Włoski raj

Jedziemy w marcu nad Gardę – usłyszałam w słuchawce od koleżanki. A ona usłyszała moje westchnienie tęsknoty, niczym westchnienie krecika z czeskiej kreskówki. A zaraz potem zaczęłam odświeżać w pamięci nazwy miejsc do zobaczenia. Jezioro z niesamowicie zieloną wodą, maleńkie miasteczko, które uznawane jest za najpiękniejsze we Włoszech (jedno z najpiękniejszych), piękne góry, zamek na skale, metalowe pomosty zawieszone nad wodą… I jeszcze nie zapomnij o włoskiej pizzy – najlepszą zjesz tutaj, koniecznie kawa z rogalikiem na śniadanie, a wieczorem, po kolacji limoncello… Opowiadałam, szukałam w pamięci obrazów i szybko sprawdzałam czy nie rzucili akurat jakiś tanich biletów. Tak zwyczajnie, ogarnęła mnie tęsknota za Jeziorem Garda. A przecież byłam tam zaledwie trzy miesiące temu, a zdaje mi się czasem, że to cała wieczność.

Podróż w listopadzie w tak popularne wśród turystów miejsce była strzałem w dziesiątkę. Jak pewnie i teraz będzie marcowy wyjazd mojej koleżanki. Przed i po sezonie. Jeszcze ciepło (w listopadzie zdarzyło mi się żałować, że nie mam krótkich spodenek, choć przyznaję – poranki i wieczory są chłodne)i już ciepło. I wciąż niezmienne pięknie. Przewodników i poradników na temat zwiedzania Gardy jest wiele, mój post nie jest kolejnym przewodnikiem. Ale mam nadzieję, że po zobaczeniu kilku zdjęć i przeczytaniu krótkich opisów ruszycie szukać tanich biletów lotniczych. Napiszcie przewoźnikom, że to moja zasługa, może podrzucą mi jakiś bilet. Obiecuję spakować się i być na czas na lotnisku.

  1. Lago di Tenno. Wiem, że to był pobyt nad Gardą, ale jednym z pierwszych celów naszej wizyty było inne jezioro. Małe, ukryte wśród górskich szczytów. O niesamowitym kolorze. Po drodze miałam zobaczyć wodospad Varone, ale nie przewidziałam, że po sezonie grotę otwierają o godzinie 10.00. A może to Włosi nie przewidzieli, że ja już przed godziną 9 będę gotowa by odkrywać ich cuda. Zamiast więc wodospadów ruszyliśmy górskim szlakiem w górę w kierunku Jeziora Tenno i miasteczka Canale di Tenno. Jasne, można tam dojechać samochodem, można – tak jak my dojść na nogach. Wrażenie będzie takie samo. Nagle zobaczycie bajecznie zieloną wodę, w listopadzie otoczoną kolorowymi szczytami. Wokół niemal pusto, cała ścieżka wokół jeziora nasza, a miejsca piknikowe zupełnie puste. Dobrze, że rano kupiłam rogaliki i teraz mamy piękne i pyszne drugie śniadanie.
  2. Kolejna niespodzianka czeka w sumie tuż za rogiem. Kilkanaście minut spaceru i trafiamy do Canale di Tenno. Powiedzieć, że opada mi szczęka i tracę głos z zachwytu to mało. Jasne – naczytałam się postów i blogów. Wiedziałam, że to średniowieczna, włoska perełka. Jednak rzeczywistość, własne wrażenia, a cudze zdjęcia to coś zupełnie innego. Nawet więc jeśli zobaczycie te zdjęcia, to miasteczko to wciąż powinno odebrać Wam mowę! A mieszka tu zaledwie 50 osób.
  3. Kolejnym cudem jest Arco – w sezonie raj dla wspinaczy. Zresztą – na dwóch głównych uliczkach mnóstwo jest sklepów ze sportowymi ubraniami i ekwipunkiem. Oczywiście, robimy rekonesans i oglądamy najnowsze kolekcje. Nad naszymi głowami góruje zamek. Symbol tego miasta i punkt orientacyjny. Podczas półmaraton wyznaczał mi półmetek. Im było bliżej – tym bardziej zbliżałam się do 11. kilometra. Im miałam go dalej za plecami – tym bardziej zbliżałam się do upragnionego celu. O moim półmaratonie nad Gardą przeczytacie TUTAJ i TUTAJ. A ja delikatnie zazdroszczę tym, którzy mają go przed sobą.
    Ale wracając do zamku… polecam wieczorny spacer wśród oliwnych drzew i podziwianie rozległej panoramy. W listopadzie Arco i jego mieszkańcy oczarowali mnie jeszcze dbałością o szczegóły. Druga połowa listopada to czas, gdy ruszają świąteczne kiermasze, a Włosi przyozdabiają zaułki i podwórka świątecznymi szopkami i wariacjami na ich temat. Są więc pingwiny i krasnale, szopka na wodzie i drewniane figurki. Do tego światełka, mapping na ścianach budynków i iluminacja na zamku.
  4. Góry wokół Jeziora Garda. Tych jest tu mnóstwo. Jednym z najpiękniejszych miejsc jest Monte Stivo. Zresztą trafiliśmy tam dzięki Włochom, którzy w ramach blablacar uratowali nas na lotnisku w Bergamo. Tak pięknie o niej opowiadali, że dwa dni po półmaratonie ruszyliśmy do góry. Szczyt ma 2059 metrów wysokości, a Arco trzeba więc pokonać w pionie prawie 2000 metrów. Dzień nie zapowiadał się pogodnie, ale ten moment gdy wychodzisz ponad chmury i podziwiasz lśniące w słońcu białe szczyty Alp… Po drodze spotykamy stado moich ukochanych osiołków (to moje ulubione zwierzęta, niestety miały kiepskiego PRowca). Co prawda na szczycie wieje, ale droga powrotna do wioski też jest bajeczna – prowadzi najpierw wśród wysokiej kosodrzewiny, malowniczych skał, a wreszcie wśród letniskowych domków i gospodarstw. Na koniec, niestety już po zmroku minęliśmy Jaskinię Alte.
    Ze szczytu Monte Stivo widać inną interesującą mnie górę, Baldo, na którą z jednej strony można prawie wjechać kolejką, a z drugiej – przyjść. Na najwyższy wierzchołek nie dotarliśmy, ale warto wybrać się na tę wycieczkę z Torbole i po drodze podziwiać znakomicie zachowane miejsca, gdzie toczyły się walki w czasie I wojny światowej. Zresztą same szlaki turystyczne, sto lat temu powstały właśnie podczas wojennej zawieruchy.
  5. Szlak z Torbole zawieszony nad Jeziorem Garda to pomysł na bardzo malowniczy spacer z widokiem na jezioro. To jeden z najpopularniejszych tam szlaków, choć jak na popularność tego miejsca i piękny dzień towarzystwa nie mamy zbyt wiele. Kluczowym punktem wędrówki są metalowe pomosty i kilkaset schodów dosłownie przyklejonych do skały. Pod nami powietrze i woda. Kilka punktów widokowych, skąd wszyscy mamy takie same zdjęcia. Szlak zaczyna się w Torbole, a dokładnie przy parku linowym Busatte, a kończy w Tempesta. Stamtąd można wrócić autobusem, lub odwrócić się na pięcie i jeszcze raz pokonać trasę. W tę stronę częściej będziecie wchodzić po schodach.
  6. Sentiero del Ponale – to stara droga łącząca Riva del Garda i Valle di Ledro. Droga, która powstała w XIX wieku, wówczas uznawana była za cud techniki i zapewniała mieszkańcom doliny łączność ze światem. Jej budowa trwała prawie 50 lat, a nowy tunel, który zastąpił trasę Ponale wybudowano dokładnie sto lat później i otwarto w 1990 roku. Od kilkunastu lat ten cud techniki, z wykutymi w skałach tunelami, dostępny jest wyłącznie dla pieszych i rowerzystów. Oferuje niezwykłe widoki w dół na jezioro i w górę – na otaczające Gardę skały. Niestety stan drogi, w którą ostatnio nie inwestowano stale się pogarsza. Do tego stopnia, że wiosną konieczne było jej zamknięcie na czas remontu i napraw, które zapewnią pieszym i rowerzystom bezpieczeństwo.

    Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

  7. Jezioro Garda – piszę o nim na końcu, ale to był przecież główny pretekst naszego przyjazdu na nieplanowany półmaraton we Włoszech. Największe. Najpiękniejsze. Najczystsze. Najbardziej malownicze. Spektakularne. Pełne atrakcji i urokliwych miejsc. Raj dla turystów. Ochów i achów nie brakuje. Czy są przesadzone? Na wyrost? Nieuzasadnione? Nic z tego. Choć w swojej podróży po Włoszech dotarłam tam dość późno, to moim zdaniem w najbardziej idealnym momencie. Nic z tego o czym czytałam, na własne oczy mnie nie rozczarowało. Wręcz przeciwnie – wciąż mam niedosyt i nie ma tygodnia bym tak na wszelki wypadek nie sprawdzała cen biletów lotniczych. Ot, tak na wszelki wypadek…

Kasia, dziękuję Ci za czwartkową rozmowę! Ten post to jej konsekwencje. Udanego pobytu nad Gardą! A ja… właśnie upolowałam dwa tanie bilety na kwiecień!

Reklamy

Moja piękna włoska życiówka

Kto nie ryzykuje ten nie pije szampana. Albo raczej – włoskiego wina! I teraz jeszcze kilka motywacyjnych haseł, w stylu – kto jak nie Ty, kiedy jak nie teraz! Choć, gdzieś w połowie trasy głowa szykowała tekst w stylu – nie powtarzaj moich błędów, nie porywaj się na wynik bez przygotowania. Dziesięć kilometrów dalej, wbiegając na metę nawet nie pomyślałam, by z szerokim uśmiechem pięknie pozować fotografom. Kilkaset metrów wcześniej zerkałam na zegarek i powtarzałam pytanie: daleko jeszcze?! Aż wreszcie mogłam się zatrzymać i czas też się zatrzymał. Czas, wyświetlany przez mój zegarek: 1:57:12. A to oznacza tylko jedno – ponad dwie minuty szybciej niż trzy i pół roku wcześniej na tym samym dystansie, czyli półmaratonie. Czyli jednak będzie włoskie wino!

Rok, w którym miałam biegać po swojemu, bez zawodów i bez reżimu zakończyłam rzutem na taśmę W tym rzucie, od przyjazdu z Andory w połowie września do startu 11 listopada 2018 r. wybiegałam tyle, by starczyło na najlepszy czas. Choć tego półmaratonu też miało nie być. Jezioro Garda kojarzyło mi się dotąd z tłumami, wysokimi cenami i kurortami. Ale w listopadzie… i to dzięki konkursowi, który podesłał mi Piotr… Szkoda czasu na zbytnią analizę, szkoda czasu na pisanie elaboratów, szkoda czasu na pamiętanie. Kilka zdań i poszło. Dobrze, że kilka dni później w ogóle wspomniałam o tym zgłoszeniu, bo zaskoczenie i zdziwienie Piotra na wieść o wyjeździe do Włoch byłoby nawet zabawne. I tak oto, dzięki Run and Travel, planujemy kolejny wyjazd do Włoch. W planach jest Garda Trentino Half Marathon i kilkudniowy odpoczynek w górach i nad jeziorem.

Wtedy, w sierpniu, wydawało mi się, że zdążę. Że podczas wakacji w Andorze coś tam pobiegam (nie pobiegałam – siły starczyło mi tylko na górskie wędrówki), a po powrocie mając jakąś tam kondycję zabiorę się za to czego nie lubię, czyli popracuję nad szybszym bieganiem. Zaczęłam spokojnie, później zdecydowałam się na zwiększenie ilości treningów w tygodniu do 5, a nawet 6 razy. I tak całkiem dobrze biegało mi się przez trzy tygodnie. Aż tu naraz nogi przestały się słuchać, głowa chciała, a nogi nie. Tempo dramatycznie spadło i to na najprostszej możliwej w Bielsku-Białej trasie. Wróciłam podłamana – jak policzyłam o ile za wolno do poprawienia swojego najlepszego czasu, to już wiedziałam, że to bez szans. Jeszcze wychodziłam i biegłam, jeszcze wbiegałam kolejny raz na Skarpową, jeszcze próbowałam przyspieszać, ale mentalnie szykowałam się na bieg dla frajdy a nie na poprawianie swojego wyniku. Pod koniec października wybrałam jeszcze wyjazd w Tatry zamiast treningów i tak ledwo ledwo wybiegałam najdłuższy dystans czyli 18 km. I jeszcze przeziębienie dwa tygodnie wcześniej upewniło mnie, że nie mam szans.

Nawet dzień wcześniej na pytanie Piotra, po jakim czasie ma się mnie spodziewać na mecie, nie wiedziałam co odpowiedzieć. 6 minut na km to byłoby chyba całkiem dobrze, patrząc na moją formę. Tylko wieczorem, tuż przed snem błysnęła mi myśl, jakby to było pięknie pobiec w niedzielę życiówkę. Co więc mnie w ogóle podkusiło, by spróbować?! Nie mam pojęcia!

Niedzielny poranek powitał nas chłodem i niskimi chmurami. Przy temperaturze poniżej 10 stopni dość dziwnie wyglądałam w krótkiej spódniczce biegowej i lekkiej koszulce z krótkim rękawem. Na dodatek, gdy stanęliśmy na starcie moje okulary słoneczne zaczęły spełniać rolę okularów… przeciwdeszczowych. Padał deszcz! Coś moja prognoza pogodny przestaje się sprawdzać – pomyślałam. Tuż przed startem drogi moje i Piotra się rozeszły. Ja biegłam ze strefy zielonej – na czas w okolicy 2 h, a Piotr z niebieskiej. Jeszcze w hali przyglądam się ostatniej odprawie pacemakerów, którzy w charakterystycznych koszulkach i z zielonymi balonikami szykowali się do biegu. Z kim by tu pobiec… zastanawiałam się robiąc zdjęcia, a oni radośnie pozowali przed aparatem.

Punktualnie o godzinie 10.00 padł sygnał do startu. Jeszcze próbowałam ustawić się obok zajączków na około dwie godziny, ale nie dopchałam się w tłumie. Kto nie ryzykuje… usłyszałam w głowie i postanowiłam zaryzykować. Najwyżej się nie uda. Znałam swój najlepszy czas, wiedziałam w jakim tempie muszę pobiec i wystartowałam. Postanowiłam po prostu sprawdzić jak pobiegnie mi się pierwszy kilometr i kolejne cztery, czyli pierwszy parkrun.

Kilkanaście metrów dreptania do właściwej linii startu, odpalam zegarek i ruszamy. Z opisów trasy wiem, że będzie bardzo płasko 35 metrów przewyższenia to dla mieszkańców Bielska-Białej trasa płaska jak stół. Tym bardziej, że zaczyna się … z górki. Pierwsze pięć kilometrów to jak rozgrzewka, łapię ulubione tempo, rozglądam się po biegaczach, wypatruję kibiców, znajduję sobie wygodne miejsce. Zbiegamy w kierunku Jeziora Garda, a później skręcamy w kierunku Torbole. Główną drogą, przez tunele biegniemy cały czas wzdłuż jeziora. Lekko powiewa wiatr, lekko mży deszczy, ale nastroje dopisują. Pierwszy parkrun mija mi w znakomitym tempie i humorze. Biegnę o 2-3 sekundy szybciej niż podczas swojej poprzedniej życiówki na tym dystansie. Czas na kolejną piątkę – tym razem trasa biegnie między uprawami winogron. Owoców już nie ma, ale to i tak bardzo przyjemny widok. Tylko te chmury szczelnie okrywające góry. Kilka zakrętów i powoli, ale systematycznie zbliżam się do charakterystycznego punktu, czyli skały z zamkiem na szczycie. To Arco, gdzie mieszkamy i gdzie wypada połowa naszego biegu. Na pierwszym punkcie żywieniowym nie zdążyłam zabrać wody, teraz więc z nadzieją wypatruję kolejnego. I zaczynam się cicho zastanawiać, kiedy zapłacę za to szaleństwo – bieg poniżej moich możliwości i przygotowania. Jest kolejny punkt pomiaru i czas nadal znakomity, przy utrzymaniu tempa daje mi nawet zapas na mecie. Kilka łyków wody i bieg znajomymi, wąskimi uliczkami uświadamia mi, że zaczynamy wracać do Riva del Garda. Połowa za mną, kolejny parkrun zaliczę już za cztery kilometry. Kto nie da rady? Ja?! Postanawiam więc dotrwać do 15. km, a później niech się dzieje co chce. Gdzieś w ty miejscu zaczynam biec w towarzystwie dziewczyny z Białorusi. Ramię w ramię. Jak wyprzedzamy – to albo ona sprawdza czy jestem obok, albo ja. Co kilometr podnoszę kciuk do góry. Może to milczące, ale jednak towarzystwo, pozwala się oderwać myśli od zmęczenia? I braku jedzenia! Nie planowałam porywać się na PB więc nie zabrałam żela. Uznałam, że to co znajdę na punkcie żywieniowym mi wystarczy. Na razie złapałam jednak tylko wodę. Na kolejnym – na szczęście w butelce (starczyło dla mnie i towarzyszki) i jakieś ciasteczko, które mieliłam po kawałku. Cóż, musi mi wystarczyć. Ostatni parkrun przede mną. Od Arco trasa jest bardzo przyjemna. Cały czas biegniemy ścieżką rowerową wzdłuż rzeki. I znowu – uprawy winogron i oliwek, jakiś camping i widok na jezioro. Kibiców niewielu, ale to już moment gdy skupiam się zdecydowanie na sobie. Dobrze, że jestem ścisłowcem. Szybko obliczam, że w tym tempie mam już prawie półtorej minuty zapasu. A to znaczy, że jest bardzo dobrze i jak nie zwolnię za bardzo to to szaleństwo ma szansę się udać. Kilometr za kilometrem. Kolejna granica to 18 kilometrów, które przebiegłam na  najdłuższym wybieganiu. Jeszcze dwa, jeszcze tylko dwa kilometry. Ostatniego nie liczę, to będzie przecież wisienka na torcie. Dwa kilometry to przecież tak niewiele. Kilometr to do sklepu, w którym robimy zakupy w Arco i z powrotem.

Końcówka półmaratonu to bieg znaną już trasą. Teraz wystarczy wrócić do centrum miasteczka, gdzie jest meta. Jeden tunel, drugi tunel i brzeg jeziora. Gdzieś po 20 kilometrach ostry zakręt w lewo i z nadzieją szukam wśród kibiców Piotra. Mniej więcej od połowy trasy wyobrażam sobie jego zdziwioną minę, gdy zrobię niespodziewaną życiówkę. Chociaż może nie zdążę jej zobaczyć przez mgnienie oka. Może chociaż zdążę krzyknąć, że jest super…

„Przeciwdeszczowe” okulary przydały się na ostatnim odcinku, gdy mżawka zalewała mi oczy, ale teraz już bym w nich nic nie widziała. Byle do mety! Ile jeszcze?! Jest Piotr, krzyczę coś o życiówce i zaraz potem pytam czy daleko jeszcze. Biegnie ze mną kilkaset metrów. Zakręt, zakręt i jest meta. 1.57.12 czyli lepiej o ponad 2 minuty. Chyba nawet nie miałam siły na uśmiech do fotografów czających się na mecie. Selfie na mecie i już kierujemy się w stronę strefy medalowej. Później jeszcze wspólne pamiątkowe zdjęcie, kilka kubków gorącej herbaty i jedziemy zorganizowanym transportem do hali sportowej. Po suche ubranie, wino i jedzenie.

Co się właściwie stało, że wybiegałam życiówkę? Nadal mam ochotę powiedzieć – nie próbujcie tego robić bez przygotowania! Może pomógł fakt, że się „nie spinałam” przed startem. Żadnych oczekiwań, planów i ambitnych planów. Wieczorem nawet wypiłam wino, bo przecież miałam tylko pobiec. Może pomógł fakt, że biegam ósmy rok i tych półmaratonów było już tak wiele, że nie zliczę. Na dodatek to mój ulubiony dystans – nie ma wysiłku jak podczas maratonu, a nie trzeba się aż tak spieszyć jak na 10 km. I w sumie to mniej czasu, by popełnić błędy, których maraton nie wybacza. Mogłam więcej zaryzykować, więcej niż powinnam. I trafiłam na swój dzień. Tak idealnie. Do tego dopisała mi pogoda, było odpowiednio chłodno.

Pewnie powinnam napisać, że coś wyjątkowego zmieniłam w swoich treningach. Właściwie niewiele. Przez kilka tygodni biegałam 5, a nawet 6 razy z rzędu. Po każdym bieganiu – rozciąganie – ale dosłownie 3 ćwiczenia. I zupełnie przestałam korzystać z windy, co oznaczało czasem kilka razy dziennie wejście po schodach. I właściwie tyle. Gdy pojawiła się niemoc zrobiłam tradycyjne badania krwi, dodatkowo zbadałam poziom żelaza i ferrytyny bo z tym miewam problemy. I okazałam się okazem zdrowia. Jak widać, zmian w dotychczasowym bieganiu było niewiele. Chociaż ich autor, Piotr KLIK jest uważa inaczej, ale pewnie napisze o tym komentarz 😉

Gdybyście szukali sympatycznego biegu we Włoszech, to ten zdecydowanie polecam. Zresztą, po maratonie we Florencji i kameralnym biegu Corsa dell’Angelo w Colle Brianza w poniedziałek wielkanocny, to miejsce w Europie, gdzie biegam i wyjeżdżam najczęściej. Włosi potrafią cieszyć się życiem, korzystać z niego, dobrze się bawić. Tylko między jednym a drugim winem trzeba pobiec!

Garda Trentino Half Marathon jest świetnie zorganizowany. Gospodarze zadbali, by nikt nie był głodny – zaprosili biegaczy na Pizza Party, Strudel Party i Pasta Party oraz niedzielne śniadanie. Do tego degustacja wędlin, serów, pieczywa i wina. W pakiecie startowym żadnych zbędnych ulotek, ale komin, torba sportowa na ramię i całe mnóstwo przekąsek. Została nam przecież jeszcze jedna włoska czekolada po powrocie.

Zawody w listopadzie nad Gardą mają kilka zalet. Można uniknąć tłumów turystów nad jednym z najpopularniejszych jezior. Można zaplanować spacery i zwiedzanie okolicy, a nawet górskie wędrówki. Wciąż jest przyjemnie ciepło, zdecydowanie cieplej niż w Polsce. A wystarczy zostać tydzień po biegu, by podziwiać Jarmark Świąteczny w Arco czy Riva del Garda. O smakowaniu włoskiej kuchni wspominać nie muszę. Dodam jeszcze, że Arco to raj dla górskich wędrowców i miłośników outdooru i można poprzymierzać ciuchy i marki uznawane w Polsce za takie z wyższej półki.

Podróż w nieznane

 

Mam taki żółty, niewielki notes. W pierwszą podróż pojechał ze mną w 2007 roku do Portugalii. Gdzieś pod namiotem zapisywałam w nim opowieści poznanych ludzi, wspomnienia, praktyczne informacje, trasy i czasy przejść. Wiedziałam, że wszystkich myśli i emocji nie zapamiętam, a tych emocji będzie mi potrzeba, by opisać wyjazd. Do dziś ten sam notes podróżuje ze mną regularnie. Pojawiają się w nim tylko kolejne zakładki. Wciąż zbieram w nim historie i słowa, ale też znajdę w nim odpowiedź na podstawowe pytania. O której, skąd, dokąd, za ile.

Onieśmielają mnie nowe miejsca. Wielkie hale przylotów. Korytarze, którymi idę w owczym pędzie za pasażerami „mojego” samolotu. Idę pewnie, choć niepewnie się rozglądam. I zwykle mam nadzieję, że oni wiedzą dokąd idą. Do wyjścia. Do metra. Do autobusu.

Uwielbiam lądować w Bergamo. Nie liczę ile to już razy. Kolejny raz będzie zresztą już w listopadzie z powodu imprezy biegowej Half Marathon Garda Trentino w Riva del Garda, gdzie wraz z Piotrem biegniemy półmaraton, jako wysłannicy Run and Travel. Wysiadam, idę prosto, skręcam w prawo. Po drodze kupuję bilet i wsiadam do autobusu. Wszystko się zgadza, wiem dokładnie co i gdzie, za ile i w którą stronę. Nie zawsze jednak jest tak łatwo.

Zresztą, ile razy można jeździć w to samo miejsce! Każda podróż w nieznane to dla mnie lekki stres. Włącza mi się tak tydzień wcześniej, gdy pozostaje już tylko albo aż, rozpisać kolejne etapy drogi. Bo tak naprawdę, właśnie gdy trafię do nowego miasta staję przed wyzwaniem. Czas wyjść ze strefy komfortu. O wychodzeniu ze swojej strefy komfortu przypomniała ostatnio Kasia, autorka bloga Szukając Słońca KLIK. Nie podróżuję z biurami podróży więc nikt mnie nie zapakuje na lotnisku do autobusu i nie odstawi pod hotel. Czasem – jak w Rosji czy na Ukrainie – na dokładkę mam wokół siebie niezrozumiałe znaczki i słyszę języki, których nie rozumiem. Teraz pozornie będzie łatwiej! Barcelona i mój ukochany hiszpański… Tak, tak – ten, którego nie znam, ale i tak będę wołać Hola! i uśmiechać się na dźwięk hiszpańskich słów. Wiele lat temu lotnisko w Madrycie okazało się tak ogromne, że omal nie spóźniłam się na kolejny samolot do Chile. Okazało się, że muszę pojechać na inny terminal kolejką. Nie sprawdziłam tego wcześniej, a później nerwowo odliczałam minuty. Zdążyłam, ale dziś staram się unikać takiego stresu.

Tym razem lądujemy w Barcelonie, lotnisko El Prat, terminal T2. Na początek musiałam ogarnąć podróż z lotniska do miasta. Będziemy na miejscu tuż przed północą, więc chciałbym znaleźć się w łóżku jak najszybciej. Autobus, metro, taksówka czy pociąg? Jaka linia, gdzie stacja, który przystanek, jaki bilet, gdzie kupić, czy jeździ nocą? Pytania się mnożą, potem dzielą przez kolejne strony aż wreszcie wszystko czego szukam trafia do żółtego notesu. Wcześniej zapisałam w nim godziny wyjazdu pociągu do Warszawy i Kolei Mazowieckich do Modlina. Metro, adres mieszkania airbnb, numer telefonu, autobus do Andory… i jeszcze wiele innych informacji. Wszystko w kolejności i pod ręką. Jasne, mam w telefonie Internet, mogę zapisać kolejne pliki i informacje w wirtualnym notatniku. Ja jednak wciąż wolę mieć notes w kieszeni plecaka.

Przesadzam? Może trochę. Jednak lubię mieć swoją podróż pod kontrolą, na tyle na ile to możliwe. Daje mi to poczucie bezpieczeństwa. Może złudne, ale daje. Choć i tak w sobotę, tuż przed północą w owczym pędzie pójdę w stronę wyjścia. Wprost na spotkanie kolejnej przygody, bo podróż do Barcelony to dopiero początek!

Włochy po ludzku

W moich wspomnieniach nie ma imienia. Ma tylko cudowny uśmiech i zmarszczki wokół oczu. Nie słabnie w mej pamięci jej serdeczny uścisk. Ile miała lat? Może 60, 70? Ważne, że to właśnie ona czekała na mnie w listopadowy dzień na mecie maratonu we Florencji. Jako jedna z wielu wolontariuszy. Uściskała mnie serdecznie jak najlepszą przyjaciółkę, podała wodę, otarła łzy wzruszenia i to właśnie ona jako pierwsza pogratulowała mi wymarzonego wyniku na mecie. Ja nie znam włoskiego, ona nie mówiła po angielsku, ale i tak dogadałyśmy się bez słów. Ten uśmiech, serdeczność i życzliwość pamiętam do dziś.

Ludzie!

Na włoskiej grupie na FB ktoś ostatnio zapytał, za co kochamy Włochy. Mogłabym wymieniać długo zalety tego kraju, zaczynając od kuchni, wina, kawy, widoków, gór… Ale pierwsza myśl jaka przyszła mi wtedy do głowy to ludzie. Ci bezimienni i Ci, z którymi zdążyłam wymienić uścisk dłoni i którym zdążyłam  się przedstawić. To dla nich wsiadam kolejny raz do samolotu, szukam kolejnych miejsc do zobaczenia i jeszcze będąc TAM szukam kolejnych możliwości powrotu. Otwarci, uśmiechnięci, życzliwie nastawieni do innych. Bardziej nastawieni na to co tu i teraz.

Zmianę klimatu odczuwam za każdym razem, gdy wysiadam na lotnisku. Nawet jeśli w Bergamo pada deszcz, ja oglądam świat przez różowe okulary. Wysiadam z samolotu i wszyscy zaczynają się do mnie uśmiechać. A może to ja się uśmiecham na ich widok? Boungiorno, Ciao, Salve – słyszę na każdym kroku, a to wszystko okraszone uśmiechem, życzliwością, gościnnością i chęcią pomocy.

Michele, nasz gospodarz z Airbnb czeka na nas już na dworcu, a właściwie na stacji kolejowej. Ostatnie dni przez naszym wylotem to wymiana maili i pytań o nasz przyjazd. Jeszcze w Katowicach rano odbieram wiadomość – miłej podróży, czekam na wiadomość, o której będziecie w Dervio. A wcale nie musiałby po nas przyjeżdżać na stację. Zgodnie z mapą mielibyśmy do pokonania niespełna kilometr, a nasze podręczne plecaki nie ważą wiele. Ale przyjeżdża po nas, wita z radością, a po drodze pokazuje najlepszą pizzerię. Takie wskazówki dostaliśmy nie po raz pierwszy. Rok temu, gdy pogubiłam się w Lecco, a pewien Włoch pomagał nam trafić pod właściwy adres, po drodze pokazał nam najlepsze miejsce na pizzę, poranną kawę i wieczorne aperitivo.

Tym razem w lodówce czeka na nas prosecco, a my oprócz życzeń miłego pobytu otrzymujemy jeszcze deklarację wszelkiej pomocy. Jak trzeba mamy więc do dyspozycji papier do pieczenia, dodatkowe opakowanie kawy i … odkurzacz – pakując się korzystamy z worków próżniowych, to sekret naszych małych plecaków.

Jezioro Como w deszczowej szacie

Na początek naszego pobytu chciałabym co prawda, by ktoś przegonił chmury, ale okno pogodowe na bieganie po okolicy wystarczy. W butach biegowych ruszamy na poznanie Dervio. Niewielka miejscowość nad brzegiem jeziora Como, zaledwie 2800 mieszkańców. I dwukilometrowy chodnik – bo nie promenada – wzdłuż brzegu. Małe miasteczko, a jednak w ciągu godziny spotykamy 10 biegaczy. To, że machają do nas i pozdrawiają się wzajemnie, to oczywiste. Ale gdy uśmiechają się i zagadują spacerujący nad jeziorem mieszkańcy – już mniej. Turystów o tej porze roku jest niewielu, łatwo nas odróżnić od stałych mieszkańców (krótkie rękawki i krótkie spodenki). Właśnie gdzieś w trakcie biegania, albo dzień później podczas spaceru spotykamy Roberto i Weronikę, choć tak naprawdę poznamy się w słoneczną niedzielę na Monte Legnoncino.

Monte Legnoncino to tym razem namiastka góry, która nas kusi. Monte Legnone widać z okna naszej kuchni. Podczas letnich wakacji zwróciła naszą uwagę jako najwyższa w tej okolicy. Wtedy zabrakło nam wiedzy na temat logistyki i samozaparcia, by wsiąść w pociąg o bardzo wczesnej porze. Tym razem nie doceniłam włoskich warunków – na stokach jest lawiniasto. Mówi się do trzech razy sztuka i zadowala niższą wersją, z pięknymi widokami na przyszły cel. Wycieczka na Monte Legnoncino (1714 m n.p.m.) przypomina mi po raz kolejny za co kocham góry. Najpierw puste szlaki do schroniska, później piękne widoki na okolicę i wreszcie panorama gór aż po horyzont. I do tego słońce, błękitne niebo i śnieg pod nogami. I tak właśnie zachwycając się nad pięknem gór, dostrzegłam dwoje turystów zdobywających szczyt nie z tej strony co wszyscy, czyli i my. Zaczynamy od wymiany pozdrowień czyli Ciao i Hallo, a później wzajemnej sesji fotograficznej. W końcu ośmielona, zagaduję o drogę, którą przyszli. Lekko wspinaczkowa, nieoznakowana na mapie. To tylko w zbudza mój apetyt na kolejny raz. Dopytuję więc o widziane wokół szczyty. Przed nami Grigna, a w dali moje ukochane Resegone. Jeszcze zasięgnę języka o wejście na Monte Legnone i porównuję Alpy Bergamskie do polskich gór. I jesteśmy w domu!

Tatry – mówią oni. Kolejne skojarzenie z Polską to oczywiście Kukuczka. Wspominają dom jego dziadków, a dziś muzeum, które odwiedzili. Tylko nazwa miejscowości uciekła im z głowy. Istebna! – wołam z radością i dodaję, że mieszkamy zaledwie godzinę jazdy samochodem od tego miejsca. W końcu wyciągam rękę, bo przecież już się znamy i tylko imion nam brak. Joanna, miło Was poznać. Weronika i Ricardo na pożegnanie machają do nas i wołają do zobaczenia!

Massimo i Luigia

To musi być Massimo. Macha do nas z daleka, choć z pociągu na stacji kolejowej w Lecco wysiadło co najmniej kilkanaście osób. Widzimy się po raz pierwszy w życiu. Co prawda spodziewałam się biegacza, tak jak my jadącego na bieg Corsa dell’Angelo w Colle Brianza, ale on tak radośnie macha na nasz widok, że mam pewność że to Massimo. Jeszcze tydzień przed wyjazdem nic nie zapowiadało, że wystartujemy w jakimkolwiek biegu we Włoszech. Informacje o dużych imprezach biegowych łatwo znaleźć, te mniejsze dostępne są właściwie dla tych, którzy znają język włoski. Ale od czego jest włoska grupa na FB. Wrzucam pytanie o imprezy biegowe w okolicach Lecco na przełomie marca i kwietnia i kilka chwil później mam dostęp do włoskiego kalendarza biegów. Wybieram region, daty i okazuje się, że w Poniedziałek Wielkanocny możemy wystartować w biegu na 5, 10 lub 21 km w Colle Brianza. Z jednej strony blisko, ale z drugiej, przy braku własnego auta, możemy liczyć tylko na komunikację miejską w świąteczny dzień. Zapowiada się ciekawy, kameralny bieg więc postanawiam skontaktować się z organizatorami, może ktoś z biegaczy jedzie i może nas zabrać… Dwa dni później mamy nie tylko niezbędne informacje na temat biegu, ale i kontakt telefoniczny do Massimo, który odbierze nas z dworca w Lecco. I tak oto poznajemy dojrzałego, radosnego i bardzo pomocnego Massimo na stacji w Lecco. I choć to jego brałam za biegacza (w rzeczywistości będzie wolontariuszem na jednym z punktów kontrolnych), w zawodach już po raz drugi bierze udział jego żona, Luigia. Luigia ma 70 lat i po raz drugi startuje w tych zawodach. Rok temu pokonanie 5 km zajęło jej 59 minut, tym razem 55. Żartujemy więc, że z wiekiem jest coraz szybsza. Luigia bierze nas pod swoje skrzydła już w samochodzie. Częstuje słodyczami, na miejscu przedstawia przyjaciołom, na mecie dba by niczego nam nie zabrakło. Zmęczona? Spragniona? – pyta mnie Luigia. I to wszystko po włosku, a ja znowu nie mam problemu by ją zrozumieć. Zresztą, ta sympatyczna Włoszka już w drodze na bieg chwali mój włoski.

Nie wahajcie się jeśli za rok znajdziecie się w czasie Wielkanocy w tym rejonie. Pobiegnijcie lub przemaszerujcie wybrany dystans. Tylko, przykro mi, ale nie będziecie pierwszymi „strangers” w 40-letniej historii Corsa dell’Angelo. Pierwszymi byliśmy my! Od 40 lat na malowniczą trasę wśród włoskich wsi, pól, łąk i wzgórz wyrusza w sumie 400 osób. Zapisy na miejscu, przed zawodami. Wpisowe: 6 euro. Żadnego elektronicznego pomiaru czasu, żadnych pakietów startowych, atestowanej trasy. Zamiast medalu – kwiatek w doniczce lub wielkie, czekoladowe jajo. Łatwo zgadnąć co wybrałam. Jest za to grupa radosnych i zaangażowanych organizatorów, świetnie oznakowana trasa, punkty kontrolne z kolorowymi opaskami i punkty żywieniowe takie że aż żal się spieszyć. Ciasta, kołacze, pieczywo z nutellą – czyli to co biegacze lubią najbardziej! Do tego urozmaicona trasa, trochę asfaltu, trochę błota po ostatnich deszczach, kamieni i traw. Piękne widoki na Resegone. Piotr pojawia się na mecie jako szesnasty zawodnik, a ja prawie zamykam imprezę. Jestem 8 od końca. Massimo „pracuje” na pierwszym punkcie kontrolnym, wręcza mi kolorową opaskę i zagrzewa do biegu słowami „Forza Joanna!”. Później spotykamy się pod koniec biegu, zabiera Piotra do auta by zlokalizować mnie na trasie. I jeszcze ta troska na mecie! Mamy się nie spieszyć, spokojnie wykąpać i dopiero czyści i nakarmieni możemy ruszyć w drogę powrotną do Dervio. Massimo i Luigia odstawiają nas pod sam dom. Zresztą, właśnie z Dervio pochodził ojciec Massimo. Pożegnaniom nie ma końca. Wymieniamy się mailami, telefonami, uściskami. Obiecujemy, że nad Jezioro Como jeszcze wrócimy, a wracając odezwiemy się do naszych włoskich przyjaciół. Planu powrotu jeszcze nie ma, ale mail do Massimo już został wysłany.

Dlaczego Alpy Bergamskie?

To mój subiektywny wybór NAJ Alp Bergamskich…
… a pewnie jest ich znacznie więcej. Wyobraźcie sobie…

… potok płynący środkiem urokliwej doliny, który przez tysiące lat wyrzeźbił w skałach wanny, a nawet baseny. O gładkich brzegach, głębokie, wypełnione krystalicznie czystą i zimną wodą. Szlak wiedzie raz z jednej raz z drugiej strony potoku. Momentami aż trudno sobie wyobrazić, jak dostać się na drugą stroną. I ta cisza, przerywana okrzykami – patrz, patrz… tam w dole! A to widziałeś! Odwróć się! Zobacz w dół. To my, którzy trafiliśmy tu trochę przypadkiem wracając z Grigne. W terenie to szlak oznaczony 15B i łączy miejscowość Somana z niewielką, górską wioską o nazwie Era. Szlak prowadzi przez cały czas wzdłuż potoku. Trasa zaintrygowała nas już na mapie, gdzie zaznaczono wodospady i sporo punktów widokowych. Początek, idąc od Ery, jest dość stromy, wąska ścieżka zabezpieczona jest nawet łańcuchami. Te pojawiają się także niżej, gdy miejsca jest zaledwie na postawienie dwóch stóp, a zbocze dość urwiste. Gdybyśmy szli w przeciwną stronę, to na szczyt pewnie byśmy nie doszli. Zanurzyłabym się w jednym z tych zagłębień i rozkoszowała się zimną kąpielą. Od razu przypomniał mi się jeden z etapów wędrówki przez Korsykę, tam też natura stworzyła takie miejsca. I jeszcze coś – w tym niezwykłym, rajskim miejscu byliśmy kompletnie sami. Pierwszych ludzi spotkaliśmy już w pobliżu miasteczka, wcale się im nie dziwię, że szukali w tym potoku ochłodzenia.

… kilkunastometrowy wodospad. Na końcu tego szlaku – dla tych co idą w górę – a dla nas na początku, jest niesamowity wodospad. Tu zaplanowaliśmy pierwszy odpoczynek, moczenie stóp w lodowatej wodzie i sesję fotograficzną. Chłód wody po całym dniu wędrowania to najlepsza regeneracja. Aż nie chciało się ruszać z miejsca. Gdybym wiedziała, że to dopiero początek wrażeń!

… niezwykły bukowa las, a w nim gwiżdżące kozice. Ze schroniska Bietti Buzzi w dół prowadzą dwie ścieżki. Jedna pojawia się niespodziewanie i skręca w prawo. Wiedziona jakąś intuicją zawracam Piotra, który pomknął już w dół. – Tędy, chodźmy tędy – zachęcam. I skręcamy. Najpierw przez łąki, wąską ale oznakowaną dodatkowymi żółtymi kropkami ścieżką, schodzimy w dół. Później pojawia się las, piękny, bukowy, chroniący przed słońcem. W ciemnym lesie, na brązowym tle początkowo trudno je było zobaczyć, może gdyby się nie ruszały pozostałyby niezauważone. Ale jedna z kozic tak zabawnie podskakiwała. W sumie wypatrzyliśmy trzy. Zupełnie się nas nie spodziewały. Rozpierzchły się w różnych kierunkach, a później nawoływały, jakby gwiżdżąc przez nos. Piękny widok, a trasa przez las jeszcze piękniejsza.

…kamienne domki ukryte w środku lasu. Chciałabym chociaż raz obudzić się w takim domku, z takim widokiem. Na trasie przez Calivazzo do Ery spotkaliśmy ich co najmniej kilka.

…dolinę niczym Tatrach, tylko bez turystów. Gdyby ktoś teleportował mnie do tego miejsca i kazał zgadnąć, gdzie jestem, to Tatry byłyby pierwszym skojarzeniem. Szczyty trochę w innym kształcie, doliny też bym nie poznała, ale krajobraz do złudzenia przypomina tatrzański. Trafiliśmy tu przypadkiem podczas wycieczki na Zucconne Campelli. Tak to jest jak się nie ufa mapie, a ufa Włochom, którzy mieszając angielski z włoskim chcą dla nas jak najlepiej. Z Piani di Bobbio na szczyt miały prowadzić dwie drogi – jedna łatwiejsza, przez piękne polany, druga – trudniejsza, po skałach. Łatwo zgadnąć co wybraliśmy. A że jeszcze w tą samą stronę szli inni turyści, to poszliśmy za nimi. Tylko oni nagle zatrzymali się i zaczęli wkładać uprzęże i szykować sprzęt na via ferraty, a tego akurat nie mieliśmy. Znowu więc zasięgnęłam języka… początek był na tyle dla nas łatwy – coś na kształt tatrzańskich szlaków z łańcuchami, że szybko wyprzedziliśmy grupę i pomknęliśmy do góry. Do czasu jednak. Na wysokości 2100 m (pomiar wg Tom Tom’a) czyli mniej niż 100 m w pionie do szczytu, podejmujemy decyzję o wycofaniu się. Przed nami stroma ściana, a ja niestety nie jestem w stanie ustalić czy to najtrudniejszy moment czy nie. Postanawiamy tu wrócić jeszcze, ze sprzętem, i powspinać się na tej ferracie. Zamiast powrotu po własnych śladach schodzimy stromym trawiastym zboczem, w dole widać już szlak. Dolina otoczona niemal ze wszystkich stron górami robi wrażenie. Odnajdujemy na kamieniu numer szlaku i odnajdujemy naszą pozycję na mapie. Wybieramy inny szczyt – Cima di Piazzo. Szeroki, trawiasty szczyt zakończony skalnym urwiskiem. Choć w pobliżu są aż dwa schroniska – jedno z nich dość kosmiczne (Rifugio Nicola) – na szczycie siedzą oprócz nas jeszcze zaledwie dwie osoby.

… kosmiczny statek na szczycie Monte Due Mani. Taki statek – schron – spotkaliśmy już na Grignetta. Szczyt wznoszący się niemal tuż nad Lecco i jeziorem Como widziałam już z Resegone, my trafiamy tu podczas wycieczki, której trasa rozpoczyna się w wiosce Casere. Czyli rano wywieźliśmy się tam autobusem, a teraz wracamy przez góry. Szczyt Due Mani jak podaje Wikipedia to dziesięć małych szczytów, których grań przypomina dwie otwarte dłonie, stąd nazwa. Po drodze spotykamy stado koni, kozicę, a pod szczytem wyleguje się spore stado kóz. Jak tu dotarły, czemu zwabiła je licha trawa wśród skał i kto je wydoi na tej wysokości? A może same wracają na noc niżej, ot wysokogórskie kozy, jak i owce, które spotkaliśmy kilka dni wcześniej, kilkaset metrów po zejściu ze szczytu Grigne.

…widoki, widoki i jeszcze raz widoki! Wystarczy wyjść na szczyt. Z jednej strony jezioro, z drugiej morze gór. Tych bliższych – Alp Bergamskich i tych wyższych, pokrytych lodowcami. Stojąc tam na górze, łatwo planować kolejne wycieczki. To tam chodźmy, tam i potem tam.

…Resegone. Jedna z najładniejszych gór jakie widziałam. Zwyczajnie – ma piękny, charakterystyczny kształt. A do tego jest bardzo różnorodna i oferuje kilka dróg na szczyt, w zależności od potrzeb i umiejętności. KLIK

…Grigne (2410 m npm), czyli królową. Nie mogę jej pominąć skoro kilka pierwszych NAJ pochodzi właśnie z wycieczki na ten szczyt, a właściwie z drogi powrotnej z niego. Grigne widać z kilku miejsc. Najpierw z rejsu po jeziorze Como. Później ze szczytu Resegone, a w końcu mamy ją niemal na wyciągnięcie ręki, stojąc na szczycie Grignetta (2177 m npm). To wyciągnięcie ręki z tego miejsca jest jednak bardzo złudne. Łączy je szlak oznaczony numerem 7, ale na jego pokonanie potrzeba 3,5 godziny i przez Włochów określany jest jako bardzo trudny. Nie ma więc szans, byśmy podczas opisanej w poprzednim poście wycieczki, weszli na obie góry. To wyzwanie zostawiamy sobie na kolejny wyjazd. Grigne zdobędziemy poznając kolejny fragment Alp Bergamskich. Z Lecco wyruszamy jednym z najwcześniejszych autobusów, tuż po 7 ruszamy na szlak. Tym razem kierowca wysadził nas w Balisio i stąd rozpoczynamy wędrówkę. Zgodnie z planem, tym razem przejdziemy cały masyw i zejdziemy nad jezioro, skąd do Lecco wrócimy pociągiem. Jak się później okaże, to było prawdziwe zrządzenie, że wybraliśmy właśnie ten kierunek. Idąc w przeciwną stronę chyba zostalibyśmy w jednym z tych wyjątkowych miejsc, jakie odkryliśmy, o czy wyżej. Początek trasy to dość szybie podejście do schroniska Antonietta. Tak nam spieszno na górę, że nawet się tu nie zatrzymujemy. Tym bardziej, że pierwsze osoby już zaczęły podchodzić w stronę szczytu. Mijamy stado owiec i kóz i generalnie pniemy się w górę. Co prawda mam wrażenie, że szlak odbija w lewo na przełęcz, ale wszyscy podążają w górę więc my także.

…Bivacco Riva Girani na wysokości 1830 m npm, schron, który otwarto w 2010 r. i w którym w sytuacji awaryjnej lub w razie potrzeby można przenocować. To moje kolejne NAJ. I pełen podziw dla włoskiej przezorności! Bo bez czego nie można przeżyć w górach?! Jasne – bez wody, jedzenia i dachu nad głową w złą pogodę. Ale przecież pod ręką musi być kawiarka – a najlepiej trzy, by dla wszystkich starczyło! – kawa, cukier i … korkociąg. Wokół czysto  i choć skromnie, można tu spokojnie spędzić noc. Widok o poranku muszę jeszcze kiedyś zobaczyć. Po krótkiej przerwie znowu ruszamy do góry, ścieżka prowadzi w kierunku grani, choć głowę bym dała, że szlak widzę po lewej stronie. Po drodze mija mnie biegacz… Po 3 godzinach i 15 minutach marszu okazuje się, że wyżej już się nie da. Piotr siedzi na swoim najwyższym szczycie już od kilkunastu minut. Tak, tak… ścigał się z biegaczami! To jego najwyższy wówczas szczyt, dlatego tradycyjnie świętujemy już w schronisku, po włosku.

…smak nalewki na szczycie! Wybieramy dwie i delektujemy się na tarasie grappą na bazie lukrecji i likierem ziołowye Braulio Amaro Alpino, według receptury opracowanej w 1875 r. przez botanistę Dottore Francesco Peloni. Składniki Amaros, jak można przeczytać na stronie jednego ze sklepów z alkoholami, to wyłącznie świeże zioła i woda źródlana z regionu górskiego Valtellina. Zioła są suszone na świeżym powietrzu, a następnie fermentowane przez miesiąc przy użyciu wody źródlanej i alkoholu. Teraz już rozumiem skąd ten smak. W schronisku spotykamy biegaczy – opowiadają nam o biegu na Grigne i o półmaratonie w Lecco. Pierwsze schronisko powstało w tym miejscu w 1895 roku. Obiekt nie przetrwał jednak wojny i został zniszczony w 1944 roku. Odbudowano go 4 lata później, a jego dzisiejszy kształt to efekt modernizacji przeprowadzonej w 1995 roku. Z tarasu przed schroniskiem aż nie chce się ruszać.

Prawie jak Tatry… Prawie!

Gdyby…

Gdyby Włosi przyznawali obywatelstwo za zdobycie pewnej góry, ja byłabym już Włoszką. Gdyby… Weszłam na pewien niepozorny, choć bardzo piękny szczyt cztery razy. I czwarty raczej nie był ostatnim!

Gdyby nie pewna dziewczyna, Agnieszka, raczej  nigdy bym o tej górze nie usłyszała. Ma niewiele ponad 1800 m npm. Bo są takie góry, które znają tylko wtajemniczeni. Agnieszka wtajemniczyła mnie, pewni Włosi Agnieszkę, a latem tego roku ja wtajemniczyłam Piotra. I chyba dość skutecznie, bo są już plany powrotu i ponownego wejścia na szczyt, tym razem trasami z via ferratami.

Co prawda kilka lat wcześniej o tej górze pisałam w pewnym miesięczniku górskim KLIK, ale po tym tekście zbyt wielu turystów z Polski raczej tam nie poleciało, a na szlakach trudno spotkać tłumy. Każdego dnia mijaliśmy zaledwie kilka osób. Ot, wchodzili na szczyt z różnych stron a potem każdy szedł w swoją stronę.

Kiedy więc kilka miesięcy temu znalazłam tani bilet lotniczy z Ostrawy do Bergamo przeprowadziłam w domu krótką akcję promocyjną tego włoskiego regionu. Tani, bardzo tani bilet! Z lotniska, które wielkością bardziej przypomina dworzec autobusowy. Tak tani, że za tę kwotę pociągiem nie dojadę do Warszawy i z powrotem. Po kilku dniach cena spadła jeszcze trochę a ja byłam posiadaczką dwóch biletów lotniczych do kraju, za którym się stęskniłam i do miejsca, które warto pokazać. Gdzieś tylko po drodze między koszykiem a zapłatą padło pytanie – co my tam będziemy robić – ale dokładnie wiedziałam co! Jeść pastę i lody, pić kawę i wino, podziwiać widoki.

Jednym z pierwszych jaki zobaczyłam, był widok światełka tuż nam moją głową. Była godzina 21, my właśnie wysiedliśmy z pociągu w Lecco, a ja spojrzałam za siebie. To świeci się górna stacja kolejki na Piani d’Erna – zawołałam! Po 8 latach nieobecności w tym miejscu, plac przed dworcem rozpoznałam od razu. Uliczka w dół. Po lewej miejsce, gdzie piłam kawę i przystanek autobusu nr 5. A potem skrzyżowanie. I tu popełniamy błąd – mało dokładna mapka, kiepski gps i zamiast w prawo skręcamy w lewo. I od tego momentu oddalamy się od celu – od mieszkania w Lecco i kolacji. Zdezorientowana, bo nie widzę nawet jeziora, postanawiam zatrzymać pierwszego napotkanego Wocha. Roberto już po pierwszym zdaniu uświadamia mi za co tak bardzo lubię Włochów. Za bezpośredniość. W środku nocy, z uśmiechem na twarzy, łamaną angielszczyzną z włoskimi wkrętami, w jednej chwili rzuca swoje plany, zmienia kierunek marszu i postanawia nam pomóc. W rezultacie zawraca z kompletnie źle obranej drogi i odstawia niemal pod drzwi. Co prawda nie jest to najkrótsza trasa – bo po drodze musi nam pokazać najlepszą lodziarnię, najlepszą piekarnię, najlepszą pizzerię i najlepsze miejsce na aperitivo. Braknie czasu by to wszystko przetestować! Rozmawiamy o kuchni włoskiej, tańcu, historii miasta, torach wyścigowych – to dla Piotra – i o czekoladzie. Widać było, że podobało się mu, że nam się tu podoba!

A ja uwielbiam Włochy. W najzwyklejszym sklepie spożywczym czuję się jak w raju – oliwki, sery, makarony, pesto i limoncello. Na szczęście, w Lecco przytycie nam nie grozi. Upał – temperatura wieczorem nawet 35 stopni – skutecznie odbiera mi apetyt na cały dzień. A dokładnie po espresso i rogaliku, aż do pasty i wina. Czas pomiędzy spędzamy w górach!

W 99% przypadków w góry zabieram mapę. Ten 1% to wycieczki na Szyndzielnię, Klimczok, Błatnią czy inne pobliskie górki, gdzie znam każdy zakręt, a trasy wrzucam do grupy: spacer. I korzystam z tych map – a to znajdę alternatywną ścieżkę, a to nową trasę, dzięki której zaplanuję pętlę. Tu zapomnijcie o klasycznych mapach. Jeszcze w Polsce, w jednym z internetowych sklepów zdobyłam turystyczną mapę Lake of Como. Szybko kupiłam i jak otworzyłam to się rozczarowałam. Moja kultowa góra nawet się na niej nie zmieściła, a przecież króluje nad Lecco! Wszystkie szlaki oznaczono kolorem czerwonym, nie ma ich numerów i czasów przejść. Przez dwa pierwsze dni pobytu w Alpach Bergamskich bazujemy więc na mojej pamięci, wspomnieniach sprzed lat i tekście mojego autorstwa w NPM (na szczęście nie brakuje tam praktycznych informacji, z których przed wyjazdem zrobiłam notatki). Pamiętam gdzie był przystanek autobusu nr 5, wiem gdzie kupić bilety i nawet poprawnie odczytuję rozkład jazdy! Jedna linia – piątka, ten sam przystanek, a zatrzymują się tu autobusy jadące w przeciwnych kierunkach i w dodatku w kilkuminutowych odstępach czasu. Do tego inaczej jest w wakacje, święta, niedziele, w dni wolne i jeszcze inaczej w sierpniu! Wsiadamy do właściwego autobusu i docieramy do dolnej stacji kolejki linowej. Tak jak kilka lat temu Agnieszka, tak ja teraz wpadam do środka po schemat z numerami tras. BINGO! Ale zanim ruszymy znowu zagaduję pierwszego spotkanego Włocha – tym razem pracownika kolejki. I z tego byłabym tu znana – nie wiem, to od razu pytam. Czasem trafiam na barierę językową, ale częściej dostaję to czego potrzebuję.

To ruszamy, bo już się nie mogę doczekać „mojej” góry i wrażeń Piotra. Najpierw lekko w dół – to pamiętam! Ale potem już za bardzo w dół, a i góra jakby za placami. Wracamy! Nawet kilometra nie przeszłam a już zabłądziłam. Drugi raz, kilkaset metrów dale, gdy z asfaltowej drogi skręcam w pierwszą z brzegu ścieżkę. To nic, że nie ma znaku, ważne że do góry. Zatrzymuje mnie dopiero elektryczny pastuch więc znowu jest odwrót. Jednak miał być asfalt. Teraz już trzymam się grzecznie turystów przed nami i wszystko zaczyna się zgadzać. Podchodzimy do schroniska Stoppani – Agnieszka, pamiętasz jak dwa młode byczki wracały z pierwszego wejścia na Resegone, świecąc sobie pod nogi jedną czołówką?! Niewtajemniczonych zapraszam TUTAJ Po drodze mijamy jeszcze odbicie na via ferratę Gamma Uno, a ja snuję opowieści z przeszłości. Na Piani d’Erna zmiana planów, miały być trasa nr 5 i 1, ale zaraz, zaraz… Tu powinno być coś trudniejszego i bardziej efektownego. Dziesiątka! Przecież ja ją znam. Co prawda Piotr pyta czy się nie zgubię, ale skąd… ja?! Odzyskuję pamięć! I tu wszystko jest już na miejscu – widoki, pusty szlak, trochę łańcuchów i zęby piły czyli Resegone w całej okazałości. Piękna trasa, wołam co chwilę i trudno się dziwić, że na jednym ze zdjęć Piotr uwiecznił mnie z otwartymi w zachwycie ustami. I jest szczyt z pięknymi widokami. W schronisku wciąż kawa z 1 euro i wybór nalewek. No i znowu mieliśmy wracać jedynką. Ale w przedsionku schroniska wisi wyblakła mapa, a mnie nazwy miejsc coś przypominają. Passo Giuff, Passo del Fo, schronisko Alpinisti Monzesi. Zamiast jedynki jest więc siódemka i niesamowity, prawie beskidzki las. To drugie oblicze Resegone – z jednej strony strome skaliste zbocza, z drugiej łagodne i zalesione trasy. Na Piani d’Erna zaglądamy jeszcze na Pizzo d’Erna, słynną Gamma Uno – tym razem z drugiej strony i bardzo fotogeniczny most. To jeszcze na przełęcz chodźmy – patrzę błagalnym wzrokiem. Schronisko zamknięte – w samym środku sezonu – nie ma włoskich przewodników, ale ściana znajomej ferraty wciąż robi wrażenie. Wygląda więc na to, że moje czwarte wejście na Resegone może nie być ostatnim. Tym razem nie mam sprzętu na ferraty, ale Piotrowi góra się spodobała. Jest kolejny wtajemniczony.

Królowa i księżniczka

Są dwie. Ich strome zbocza opadające w kierunku jeziora Como widać doskonale podczas rejsu promem do Bellagio. Na szczycie Grignetta byłam wiele lat temu. Pamiętam szczyt i niesamowite formacje skalne mijane w drodze na wierzchołek. I widok na wyższą z Pań. Bo przecież Grigna i Grignetta to z powodzeniem mogłyby być piękne, kobiece imiona. Dzień wcześniej u wspomnianego już pracownika kolei linowej potwierdzam swoje przypuszczenia, że autobus nr 1 dowiezie mnie na miejsce, gdzie zaczyna się szlak. Stamtąd szlakiem wzdłuż potoku, Doliną Calolden mamy dotrzeć do Piani Ressinelli. Potok płynie jednak tylko na początku, później wody brak, ale szlak prowadzi wzdłuż skalnych form i ogromnych głazów, więc jest na co patrzeć. I w dodatku idziemy przez gęsty las, słońce tu nie dociera i nie czuć upału. Dziwne… Nic mi to nie przypomina, niczego nie kojarzę, jakbym była tu po raz pierwszy. Na Piani Resinelli wszystko staje się jasne. Poznaję parking i przystanek. My tu przyjechałyśmy porannym autobusem i dopiero stąd wyruszyłyśmy na szczyt. Tak jak wtedy – ruszamy w górę, tyle tylko, że jest już południe i słońce grzeje mocno. Zgodnie z informacją uzyskaną od pracownika schroniska – tak, znowu zaczepiałam ludzi! – czekają nas dwie godziny wędrówki na górę i 1,5 h w dół, o ile będziemy szybcy.

Najpierw zakosami pod górę przez las. Po kilkunastu minutach wychodzimy na otwartą przestrzeń. I od razu uderza we mnie rozgrzane powietrze. Jest południe, późno by wychodzić na szczyt. Ale pospaliśmy, późny transport, wędrówka doliną i dopiero teraz zaczynamy podchodzić na Grignettę (Grigna Meridionale, 2177 m npm). Dwie godziny w upale – myślę – nie będzie łatwo. Mijają nas pierwsze schodzące ze szczytu osoby. Do góry tylko my – pójdą jeszcze inni, ale za nami.

Im wyżej, tym więcej widać, ale znowu brakuje mi zapamiętanych widoków. Po prawej piękne strzeliste skały, udaje mi się nawet wypatrzyć dwuosobowy zespół w ścianie. Rozwidlenie szlaków – tu czeka na mnie Piotr z informacją, że według szlako wskazu do szczytu mamy 20 minut. Jak to?! To już?! Idziemy niewiele ponad godzinę. Kilka kroków dalej spotykamy włoskiego turystę, który zapewnia mnie, że jeszcze tylko kwadrans. I rzeczywiście – szybko stajemy na szczycie, gdzie obok krzyża stoi charakterystyczna metalowa kapsuła. Schron Bivacco Ferrario , z którego w czasie burzy nie chciałabym korzystać. Widok na szczycie i ze szczytu się zgadza – przed nami Grigna (lub Grignone albo Grigna Settentrionale 2410 m npm). Z daleka – niby na wyciągnięcie ręki, z Grignetty jakby trochę dalej. Za późno już by wejść na drugi szczyt i za dnia dotrzeć do domu. Trzeba więc zaplanować dodatkową wycieczkę na szczyt. Wycieczkę tak niezwykłą i obfitującą w tyle pięknych miejsc, że zostawiam ją na dodatkowy wpis.

Informacje praktyczne:

Bilet lotniczy z Ostrawy do Bergamo – Ryanair: 140 zł w obie strony.
Lot trwa niespełna półtorej godziny. Lotnisko w Ostrawie przypomina raczej większy dworzec autobusowy. Można zostawić na parkingu – ale na dwa tygodnie to wydatek blisko 200 zł. Można z Czeskiego Cieszyna dojechać wprost na lotnisko pociągiem. Podróż z przesiadką trwa 1,5 godziny. Bilet kosztuje 100 koron.

Autobus nr 1 dowiezie z lotniska Bergamo do centrum miasta w ciągu kilkunastu minut. Przystanek tuż przed halą przylotów. Bilet można kupić na lotnisku – cena: 2,30 euro. Autobus jeździ co pół godziny.

Pociąg z Bergamo do Lecco: 3,60 euro od osoby. Podróż trwa 40 minut.

Linia nr 5 – przystanek tuż obok dworca. Kierunek: kolejka na Piani d’Erna. Bilety do kupienia w kiosku. Cena: 1,30 euro.

Linia nr 1 – przystanek tuż obok dworca. Kierunek: Laroca. Trzeba wysiąść na ostatnim przystanku. Koszt biletu: 1,30 euro.

Kawa espresso: 0,9-1 euro
Rogalik z kremem: 1,30 euro (polecam krem tesoro di bosco – owoce leśne i pistacchio – pistacjowy)
Duża kanapka z wędliną i serem: 3,50
Cappuccino: 1,20 euro

W Bellagio – gdzie warto popłynąć promem – 16 euro w obie strony, rejs trwa ponad 1,5 godziny – jedliśmy przygotowywane w sklepie kanapki, z wybranych składników. Ciabatta, prosciutto, ser lokalny, oliwki zielone, pomidor: 5 euro.

Wino w sklepie Conad: 3-4 euro
Limoncello: 6 euro

Informacja turystyczna: godz. 9-18
Koniecznie trzeba odwiedzić to miejsce i zabrać mapę z oznaczonymi szlakami. Trasy są ponumerowane na mapie od 1 do 173. To nie jest ta sama numeracja co w terenie! Na odwrocie mapy trzeba znaleźć wybrany numer, odczytać jego numer w terenie i czas przejścia. Nie jest to może zbyt wygodne, ale szlaków jest tyle, że kolory tworzyłyby niemożliwą do odczytania siatkę. Są jednak szlaki, których na mapie nie ma – to różne warianty jednej z tras. W terenie opisane są dość dobrze, są strzałki i tabliczki. Warto wiedzieć w jakim idzie się kierunku. Z oznakowaniem szlaków w terenie bywa różnie – to co znamy z polskich gór, tutaj nie istnieje. Czasem na szczyt prowadzi tylko wyraźna ścieżka, a znaki zatarł czas. Czasem szlak o tym samym numerze pojawia się w kilku miejscach na zboczu tej samej góry i nijak się te drogi w rzeczywistości nie łączą.

Szlaki oznakowane są białymi i czerwonymi, pionowymi pasami – czerwony, biały, czerwony – na białej części najczęściej jest numer szlaku. Ale spotkałam też w terenie czerwone kropki, żółte strzałki czy linie oznaczające kierunek na grani i niebieskie kropki. Na początku może trudno się połapać, ale z każdym dniem w Alpach Bergamskich jest coraz łatwiej.

Wybierając się w określoną część Alp Bergamskich, na wybrany szczyt – warto mieć oprócz mapy schemat szlaków dla danego obszaru. Np. Resegone, Grigna, Monte Legnone. To jednak schemat szlaków z ich numerami zaznaczonymi na zdjęciu masywu.

Pracownicy informacji turystycznej mają sporą wiedzę o tych górach, wydrukują rozkład jazdy, dadzą mapę i schematy. Są bardzo pomocni w planowaniu wycieczek. Na moim egzemplarzu profilaktycznie napisano mi nawet numer do ratowników górskich – na wszelki wypadek. Nie był nam potrzebny, ale zapewniono mnie, że mówią po angielsku i pomogą w razie konieczności.

Pociąg Lecco-Mediolan: 4,60 euro. Podróż trwa 50 minut.

W ciągu 6 dni pobytu w Lecco i w Alpach Bergamskich wypiliśmy:
40 litrów wody/2 osoby
3 litry soku owocowego
2 limoncello – po 0,5 litra
5 win czerwonych i 2 białe

Domowe biuro podróży

W ciągu zaledwie kilkunastu dni stałam się ekspertką w poszukiwaniu tanich biletów lotniczych.

W ciągu zaledwie kilku dni obejrzałam dziesiątki mieszkań w Walencji, nad Jeziorem Como i Garda, w Toskanii oraz w okolicach Wielkiej Fatry. Gorce to już mój drugi dom – więc nawet nie wymieniam.

Efekt jest taki, że w ciągu miesiąca moje konto wzbogaciło się o bilety lotnicze do Walencji i z powrotem. Do Hiszpanii polecimy z przesiadką we Frankfurcie, a niewiele brakowało byśmy w drodze powrotnej zahaczyli o Bergamo – tylko po to by wypić tam kawę (przesiadka dawała nam 6 godzin czasu we Włoszech).

Po polsku, hiszpańsku, słowacku, włosku czy angielsku. Choć tylko pierwszym i ostatnim z wymienionych języków posługuję się dość pewnie, spokojnie koresponduję z naszą gospodynią w Wielkiej Fatrze po słowacku – ustaliłyśmy liczbę noclegów, posiłki oraz ich godziny.

Nie miejcie złudzeń – im dalej od granicy polsko-słowackiej tym trudniej. Choć staram się używać jak najprostszych sformułowań. Mam nadzieję, że kolacja będzie obiadem podanym w porze wieczornej, czyli po powrocie z naszej wycieczki. Na szczęście widzimy się już za kilka dni, a jak wiadomo takie rzeczy najłatwiej wyjaśnić na żywo. Słowacja zarezerwowana – teraz dwa większe wyzwania – czyli Hiszpania i Włochy. Co prawda z rezerwacją noclegu w Walencji mogę jeszcze zaczekać – a tu mam dość konkretne wymagania, czyli mieszkanie nad morzem, o tyle Włochy to już za trzy miesiące. Bo skoro zrezygnowałam z przesiadki w Bergamo, to zaczęłam się przyglądać lotom w tamtym kierunku ze zdwojoną częstotliwością. Nie będzie przesadą, jak powiem, że do porannej kawy przeglądałam strony tanich linii lotniczych. A szczególnie upatrzyłam sobie lotnisko w Ostrawie, do którego mam bliżej niż do Katowic czy Krakowa, strona jest w języku polskim a z Czeskiego Cieszyna pociąg jedzie wprost na lotnisko – czyli same zalety. Wpisałam dwie daty i dostałam pierwszą ofertę. Interesującą – 200 zł za lot tam i z powrotem za osobę. Postanowiłam zaczekać, a w międzyczasie roztaczałam wizję włoskiej sielanki niczym aromat kawy 😉 Tuż przed kwietniowym wyjazdem w Gorce cena spadła o kolejne korony. I nagle cena spadła o kolejnych kilkadziesiąt złotych. Teraz nie było się już nad czym zastanawiać – przewodnik po północnej części Włoch i okolicach Lecco trafił na nocną szafkę, a bilety lotnicze do skrzynki mailowej. No i się zaczęło! Zaraz po tym jak padło pytanie Piotra co my będziemy robić we Włoszech przez dwa tygodnie? Jak to co?! Jeść i pić włoskie pyszności. A wrócimy jako mistrzowie w nawijaniu spaghetti! Ale to dla nas mało – musi być dużo aktywności fizycznej więc górskie wędrówki i trochę wody dla mnie, plus ścieżki biegowe oczywiście. Spokojnie oglądam więc kolejne miejsca – a to widok z okna albo balkon z hamakiem mnie zachwyca, a to gospodarze mają psa, który chętnie towarzyszy gościom na spacerach, a to włoskie śniadanie w ofercie, albo wanna z masażem. Na airbnb czytam opinie o gospodarzach i czasem nawet nie korzystam z translatora. To co najważniejsze – ocenę i ludzkie emocje łatwo rozumieć. Po hiszpańsku coś rozumiem, a włoski przecież taki podobny 😉 W przypadku tych dwóch ostatnich najważniejsze słowa to caffè, pasta i montagne. A jak czytam, czytam i czytam i nic nie rozumiem to znaczy, że trafiłam na recenzję gości z Holandii 😉 I tak niepostrzeżenie powstało moje domowe biuro podróży. Bo logistykiem i organizatorem wyjazdów jestem od początku. Godziny, ceny, transport, atrakcje i najlepsze lody w okolicy – na takie pytania odpowiadam już przed wyjazdem. Zresztą ten element przygotowań, to już jak połowa wakacji. Dzięki linkom, zdjęciom i kontaktom z gospodarzami jadę dobrze przygotowana. We Florencji bezbłędnie rozpoznałam “naszą” kamienicę, bo przecież widziałam ją na streat view. Od lat trudno mi wybrać się na wakacje z biurem podróży – bo tam wszystko ktoś zorganizował za mnie. I gdzie tu zabawa? Gdzie polowanie na okazje i nocleg z klimatem w starym domu? A gdzie kontakty z miejscowymi gospodarzami, którzy pieką najlepsze ciasta? Plany już są – własne mieszkanko na tydzień 200 metrów od Jeziora Como. Znowu więc będę na Resegone. Znowu! Jeśli chcecie poczytać więcej o tej charakterystycznej górze to zapraszam do npm, gdzie wiele lat temu ukazał się mój artykuł KLIK

(Wszystkie pokazane niżej zdjęcia pochodzą z mojego pierwszego wyjazdu nad Jezioro Como.)

A potem tydzień w Toskanii. Udało mi się znaleźć pod dachem starego domu nocleg ze śniadaniem, dwa psy, które uwielbiają wędrówki, lokalne wino do kolacji bez ograniczeń i jedzenie przygotowywane na bazie własnych produktów. Zapowiada się pyszny wyjazd! A po powrocie pewnie relacja i wtedy podzielę się swoimi adresami. A póki co znowu pakuję plecak – wbrew pogodzie za oknem ruszamy odkrywać kolejny kawałek Słowacji.