Szu, szu, szu

Zaczęło się niewinnie – od szu, szu, szu…

Poprzedniej zimy, gdy przypadkiem jakimś spadł w Beskidach śnieg, rzuciliśmy się z Piotrem w góry. Najbliżej gdzie się da, ale żeby jednak były widoki i trochę wysokości. Najbliżej to Skrzyczne – dla odmiany Doliną Zimnika w kierunku na Malinowską Skałę. Tylko, że przed nami na ten pomysł nikt nie wpadł, więc momentami zapadałam się po kolana i lepiej.

Zresztą o zapadaniu się wiem dużo. Jak się ma niespełna 160 cm wzrostu i trafi na nieprzetarty szlak to można i całą nogę wykopywać spod śniegu. Uwierzcie – wygląda komicznie! Jakbym próbowała pływać w puchu. A ile się przy tym napocę to moje. Zapadałam się więc ostatnio w Beskidzie Wyspowym – idę po zmrożonej powierzchni a tu trach i ląduję w wodno-śnieżnej ciapie. Zapadałam się schodząc z Pilska: takie małe były te choineczki nad śniegiem, a to czubki tylko były. I moja noga cała pod śniegiem.

dsc_0122

Ale wracam do Doliny Zimnika. Wygramoliłam się w końcu na Malinowską Skałę, potem na Małe Skrzyczne i tuż przed Skrzycznem zatrzymaliśmy się na mały odpoczynek. I wtedy usłyszałam – szu, szu, szu…

Niczym nie niepokojony, spokojnie i statecznie, bez kopania i zapadania, sunął sobie po niezmąconej powierzchni śniegu, ratownik Grupy Beskidzkiej GOPR. Sunął sobie na skiturach. A ja wpadłam w zachwyt! Oczywiście wiedziałam, że coś takiego istnieje. I nawet miałam znajomych, którzy wędrowali na nartach, ale o sobie w takim wydaniu jakoś nie pomyślałam. Szu, szu, szu… i myśl w głowie zakiełkowała. Szu, szu, szu…

Kilka tygodni później, organizatorzy festiwalu górskiego Wondół Challange zorganizowali konkurs, w którym do wygrania było szkolenie skiturowe. Dostałam się w ostatniej chwili, bo ktoś inny zrezygnował. Pierwszego wrażenia nie zapomnę nigdy – przypięłam narty, stanęłam pod stok i stałam! Zrobiłam krok i stałam! Bajka! zaczęliśmy maszerować, a ja nie dość, że się nie zapadałam to jeszcze przemieszczałam się znacznie szybciej niż w butach trekingowych. Tyle, że to był marzec i śniegu nikt już później nie widział. Doświadczenie miałam więc delikatnie mówiąc – niewielkie. Co mnie więc tknęło, by pod koniec ubiegłego roku zamówić noclegi w schronisku na Rysiance i dwie pary skiturów? Może wieść, że spadł śnieg (to taki czasem ewenement, nawet w Beskidach!), a może dodatkowe sprzyjające okoliczności, że są dwie pary nart i buty w odpowiednich rozmiarach – małe i duże. I tak oto na dwa dni przed końcem roku Piotr i ja stanęliśmy na nartach.

Plany były bardzo ambitne, ale skończyło się na wycieczce na Halę Miziową i z powrotem i na zdobyciu Romanki. Z mojej strony żadnej wywrotki, miły zjazd w puchu i foka oklejona śniegiem tak bardzo, że ostatnie 10 minut do schroniska to była wieczność. Odciski, zderzenia i inne śmieszne sytuacje nie przesłoniły mojej fascynacji skiturami.

Wierzycie w zbieg okoliczności? W taki ciąg dobrych zdarzeń, które pojawiają się w nieoczekiwanym ale właściwym momencie? Ja tak. Nagle Hati Team zaprasza mnie na wieczorne wyjście na Małe Skrzyczne. Chyba byłam pierwsza pod Golgotą, żądna nowych wrażeń. Jest po zmroku, narciarze jeszcze jeżdżą, a my pomykamy wbrew prawom fizyki w przeciwną stronę. Bajka – mrozik, prószy śnieg, lekko wieje, w świetle czołówek błyszczy puch. W dół jadą ratraki, jakby specjalnie dla nas przygotowywały stok. No i tu zaczyna się mały problem. Taki maleńki. Biegam, więc mam kondycję i pod górkę mogę maszerować, nawet na starszym i nie najlżejszym sprzęcie. Tylko wcale nie mam ochoty zjeżdżać w dół. Od trzech lat nie jeździłam na nartach. A jak jeździłam to i tak „mniej-więcej” czyli więcej niż na tyłku, ale mniej niż na nartach.

Dzięki wsparciu i pomocy zjechałam z Małego Skrzycznego bez jednej wywrotki, choć czasem pytałam, gdzie jest stok 😉

I jak podsumował Piotr: w ciągu półtora tygodnia byłam 5 razy na skiturach. Bo jak tylko nastał długi weekend to w wypożyczalni wywęszyłam małe butki i krótkie nartki i już po godz. 15 pomknęłam przed siebie. Odkryłam przy tym „tajne” przejście do zimowego szlaku na Przełęcz Kołowrót, a tam uznałam, że pół godziny na Szyndzielnię to żaden problem. Księżyc świecił, śnieg się skrzył, a ja pokonywałam kolejne metry. Bajecznie było. I jak ciepło mi było pod górkę, tak zamarzłam na zjeździe z Szyndzielni. Termometr w aucie pokazał -13 stopni, a ja jeszcze w domu szczękałam zębami. W sobotni poranek znowu miałam buty, narty i wędrowałam w puchu na Błatnią – puch jest poza szlakami, jak ktoś zna ścieżki i drogi to trafi. Ja trafiłam i tak oto pokonałam na nartach swój pierwszy półmaraton.

Bez złudzeń – na nartach dalej jeżdżę mniej-więcej, i dalej wolę chodzić niż zjeżdżać. I skąd tyle drzew na szlaku, którym planowałam zjeżdżać 😉 Ale bakcyla połknęłam. Zima ma nowy wymiar, a ja przeglądam Internet w poszukiwaniu własnego sprzętu. Jak spotkacie mnie na stoku – to znaczy, że szlifuję technikę, jak na trasie – znaczy, że kocham zimę!

Idę na emeryturę ;)

Jeśli ktoś pomyślał, że żartowałam, to nie! Robię sobie rok przerwy od maratonów i to w chwili gdy spełniłam swoje marzenie.

Tak, tak… ten wstęp był aktualny wczoraj. Jakieś 12 godzin temu! Teraz przy śniadaniu nucę pod nosem: Vamos a la playa! Niczego nieświadomy Piotr zaczął czytać mi o Maratonie w Walencji, który wystartuje 19 listopada 2017 r. o godz. 8.30. Czytał i czytał, a ja zobaczyłam oczami wyobraźni siebie w Hiszpanii. Szybki reaserch i już wiem, że samolot mamy z Katowic, potem pociąg, a po biegu odpoczywamy na plaży. I tak oto zapisałam się na Maraton w Walencji. Jeśli też macie ochotę to do 9 stycznia jest najniższa opłata startowa – 42 euro!

Uznajmy więc, że roczna przerwa od maratonów liczy się od 27 listopada 2016 r. i potrwa tydzień krócej!

Bo przecież dopiero co pobiegłam maraton we Florencji! Na metę wpadłam tak, jak sobie zaplanowałam. Mój zegarek pokazał 4:15:00, organizatorzy dołożyli mi jeszcze sekundę. Choć oficjalne zdjęcia są jeszcze w przygotowaniu, na tych, na których się dojrzałam, mam swój ulubiony uśmiech.Za metą nawet nie próbuję kryć wzruszenia. Mam łzy w oczach, gdy pewna starsza Włoszka z medalami w garści przytula mnie mocno. Nic nie rozumiem, a sama potrafię powiedzieć tylko „grazie” i „perfecto”. Na moją prośbę o rozmowę po angielsku ona łapie koleżankę za rękaw i już rozumiemy się znacznie lepiej. Dostaję swój medal i ruszam dalej. W strefie dla finiszerów też ściska mnie zupełnie obcy człowiek, dostaję swoją porcję z prowiantem i kilkaset metrów dalej łapczywie rzucam się na pomarańcze. Pochłaniając kolejne kawałki dostaję całą na drogę. Takich drobnych, cudownie miłych gestów jest jeszcze więcej. Przy kolacji w włoskiej knajpce na pytanie o głód potwierdzam i pokazuję medal – dostajemy więc lokalną przekąskę. A wcześniej w barze wymieniam kilka słów z innych finiszerem i nawet nie ma mowy, bym zapłaciła za kawę. Miało być jednak o maratonie…

Maraton we Florencji to mój maraton idealny, najlepszy ze wszystkich dotychczasowych. Zagrało wszystko – pogoda, moja forma, moje nastawienie, motywacja. I rozsądek. Do ostatniej chwili planowałam bieg z zającami na 4.15. Zresztą w mojej strefie startowej byli też pacemakerzy na 4.30. Stałam jakieś 200-300 m za nimi więc uznałam, że w tej odległości mogę biec. Najpierw długo nie doganiałam baloników na 4.30, choć biegłam poniżej 6 minut na km. Minęłam ich dopiero po kilku kilometrach! Uznałam więc, że to jak biegną nie pasuje do wyniku jaki chcą osiągnąć. Moim zdaniem zdecydowanie za szybko! Dopiero w okolicy 32. km grupa biegła ponad kilometr za mną, czyli moim zdaniem wciąż za szybko. A białych baloników na 4.15 nie zobaczyłam aż do mety!

Pozostało mi tylko biec samotnie, ufając sobie, stopując swoje zapędy, by nie biec na początku zbyt szybko i motywując się od około 30 kilometra. Początek i tak miałam zbyt szybki – cały czas poniżej 6 minut, ale skoro biegło mi się komfortowo, to by nie szarpać tempa trzymałam się tego. Pierwsza dycha minęła mi nawet nie wiem kiedy. Miałam zamiar trzymać się metody dwa razy 16 km i jeszcze dziesięć na dokładkę. Gdy mijałam tabliczkę z szesnastką gratulowałam sobie w duchu. Czas na kolejne 16 km – wiem, że trudniejsze, ale skupiam się na dobiegnięciu do półmaratonu. Tu na chwilę włącza mi się Gremlin (WIĘCEJ O NIM), który próbuje mi wmówić, że z kolejnym półmaratonem sobie nie poradzę. Zauważam go i biegnę swoje. Dwa długie proste odcinki i powinnam zbliżać się do trzydziestki. Dwa kilometry dalej wbiegamy na stadion – krótkie, choć miłe oderwanie stóp od asfaltu. I już mogę sobie pogratulować – druga szesnastka za mną. Jeszcze dycha czyli około godziny biegu. Zerkam na zegarek – jeśli wszystko poszło dobrze Piotr jest już na mecie – myślę. Szybki przegląd sił i z radością odkrywam, że nic nie boli, a to co czuję to tylko zmęczenie długim biegiem.

Przydała mi się znajomość trasy – szczególnie końcówki (TUTAJ POST PIOTRA NA TEN TEMAT). 34. km to delikatny podbieg na wiadukt. Trzy km dalej wbiegamy na Duomo, czyli tam gdzie jest meta. Trasa jest jednak tak poprowadzona, że finiszujących zawodników nie widać. Pętelka, pętelka i opuszczamy Duomo. Teraz jeszcze dwa kilometry biegu, nawrót i ostatnie 2 km do mety. Wyprzedzam kolejnych biegaczy i z radością patrzę na zegarek. Jest super. Jeszcze nie świętuję, ale wiem, że zapas mam taki, że życiówka jest na wyciągnięcie ręki. Forza, forza – wołają kibice. I jeszcze rzut oka na zegarek. Przede mną już majaczy 42 km więc zrywam się do najszybszego biegu. Mijam metę, naciskam stop i najpierw śmieję się (4.15.00), a później już tylko pozwalam sobie na wzruszenie.

Mój idealny maraton! Nie, nie bez wysiłku. Ale bez bólu i zagryzania zębów, jak w Paryżu czy Łodzi. Po prostu dobry bieg, taki który sprawia przyjemność w trakcie i daje satysfakcję po nim. Po biegu spokojnie weszłam na 2. piętro, a potem poszłam jeszcze na kolację na drugi brzeg rzeki. I to poczucie, że mogę wszystko, dam radę i nic nie muszę!

I nie, nie żartowałam. W przyszłym roku najpierw skupię się na połówkach, bo to zdecydowanie mój ulubiony dystans. Jak osiągnę co sobie zamarzyłam, to solidnie przygotuję się do maratonu w Walencji.

PS 1. Piotr przeglądając magazyn Distance Running zaznaczył tyle biegów, że nie wiem czy na wszystkie czasu starczy 😉

PS 2. Maraton we Florencji polecam – trasa jest płaska. Trzy mostki i dwa tunele to nadal jest płaski maraton. Piękna i atrakcyjna widokowo trasa. Super organizacja. Na minus napiszę, że biegaczki biegają w damskich koszulkach, a męska S to dla mnie prawie sukienka. Świetnie przygotowane punkty żywieniowe i strefy czasowe, bardzo dobre oznakowanie trasy. Klimatyczny start i piękna meta na Duomo. Do tego włoska kawa, pyszne jedzenie, sympatyczni Włosi – czyli dodatki, które warto brać pod uwagę wybierając bieg. Bo przecież nie samym bieganiem człowiek żyje! A dobre jedzenie i wino po maratonie dla mnie punkt obowiązkowy. W dodatku w pierwszym terminie koszt pakietu startowego to 40 euro plus 10 euro ubezpieczenia. We Włoszech trzeba dostarczyć certyfikat medyczny! My polecieliśmy wizzairem i nocowaliśmy dzięki airbnb, więc koszty były rozsądne. Nie odmawialiśmy sobie dobrego jedzenia! Lody – chyba najlepsze jakie jadłam, kanapki z lokalnymi wędlinami i serem, po które ustawiło się w porze obiadowej kilkadziesiąt osób, czarna jak smoła kawa a do niej różne słodkości… ech piękny i smaczny kraj 🙂

Dolce far niente!

Jestem leniem! Niespełna trzy tygodnie przed maratonem ogarnia mnie słodkie lenistwo. A dokładniej marzenie o nim.

Jeszcze trzy tygodnie biegania i mój wymarzony start na 42 km w pięknej Italii. Ostatni maraton przed przerwą od maratonów. I niewiele osób mi wierzy albo wierzy dopiero wtedy, gdy rozwinę swoją myśl.

Po ponad pięciu latach biegania czas na przemyślenia. Może powrót do korzeni biegowych? Może poszukiwanie radości z biegania w czystej postaci? Może czas na bieganie bez napinki i tej myśli, że MUSZĘ  wyjść pobiegać, bo maraton. A za oknem deszcz lub wiatr albo i jedno i drugie. Albo zwyczajnie – leń mnie ogrania i wolę kanapę, koc i herbatę, a nie moje buty biegowe.

Bez obaw – nie przestaną biegać. Kocham to, ale zamierzam biegać inaczej. Jak? Sama jeszcze nie wszystko wiem. Na pewno ograniczę starty – hahaha! Trzy już mam w planie w przyszłym roku! Na pewno po asfalcie nie pobiegnę więcej niż 21 km z haczkiem. I na pewno jak przyjdzie mi jeszcze do głowy myśl „maraton” to usiądę i poczekam aż mi przejdzie albo dokładnie to przemyślę.

Jestem leniem. Zwyczajnie – nie chce mi się. Mam dość gimnastyki, wkomponowywania biegania w codzienne życie. Chcę pozwolić sobie odpuścić. Mam dość bycia twardzielką.

Tawrdzielką zostałam w pewien niedzielny poranek. Budzik zadzwonił o 5.50 choć nie wstawałam do pracy. Piotr mógł jeszcze pospać w najlepsze, a ja miałam przecież swoje długie wybieganie. I do tego obowiązki, z których nie sposób było się wymigać a wszystko wskazywało na to, że logistycznie może być trudno wszystko pogodzić i wszystkich zadowolić. Wszystkich – łącznie ze mną. Więc od siebie postanowiłam zacząć. Po dobrze wykonanym zadaniu czyli 2,5 h bieganiu mogłam się zająć resztą świata. Komplement w postaci twardzielki zmotywował mnie do nienarzekania, ale już kilka kilometrów dalej od ciepłego łóżka zastanawiałam się co ja wyprawiam. Ciemno jeszcze, mżawka i żadnej żywej istoty na horyzoncie.

Przykładów mogłabym mnożyć. Zakręcony dzień w pracy a ja idę biegać. Leje z nieba – biegam. Wieje – haha, pobiegałam przed tym wiatrem. Ciemno – biegnę. A ja się chcę zatrzymać. Poleniuchować. Posiedzieć na kanapie. Pospać do południa. Spędzić popołudnie pod kocem z kubkiem herbaty…

Nie jestem zawodowcem, wyniki mam mocno przeciętne – gorsze niż wielu amatorów. Po co ja się tak męczę? Nie chcę musieć – chcę tylko chcieć. Mam ochotę na bieganie towarzyskie, konwersacyjne, wolne, niespieszne, 5 km, cokolwiek co biegnę tak, jak mam ochotę. Mam ochotę wrócić po 2 km bo to jednak gorszy dzień – to wracam, a nie walczę.

Nie jestem fajterką. Nie jestem twardzielką! Jestem leniem! I to leniem na trzy tygodnie przed maratonem.

Patrzę na TEN filmik wizualizujący trasę maratonu i się wzruszam. Tym bardziej im bliżej mety. Prawie słyszę włoskich kibiców 😉

A do tego to bieg we Włoszech, we Florencji z całymi jej dodatkowymi urokami. Poranne śniadania w tempie zwolnionym. Już mam zaplanowane miejsce na pasta party i kolację po maratonie. I lody na deser. I wino oczywiście. Dolce far niente!

Zwiedzanie przez bieganie

Uwielbiam to doświadczenie. W nowym miejscu, o poranku, opuszczam ciepłe łóżko, wkładam buty biegowe (pozostałą część biegowego stroju też) i wyruszam na poznanie nowego. A że nie ruszam się bez butów biegowych nawet gdy wyjeżdżam zawodowo to w piątkowy poranek biegłam wzdłuż Odry. Dzięki cudownej lokalizacji hotelu, mieszkałam w centrum Wrocławia i mogłam zaplanować zwiedzanie tego pięknego miasta. Miałam na to godzinę, czy jak kto woli 10 kilometrów. Dzięki podpowiedzi mieszkanki Wrocławia, Pauliny wiedziałam jak szybko trafić nad brzeg Odry. A stamtąd na Wyspę Słodową i przez Wyspę Piasek w stronę Muzeum Narodowego przy Moście Pokoju. Piękny ceglany budynek porośnięty bluszczem. Postanawiam obiec budynek, by dobrze mu się przyjrzeć i z radością odkrywam, że pagórek, który minęłam biegnąc w stronę Muzeum to nie jest pagórek. To Bastion Ceglarski – fragment fortyfikacji, pozostałość po szesnastowiecznej fortyfikacji miasta. Dziś to wzgórze widokowe, malowniczy kompleks rekreacyjno-historyczny. Kolejny rzut oka na budynek Muzeum i skręcam w lewo, przebiegam przez most i trafiam do najstarszej zabytkowej dzielnicy Wrocławia. To Ostrów Tumski. Pięknie. Dobiegam do Mostu Tumskiego i tradycyjnie postanawiam zobaczyć to jeszcze raz. Zatem pętelka przez Wyspę Piasek, Most Pokoju i znowu jestem w przepięknym miejscu. Tym razem skręcam w prawo, na liczniku 6 km więc mogę pokręcić się po okolicy. I tak odkrywam, tak zupełnym przypadkiem i bez przewodnika „tajemniczy ogród”. Oddziela mnie od niego płot, więc na początek tylko między prętami podziwiam rośliny i alejki. Skoro jest ogrodzenie to powinna być i brama – postawiam więc biec wzdłuż ogrodzenia aż ją znajdę. Jedna brama zamknięta, kolejna też, następna to wjazd dla pracowników i wreszcie jest – otwarta. Przy bramie kasa, ale nikomu nie muszę tłumaczyć, że wyszłam pobiegać i nie mam ani grosza przy sobie. Jestem w ogrodzie botanicznym przy Uniwersytecie Wrocławskim. O 7 rano oficjalnie zamkniętym, w godzinach otwarcia za wstęp trzeba zapłacić 15 zł. Koniecznie zobaczcie to miejsce. Jesienią zachwyca. Miłośnicy przyrody poznają tu dziesiątki gatunków roślin. Już wiem, że po krakowskim, to najstarszy ogród botaniczny w Polsce. Wbiegam w główną alejkę i nie kryję zachwytu! Wszędzie dynie! Stosy dyń, dyniowe rzeźby, straszydła i instalacje. Kilka dni wcześniej odbył się tu Dolnośląski Festiwal Dyni i to jego efekty. Skręcam w boczną alejkę i dobiegam do drewnianego mostku, a tam skalniaki, alpinarium… Już wiem, że oprócz spacerowania i odpoczywania na ławeczkach, można zaplanować udział w jednym z wydarzeń, a tych zgodnie z informacjami na WWW – mnóstwo. ZDJĘCIA KLIK Wzdycham z podziwu dla tak pięknie zagospodarowanej przestrzeni udostępnianej mieszkańcom i gościom. Jeszcze jedna rundka alejką, bo czas wracać skoro zegarek biegowy pokazuje już 8 km. Wracam w kierunku Odry, rzucam okiem na wysepki i biegnę już prosto do hotelu.

Bez obaw – wrocławskiego Rynku nie ominęłam. Dzień wcześniej, wieczorową porą w butach biegowych byłam i tam. Kilka rundek wokół, obiegłam też Plac Solny i przebiegłam przez Zaułek Solny. Pozdrowiłam Krasnala Turystę i Syzyfki. Turystów mimo później pory nie brakowało, ale ja w koszulce z krótkim rękawem, rozglądająca się wokół zamiast pod nogi budziłam zainteresowanie.

Oczywiście, nie widziałam pewnie jeszcze wielu atrakcyjnych miejsc, a te które widziałam, tylko z zewnątrz. Ale przyznaję, lubię taki sposób zwiedzania. Czasem robię to na własną rękę, bez mapy i aparatu fotograficznego. A czasem biegnę w zawodach – jak w Paryżu czy Budapeszcie. Nowe biegowe miejsca to także mój sposób na rutynę i dobry trening. Dziesięć kilometrów minęło nadspodziewanie szybko, a tempo biegu fantastyczne.

Tym porannym bieganiem Wrocław naprawił złe wrażenia sprzed ponad trzech lat. W pewien czerwcowy wieczór stałam na starcie I Nocnego Wrocław Półmaratonu. To jedyny bieg, z którego mam koszulkę a nie mam medalu, bo 21 km nie przebiegłam. To była wówczas moja pierwsza wizyta we Wrocławiu i zostawiła po sobie taki niesmak, że nie prędko planowałam wrócić. Przypadek zrządził, że właśnie z Wrocławia wróciłam i chętnie pobiegam tam znowu.

Kolejne biegowe zwiedzanie nowego dla mnie miejsca już w listopadzie.

Precz z życiówkami!

… pomyślałam i stanęłam na starcie Silesia Półmaratonu. Szczerze mówiąc – pomyślałam trochę inaczej, dosadniej, ale też na p! Pomyślałam i wystartowałam z zamiarem… zaatakowania własnej życiówki na tym dystansie. Dotychczasowa pochodzi z ubiegłorocznej Marzanny i ma jedynkę z przodu. Dokładnie 1.59.19.

Pomyślałam to wszystko i roześmiałam się w duchu! Nie ma szans, dziewczynko! Nie jesteś przygotowana! Dziś biegniesz tylko treningowo!

I miałam racje. Po dwutygodniowej przerwie, biegałam raptem od miesiąca, a mój najdłuższy dystans to 17 km, zdecydowanie wolno i z podbiegami. Na Roztoczu pobiegałam co prawda ciut szybciej i nawet dwa razy po 15 i 16 km, ale dodatkowe 5 km robi różnice. Krótko mówiąc – nic nie wskazywało na to, że mam szansę choćby zbliżyć się do mojego wymarzonego i wyśrubowanego czasu. Za mało długich i za mało szybkich wybiegań. I jeszcze pogoda – słońce i ok. 20 stopni. Ktoś obok mnie sapnął nawet – upał. Dla mnie ok, ciepło, ale nie za ciepło. Ja ubrana na krótko, choć obok widziałam biegaczy w wersji na długo plus dodatkowo koszulka z krótkim rękawkiem. Hmmm…

Nawet Piotrek, który ustawił się w czołówce zawodników z zamiarem poprawienia własnego PB nie wiedział co mi chodzi po głowie. I dobrze! Gdzieś na trasie wyobraziłam sobie jego minę i zachichotałam w duchu. Tyle przedstartowych rozważań. I już czas było lecieć. Rzucam okiem na tomtoma i zwalniam. Za szybko nawet jak na życiówkę. 5.20, 5.30, no wreszcie jest 5.40 i tego się trzymamy – gadam sama do siebie. Pierwsza dyszka super – głównie płasko, delikatne podbiegi, ale zaraz za nimi zbieg. Jak stracę dwie sekundy to zaraz je odrabiam, więc tempo trzymam. Generalnie takie podbieżki nie robią na mnie wrażenia, na tym dystansie oczywiście. To zaleta mieszkania w zupełnie nie płaskim Bielsku-Białej. Pierwszy parkrun i biegnę na życiówkę, drugi – nadal. Sama się dziwię, że tak gładko mi idzie realizacja mojego niecnego planu. Trzeci lekko zwalniam, za chwilę wbiegniemy zresztą do Siemianowic Śląskich. Zaczynam głodnieć i przypominam sobie, że to ostatni dzwonek na żel, inaczej będą kłopoty. Połykam limonkowy specjał i jak na zawołanie pojawia się wodopój. Zapijam i lecę, wciąż w okolicach życiówki. Wiem, że od około 13 do 16 km będzie lekko pod górkę, nie mocno, ale konsekwentnie. Znam ten odcinek – czasem wracałam tędy z pracy… Wiem też, że gdy na horyzoncie pojawi się wieża TV a po lewej pętla tramwajowa czas przyspieszyć. Co straciłam – na kolejnych 5 km mogę zyskać. Tak, tak – na tych 5 km co ich ostatnio nie biegałam – patrz początek tekstu. Śmiały plan. Ale ja znam trasę – wiem, że ten podbieg z pozycji kierowcy nie był duży, wiem, że ten zbieg do mety będzie kuszący. Skręcasz w lewo za pętlą i gnasz do mety cały czas lekko w dół – powtarzałam Piotrowi przed biegiem. Tak, tak – wiem, że na moment zrobiło się płasko, ale wtedy nie było już czasu na myślenie czy mówiłam prawdę czy lekko się z nią minęłam. W każdym razie teorię wcielam w czyn. Zaczynam wyprzedzać co podnosi moje morale. Wiem, że życiówki nie będzie – jednak za dużo straciłam na podbiegu, ale licząc szybko wiem, że mam spore szanse zmieścić się w czołówce swoich najlepszych startów w półmaratonie. Tuż przed 20. km piękny zakręt w lewo i bajeczna górka w dół. Po prawej widać już Silesia City Center, ale do mety jeszcze ponad kilometr. Kończy mi się moc jak króliczkowi z pewnej reklamy baterii – jeszcze 400 metrów. Zakręt w prawo i nagle słyszę swoje imię. Jakaś dziewczyna wrzeszczy bym biegła! No to lecę Ola – Pora na Majora (bo to ona woła)! Wyraźnie poczułam kop w tyłek. Zakręt, zakręt, zakręt… gdzie ta meta bo nie dobiegnę! Nie pierwsza brama, ta druga. Koniec. Stop tomtom. Dwa i coś tam coś tam. Nie widzę. Jak rzadko opieram ręce na kolanach, głowa w dół. Muszę złapać oddech. Medal… za chwilę, poczeka… Mam banana na twarzy!

Precz z życiówkami! Niech żyje odzyskana radość z biegania. Z kronikarskiej skrupulatności podsumuję, że to był mój 15 maraton i 4 w kolejności czas. Ciasno jest z czołówce, więc wbiłam się między Warszawę a Koszyce. I jeszcze jeden powód do radości – chcieć to biec. Biec szybciej niż wydawało mi się, że mogę. Odzyskałam wiarę we własne nogi i w swoją głowę. Bo po cichu się przyznam, że z Florencji chciałam zrezygnować. Organizatorzy mają kuszącą ofertę – za dodatkowe 20 euro można przepisać się na kolejny rok, albo oddać pakiet innemu biegaczowi. Już nawet planowałam wystąpić we Włoszech jako kibic i bez wyrzutów objadać się pizzą i zapijać to winem. Ale nic z tego, pobiegnę, bo wiem, że mogę jeszcze raz pobiec ten piekielny dystans. Przypomnijcie mi o tym proszę po 30 kilometrach biegu jak już będę psioczyć na samą siebie!

Precz z życiówkami! Ten tekst miał powstać po Maratonie we Florencji, który pobiegnę 27 listopada. I jak zapowiadam od dawna – pobiegnę maraton po raz ostatni. Doprecyzujmy. Ostatni w tym roku i ostatni przed przerwą w maratonach. Przerwa potrwa rok. W 2017 nie będzie żadnego maratonu. Nie wiem czy jeszcze kiedyś będę miała ochotę  pobiec 42 km z groszami, może nigdy. Nie są mi do niczego potrzebne. Nie mam ochoty na tę napinkę, spinkę, przerost ambicji, frustrację, złość i rozczarowanie. Nie mam ochoty na bieganie, na które wyjść muszę – bo maraton za miesiąc czy dwa. Nie ma, że biegam co chcę i jak chcę. Podbiegi męczę na Karbowej jak chomik – góra, dół, katuję długie w Goczałkowicach, gdzie znam każdy kamyk, i jeszcze to szybkie, których nie lubię. Precz z życiówkami! Czas na radość z biegania. Po lesie, po górkach, ile chcę i jak chcę. W przyszłym roku maraton tylko jako kibic! Czas zobaczyć jak taki bieg wygląda z tej perspektywy. Nigdy nie kibicowałam maratończykom, nigdy nie wypatrywałam nikogo w tłumie, nigdy nikt nie czekał na moje wsparcie. Czas to zmienić – takie emocje też mi są potrzebne.

Chętnie pobiegnę natomiast kilka połówek. W marcu w Żywcu po raz trzeci zamierzam zmierzyć się z pewnym podbiegiem na 19. kilometrze. Chętna jestem na półmaraton w Tallinnie – zapisy już ruszyły! Zamierzam więcej biegać w górach, czas zabrać na bieganie moje ulubione Saucony. A życiówki, maratony… po co mi? Przecież nie wybieram się na olimpiadę. Nie chce mi się. Chce mi się biegać i tyle. A jak mi się zachce znowu, to usiądę i spokojnie poszukam odpowiedzi na pytania: po co i dlaczego. I jak znajdę sensowną odpowiedź  – to pobiegnę. Bo nie mówię, że nigdy. Ale kolekcjonowanie maratonów nie jest mi potrzebne. Bo już wiem, że mogę przebiec taki dystans, i to nie raz czy dwa. I wiem jaką zgorzkniałą minę mogę mieć na mecie – patrz Łódź. A ja chcę mieć radość.

Za 7 tygodni będzie już po maratonie we Florencji 🙂 Pewnie będę jadła w niedzielny wieczór jakąś pyszną, włoską kolację. Nie miejcie złudzeń – do Florencji jadę nie tylko z miłości do włoskiej kuchni. Jadę tam… po życiówkę w ostatnim maratonie.

Wpadłam w Trójkąt Bermudzki

Wyszła ze mnie wieś. Słoma mi z butów wystaje i wcale nie dlatego, że mam na nogach szmaciaki à la espadryle.  Wyszła ze mnie wieś, choć całe swoje życie mieszkałam w blokowisku. W niedzielne południe obchodzę zielony domek z każdej strony. Pogoda piękna więc robię ostatnie zdjęcia. Jeszcze z tej stroni i jeszcze z tej. Trudno się rozstać z wsią. Na tej i jeszcze innej spędziłam dwa tygodnie wakacji. Wystarczyło otworzyć drzwi i już można było biegać po trawie. Teraz marzy mi się taki własny trawnik, a czas ruszać w drogę do domu. Do mojego blokowiska. Opuszczam Dzikie Roztocze, ale już zaczynam myśleć o powrocie. Trzeba tylko znaleźć dobry termin. Wpadłam w to Roztocze po uszy, tak jak sześć dni wcześniej wpadłam w Trójkąt Bermudzki.

Do Oleszyc wszystko szło zgodnie z planem. Droga do Krakowa, potem autostrada i zjazd na Oleszyce. Tam wysadzałam pasażerkę z blablacar. Potem wpisałam cel – Dzikie Roztocze – w Google Maps, zerknęłam na notatki, przygotowane wcześniej i z radością stwierdziłam, że za godzinę będę w „moim” zielonym domku. (O tym jak go znalazłam przeczytacie TUTAJ.)

60 km do celu, 50 km do celu, 30 km do celu… jeszcze przy 20 wszystko było ok… a potem znowu 30 i wciąż 30… a przecież jadę zgodnie z kierunkiem, nigdzie nie skręciłam i jestem coraz bliżej… a jednak coraz dalej. Od kilkunastu minut mam wrażenie, że nie mogę trafić. Na dodatek nie mogę zadzwonić, ot – tu nie ma zasięgu. Ale las wokół mnie piękny. Tylko ja szukam drogi, a jestem już wilczo głodna i spragniona odpoczynku. W końcu jest zasięg, zjeżdżam na pobocze i dowiaduję się, że mam wrócić, po 7 km wjechać w las, a stamtąd już blisko. Dokładnie 3 km leśną, szeroką drogą – wiem, bo zmierzyłam podczas moich biegów.

Szybko zagospodarowuję moją życiową przestrzeń na kilka dni – nie lubię poczucia tymczasowości. I właściwie mogłabym tu zostać. Pyszne jedzenie na stole, widok na kawałek własnego ogródka, z drugiego okna na brzozy, przed domem husky (szkoda, że nie pobiegamy, ale swoje już wybiegał przez 14 lat życia). Telefon na nic mi się tu nie przyda – moja sieć nie ma zasięgu, a jak mam spokój i oduczam się zerkania na telefon. Kto chce wie jak mnie znaleźć, inny przejaw cywilizacji – wifi – działa super. Rozkładam mapę i szybko wybieram trasę na dzisiaj. Do zachodu słońca zostało kilka godzin, a tu tyle do zobaczenia.

Sześć dni minęło szybko, za szybko nawet. W niedzielę ostatnie biegnie w roztoczańskim lesie. W sobotni poranek też pognało mnie do lasu, choć nogi czuły już ponad 100 km pokonanych w kilka dni, a poprzedni tydzień też był bardzo aktywny. Ale co tam, mam dwa powody. Jeden to bicie rekordu frekwencji podczas dzisiejszego Parkrun w Cieszynie. Nie mogę tam być, więc pobiegnę dwa Parkruny tu, gdzie jestem. Drugi – w sobotę zgodnie z prognozą ma padać, a tu od rana błękitne niebo i świeci słońce. Żal nie skorzystać. Więc skorzystałam. Prognoza była jednak prawdziwa, trzy godziny później nadciągnęły chmury i zaczęło padać. Uruchomiłam więc plan awaryjny na deszczowy dzień – wyjazd do Zamościa (30 km od Starej Huty). Zabytki, rynek, ratusz, twierdza… oooo Galeria Handlowa Twierdza! A w niej kilka moich ulubionych sklepów. Niedaleko kino, a tam tania rozrywka czyli „Bridget Jones 3”. Po dwóch tygodniach zakupowej abstynencji i cywilizacyjnego głodu, mam w końcu prawo do małego shoppingu – myślę. Po dwóch godzinach oglądania kamienic zza chmur wyjrzało słońce, a ja pobiegłam na parking. Wracam na moją wieś, wolę popołudnie w ogródku niż jakieś tam zakupy! Zresztą – jak ja wyglądam! Znoszone spodnie, koloru zielonego, wprost z second handu, podarowane mi przez moją przyjaciółkę Ewę (Ewcia, uwielbiam je, będę je nosić aż wytrą się dziury, a może i z dziurami dadzą radę!), polarowa bluza, pomarańczowe skarpetki biegowe (ciepło mi w nich w stopy, a że kolor mało wyjściowy…) i szmaciane tenisówki. W takim stroju lepiej wyglądam na wsi niż w jakiejś galerii handlowej. I tak od kilku dni nie wyjęłam mojej karty ani portfela! Żadnych zakupów, dosłownie nic. Bynajmniej, nie umieram z głodu – o to dba gospodyni czyli Jaga. Ech, powiem Wam, że mieszkanie tu dłużej grozi przybieraniem na wadze. Owsianki, kasze, domowe dżemy i powidła, omlety, jajecznice, zapiekane cukinie, pierogi ze śliwkami, zupy kremowe…

Poszalałam. Ale postanowiłam sobie zrobić także wakacje od codziennej logistyki, wiecie – planowania posiłków, zakupów, przygotowywania i gotowania. Jedyne co musiałam, to umówić się na śniadanie i obiadokolację. I być odpowiednio głodną, by zjeść. Ale miało być o Roztoczu, a ja o lenistwie i rozkoszach podniebienia.

Właściwie mogłabym nie pisać o Roztoczu, tylko powiedzieć – jedźcie. Jedźcie jeśli kochacie lasy, ciszę i spokój, a także sporą dawkę samotności. Może w szczycie sezonu jest inaczej, ale ja przez wiele godzin wędrowania i biegania byłam zupełnie sama w lesie. Momentami czułam się dość dziwnie. Poniżej kilka tras, które można powtórzyć i miejsc do odwiedzenia, ale jak macie swoje ulubione miejsca na Roztoczu, to podzielcie się w komentarzach.

Na pierwszy dzień wybrałam trasę, która rozpoczyna się tuż za domem. Zielonym i niebieskim szlakiem do wsi Lasowce (Lasowe), a stamtąd już tylko zielonym do wsi Bondyrz. Wpadam w zachwyt już na pierwszych metrach. Piaszczysta droga w lesie i wyniosłe jodły wokół mnie. Równe, niemal idealne. Niemal za każdym zakrętem mam wrażenie, że usłyszę szum morskich fal. Tak wielkie mam poczucie, że jestem na wydmach. I gdy dzielę się swoimi skojarzeniami z Piotrem, w drodze powrotnej do Starej Huty, dostrzegam, że coś mi się pomieszało. Teraz jestem w bukowym lesie przecież! Ale za bukowym jest znowu iglasty! To cecha charakterystyczna Roztocza – buczyna karpacka i bór jodłowy. Do domu wracam trochę na około, skręcam jeszcze w ścieżkę przyrodniczą oznaczoną czerwonymi trójkątami. Jednak gdzieś po drodze gubię jednak czerwone trójkąty albo ścieżka już zarosła, do kolejnych znaków drogę pokonuję więc trzymając się kierunku i ufając swojej intuicji. Ważne, że trafiłam.

Kolejny dzień pobytu zaczynam 11-kilometrowym wybieganiem, trochę przez las, trochę drogą, trochę wiejskimi ścieżkami. Dwa psy nie wytrzymują na mój widok, trzeba sięgnąć po straszaka. Druga część dnia to zaplanowana wędrówka do Zwierzyńca i powrót najpierw przez Rezerwat Bukowa Góra ścieżką dydaktyczną, a dalej czerwonym szlakiem (krawędziowym) do osady Florianka. Uwaga – nie można się tu dostać samochodem, pozostaje siła własnych mięśni. A warto!

Florianka trafia na moją listę urokliwych miejsc. Przestrzeń, pola i łąki, widoki i zieleń. Dziś mieści się tu Ośrodek Hodowli Zachowawczej Konika Polskiego, niestety koników nie ma teraz na wybiegu, ale ja jeszcze tu wrócę. Korygując plany – bo i godzina i kilometry do przebycia pokazują, że mogę nie zdążyć przed zmierzchem, zamiast szlaku pieszego wybieram rowerowy. Bajeczny! Wschodni Szlak Rowerowy Green Velo, opisywany jako najpiękniejsza trasa rowerowa Polski. Przez las, aleją wśród klonów i jaworów, za zającem, który jak w kreskówce biegnie sobie przede mną. Jeszcze tylko kawałek asfaltu i znowu trafiam na zielony szlak, który zaprowadzi mnie pod drzwi. Na ostatniej górce oglądam jeszcze przepiękny zachód słońca nad Roztoczem, w dole na polu złocą się dynie… ech, znowu nie doceniałam przez lata urody takich miejsc z dala od gór. Na liczniku kolejne 34 km więc padam ze zmęczenia. Czas odpocząć.

Zwierzyniec, Krasnobród, Szczebrzeszyn – to miasteczka, przez które przejdziecie włócząc się po Roztoczu. Budynki zarządu Ordynacji Zamojskiej, stawy i alejki, świerszcze, a nawet borowina – to kilka atrakcji tych miejsc.

W Krasnobrodzie przyciąga Rezerwat św. Rocha i kapliczka położona w uroczysku. Moim prywatnym odkryciem jest jednak Rezerwat Szum między Góreckiem Starym a Kościelnym. Z opisu w przewodniku i z zaznaczonej na mapie niezbyt długiej trasy, nic nie zapowiada aż takich wrażeń. Znakowana niebieskimi trójkątami ścieżka przyrodnicza, ok. 2 km długości, a lepiej przeznaczyć na jej przejście kilkadziesiąt minut. Co zakręt to zachwyt. Małe wodospady, strome brzegi nad potokiem, dziki las, a na końcu tama, która tworzy imponujący zbiornik wodny w środku lasu. Do tego spaceru dorzucam jeszcze wędrówkę czerwonym szlakiem w kierunku Kaplicy na wodzie i zielonym szlakiem, a później ścieżką w lesie wracam do rezerwatu i na parking. Piękne miejsce. Nie przegapcie go podczas wizyty na Roztoczu.

A w Szczebrzeszynie poszukajcie obu świerszczy – tego na Rynku i tego drewnianego stojącego nieco na uboczu. Wąwozy lessowe, do których strzałka kieruje znienacka po wędrówce przez pola i łąki, to jak zejście do innego świata. Po kilkuset metrach ścieżka zamienia się w całkiem wygodny szlak, mam wrażenie ukryty przed ludźmi. Jest słoneczny dzień, ale tu wędruje się w półmroku, niczym po labiryncie.

I tyle. Tyle zdążyłam zobaczyć. Na koniec pobiegłam jeszcze do Florianki i dalej do Stawów Echo i z powrotem. Tym razem koniki pasły się na łące i z zainteresowaniem patrzyły na biegaczkę. Jeszcze tu wrócę – na tę piętnastokilometrową trasę. I na Roztocze. A potem pojadę dalej na Polesie, nad Biebrzę i na Mazury, wracając odwiedzę Bory Tucholskie. Taki mam plan. Tylu miejsce jeszcze nie widziałam!

21 lat później…

Przeskakuję z kamienia na kamień. Pokonuję ostatnie metry niebieskiego szlaku. Już ją widziałam z góry, ale za chwilę znowu stanę na progu. Za chwilę. Bo przecież od ostatniego pobytu minęła zaledwie chwila. Chwila… liczę i liczę i nic innego mi nie wychodzi. Ta chwila to … 21 lat. Niemożliwe! Liczę jeszcze raz i inaczej być nie chce. Byłam tu pierwszy i ostatni raz rok przed maturą czyli z dużym prawdopodobieństwem jesienią 1995 roku. A mamy 2016, też prawie jesień. Ja tych 21 lat nie czuję, wręcz przeciwnie docieram tu szybciej niż wtedy, droga do Strzechy Akademickiej to rzut beretem, a ja śmigam po kolejnych górkach.

Samotnia, bo o niej mowa, czyli jedno z najstarszych i najpiękniej położonych schronisk w Karkonoszach. Gdzieś zaginęło w moich pudłach zdjęcie schroniska położonego nad Małym Stawem. Ale ja pamiętam – wczesny poranek, ciepłe światło i jesienne kolory. Spędziłam tam jedną noc, ale wiele lat później gdy na FB rozegrała się akcja „Ratujmy Samotnię” bez wahania podpisałam się pod petycją w obronie schroniska i jej dotychczasowych, wieloletnich gospodarzy.

Tyle zostało mi wspomnień z tamtego pierwszego i jedynego pobytu w Karkonoszach. Owszem, byłam wtedy na Śnieżce, widziałam świątynię wikingów Wang i jeszcze jakieś sztolnie (prawdopodobnie w Kowarach). Pamiętałam jeszcze charakterystyczne formy skalne. I tyle. I znowu przez lata nie było mi tam po drodze. 350 km to na krótki wypad stanowczo za daleko, nawet jeśli mam do dyspozycji wygodną autostradę. Jak to się stało, że tym razem prawie jesienny urlop spędzam w Karkonoszach? Ano miała być Grecja, ale jakoś wyprzedał się nasz hotel. Innego nie chciało mi się szukać. Na hasło klimatyczna agroturystyka Google proponuje mi śliczny obiekt z widokiem na górę i ruiny Zamku Chojnik. Niestety nie ma wolnego pokoju. Powiększam mapę i oglądam kolejne zdjęcia. Tak trafiam na Szczęsnowo, gdzie szczęśliwie wszystko się układa – termin, lokalizacja, cena i mili gospodarze. A szlaki zaczynają się zaraz za płotem więc jedziemy!

Pierwszego dnia poznajemy okolicę. Najbliżej mamy na Zamek Chojnik. Główna atrakcja okolicy zaliczona, mnie nie pasuje tłum ludzi, ale w końcu jest sobota i piękna pogoda… Wystarczy jednak skręcić na zielony szlak w kierunku Jagniątkowa, by rozkoszować się ciszą i spokojem. Tutaj nie ma już nikogo. Odkrywamy kolejne ścieżki, trasy rowerowe i drogi leśne, całość tworzy gęstą sieć, którą zamierzam wykorzystać do biegania. Cudowne miejsce! Wieczorem „wczytuję” mapę we własną pamięć, żeby na niedzielnym bieganiu się nie pogubić (i tak się pogubiłam, ale do domu trafiłam po 17 km). Piotr ma ambitny cel – będzie biegł na Przełęcz Karkonoską (1198 m npm) – znaną także z najcięższego podjazdu kolarskiego z Podgórzyna. Kilka dni później schodzimy tą drogą. Mam dość, a właściwie dość mają moje kolana – tego asfaltu i nachylenia. Piotrek kilka razy ogląda się za siebie, coraz bardziej dumny, że wbiegł na tę Przełęcz. Mijamy rowerzystę. Pnie się powoli do góry, do mnie docierają mruczane pod nosem przekleństwa. Kilka minut później znowu nas mija. Tym razem gna w dół na łeb na szyję. Z jaką prędkością zjeżdżał z tej górki – zastanawiam się, ale chyba wcale nie potrzebuję znać odpowiedzi. Jakimś cudem minął się bezpiecznie z podjeżdżającym na górę samochodem straży granicznej.

W trakcie tego ponad tygodniowego pobytu oczywiście zobaczyliśmy to co w Karkonoszach NAJ. Najwyższe – Śnieżkę, najbardziej spektakularne – kotły polodowcowe – Śnieżny, Łabski, Łomniczki i Biały Jar, najbardziej strome – droga z Przełęczy Karkonoskiej, najładniejszy wodospad – Kamieńczyka w Szklarskiej Porębie. Tam, tak jak my, spotkacie całkiem sporo turystów. Ale są takie miejsca, gdzie można być zupełnie samemu a wokół jest bajecznie pięknie. Na tej mojej prywatnej liście NAJ jest Sowia Dolina -jedna z najciekawszych i najpiękniejszych w Karkonoszach. My wybraliśmy ją jako mniej typowy wariant zdobycia Śnieżki. Polecam też tzw. Tabaczaną Ścieżkę – zielony szlak na Przełęcz Okraj z wariantem i podejściem do Ponurej Kaskady – to dawna droga przemytnicza w Karkonoszach, a także  zielony szlak z Przełęczy Karkonoskiej do grupy skał Pielgrzymy (najkrótszy, zaledwie 15-minutowy szlak prowadzi od Słoneczników, zielony gwarantuje jednak niezapomnianą wędrówkę przez torfowiska). Warto też zejść do naszych sąsiadów – z Przełęczy pod Śnieżką wybrać niebieski szlak w kierunku schroniska Luční bouda, a stamtąd wrócić do Polski Bursztynową drogą (ta nazwa to rezultat błędnego tłumaczenia). O tym, że w schronisku działa mini browar (otwarty na początku sierpnia przez Prezydenta Republiki Czeskiej Vaclava Klausa) dowiedziałam się już w domu – koniecznie trzeba będzie tam wrócić. Innego dnia schodzimy na czeską stroną z Mokrej Przełęczy. Tym razem dotrzemy do źródeł Łaby, po drodze do czarnego szlaku w kierunku Jagniątkowa mijając aż pięć schronisk (czasem bardziej hoteli górskich na kilkaset miejsc). Odległość między niektórymi to zaledwie kilometr. Degustując piwo w każdym z nich można mieć poważne problemy – zatem stanowczo nie polecam. Polecam natomiast zaopatrzyć się w korony czeskie, bo choć można zapłacić naszą rodzimą walutą to przelicznik jest delikatnie mówiąc nieuczciwy (5 koron to złotówka). Zgodnie z tym przelicznikiem kluchy z borówkami kosztują 27 złotych, a przy obecnym kursie korony powinny 22 zł. Dwa obiady i dwa piwa robią już sporę różnicę, więc tym razem obejdziemy się smakiem. Na szczęście widoki rekompensują straty. Na tej prywatnej liście jest jeszcze najpiękniejszy widok – ze Skalnego Stołu (niebieski szlak z Przełęczy Okraj lub żółtym z osady Budniki).

Zdecydowanie polecam także opuścić główny grzbiet Karkonoszy i zejść w doliny. Tylko wtedy dotrzecie do Wodospadu w Podgórnej, Japońskich Ogrodów, zobaczycie Kaplicę św. Anny na Grabowcu (to specjalnie dla biegaczy – nabierzcie wody w usta z Dobrego Źródła i nie połykając jej, obiegnijcie budynek 7 razy, a zyskacie szczęście w miłości). Moim prywatnym hitem jest jednak wizyta w Bukowcu, gdzie znajduje się zespół parkowo-pałacowy (Park Krajobrazowy w Bukowcu). Następnym razem zabiorę ze sobą buty biegowe, tyle tu dróg i ścieżek między stawami. A i atrakcji nie brakuje – ruiny Opactwa, Świątynia Ateny, wieża widokowa i ruiny zamku, Krąg Druidów.

A w tyle miejsce jeszcze nie dotarliśmy. Kowary, Góry Sokole, Łomnica i Wojanów…

Dotarliśmy i szczerze polecamy coś dla ciała. Czyli Pałac Spiż w Miłkowie z własnym browarem (próbowaliśmy karmelowego i miodowego piwa) oraz Smażalnia „U Rybaka” w Sosnówce, gdzie przy dobrej pogodzie można usiąść nad stawem i delektować się smakiem dorsza, mintaja i sandacza. Bez dwóch zdań – gdybyśmy mieli bliżej zostalibyśmy stałymi klientami.

A tak zapowiadamy, że jeszcze tam wrócimy. W góry, na rybkę i do sztolni. I do tych wszystkich miejsc, które warto zobaczyć. Karkonosze po 21 latach zaspokoiły moją chęć poznania świata. A tymczasem pędzę pakować plecak. Jutro kierunek Roztocze!

This slideshow requires JavaScript.