Wszystkie duchy Beskidu Niskiego

Podobno najpiękniej jest tu wiosną. Podobno. Bo znam takich, dla których to miejsce ma swój nieodparty urok zimą – sama sprawdzałam to już dwukrotnie. Są i tacy, którzy właśnie tu polubili jesień. Kolorową, dzięki bukowym lasom i bujnym łąkom, szarą i mglistą, gdy czeka się na pierwszy śnieg. Ale teraz, gdy jestem tu w chwili gdy wybuchła zieleń, gdy wpadam w zachwyt nad pięknem tego miejsca, gdy mam ochotę krzyczeć z zachwytu, to jednak pierwsze co czuję to smutek. I może trochę złość na współczesnych mi ludzi. Złość za brak tolerancji i umiejętności współistnienia, która tak pięknie widoczna była właśnie tutaj. Później, zupełnie nagle, to wszystko się skończyło. I dziś, wędrując tymi szlakami, drogami i bezdrożami mam pustkę aż po horyzont. A to co czuję to smutek i tęsknota… trochę irracjonalne uczucia, bo przecież nie znam innego Beskidu Niskiego. Zamykam oczy i czuję zapach owocowych drzew w sadach, słyszę gwar rozmów w śpiewnym, łemkowskim języku, gryzie zapach dymu z komina, odczuwam obecność setek osób. Przecież jestem zupełnie sama, to tylko wiatr szumi w drzewach, a za drewnianymi drzwiami nie ma nic.

Gdy pojawił się temat długiego majowego weekendu, właściwie nie miałam wątpliwości dokąd chcę pojechać. Na dodatek miałam „miejscówkę” pracowicie i własnoręcznie wyszukaną na mapie. Takie miejsce, które oczarowało mnie klimatem, widokiem za oknem i takie miejsce, gdzie później wszystkie oczekiwania okazały się rzeczywistością. A że zimową porą nie udało się dojechać, majówkowy weekend tylko wyostrzył mój apetyt. I tak oto już pod koniec stycznia wiedziałam, gdzie będę na początku maja. Może im bliżej wyjazdu i im więcej szumu robiło się wokół tej długiej majówki, trochę się bałam, że na szlakach będą tłumy, ale jak się okazało – zupełnie niepotrzebnie.

Dziś, gdy siedzę sobie na kanapie w moich blokowym mieszkaniu tęsknię za tą wsią, chatą i ludźmi. Ale nie jedźcie tam, zostawcie to miejsce dla mnie! Bo ja jeszcze tam wrócę, nie wiem tylko kiedy, ale przeszukam kalendarz, rozmnożę wolne dni i po trzech godzinach podróży zmuszę moje autko, by wspięło się ostro pod górkę.

Chyba najtrudniej wyjaśnić dlaczego właśnie tutaj lubię spędzać czas. Przecież nie ma tu wysokich, ambitnych szczytów. Ja z przeszłości, ze swoją natury zdobywcy NAJ, właściwie nie mam tu czego szukać. 600, 700, 800 metrów n.p.m. i najczęściej bez żadnych widoków. W porywach 1000 metrów, choć polskiej Lackowej brakuje 3 metrów, a słowacki Busov przekracza tę magiczną granicę zaledwie o 2 metry. Ale wybierzcie się w jedną z tras a poczujecie zmęczenie – dokładny zapis tras znajdziecie TUTAJ (link do endomondo). Tym razem dokonaliśmy pierwszego przejścia północnej ściany Palenicy – ot, ścieżka zaznaczona na mapie po kilkuset metrach przestała istnieć, a do zielonego szlaku doprowadziły nas trasy zwierząt. Jak na najwyższy szczyt Beskidu Niskiego jest tu zupełnie pusto. Jesteśmy tylko we dwoje. Po drodze spotkaliśmy dwóch Słowaków, którzy ze szczytu już schodzili, a później nikogo. Wyobraźcie sobie Rysy w środku sezonu zupełnie puste. Możliwe, ale tylko w deszczu, a nie w ciepły, słoneczny majowy dzień. Kolejny raz jestem więc na Busovie i cieszę się ciszą i spokojem. A może po prostu tak jest tu zawsze? Jeszcze tylko powrót przez słowackie łąki, spotkanie z dzikami, sarnami, jeleniem i myszołowem. Po dotarciu do czerwonego, granicznego szlaku napotykamy pierwszych miłośników tych niewielkich szczytów. My skręcamy w stronę Przełęczy Regietowskiej i tuż przed Obyczem niebieskim szlakiem schodzimy do Wysowej. Inne puste miejsce – szlak na Magurę Małastowską, ale nie z przełęczy. Najpierw żółtym szlakiem z Ropy do Bielanki, a później cały czas zielonym. 20 km niczym nie zmąconego marszu. I takich szlaków i tras mogłabym mnożyć! Ale sami wytyczcie swoje ścieżki i cieszcie się samotnością. Tu nie czeka Was kolejka do kasy po bilet do Parku Narodowego czy kolejka do kolejki wywożącej na szczyt. Spotkacie za to czasem wędrowców z gitarą na plecach, z „worami” wypchanymi po brzegi, z matami i namiotami i zapasem jedzenia, świadczącymi o długiej wędrówce z dala od cywilizacji. Myślałam, że tak się już nie chodzi, że teraz wszystko „na lekko”… A jednak nie.

Czy ja jestem jakąś wariatką, że snuję się po cmentarzach? Po tych najłatwiej dostępnych pod Magurą Małastowską i na Przełęczy, ale i po tych rozsypanych po lasach, z dala od głównych szlaków. Cieszy mnie odbudowany cmentarz na Rotundzie. Zimą 2014 roku, gdy byłam tu po raz pierwszy nie był jeszcze kompletny – brakowało dwóch charakterystycznych wież utrzymanych w stylistyce łemkowskiej. Od 2016 roku cmentarz na Rotundzie można podziwiać w całej okazałości. Co niezwykłego jest w tych cmentarzach rozsypanych po beskidzkich lasach i wzgórzach? To pamiątka po jednej z najbardziej krwawych bitew I wojny światowej, a może raczej po walkach, które trwały w okolicach Gorlic przez pół roku (decydujące starcie miało miejsce od 2 do 5 maja 2015 r.). W bitwie gorlickiej zginęło 200 tys. żołnierzy, których pochowano na 400 cmentarzach, z czego w okręgu gorlickim powstało ich 54. Autorem wielu projektów (31 lub 35 według innych źródeł) był słowacki architekt Dušan Jurkovič, któremu zawdzięczamy nie tylko cmentarz na Rotundzie, Przełęczy Małastowskiej, Magurze Małastowskiej czy w Zdyni. Żołnierze armii niemieckiej, austro-węgierskiej i rosyjskiej, wszyscy pochowani zostali na tych samych cmentarzach. Nazwiska polskie, słowackie, czeskie, ukraińskie, niemieckie, rosyjskie, austriackie i niemieckie.

To tylko jedna z lekcji historii jakie daje nam Beskid Niski. Czarne, Lipna, Bieliczna, Radocyna, Nieznajowa, Regietów… wsie, których już nie ma. Wsie, które ponad 70 lat temu tętniły życiem. Czarne – ponad 300 mieszkańców, Radocyna – ponad 500, Bieliczna – ponad 200, Nieznajowa – blisko 300… tysiące ludzi, dzięki którym Beskid Niski tętnił życiem. Cerkwie, kościoły, szkoły, wiatraki, karczmy, sklepy, elektrownia wodna, leśniczówki, targi i jarmarki, czytelnia, wiejski teatr, posterunki straży granicznej, domy. A później Akcja Wisła i wysiedlenia. Zostały przydrożne krzyże, cmentarze, drzewa owocowe, cerkwiska, piwnice i kaplice. Wychodzę na otwartą przestrzeń i mam widok aż po horyzont. Pola, łąki, pagórki i góry, a wszędzie pusto. Dlatego te drewniane drzwi, które ustąpią po naciśnięciu klamki, drzwi, które stoją pośrodku łąk, robią na mnie takie wrażenie. To projekt Natalii Hładyk o nazwie „Przez zarośnięte trawą koleiny dróg, co się kończą przy umarłych sadach… Zapomniane wsie Łemkowszczyzny”, zrealizowany w 2008 roku. Dziękuję! Dzięki temu projektowi od pierwszej wizyty w Beskidzkie Niskim czuję, że to wyjątkowe miejsce i za każdym razem mam ciarki na plecach.

Przysłup, Nowica, Leszczyny – wsie, które są, ale w których coraz częściej powstają letnie domki miłośników Beskidu Niskiego. I sama, gdyby trafiła się taka okazja kupiłabym kawałek trawnika i nieba w Beskidzkie Niskim. Stowarzyszenie Magurycz, cerkwie, wielka drewniana łyżka, kaplica, cudowne źródełko, stara plebania greckokatolicka i tablica pamiątkowa Bohdana Ihora Antonycza, poety ukraińskiego, który urodził się w Nowicy, kilka chyż. Tak teraz wygląda ta urocza wioska położona u stóp Magury Małastowskiej. Łyżka, skąd ta łyżka? Nowica słynęła z wyrobu drewnianych łyżek, a ci, którzy je wyrabiali to łyżkarze – zawód przekazywany z ojca na syna. Dziś próbuje się go reaktywować, ale gdyby nie nasza gospodyni to z Beskidu Niskiego wróciłabym bez drewnianej łyżki. Myślicie, że był jakiś sklepik, kierunkowskaz, punkt obsługi klienta? Nic z tych rzeczy! Następnym razem będę pukać do drzwi z pytaniem o łyżki, choć znając opowieści Marleny – kto wie jak się to skończy.

Takich lekcji historii jest tu znacznie więcej. I choć to już mój piąty pobyt w Beskidzie Niskim wciąż odkrywam kolejne miejsca. Jak to – Pomnik Ofiar Thalerhofu – jest na mapie przy szutrowej drodze z Jasionki do Radocyny. Planując wycieczkę nic o tym miejscu nie wiedziałam, nie słyszałam nawet o takim obozie. Przyjdzie mi jeszcze sporo się nauczyć o historii Łemków.

Ale Beskid Niski to dzisiaj znowu ludzie. Ci, których ogarnęła ta magia i którzy wracają tu kolejny raz, by wędrować tymi samymi ścieżkami. I Ci, którzy uciekli z wielkiego miasta, znaleźli swój kawałek trawnika i nieba i może jeszcze starą chatę na dokładkę. Ludzie, którzy takiej chacie dali kolejne życie, zachowując jednak cały klimat, swojskość  i prostotę tego miejsca. Taką prostotę, że mogę nago stanąć w oknie i nikt, absolutnie nikt mnie nie zobaczy, bo przede mną tylko las i pola. No, może marzę tylko, by z tego lasu wyszedł wilk, spojrzał mi w oczy i poszedł swoją drogą.

Reklamy

Uwielbiam marnować czas

Przez dwa dni marnowałam czas. Nie było zakupów, gotowania, sprzątania. Nie zrobiłam nic twórczego. Ot, szłam sobie i się rozglądałam. I tak przez dwa dni i 65 km. W niedzielę wstałam przed świtem, weszłam na Wielką Rycerzową i czekałam na słońce. Potem skubnęłam jagód i wróciłam na drzemkę.

Potrafię się spakować w 15 minut do 30 litrowego plecaka. Śpiwór, mini kosmetyczka i ręcznik, drugi komplet ubrań, strój do spania, kurtka gore, kilka drobiazgów, woda i jedzenie. I już mogę ruszać w drogę. Na dwa dni wystarczy! Nie muszę jechać daleko – 40 minut autem do Rajczy, 20 pociągiem do Zwardonia i już ruszam na swoją ulubioną trasę w Beskidach. Ulubioną i moich zdaniem najpiękniejszą. Tak piękną, że na tej trasie rozgrywa się bieg Chudy Wawrzyniec. I wreszcie udało mi się na całą tę trasę zabrać Piotra (w całości szedł ją po raz pierwszy, znał część trasy zaplanowanej na pierwszy dzień). Wędrówkę zaczynamy w Zwardoniu, a skończymy w Rajczy – dla ułatwienia zostawiamy na „mecie” auto, a na „start: podjeżdżamy pociągiem. Krótka wędrówka asfaltem i zaczyna się szlak. Po drodze mijam jeszcze stare schronisko PTTK, w którym nocowałam w podstawówce, a które teraz – tak jak cztery lata temu, gdy byłam tu ostatni raz – niszczeje i czeka na nowego dzierżawcę. Do Wielkiej Raczy właściwie nie spotykamy ludzi – jedną grupę minęliśmy na początku, jedną parę tuż przed szczytem. Może dlatego, że na odcinku prawie 17 km nie ma schronisk, nie ma też innych szlaków, którymi można dojść do czerwonego, granicznego. Za niespełna miesiąc będzie tu tłoczno od biegaczy, ale nie teraz. Do woli więc mogę podziwiać widoki, a polską i słowacką stronę. Na chwilę robi się tłoczno gdy wchodzimy do schroniska, tym bardziej, że krótki deszcz przestraszył turystów. Szybko przestaje padać, a my ruszamy w dalszą drogę. Znowu wzdłuż granicy – z wyjątkiem krótkiego odcinka przez Rezerwat Śrubita, gdzie letni szlak schodzi z granicy. To jeden z moich ulubionych fragmentów – piękny las, trasa poprowadzona trawersem, potoki i znowu pusto. Omijamy Przegibek i od razu skręcamy w stronę Wielkiej Rycerzowej. Można niebieskim, łatwiejszym szlakiem, a można czerwonym, dalej wzdłuż granicznych słupków aż do osiągnięcia szczytu Rycerzowej. I tu zdecydowanie więcej widoków na słowacką stronę.

Trafiamy do bacówki, która dopiero co wygrała ranking bacówek ogłoszony przez miesięcznik NPM, a wśród wszystkich sklasyfikowanych schronisk zajęła 10 miejsce. Mamy zarezerwowany pokój. Dzień wcześniej jeszcze potwierdzałam nasze przybycie, może nawet późne, a szef bacówki deklaruje zostawienie obiadu po telefonie z drogi. Jestem pod wrażeniem, tym bardziej więc szykujemy miejsce na smażony ser i racuchy z borówkami, zachwalane też w NPM. Zdjęć nie zdążyłam zrobić – zjedliśmy wszystko do ostatniego okruszka i potwierdzam – warto się skusić na przygotowywane w bacówce jedzenie. Że borówki są świeżo zebrane mogę się przekonać na Małej Rycerzowej, gdzie udaję się w poszukiwaniu zachodu słońca i znajduję całą polanę jagód.

Nocleg w bacówce polecam jeszcze z jednego powodu – jej unikatowego położenia. Przy dobrej pogodzie można tam podziwiać zachód z jednej strony, a wschód z drugiej. Tym razem zachodu nie ma, są jednak piękne błyskawice, które rozświetlają niebo nad Babią Górą. Wschodu też raczej nie będzie widać, ale i tak wstaję o 4.30, żeby wejść na Wielką Rycerzową. Drugi raz tu śpię i drugi raz jestem jedyną osobą, która woli oglądać kolory na niebie niż spać. Tym razem słońca wynurzającego się zza Babiej nie zobaczyłam, ale poranek i tak był piękny. A przed śniadaniem znowu borówki prosto z krzaczka.

Po śniadaniu i jakieś dwie godziny później kierujemy się dalej szlakiem granicznym – niebieskim – w stronę Przełęczy Glinka. Cztery lata temu na tym odcinku spotkałam tylko dwóch Słowaków, tym razem minął nas tylko jeden biegacz. Na trasie dwa strome podejścia – Świtkowa (słow. Svitkova, 1082 m) i na Oszus, który na polskich mapach nazywany też bywa czasami Oszustem. Oba strome, jak na znane mi w Beskidach szlaki, pierwszy krótszy, drugi zdecydowanie dłuższy. Przy dobrej pogodzie wdrapanie się na szczyt to tylko trochę wysiłku, po deszczu, ze względu na podłoże, to prawdziwa jazda bez trzymanki. Sam szczyt można ominąć korzystając ze ścieżki, która trawersuje Oszusta, wzdłuż granicy rezerwatu przyrody. To jeden z dzikszych rejonów Żywiecczyzny. Nie dziwi mnie więc brak turystów i piękne stado jeleni, którym wchodzimy w drogę schodząc ze szczytu. Po 4,5 godzinach marszu docieramy do przełęczy, ostatnią godzinę towarzyszą nam odgłosy zbliżającej się burzy. Jej pomruki słyszę już od rana, ale przez większość czasu z bardzo daleka. Tym razem trzeba jednak przyspieszyć. Do Krawców Wierchu – i kolejnej bacówki – jeszcze 40 minut, jest więc szansa, że zdążymy. Raz spadają na nas ciężkie krople deszczu, po chwili – sucho i tak na zmianę. Waham się – wyciągać kurtkę czy nie. Przyspieszamy kroku, by jak najszybciej osiągnąć polanę i ewentualnie schować się przed deszczem. Ale burza jakby nas omija. Kierujemy się więc do Złatnej – a tam znowu pada i nie pada na zmianę. Prawdziwa burza zaczyna się dopiero gdy docieramy do małego pola namiotowego i zadaszenia. Tam przeczekujemy deszcz. Do Rajczy mamy stąd zaledwie kilka kilometrów, ale najpierw ścieżką musimy dotrzeć do żółtego szlaku a później już tylko w dół. Trasa prowadzi jednak przez łąki, gdzie walczę z gryzącymi owadami. Niestety – przegrywam.

Ten wyjazd przypomniał mi co lubię najbardziej. GÓRY! Wędrowanie, pobudkę przed świtem tuż pod szczytem, zimne piwo po całym dniu marszu, widoki i czas na myślenie o niczym albo nawet nie myślenie. Pojechałam, żeby się nażyć! Wcale nie musze jechać daleko, ważne by pojechać na 100%, oderwać się od rzeczywistości, codziennych obowiązków i schematów. Spać w schronisku – czasem nawet na tzw. glebie, jeść owoce z krzaczka i patrzyć przed siebie.

Szu, szu, szu

Zaczęło się niewinnie – od szu, szu, szu…

Poprzedniej zimy, gdy przypadkiem jakimś spadł w Beskidach śnieg, rzuciliśmy się z Piotrem w góry. Najbliżej gdzie się da, ale żeby jednak były widoki i trochę wysokości. Najbliżej to Skrzyczne – dla odmiany Doliną Zimnika w kierunku na Malinowską Skałę. Tylko, że przed nami na ten pomysł nikt nie wpadł, więc momentami zapadałam się po kolana i lepiej.

Zresztą o zapadaniu się wiem dużo. Jak się ma niespełna 160 cm wzrostu i trafi na nieprzetarty szlak to można i całą nogę wykopywać spod śniegu. Uwierzcie – wygląda komicznie! Jakbym próbowała pływać w puchu. A ile się przy tym napocę to moje. Zapadałam się więc ostatnio w Beskidzie Wyspowym – idę po zmrożonej powierzchni a tu trach i ląduję w wodno-śnieżnej ciapie. Zapadałam się schodząc z Pilska: takie małe były te choineczki nad śniegiem, a to czubki tylko były. I moja noga cała pod śniegiem.

dsc_0122

Ale wracam do Doliny Zimnika. Wygramoliłam się w końcu na Malinowską Skałę, potem na Małe Skrzyczne i tuż przed Skrzycznem zatrzymaliśmy się na mały odpoczynek. I wtedy usłyszałam – szu, szu, szu…

Niczym nie niepokojony, spokojnie i statecznie, bez kopania i zapadania, sunął sobie po niezmąconej powierzchni śniegu, ratownik Grupy Beskidzkiej GOPR. Sunął sobie na skiturach. A ja wpadłam w zachwyt! Oczywiście wiedziałam, że coś takiego istnieje. I nawet miałam znajomych, którzy wędrowali na nartach, ale o sobie w takim wydaniu jakoś nie pomyślałam. Szu, szu, szu… i myśl w głowie zakiełkowała. Szu, szu, szu…

Kilka tygodni później, organizatorzy festiwalu górskiego Wondół Challange zorganizowali konkurs, w którym do wygrania było szkolenie skiturowe. Dostałam się w ostatniej chwili, bo ktoś inny zrezygnował. Pierwszego wrażenia nie zapomnę nigdy – przypięłam narty, stanęłam pod stok i stałam! Zrobiłam krok i stałam! Bajka! zaczęliśmy maszerować, a ja nie dość, że się nie zapadałam to jeszcze przemieszczałam się znacznie szybciej niż w butach trekingowych. Tyle, że to był marzec i śniegu nikt już później nie widział. Doświadczenie miałam więc delikatnie mówiąc – niewielkie. Co mnie więc tknęło, by pod koniec ubiegłego roku zamówić noclegi w schronisku na Rysiance i dwie pary skiturów? Może wieść, że spadł śnieg (to taki czasem ewenement, nawet w Beskidach!), a może dodatkowe sprzyjające okoliczności, że są dwie pary nart i buty w odpowiednich rozmiarach – małe i duże. I tak oto na dwa dni przed końcem roku Piotr i ja stanęliśmy na nartach.

Plany były bardzo ambitne, ale skończyło się na wycieczce na Halę Miziową i z powrotem i na zdobyciu Romanki. Z mojej strony żadnej wywrotki, miły zjazd w puchu i foka oklejona śniegiem tak bardzo, że ostatnie 10 minut do schroniska to była wieczność. Odciski, zderzenia i inne śmieszne sytuacje nie przesłoniły mojej fascynacji skiturami.

Wierzycie w zbieg okoliczności? W taki ciąg dobrych zdarzeń, które pojawiają się w nieoczekiwanym ale właściwym momencie? Ja tak. Nagle Hati Team zaprasza mnie na wieczorne wyjście na Małe Skrzyczne. Chyba byłam pierwsza pod Golgotą, żądna nowych wrażeń. Jest po zmroku, narciarze jeszcze jeżdżą, a my pomykamy wbrew prawom fizyki w przeciwną stronę. Bajka – mrozik, prószy śnieg, lekko wieje, w świetle czołówek błyszczy puch. W dół jadą ratraki, jakby specjalnie dla nas przygotowywały stok. No i tu zaczyna się mały problem. Taki maleńki. Biegam, więc mam kondycję i pod górkę mogę maszerować, nawet na starszym i nie najlżejszym sprzęcie. Tylko wcale nie mam ochoty zjeżdżać w dół. Od trzech lat nie jeździłam na nartach. A jak jeździłam to i tak „mniej-więcej” czyli więcej niż na tyłku, ale mniej niż na nartach.

Dzięki wsparciu i pomocy zjechałam z Małego Skrzycznego bez jednej wywrotki, choć czasem pytałam, gdzie jest stok 😉

I jak podsumował Piotr: w ciągu półtora tygodnia byłam 5 razy na skiturach. Bo jak tylko nastał długi weekend to w wypożyczalni wywęszyłam małe butki i krótkie nartki i już po godz. 15 pomknęłam przed siebie. Odkryłam przy tym „tajne” przejście do zimowego szlaku na Przełęcz Kołowrót, a tam uznałam, że pół godziny na Szyndzielnię to żaden problem. Księżyc świecił, śnieg się skrzył, a ja pokonywałam kolejne metry. Bajecznie było. I jak ciepło mi było pod górkę, tak zamarzłam na zjeździe z Szyndzielni. Termometr w aucie pokazał -13 stopni, a ja jeszcze w domu szczękałam zębami. W sobotni poranek znowu miałam buty, narty i wędrowałam w puchu na Błatnią – puch jest poza szlakami, jak ktoś zna ścieżki i drogi to trafi. Ja trafiłam i tak oto pokonałam na nartach swój pierwszy półmaraton.

Bez złudzeń – na nartach dalej jeżdżę mniej-więcej, i dalej wolę chodzić niż zjeżdżać. I skąd tyle drzew na szlaku, którym planowałam zjeżdżać 😉 Ale bakcyla połknęłam. Zima ma nowy wymiar, a ja przeglądam Internet w poszukiwaniu własnego sprzętu. Jak spotkacie mnie na stoku – to znaczy, że szlifuję technikę, jak na trasie – znaczy, że kocham zimę!

 

Kapryśna Królowa

Jest taki szczyt w Beskidach, który przyciąga turystów o każdej porze dnia i roku. O wschodzie słońca oglądanym z wierzchołka i o zimowym wejściu marzy co bardziej doświadczony turysta. Nie bez powodu o Diablaku czyli Babiej Górze mówi się Królowa Beskidów i Królowa Niepogody. Poza Tatrami to przecież najwyższy szczyt w Polsce. A Królowa Niepogody… Szczyt słynie ze zmiennej pogody. Latem – gwałtowne burze, zimą – śnieżne huragany. Zabłądzenia, wypadki – w tym także te najtragiczniejsze, to oprócz cudownych widoków na Tatry, drugie oblicze Babiej Góry.

Zimowe wejście na szczyt było marzeniem Piotra. Miał za sobą dwukrotne zdobycie szczytu latem, a nawet bieg na szczyt Diablaka. Do kolekcji „napływowego górala” brakowało wersji zimowej. Po konsultacjach z GOPRem Beskidzkim wyruszyliśmy do Zawoi w niedzielny poranek.

I tu pierwsza nauczka. Jeśli w Bielsku-Białej wieje, to w Zawoi wieje jeszcze bardziej, a na szczycie… przecież nie mniej!

Pierwszy raz mina mi zrzedła na parkingu w Zawoi Markowej. Wiało tak, że zmarzłam w ciągu kilku minut. Żwawo ruszyłam więc zielonym szlakiem, z niepokojem raz po raz patrząc na drzewa, czy aby coś nie spadnie mi na głowę. Nie spadło. Do schroniska dotarliśmy w godzinę. Ale im bliżej było Markowych Szczawin tym więcej było lodu. I tylko z czystego lenistwa zwlekałam z założeniem raków. Ale wiedziałam, że od schroniska nie pójdę bez nich ani metra wyżej. Cóż, kiedy na dwie osoby mieliśmy tylko jedną parę.

Na przyjaciół można jednak liczyć w biedzie. I już od schroniska oboje – Piotr i ja maszerowaliśmy w rakach. Piotr w moich (tylko one pasowały na rozmiar buta 47!), a ja w pożyczonych, cudownych półautomatach Grivel (chcę takie!!). Już po kilku metrach cieszyłam mi się gęba. Zapomniałam jak genialnie szybko chodzi się w rakach po zmrożonym śniegu 🙂 Raz, dwa, chrup, chrup i bez większego wysiłku w kilkadziesiąt minut jesteśmy na Przełęczy Brona. Szybki łyk herbaty, gryz kanapki i w górę. Póki głowa nie wystaje mi powyżej kosodrzewiny jest całkiem znośnie. Wieje, ale da się iść.

Od Kościółków będzie znacznie gorzej – ostrzegał ratownik GOPR dyżurujący na Markowych Szczawinach. Ale na szczycie widać widać turystów chroniących się za kamiennym murkiem więc optymistycznie wierzę w wejście na szczyt. Mój optymizm słabnie jednak z każdym krokiem. Skończyła się osłaniająca przed wiatrem kosodrzewina i idzie się coraz trudniej. Wbijam mocno raki i zapieram się kijkami przy każdym kroku. Od szczytu dzieli nas jedno podejście. Już prawie rozróżniam ludzi na szczycie. I wtedy właśnie okazuje się, że nie zrobię już ani kroku dalej. Nie mam w co wbić raków, pod nogami same skały, wiatr odrywa lodowe fragmenty i celuje nimi prosto w twarz, a wieje tak, że gdy łapię się skały mam poważne problemy z powrotem do pionu.

Wracamy – przekrzykuję wiatr. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Z powrotem idzie się zdecydowanie gorzej. Już wiem, ze pogoda się pogarsza, wieje coraz mocniej. Byle dojść do kosodrzewiny – tam będzie już lepiej. I na szczęście tak jest.

A że jest też niedosyt postanawiamy wejść na Małą Babią Górę. Pół godziny zgodnie ze szlakowskazem – w rzeczywistości wystarczyło 18 minut. Tu też już mocno wieje. Z trudem wyciągam aparat, szybko robię Piotrowi zdjęcie i zmykam w dół. Byle do przełęczy, a później już łatwizna.

Dawno już z taką łatwością nie przyszło mi zrezygnować z celu wędrówki. Po prostu dotarłam do miejsca, z którego ani kroku dalej nie byłam już w stanie fizycznie zrobić. Szczyt nie był wart ryzyka zdmuchnięcia, upadku, przemarznięcia. Obstawiłam, że zabrakło nam 100 metrów w pionie. Zgodnie z gpsem jeszcze mniej.

A schodząc czarnym i niebieskim szlakiem do Zawoi zachwycałam się wiosną. I tylko zza plecami dobiegał do mnie groźny pomruk wiatru ze szczytu Babiej Góry.