Wszystkie duchy Beskidu Niskiego

Podobno najpiękniej jest tu wiosną. Podobno. Bo znam takich, dla których to miejsce ma swój nieodparty urok zimą – sama sprawdzałam to już dwukrotnie. Są i tacy, którzy właśnie tu polubili jesień. Kolorową, dzięki bukowym lasom i bujnym łąkom, szarą i mglistą, gdy czeka się na pierwszy śnieg. Ale teraz, gdy jestem tu w chwili gdy wybuchła zieleń, gdy wpadam w zachwyt nad pięknem tego miejsca, gdy mam ochotę krzyczeć z zachwytu, to jednak pierwsze co czuję to smutek. I może trochę złość na współczesnych mi ludzi. Złość za brak tolerancji i umiejętności współistnienia, która tak pięknie widoczna była właśnie tutaj. Później, zupełnie nagle, to wszystko się skończyło. I dziś, wędrując tymi szlakami, drogami i bezdrożami mam pustkę aż po horyzont. A to co czuję to smutek i tęsknota… trochę irracjonalne uczucia, bo przecież nie znam innego Beskidu Niskiego. Zamykam oczy i czuję zapach owocowych drzew w sadach, słyszę gwar rozmów w śpiewnym, łemkowskim języku, gryzie zapach dymu z komina, odczuwam obecność setek osób. Przecież jestem zupełnie sama, to tylko wiatr szumi w drzewach, a za drewnianymi drzwiami nie ma nic.

Gdy pojawił się temat długiego majowego weekendu, właściwie nie miałam wątpliwości dokąd chcę pojechać. Na dodatek miałam „miejscówkę” pracowicie i własnoręcznie wyszukaną na mapie. Takie miejsce, które oczarowało mnie klimatem, widokiem za oknem i takie miejsce, gdzie później wszystkie oczekiwania okazały się rzeczywistością. A że zimową porą nie udało się dojechać, majówkowy weekend tylko wyostrzył mój apetyt. I tak oto już pod koniec stycznia wiedziałam, gdzie będę na początku maja. Może im bliżej wyjazdu i im więcej szumu robiło się wokół tej długiej majówki, trochę się bałam, że na szlakach będą tłumy, ale jak się okazało – zupełnie niepotrzebnie.

Dziś, gdy siedzę sobie na kanapie w moich blokowym mieszkaniu tęsknię za tą wsią, chatą i ludźmi. Ale nie jedźcie tam, zostawcie to miejsce dla mnie! Bo ja jeszcze tam wrócę, nie wiem tylko kiedy, ale przeszukam kalendarz, rozmnożę wolne dni i po trzech godzinach podróży zmuszę moje autko, by wspięło się ostro pod górkę.

Chyba najtrudniej wyjaśnić dlaczego właśnie tutaj lubię spędzać czas. Przecież nie ma tu wysokich, ambitnych szczytów. Ja z przeszłości, ze swoją natury zdobywcy NAJ, właściwie nie mam tu czego szukać. 600, 700, 800 metrów n.p.m. i najczęściej bez żadnych widoków. W porywach 1000 metrów, choć polskiej Lackowej brakuje 3 metrów, a słowacki Busov przekracza tę magiczną granicę zaledwie o 2 metry. Ale wybierzcie się w jedną z tras a poczujecie zmęczenie – dokładny zapis tras znajdziecie TUTAJ (link do endomondo). Tym razem dokonaliśmy pierwszego przejścia północnej ściany Palenicy – ot, ścieżka zaznaczona na mapie po kilkuset metrach przestała istnieć, a do zielonego szlaku doprowadziły nas trasy zwierząt. Jak na najwyższy szczyt Beskidu Niskiego jest tu zupełnie pusto. Jesteśmy tylko we dwoje. Po drodze spotkaliśmy dwóch Słowaków, którzy ze szczytu już schodzili, a później nikogo. Wyobraźcie sobie Rysy w środku sezonu zupełnie puste. Możliwe, ale tylko w deszczu, a nie w ciepły, słoneczny majowy dzień. Kolejny raz jestem więc na Busovie i cieszę się ciszą i spokojem. A może po prostu tak jest tu zawsze? Jeszcze tylko powrót przez słowackie łąki, spotkanie z dzikami, sarnami, jeleniem i myszołowem. Po dotarciu do czerwonego, granicznego szlaku napotykamy pierwszych miłośników tych niewielkich szczytów. My skręcamy w stronę Przełęczy Regietowskiej i tuż przed Obyczem niebieskim szlakiem schodzimy do Wysowej. Inne puste miejsce – szlak na Magurę Małastowską, ale nie z przełęczy. Najpierw żółtym szlakiem z Ropy do Bielanki, a później cały czas zielonym. 20 km niczym nie zmąconego marszu. I takich szlaków i tras mogłabym mnożyć! Ale sami wytyczcie swoje ścieżki i cieszcie się samotnością. Tu nie czeka Was kolejka do kasy po bilet do Parku Narodowego czy kolejka do kolejki wywożącej na szczyt. Spotkacie za to czasem wędrowców z gitarą na plecach, z „worami” wypchanymi po brzegi, z matami i namiotami i zapasem jedzenia, świadczącymi o długiej wędrówce z dala od cywilizacji. Myślałam, że tak się już nie chodzi, że teraz wszystko „na lekko”… A jednak nie.

Czy ja jestem jakąś wariatką, że snuję się po cmentarzach? Po tych najłatwiej dostępnych pod Magurą Małastowską i na Przełęczy, ale i po tych rozsypanych po lasach, z dala od głównych szlaków. Cieszy mnie odbudowany cmentarz na Rotundzie. Zimą 2014 roku, gdy byłam tu po raz pierwszy nie był jeszcze kompletny – brakowało dwóch charakterystycznych wież utrzymanych w stylistyce łemkowskiej. Od 2016 roku cmentarz na Rotundzie można podziwiać w całej okazałości. Co niezwykłego jest w tych cmentarzach rozsypanych po beskidzkich lasach i wzgórzach? To pamiątka po jednej z najbardziej krwawych bitew I wojny światowej, a może raczej po walkach, które trwały w okolicach Gorlic przez pół roku (decydujące starcie miało miejsce od 2 do 5 maja 2015 r.). W bitwie gorlickiej zginęło 200 tys. żołnierzy, których pochowano na 400 cmentarzach, z czego w okręgu gorlickim powstało ich 54. Autorem wielu projektów (31 lub 35 według innych źródeł) był słowacki architekt Dušan Jurkovič, któremu zawdzięczamy nie tylko cmentarz na Rotundzie, Przełęczy Małastowskiej, Magurze Małastowskiej czy w Zdyni. Żołnierze armii niemieckiej, austro-węgierskiej i rosyjskiej, wszyscy pochowani zostali na tych samych cmentarzach. Nazwiska polskie, słowackie, czeskie, ukraińskie, niemieckie, rosyjskie, austriackie i niemieckie.

To tylko jedna z lekcji historii jakie daje nam Beskid Niski. Czarne, Lipna, Bieliczna, Radocyna, Nieznajowa, Regietów… wsie, których już nie ma. Wsie, które ponad 70 lat temu tętniły życiem. Czarne – ponad 300 mieszkańców, Radocyna – ponad 500, Bieliczna – ponad 200, Nieznajowa – blisko 300… tysiące ludzi, dzięki którym Beskid Niski tętnił życiem. Cerkwie, kościoły, szkoły, wiatraki, karczmy, sklepy, elektrownia wodna, leśniczówki, targi i jarmarki, czytelnia, wiejski teatr, posterunki straży granicznej, domy. A później Akcja Wisła i wysiedlenia. Zostały przydrożne krzyże, cmentarze, drzewa owocowe, cerkwiska, piwnice i kaplice. Wychodzę na otwartą przestrzeń i mam widok aż po horyzont. Pola, łąki, pagórki i góry, a wszędzie pusto. Dlatego te drewniane drzwi, które ustąpią po naciśnięciu klamki, drzwi, które stoją pośrodku łąk, robią na mnie takie wrażenie. To projekt Natalii Hładyk o nazwie „Przez zarośnięte trawą koleiny dróg, co się kończą przy umarłych sadach… Zapomniane wsie Łemkowszczyzny”, zrealizowany w 2008 roku. Dziękuję! Dzięki temu projektowi od pierwszej wizyty w Beskidzkie Niskim czuję, że to wyjątkowe miejsce i za każdym razem mam ciarki na plecach.

Przysłup, Nowica, Leszczyny – wsie, które są, ale w których coraz częściej powstają letnie domki miłośników Beskidu Niskiego. I sama, gdyby trafiła się taka okazja kupiłabym kawałek trawnika i nieba w Beskidzkie Niskim. Stowarzyszenie Magurycz, cerkwie, wielka drewniana łyżka, kaplica, cudowne źródełko, stara plebania greckokatolicka i tablica pamiątkowa Bohdana Ihora Antonycza, poety ukraińskiego, który urodził się w Nowicy, kilka chyż. Tak teraz wygląda ta urocza wioska położona u stóp Magury Małastowskiej. Łyżka, skąd ta łyżka? Nowica słynęła z wyrobu drewnianych łyżek, a ci, którzy je wyrabiali to łyżkarze – zawód przekazywany z ojca na syna. Dziś próbuje się go reaktywować, ale gdyby nie nasza gospodyni to z Beskidu Niskiego wróciłabym bez drewnianej łyżki. Myślicie, że był jakiś sklepik, kierunkowskaz, punkt obsługi klienta? Nic z tych rzeczy! Następnym razem będę pukać do drzwi z pytaniem o łyżki, choć znając opowieści Marleny – kto wie jak się to skończy.

Takich lekcji historii jest tu znacznie więcej. I choć to już mój piąty pobyt w Beskidzie Niskim wciąż odkrywam kolejne miejsca. Jak to – Pomnik Ofiar Thalerhofu – jest na mapie przy szutrowej drodze z Jasionki do Radocyny. Planując wycieczkę nic o tym miejscu nie wiedziałam, nie słyszałam nawet o takim obozie. Przyjdzie mi jeszcze sporo się nauczyć o historii Łemków.

Ale Beskid Niski to dzisiaj znowu ludzie. Ci, których ogarnęła ta magia i którzy wracają tu kolejny raz, by wędrować tymi samymi ścieżkami. I Ci, którzy uciekli z wielkiego miasta, znaleźli swój kawałek trawnika i nieba i może jeszcze starą chatę na dokładkę. Ludzie, którzy takiej chacie dali kolejne życie, zachowując jednak cały klimat, swojskość  i prostotę tego miejsca. Taką prostotę, że mogę nago stanąć w oknie i nikt, absolutnie nikt mnie nie zobaczy, bo przede mną tylko las i pola. No, może marzę tylko, by z tego lasu wyszedł wilk, spojrzał mi w oczy i poszedł swoją drogą.

Reklamy

Niskie nie znaczy gorsze

Ich szczyty mają raptem kilkaset metrów wysokości nad poziom morza, a najwyższy szczyt położony już na Słowacji – Busov – zaledwie o dwa metry przekracza tysiąc. Mowa o Beskidzie Niskim, górach które przez lata omijałam.

Do czasu jednak…

Co takiego się wydarzyło, że tam pojechałam i doceniłam to miejsce? Zapraszam do lektury najnowszego, lutowego numeru Magazynu Turystyki Górskiej NPM.

Dla czytelników bloga coś ekstra, co nie zmieściło się na czterech stronach 🙂

Tegoroczny wyjazd upłynął pod znakiem braku śniegu. Nie ma co kryć – biały puch tylko dodaje urokowi Beskidowi Niskiemu. Gdyby komuś zabrakło pomysłów na wycieczki – do powyższych dodam jeszcze dwa. Podczas ubiegłorocznych Świąt Bożego Narodzenia, w zimowej szacie zdobyliśmy dwa najwyższe szczyty. To Lackowa (po polskiej stronie) i Busov (po słowackiej stronie).

Lackowa i Busov

Już podczas pierwszej zimowej wyprawy w Beskid Niski zdobyliśmy z Piotrem dwa najwyższe szczyty tego pasma. Polski – Lackowa (997 m npm) i słowacki Busov (1002 m npm). Na Lackową weszliśmy nawet dwukrotnie – pierwszy raz z Wysowej przez Ostry Wierch i Przełęcz Pułaskiego. Drugi raz z Przełęczy Beskid. Zachęcający był dla pomysłodawcy tej wycieczki opis z przewodnika – zachodnia ściana Lackowej to najstromszy w Beskidzie Niskim odcinek szlaku, średnie nachylenie 30%, a momentami znacznie większe. Na dodatek różnica wysokości na zaledwie kilometrowym odcinku to 300 metrów. I rzeczywiście pnąc się z trudem pod górę, a momentami trzymając drzew by zachować równowagę, przypominam sobie w swojej ignorancji dla tych gór. Ot, dostałam nauczkę.

Na Busovie nie mogło nas zabraknąć. Nie dość, że najwyższy szczyt Beskidy Niskiego, to jeszcze przewodnik mówi wprost – wycieczka dla ambitnych czyli dla nas. Jest jeszcze jeden argument. Mamy w portfelu kilka euro, a po drodze wieś Cigelka. A tam musi być sklep, a w nim moja ulubiona czekolada – Studentska. Kiedy Piotr przyznaje, że jej nigdy nie jadł – nie ma odwrotu. Będzie i Busov i czekolada. Jeszcze jedna wskazówka się przydała – za cygańskim osiedlem szlak odbija w lewo, a miejsce gdzie wchodzimy na leśną ścieżkę jest gorzej oznakowane. Rzeczywiście aż na szczyt wypatrujemy kolejnych znaków na drzewach i ścieżki, którą przed nami od kilku dni nikt nie szedł. Na górze robimy sobie zdjęcie i wpisujemy się do pamiątkowego zeszytu.

Ciąg dalszy nastąpi… wszystko wskazuje na to, że to nie ostatni wyjazd w Beskid Niski.

Będąc sąsiadką Stasiuka…

Dziś drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia. I już po raz drugi z rzędu spędzam ten czas w Beskidzie Niskim. Rok temu w Wysowej, teraz w Posadzie Jaśliska.

Jest choinka, barszcz, pierogi i górskie wędrówki. A wieczorami to co widziałam – spisuję 🙂 Niedługo zaproszę Was do lektury magazynu NPM, gdzie opiszę swój nietypowy sposób na Święta. Może Wam się spodoba i spróbujecie za rok. A wtedy, kto wie… miniemy się na szlaku…

Gdy piszę, wracają też wspomnienia z mojego pierwszego pobytu w Beskidzie Niskim. Jest sierpień 2012 roku…

Zgodnie z obietnicą mam się pojawić na śniadaniu. Własnoręcznie robiony chleb pieczony na liściach kapusty, ser od bacy, miód od pszczelarza i domowe konfitury – to najlepsza rekomendacja by wstać po 4 rano i ruszyć w drogę. Niewiele brakowało, a bym się spóźniła. Korek w Nowym Sączu, korek w Grybowie i na koniec korek w Gorlicach. Szybciej, szybciej – niecierpliwiłam się coraz bardziej. I wreszcie upragniony kierunkowskaz na Konieczną. Pierwsza cerkiew, druga cerkiew – zaczynam odliczanie i jeszcze tego samego dnia tracę rachubę. Kilka kilometrów od głównej drogi nagle zaczyna się inny świat. Z wrażenia zatrzymuję się na szczycie wzniesienia, przede mną lasy, pagórki i cisza. I z nikim nie mogę się podzielić swoimi wrażeniami. Właśnie skończyła się cywilizacja, a zaczęło niczym niezmącone, spokojne bycie. W towarzystwie ludzi, których nigdy wcześniej nie spotkałam siadam do śniadania. I gdyby nie to, że gna mnie przed siebie, posiedziałabym tak kolejną godzinę. Najpierw ruszam żółtym szlakiem, do wsi, której już nie ma i po której zostały tylko przydrożne krzyże, kapliczki i cmentarz. To Nieznajowa. Ale takich miejsc jest tu znacznie więcej. Największe wrażenia robi na mnie Lipna. Zupełnie niespodziewanie staję przed drzwiami. Drewnianymi, z metalową klamką… Zupełnie bezwiednie naciskam klamkę i drzwi ustępują. Tylko po drugiej stronie nie ma już izby ani jej gospodarzy.

Przedzierając się przez las, kolejny raz gubię właściwy szlak i zupełnie niespodziewanie odnajduję drogę. Drugiego dnia właściwie już się przyzwyczaiłam do tego błądzenia. Pewnie sięgając po kolejną jeżynę i kolejną (ostrężynę zwaną też czernicą) poszłam za daleko. Zawsze jednak w końcu trafiam do jakiejś wsi. A to do Krzywej, innym razem do Bartnego uciekając przed burzą. Burza w końcu mnie ominęła, ale za to trafiłam do cerkwi pp. Śś. Kosmy i Damiana. Właśnie trwa remont wokół świątyni, ale drzwi są otwarte a proboszcz z dumą opowiada co już udało się zrobić i z obawą – co jeszcze trzeba.

Można więc ruszyć w drogę szukając nieistniejących wsi, można – szlakiem cerkwi, a można też poszukać często ukrytych w lasach cmentarzy z czasów I wojny światowej. W 1915 roku wyznaczono ich blisko 400, do dziś wiele z nich się nie zachowało. Na szczęście niektóre udało się uratować, odnowić i oznakować. Na jednym z nich, tuż przed wsią Ożenna (cmentarz nr 4) spotykam studenta, który latem kosi tu trawę i dba o porządek. Nieśmiało dopytuję o mieszkańców tutejszych lasów. Właśnie minęłam znak drogowy: uwaga niedźwiedzie, uwaga wilki. Tych ostatnich jest tu kilkanaście, w ubiegłym miesiącu niestety ich ofiarą padł pies chłopaka. Na szczęście ludzi omijają z daleka. A nocami budzi mnie tylko wycie wszystkich psów w Wołowcu.

Wygląda na to, że jeszcze tu wrócę. Może zimą? Dzięki unijnym dotacjom nie brakuje tu szlaków dla miłośników biegówek. O wielu atrakcjach i ciekawostkach nie napisałam. O uzdrowisku Wysowa, o Jeziorze Klimkówka, które zagrało w „Ogniem i mieczem” i o odwiedzinach u Słowaków, których bardejowskie Stare Miasto wpisane zostało na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Spodobało się? Chcecie przeczytać więcej? Dam znać kiedy i gdzie 🙂