że już nie mogę doczekać się kolejnych zabiegów. Za namową znajomych biegaczy postanowiłam poddać się krioterapii, tuż przed kolejnym maratonem. Tym bardziej, że mnie było właściwie łatwiej – na co dzień pracuję w firmie, w której z zabiegów w kriokomorze korzystają kuracjusze. Wystarczyło tylko odpowiednio przed biegiem zaplanować 10 zabiegów i nie stchórzyć.

Jeszcze nie wiem na co lepiej działa – na kondycję i regenerację czy może zamroziła mi komórki mózgu odpowiedzialne za teksty „nie dasz rady!” Ważne, że skutecznie!

Kolejnego dnia nie ma już taryfy ulgowej – 3 minuty. Tym bardziej, że chcę z tego dobroczynnego zimna wyciągnąć jak najwięcej. Odliczam w głowie kolejne sekundy, straciłam poczucie czasu, trzy minuty ciągną się niemiłosiernie. Zaczynają marznąć mi palce dłoni, a wczoraj tego nie czułam. To już chyba ta trzecia minuta. Wychodzimy! Wskakuję na orbitreka, potem bieżnia i energii mam tyle, że mogę przenieść słonia!

Eh, jedna z kuracjuszek zrobiła mi dzień! Powoli robię się sławna 😉 Dziś w szatni odpowiadałam na pytania, który to maraton, na ile kilometrów i jak się je jak tak biegnie. A ile przy tym komplementów: młoda, silna, super kondycja, świetnie zbudowane nogi. A już próba oszacowania mojego wieku mnie ucieszyła – wyglądam na 25 lat! Co prawda czuję się na 21, ale tego się trzymajmy. Może ta krioterapia wygładza też zmarszczki…

A jaka jest rzeczywistość: jestem kilka tygodni przed 40., czasem bezsilna, czterech godzin nie złamię, znowu nie mogę kupić spodni bo mi się łydka nie mieści w rozmiarze 36, a taki przecież noszę! Czasem jednak tak dobrze przejrzeć się w cudzych oczach!

Do kolejnych zabiegów podchodzę już jak stary wyjadacz. Opaska, rękawiczki, maseczka, drewniaki i siup do wnętrza. Trzy minuty dreptania i hop na bieżnię. I tak 10 razy! Jedyna wada – to bieganie na bieżni. 20 minut dłuży mi się bezlitośnie. W terenie tych ponad trzech kilometrów nawet bym nie zauważyła. Tutaj stanowczo zbyt często zerkam na licznik, który odmierza czas.

Teraz trochę fachowych informacji.

Dla kogo leczenie zimnem? Zabieg w kriokomorze pomaga leczyć zapalenia stawów, ścięgien i mięśni, zespoły bólowe kręgosłupa, reumatyzm tkanek miękkich oraz schorzenia neurologiczne.

Niska temperatura to szok dla organizmu. Naturalną reakcją jest włączenie mechanizmu obronnego, który przywraca równowagę funkcjonowania całego ciała.

Krioterapia wspomaga regenerację dlatego tak chętnie korzystają z niej sportowcy, albo tacy amatorzy jak ja.

Już teraz jestem zadowolona z efektów. Na ostatnim etapie przygotowań do maratonu, gdy zmęczenie i znużenie daje się we znaki, dostałam dodatkowy zastrzyk energii. Choćby dlatego było warto. Jakoś mniej marudzę wychodząc na trening, łatwiej podejmuję wyzwania i z zadowoleniem stwierdzam, że przyspieszam. Teraz jeszcze jeden mocny trening, jeszcze ostatnia wizyta w kriokomorze i ostatnia prosta przed 19 listopada! Tradycyjnie trzymajcie tego dnia kciuki. Im bliżej południa tym mocniej.

 

Zdjęcia: Justyna Nauka

Reżim biegowy

– Idź, idź, to Ci wyjdzie na maratonie – powiedział Piotr wypychając mnie za drzwi.

– Chyba bokiem – mruknęłam.

Drugi dzień biegania z rzędu. Zamiast męczyć długie, męczę przez dwa dni szybkie, w tempie mało dla mnie komfortowym. I na dodatek dzisiaj w mżawce, a później już w regularnym deszczu. Głowa mi podpowiada, że kanapa, koc, książka i gorąca herbata to byłby zdecydowanie lepszy wybór. Byłby, ale…

Są dokładnie cztery tygodnie do maratonu. Nie, za dokładnie cztery tygodnie o tej porze będę już na mecie (czas biegnie – już za trzy!).

I po co mi to było? Po co zapisałam się na ten siódmy w moim biegowym życiu królewski dystans. W grudniu 2016 r. miałam zupełnie inną perspektywę. Jeszcze żyłam w euforii po pięknym i bardzo dla mnie udanym maratonie we Florencji, a Piotr w jakiś niedzielny poranek pokazał mi zdjęcie z mety w Walencji. Do tego oczami wyobraźni zobaczyłam hiszpańskie tapas, wino, morze… I to wszystko w listopadzie za prawie rok! Kilka chwil później byłam już na liście startowej. A teraz zaczynam mieć powoli dość przygotowań.

Nie zrozumcie mnie źle – wciąż kocham bieganie! Ale czasem zwyczajnie zostałabym na kanapie. Bo zimno i pada, bo mam za sobą ciężki dzień. Albo jeszcze inaczej – wolałabym pobiegać towarzysko, zamiast wypluwać płuca na kolejnym podbiegu. Wiem, wiem… To wszystko wyjdzie mi na maratonie za cztery tygodnie. Już za trzy…

Ale ja już mam plan na kolejny rok. Po siedmiu latach biegania mogę sobie pozwolić na taki eksperyment!

Nie rzucam biegania i nie oddam moich butów. Ale przez rok nie wystartuję w żadnych zawodach. Postanowienie brzmiało dokładnie: w żadnych z wyjątkiem dwóch. Ale jedne zawody same ze mnie zrezygnowały – w 2018 r. nie będzie Wings for Life w Bratysławie. Więc zostały już tylko jedne zawody – Tallin albo Lago Maggiore. W obu wypadkach będzie to półmaraton i nic więcej! Oba miejsca są na liście pięknych miejsc do zobaczenia, a pretekstem by tam pojechać jest właśnie bieganie.

Gdzie zatem będę? W górach! Moje saucony już się cieszą – więcej będzie marszo-biegowych wycieczek. Na trasach biegów w roli kibica, a może nawet podam Wam medal na mecie i pogratuluję!

Będzie mnie więcej w górach, także na pieszych wędrówkach, bo od tego właśnie zaczęło się moje bieganie. Więcej będzie biegania towarzyskiego – macie ochotę? Zapraszam! Nigdzie mi się nie spieszy! Będę biegać jak chcę, kiedy chcę i ile chcę. Bez planów i reżimów. A że bieganie potrzebne jest mi do życia, nie ma obaw, że z niego zrezygnuję. Po prostu – nie chce mi się już spinać i napinać.

Mam! Złapałam to słowo, które precyzyjnie oddaje to przeciw czemu się zbuntuję. Reżim! Mam dość reżimu, który sama sobie narzuciłam, a teraz próbuję wytrwać. Leje – biegam, ciemno – biegam, zimno – biegam, wykończona – biegam, senna – biegam, zła – biegam. Pewnie, senność, zmęczenie psychiczne, a nawet złość mijają mi podczas biegania. Potem prysznic, obiad i padam na twarz. Kilka stron książki i już zamykam jedno oko, a drugim jeszcze próbuję czytać. To może pojedźmy na weekend do Krakowa – nie no, trzeba biegać. To może piwo, wino wieczorem – nie no, dwa miesiące przed ważnym maratonem nie pijemy. I tak świat opanowuje reżim biegania. A miało być tak pięknie!

I znowu będzie. Bez reżimu!

PS. Spróbujcie mnie namówić na jakieś zawody. Jak pisałam wyżej zwolniło się jedno miejsce po Wings. Musi być wyjątkowo i jeszcze bardziej wyjątkowo! Propozycje poproszę w komentarzach.

PS2. Dwa podsumowanie przyszły mi jeszcze do głowy: najlepszy trening to ten, który właśnie się skończył. Najlepszy dzień to dzień bez biegania.

Komar najlepszym trenerem jest!

Zielono mi…

W moich „telewizorze” tylko zieloność. Kolejny poranek i kolejny wieczór spędzam wpatrzona w ten sam obraz. Na zmianę z widokiem na talerz i szklaneczkę z winem (to do kolacji), żeby trafić i niczego nie ulać.

O, przepraszam – zmiana obrazu: bocian mi przeleciał przed nosem/oknem.

Sielanka, gdzieś na końcu świata. Sielanka, dla tych co nie potrzebuję sklepów, jarmarków z pseudo pamiątkami, dyskotek i innych wakacyjnych atrakcji. Sielanka, dla tych lubią nic nie robić i pobyć w ciszy. I dla tych, co lubią komary, muchy, muszyska i bąki. Wszystko co lata, bzyczy i gryzie. Albo inaczej – sielanka dla tych co dość szybko biegają (bieganie można połączyć z energicznymi wymachami rąk) i/lub szybko maszerują. Nie miejcie jednak złudzeń – wszelkie specyfiki, które mają chronić przed gryzącą armią, będą zbroją przez 2 a nie 6 godzin, jak deklaruje producent. A potem – najlepiej zacząć biec i machać rękami.

Przyjechałam tu zobaczyć łosia. Choć jednego i choć z daleka. Po kilku dniach mogę się doliczyć: 2 koziołków, stada żurawi – 10 sztuk co najmniej, czapli białych i siwych – większa ilość, ptaków drapieżnych, łabędzi, wiewiórek, myszy i zaskrońca. Kolejne zasłyszane ptaki i żaby w ilościach nieograniczonych. Samych ptaków jest tu blisko 200 gatunków, więc ornitolodzy mają swój ptasi raj. Mnie interesuje najbardziej cisza i spokój, nowe ścieżki biegowe oraz brak ludzi na trasie.

Wyjazd na Polesie Lubelskie to drugi odcinek poznawania wschodniej części Polski. Rok temu było Roztocze KLIK, w planach jest jeszcze Biebrza i Białowieża.

 

 

Polesie czeka jeszcze na swoją szansę, nieodkryte dla turystów – choć mnie to akurat cieszy – ze słabo rozwiniętą infrastrukturą. Może za wyjątkiem okolic jeziora Okuninka – ale tam ja nie zaglądam, bo to co dla innych jest zaletą, dla mnie zdecydowaną wadą.

O przysłowiowy rzut beretem mam ścieżkę przyrodniczą Perehod. Zaczyna się dokładnie kilometr za domem. Dwie wieże widokowe pozwalają do woli podziwiać okoliczne stawy. Mają jeszcze jedną zaletę – muchy i komary tak wysoko nie latają – więc można stąd w spokoju podziwiać widoki. Na stawach życie tętni – latają, nurkują, lądują i śpiewają. Można tak siedzieć i podziwiać godzinami. Do tego jeszcze te dźwięki – wielu z tych ptasich odgłosów nigdy wcześniej nie słyszałam. I las! Piękny! Szyszki pod stopami, miejscami piaszczyste ścieżki. I znowu mam wrażenie, że za zakrętem będzie morze. Spaceru mi mało więc wieczorową porą ruszam na bieganie – wybieram trasę rowerową Mietiułka. Dobiegam do niej od Perehodu między stawami i stamtąd już trzymam się szlaku i znaków. W sumie 15 km groblami między stawami, lasem, polami i przez wioskę. Końcówka przez las i bagno więc nie ma opcji by odpocząć – komar najlepszym trenerem jest.

 

 

Kolejnego dnia wybieram się zobaczyć ścieżkę „Obóz Powstańczy” – skuszona zdjęciami drewnianych mostków nad wodą. To ścieżka przyrodniczo-historyczna. Udaje mi się jednak dotrzeć tylko albo aż do wieży widokowej – tu postanawiam wrócić do rozstaja i dalej kierować się przez Durne Bagno ścieżką zaznaczoną na mapie, ale nieoznakowaną w terenie. Tylko raz w trakcie tej wędrówki odwróciłam się za siebie – za plecami miałam już stado wygłodniałych krwiopijców, nade mną chmura much. Kilka powalonych drzew trzeba było ominąć, raz wycofać się ze zbyt podmokłej ścieżki i po kilkudziesięciu minutach marszu dotarłam do Wólki Wytyckiej. Po drodze krótka wizyta nad Jeziorem Wytyckim i na cmentarzu żołnierzy Korpusu Ochrony Pogranicza. Kilkaset kilometrów dalej znowu czas zatrzymuje mi się na wieży widokowej, tym razem z drugiej strony Durnego Bagna. Stąd już tylko kilka kilometrów wędrówki znaną mi trasą biegową, oficjalnie rowerową.

Miejsc do biegania nie brakuje – można drogą pobiec aż do Sosnowicy (6 km) i tam skręcić na niebieski szlak, który przyprowadzi wprost do domu. W sumie 14 km lasem i mało uczęszczaną asfaltową drogą. Można wybrać się w przeciwnym kierunku przez Wielki Łan i z powrotem przez Wołoskowolę – 11 km. Zdziwienie mijających kierowców i panów siedzących przed sklepem – gwarantowane. Opuszczając granicę Poleskiego Parku Narodowego też jest ciekawie. Przez Czołomę warto zajrzeć do Holi, gdzie znajduje się cerkiew św. Antoniego Pieczerskiego i św. Męczennicy Paraskiewy. Tuż obok cmentarz gdzie zgodnie stoją krzyże katolickie i prawosławne. A po drugiej stronie drogi niewielki skansen – otwarty jak głosi niepozorna karteczka od 10 do 16 i zupełnie bezobsługowy. I znowu ten las, las i las w drodze powrotnej.

 

 

Hiszpania to czy Włochy?

Wizyta na Polesiu nie miałaby takiego uroku, gdyby nie gospodyni Perehodu. Mniej więcej wiedziałam dokąd jadę. Ale jednak mniej niż więcej. Wiedziałam, że czeka na mnie pokój w starym, klimatycznym spichlerzu, dziś w roli domu. Ela, która tu rządzi to miłośniczka poleskiej przyrody, właścicielka 3 psów i zwolenniczka spokojnego, smacznego życia. Z arcyciekawą, zawodową przeszłością, o której chętnie opowie przy szklaneczce wina. Portugalskiego, czerwonego i wytrawnego 🙂 Wyjadę więc stąd odkarmiona – pyszne, proste jedzenie przygotowywane z sercem, wyposażona w wiedzę na temat Walencji, gdzie będę za 5 miesięcy i w kontakty do kilku cudownych miejsc w Beskidzie Niskim. Mam też lekki przedsmak czekającej na mnie w sierpniu toskańskiej farmy. Dla osoby aktywnej, która w wolny dzień, bladym świtem pakuje plecak by przemierzyć w górach kilkadziesiąt kilometrów, tu powoli przyzwyczajam się do leniuchowania. Przedpołudnie w hamaku z książką, popołudnie na leżaku z książką, długie śniadania po porannym bieganiu i niespieszne kolacje po letnich wędrówkach. Codziennie tracę poczucie czasu. Podobno dzisiaj piątek… okolice południa…

 

W poszukiwaniu łosia…

Miałam nawet wstać o 4 rano by zaczaić się na niego w poleskich lasach. Nie wstałam, deszcz dzwonił o dach, a w łóżku było tak przyjemnie. Dzień wcześniej już miałam nadzieję, że wyjrzy zza krzaków na ścieżce Dąb Dominik czy Spławy. Nie wyjrzał. Ja miałam za to przyjemną wędrówkę mostkami, kładkami i pomostami nad dwa jeziora – Moszne i Łukie. Po drodze torfowiska, zarośla paproci i skrzypów, jaszczurki umykające spod nóg. Platformy obserwacyjne zachęcają do odpoczynku i obserwacji. I znowu żadnych łosi. Za to w Ośrodku Dydaktyczno-Muzealnym PPN w Starym Załuczu – żółwie błotne. W niewielkim oczku wodnym wypatrzyłam ich kilkanaście.

Jaki jest łoś… niestety nie każdy zobaczy. A to znaczy, że trzeba będzie zatrzymać się na Polesiu w drodze do innej, mało popularnej krainy.

Zwiedzanie przez bieganie

Uwielbiam to doświadczenie. W nowym miejscu, o poranku, opuszczam ciepłe łóżko, wkładam buty biegowe (pozostałą część biegowego stroju też) i wyruszam na poznanie nowego. A że nie ruszam się bez butów biegowych nawet gdy wyjeżdżam zawodowo to w piątkowy poranek biegłam wzdłuż Odry. Dzięki cudownej lokalizacji hotelu, mieszkałam w centrum Wrocławia i mogłam zaplanować zwiedzanie tego pięknego miasta. Miałam na to godzinę, czy jak kto woli 10 kilometrów. Dzięki podpowiedzi mieszkanki Wrocławia, Pauliny wiedziałam jak szybko trafić nad brzeg Odry. A stamtąd na Wyspę Słodową i przez Wyspę Piasek w stronę Muzeum Narodowego przy Moście Pokoju. Piękny ceglany budynek porośnięty bluszczem. Postanawiam obiec budynek, by dobrze mu się przyjrzeć i z radością odkrywam, że pagórek, który minęłam biegnąc w stronę Muzeum to nie jest pagórek. To Bastion Ceglarski – fragment fortyfikacji, pozostałość po szesnastowiecznej fortyfikacji miasta. Dziś to wzgórze widokowe, malowniczy kompleks rekreacyjno-historyczny. Kolejny rzut oka na budynek Muzeum i skręcam w lewo, przebiegam przez most i trafiam do najstarszej zabytkowej dzielnicy Wrocławia. To Ostrów Tumski. Pięknie. Dobiegam do Mostu Tumskiego i tradycyjnie postanawiam zobaczyć to jeszcze raz. Zatem pętelka przez Wyspę Piasek, Most Pokoju i znowu jestem w przepięknym miejscu. Tym razem skręcam w prawo, na liczniku 6 km więc mogę pokręcić się po okolicy. I tak odkrywam, tak zupełnym przypadkiem i bez przewodnika „tajemniczy ogród”. Oddziela mnie od niego płot, więc na początek tylko między prętami podziwiam rośliny i alejki. Skoro jest ogrodzenie to powinna być i brama – postawiam więc biec wzdłuż ogrodzenia aż ją znajdę. Jedna brama zamknięta, kolejna też, następna to wjazd dla pracowników i wreszcie jest – otwarta. Przy bramie kasa, ale nikomu nie muszę tłumaczyć, że wyszłam pobiegać i nie mam ani grosza przy sobie. Jestem w ogrodzie botanicznym przy Uniwersytecie Wrocławskim. O 7 rano oficjalnie zamkniętym, w godzinach otwarcia za wstęp trzeba zapłacić 15 zł. Koniecznie zobaczcie to miejsce. Jesienią zachwyca. Miłośnicy przyrody poznają tu dziesiątki gatunków roślin. Już wiem, że po krakowskim, to najstarszy ogród botaniczny w Polsce. Wbiegam w główną alejkę i nie kryję zachwytu! Wszędzie dynie! Stosy dyń, dyniowe rzeźby, straszydła i instalacje. Kilka dni wcześniej odbył się tu Dolnośląski Festiwal Dyni i to jego efekty. Skręcam w boczną alejkę i dobiegam do drewnianego mostku, a tam skalniaki, alpinarium… Już wiem, że oprócz spacerowania i odpoczywania na ławeczkach, można zaplanować udział w jednym z wydarzeń, a tych zgodnie z informacjami na WWW – mnóstwo. ZDJĘCIA KLIK Wzdycham z podziwu dla tak pięknie zagospodarowanej przestrzeni udostępnianej mieszkańcom i gościom. Jeszcze jedna rundka alejką, bo czas wracać skoro zegarek biegowy pokazuje już 8 km. Wracam w kierunku Odry, rzucam okiem na wysepki i biegnę już prosto do hotelu.

Bez obaw – wrocławskiego Rynku nie ominęłam. Dzień wcześniej, wieczorową porą w butach biegowych byłam i tam. Kilka rundek wokół, obiegłam też Plac Solny i przebiegłam przez Zaułek Solny. Pozdrowiłam Krasnala Turystę i Syzyfki. Turystów mimo później pory nie brakowało, ale ja w koszulce z krótkim rękawem, rozglądająca się wokół zamiast pod nogi budziłam zainteresowanie.

Oczywiście, nie widziałam pewnie jeszcze wielu atrakcyjnych miejsc, a te które widziałam, tylko z zewnątrz. Ale przyznaję, lubię taki sposób zwiedzania. Czasem robię to na własną rękę, bez mapy i aparatu fotograficznego. A czasem biegnę w zawodach – jak w Paryżu czy Budapeszcie. Nowe biegowe miejsca to także mój sposób na rutynę i dobry trening. Dziesięć kilometrów minęło nadspodziewanie szybko, a tempo biegu fantastyczne.

Tym porannym bieganiem Wrocław naprawił złe wrażenia sprzed ponad trzech lat. W pewien czerwcowy wieczór stałam na starcie I Nocnego Wrocław Półmaratonu. To jedyny bieg, z którego mam koszulkę a nie mam medalu, bo 21 km nie przebiegłam. To była wówczas moja pierwsza wizyta we Wrocławiu i zostawiła po sobie taki niesmak, że nie prędko planowałam wrócić. Przypadek zrządził, że właśnie z Wrocławia wróciłam i chętnie pobiegam tam znowu.

Kolejne biegowe zwiedzanie nowego dla mnie miejsca już w listopadzie.