Mam kurtkę gore, to ją biorę!

Sierpień ubiegłego roku. Kierunek: Rohacze. Może pogoda nie zapowiada się rewelacyjnie, ale ja wierzę, że z każdą godziną będzie lepiej. Przecież sprawdzałam prognozę pogody. Dojeżdżamy do celu. Początek to spacer asfaltem przez Rohacką Dolinę – kropi. Przestanie – myślę. Zaczynamy podchodzić szlakiem – chmury się przewalają – jakże romantyczny widok. Na Smutnej Przełęczy fotka – jeszcze się uśmiechamy! Pierwszy Rohacz – Płaczliwy – w chmurach, kolejny – Ostry –  już w deszczu. A że bez pomocy rąk się na tym szlaku nie obejdzie, woda wlewa mi się z góry, z boku, z dołu. Na przełęczy jest mi już wszystko jedno. Byle w dół – na szczęście bardzo łatwym szlakiem przez Wołowiec i Rakoń. Stan przemoczenia: 100%. Buty, kurtka softshell, spodnie, bluza polarowa, bielizna. Nie przemokła tylko skóra – jako jedyna okazała się nieprzemakalna. Za mną idzie Piotr – spod kaptura wystaje mu tylko czubek nosa, z którego kapie deszcz. Ja co kawałek wykręcam rękawy bluzy, właściwie po co… Na parkingu jest mi dokładnie wszystko jedno – chcę być sucha. Na szczęście w bagażniku mamy ręczniki i zapasowe ubrania. Po tej przygodzie, przemoczeniu takim, że nawet suchej nitki nie było, po przejrzeniu oferty sklepów, porównaniu wielu modeli i przymierzeniu kilku, staliśmy się posiadaczami dwóch super kurtek goretex. Zgodnie z rzuconą na Rohaczach obietnicą – nigdzie się bez nich nie ruszamy.

Kiedy więc szykuję kolejną listę wyjazdową, na jej szczycie wpisuję – kurta gore. Mam gore, to ją biorę – zrymuje mi się kilka dni później na FB, gdy będę komentować zdjęcia Piotra z pewnej deszczowej wędrówki.

Tym razem kierunek na majowy weekend to Wielka Fatra. Nocleg zarezerwowany, trasy przygotowane. Co prawda od kilku dni w Beskidach leje i pada na zmianę, a ja wciąż jeżdżę na zimowych oponach (dzięki temu powrót z Gorców dwa tygodnie wcześniej przebiegł bezproblemowo), ale pogoda na Słowacji ma się poprawiać. Co za szczęście, że przyjechaliśmy w niedzielę, dzień wcześniej rzeka, która płynie przez wieś, płynęła też drogą. Potoki i strumyki wciąż huczą od nadmiaru wody, ale my dzielnie startujemy w górę. Tylko na początku zrzedła mi mina – po kilku kilometrach wygodnego marszu, okazuje się, że jedyną skuteczną dla mnie metodą przedostania się na drugą stronę jednego z takich strumyków, jest wpław i na bosaka. Za mała jestem – nie przeskoczę. Pokornie zdejmuję więc buty i zanurzam stopy w lodowatej wodzie. Kilkaset metrów wyżej mamy do wyboru – lewy potok, albo prawy. Oba płyną tym co mogłoby być szlakiem. Jeszcze trochę błota i osiągamy łąki pod chatą Limba. Od tego miejsca jest już tylko lepiej (haha – do czasu!). Widoki piękne, góry nowe dla mnie i urokliwe, ludzi niewiele – ot, kilka grup spotykamy, nie tylko z Polski. Zdobywamy Rakytov i zmierzamy w stronę Czarnego Kamienia – jednego z najbardziej charakterystycznych szczytów w masywie Wielkiej Fatry. Sam szczyt jest niedostępny dla turystów, a szlak omija wierzchołek, ale charakterystyczna góra prezentuje się okazale. Co prawda po drodze coś białego przez chwilę leci z nieba, ale szybko przestaje. Na szczęście – bo wierząc prognozom pogody, kurtkę zostawiłam w pensjonacie. Nawet o tym wspomniałam, zupełnie nieświadoma zbliżających się kłopotów. Tego dnia bez komplikacji weszliśmy na szczyt Ploská, zeszliśmy na Chyzky i Zieloną Doliną wróciliśmy do wsi.

Kolejny dzień wita nas słońcem! Kurtka znowu zostaje więc na dole. Ja już zaliczyłam poranne bieganie po wczesnej pobudce. Tym razem na początek mozolnie wspinamy się wzdłuż trasy narciarskiej. Nie jest to mój ulubiony rodzaj szlaku – ale ten ma dwie zalety – zaczyna się zaraz za naszym pensjonatem i pozwala szybko osiągnąć grań. Słońce przygrzewa, droga pod górkę – szybko więc zrzucam bluzę i maszeruję w koszulce z krótkim rękawem. Choć im wyżej tym częściej widać, że w nocy był jeszcze przymrozek, a trawy są wciąż przybielone szronem. Tym razem przemierzamy główną grań Fatry – od Zvolena aż po Rybovskie Sedlo. Gdzieś po drodze pada stwierdzenie, że zabraliśmy za dużo ciepłych ubrań. Fakt – mamy polary, bluzy, softshelle… Ale kilkaset metrów wyżej żałuję, że moje rękawiczki zostały w pensjonacie. Na grani choć słonecznie, wieje zimy wiatr. Ten kto to powiedział, zakłada kolejną warstwę! Czerwony szlak ze Zvolena jest piękny i różnorodny. A to połoniny z widokami na Tatry, a to urokliwy las, a to skałki i znowu łąki z kwitnącymi krokusami i przebiśniegami. A to łapy odbite w błocie – niech to będą wilcze – i odchody – wilcze – wołam z zachwytem! Na Rybovskiej Przełęczy Krížna wydaje się być na wyciągnięcie ręki, rezygnujemy jednak z wejścia na szczyt, bo przecież zgodnie z planem będziemy tam jutro. Oj, jakże się pomyliłam!

Wybieramy zielony szlak, który według oznaczeń po kilkuset metrach skręca w prawo, wprost do potoku. Przez łąki maszerujemy więc brzegiem potoku, raz po jednej raz po jego drugiej stronie. Piękna, mało uczęszczana trasa. Dopiero kilka kilometrów dalej ścieżka staje się szerokim szlakiem. Przy potoku spotykamy jeszcze szlak rowerowy, a ja znowu ściągam buty. Tym razem celowo funduję sobie krioterapię. Zanurzam stopy w lodowatej wodzie, gdy już zaczynają piec z zimna wyciągam i tak kilka razy. Tak zregenerowana mogę iść dalej. Teraz już prosto do wsi. Udaje mi się nawet złapać stopa i tym razem unikamy kilkukilometrowego marszu asfaltem.

Kolejny dzień zapowiada się burzowo. Tak przynajmniej wynika z prognozy pogody. Chmury wiszą nisko, deszcz w planach, więc do plecaka pakuję moje gore. I w tym kluczowym momencie, okazuje się, że tylko ja mam gore. Wbrew własnym zapowiedziom – patrz pierwszy akapit – kurtka Piotra wisi na wieszaku, 140 km stąd!

Ale startujemy. Dziś w planach Borišov i druga część głównej grani przez Ostredok aż po szczyt Krížna. Tylko przez godzinę podziwiamy widoki, jeszcze widać Czarny Kamień, jeszcze mam nadzieję na piękną wycieczkę, gdy z nieba lecą pierwsze duże krople. Mój czerwony świstak będzie mnie teraz chronił przed deszczem. Oby nie za długim, bo softshell Piotra zbyt wiele nie wytrzyma. Decydujemy się iść do schroniska pod Borišovem i tam – po godzinie marszu – decydować co dalej. Jak łatwo się domyślić na szlaku tłumów nie ma. Tuż przed chatą mijamy jednego turystę, który zapewne tam nocował. W chacie spotykamy grupę Polaków, którą deszcz zniechęcił do dalszej wędrówki. Ogrzewamy się herbatą i postanawiamy jednak wspiąć na szczyt. Droga w górę i w dół powinna nam zająć godzinę (uwinęliśmy się w 50 minut), a nawet przestało padać. Niestety – zaledwie na chwilę. Im bliżej szczytu tym bardziej śliski i błotnisty robi się szlak. Zapowiada się niezła jazda w dół. Dobrze, ze na szczycie jest tabliczka z informacją, bo inaczej nie wiedziałabym, że to już. O widokach nawet nie myślę. W dół łapię się kosodrzewiny, byle tylko nie potaplać się w błocie.

Co dalej? Zmierzamy niebieskim szlakiem w stronę rozwidlenia szlaków na Chyzky. Tam zdecydujemy. Momentami nawet przestaje padać. Momentami nawet mam wrażenie, że przez chmury przebija się słońce. I jeszcze te ptaki – śpiewają przecież. Znaczy – wiedzą lepiej i pogoda się poprawi. Kto chciałby moczyć pióra i otwierać dziób, gdy woda kapie mu na głowę! Nawet spodnie zaczynają mi wysychać. Niestety chwilę później deszcz i wiatr odzierają mnie ze złudzeń. Przez resztki mokrego śniegu, chlupoczące pod stopami błoto maszerujemy dalej. Już wiem, że głównej grani nie będzie, nie tym razem. Moja kurtka daje radę, ale tylko moja. Znowu więc Zieloną Doliną wracamy do wsi i do pensjonatu. Ja mam kompletnie przemoczone buty, a Piotr – wszystko. Zapowiada się wielkie suszenie.

I jakby na złość, po powrocie do pensjonatu i przebraniu się – zmienia się pogoda. Widzę błękitne niebo, a nawet słońce. Tym razem postanawiamy więc sprawdzić jak ma się słynny Czarny Kamień, czyli lokalne, lane piwo. A potem jeszcze spacer na przełęcz Veľký Šturec szlakiem rowerowym, który idealnie nadaje się do biegania.

Zresztą w Wielkiej Fatrze jest, gdzie biegać, dzięki ścieżkom, a w rzeczywistości drogom rowerowym. Dzięki jednej z nich po ponad 6 km osiągam Prasnicke Sedlo, by stamtąd dobiec do zielonego szlaku w Suchej Dolinie, czyli tam gdzie moczyłam stopy w lodowatym potoku. Wyszło ponad 15 km biegu i prawie 500 m przewyższenia. Momentami nawet widziałam szczyt Krížna, na którym w końcu nie byłam.

Ostatnie górskie wyjazdy – Gorce w kwietniu, Beskid Wyspowy w grudniu, a wcześniej wspomniane Rohacze – nie rozpieszczają mnie i mojej wysłużonej, górskiej garderoby. Co rusz słyszę charakterystyczne chlupanie w butach. Moich ukochanych, wysłużonych Scarpach. Tutaj gore już raczej nie działa. Buty skończyły właśnie dziesięć lat! A ile ze mną przeszły! Dokładnie 10 lat temu weszłam w nich na pierwszy trzytysięcznik z okazji 30. urodzin KLIK, były w Słowenii, wielokrotnie w Tatrach i przeszły przez Korsykę (GR 20). Po niej dostały drugie życie dzięki wymienionym podeszwom. Szkoda, że nie mają licznika, wiedziałabym ile kilometrów przemierzyły. I po kolejnym chlupaniu w butach myślę, że czas na nowe buty z gore. No, może jeszcze jeden wyjazd przetrzymają, jeszcze ten jeden sezon… Jeśli pogoda będzie łaskawsza, a inny ciuszek z gore, co go zawsze biorę, zostanie na dnie plecaka.

Domowe biuro podróży

W ciągu zaledwie kilkunastu dni stałam się ekspertką w poszukiwaniu tanich biletów lotniczych.

W ciągu zaledwie kilku dni obejrzałam dziesiątki mieszkań w Walencji, nad Jeziorem Como i Garda, w Toskanii oraz w okolicach Wielkiej Fatry. Gorce to już mój drugi dom – więc nawet nie wymieniam.

Efekt jest taki, że w ciągu miesiąca moje konto wzbogaciło się o bilety lotnicze do Walencji i z powrotem. Do Hiszpanii polecimy z przesiadką we Frankfurcie, a niewiele brakowało byśmy w drodze powrotnej zahaczyli o Bergamo – tylko po to by wypić tam kawę (przesiadka dawała nam 6 godzin czasu we Włoszech).

Po polsku, hiszpańsku, słowacku, włosku czy angielsku. Choć tylko pierwszym i ostatnim z wymienionych języków posługuję się dość pewnie, spokojnie koresponduję z naszą gospodynią w Wielkiej Fatrze po słowacku – ustaliłyśmy liczbę noclegów, posiłki oraz ich godziny.

Nie miejcie złudzeń – im dalej od granicy polsko-słowackiej tym trudniej. Choć staram się używać jak najprostszych sformułowań. Mam nadzieję, że kolacja będzie obiadem podanym w porze wieczornej, czyli po powrocie z naszej wycieczki. Na szczęście widzimy się już za kilka dni, a jak wiadomo takie rzeczy najłatwiej wyjaśnić na żywo. Słowacja zarezerwowana – teraz dwa większe wyzwania – czyli Hiszpania i Włochy. Co prawda z rezerwacją noclegu w Walencji mogę jeszcze zaczekać – a tu mam dość konkretne wymagania, czyli mieszkanie nad morzem, o tyle Włochy to już za trzy miesiące. Bo skoro zrezygnowałam z przesiadki w Bergamo, to zaczęłam się przyglądać lotom w tamtym kierunku ze zdwojoną częstotliwością. Nie będzie przesadą, jak powiem, że do porannej kawy przeglądałam strony tanich linii lotniczych. A szczególnie upatrzyłam sobie lotnisko w Ostrawie, do którego mam bliżej niż do Katowic czy Krakowa, strona jest w języku polskim a z Czeskiego Cieszyna pociąg jedzie wprost na lotnisko – czyli same zalety. Wpisałam dwie daty i dostałam pierwszą ofertę. Interesującą – 200 zł za lot tam i z powrotem za osobę. Postanowiłam zaczekać, a w międzyczasie roztaczałam wizję włoskiej sielanki niczym aromat kawy 😉 Tuż przed kwietniowym wyjazdem w Gorce cena spadła o kolejne korony. I nagle cena spadła o kolejnych kilkadziesiąt złotych. Teraz nie było się już nad czym zastanawiać – przewodnik po północnej części Włoch i okolicach Lecco trafił na nocną szafkę, a bilety lotnicze do skrzynki mailowej. No i się zaczęło! Zaraz po tym jak padło pytanie Piotra co my będziemy robić we Włoszech przez dwa tygodnie? Jak to co?! Jeść i pić włoskie pyszności. A wrócimy jako mistrzowie w nawijaniu spaghetti! Ale to dla nas mało – musi być dużo aktywności fizycznej więc górskie wędrówki i trochę wody dla mnie, plus ścieżki biegowe oczywiście. Spokojnie oglądam więc kolejne miejsca – a to widok z okna albo balkon z hamakiem mnie zachwyca, a to gospodarze mają psa, który chętnie towarzyszy gościom na spacerach, a to włoskie śniadanie w ofercie, albo wanna z masażem. Na airbnb czytam opinie o gospodarzach i czasem nawet nie korzystam z translatora. To co najważniejsze – ocenę i ludzkie emocje łatwo rozumieć. Po hiszpańsku coś rozumiem, a włoski przecież taki podobny 😉 W przypadku tych dwóch ostatnich najważniejsze słowa to caffè, pasta i montagne. A jak czytam, czytam i czytam i nic nie rozumiem to znaczy, że trafiłam na recenzję gości z Holandii 😉 I tak niepostrzeżenie powstało moje domowe biuro podróży. Bo logistykiem i organizatorem wyjazdów jestem od początku. Godziny, ceny, transport, atrakcje i najlepsze lody w okolicy – na takie pytania odpowiadam już przed wyjazdem. Zresztą ten element przygotowań, to już jak połowa wakacji. Dzięki linkom, zdjęciom i kontaktom z gospodarzami jadę dobrze przygotowana. We Florencji bezbłędnie rozpoznałam “naszą” kamienicę, bo przecież widziałam ją na streat view. Od lat trudno mi wybrać się na wakacje z biurem podróży – bo tam wszystko ktoś zorganizował za mnie. I gdzie tu zabawa? Gdzie polowanie na okazje i nocleg z klimatem w starym domu? A gdzie kontakty z miejscowymi gospodarzami, którzy pieką najlepsze ciasta? Plany już są – własne mieszkanko na tydzień 200 metrów od Jeziora Como. Znowu więc będę na Resegone. Znowu! Jeśli chcecie poczytać więcej o tej charakterystycznej górze to zapraszam do npm, gdzie wiele lat temu ukazał się mój artykuł KLIK

(Wszystkie pokazane niżej zdjęcia pochodzą z mojego pierwszego wyjazdu nad Jezioro Como.)

A potem tydzień w Toskanii. Udało mi się znaleźć pod dachem starego domu nocleg ze śniadaniem, dwa psy, które uwielbiają wędrówki, lokalne wino do kolacji bez ograniczeń i jedzenie przygotowywane na bazie własnych produktów. Zapowiada się pyszny wyjazd! A po powrocie pewnie relacja i wtedy podzielę się swoimi adresami. A póki co znowu pakuję plecak – wbrew pogodzie za oknem ruszamy odkrywać kolejny kawałek Słowacji.

Dobrze biegać!

– Jak Ci się biegnie?
– Dobrze.

Ten prosty dialog prowadzę sama ze sobą dość często na imprezach biegowych. W ten sposób oceniam swoje możliwości i siły, a czasem dodaję sobie otuchy. Bywa, że zagłuszam tą odpowiedzią Gremlina, gdy próbuje mi wmawiać, że nie dam rady.

Ważne, by biegło się dobrze. To nie znaczy – komfortowo. To nie jest moje bieganie w tempie konwersacyjnym. Wręcz przeciwnie – na nieoczekiwane pytania odpowiadam tylko półsłówkami, a w skrajnym wypadku wysyczę przez zęby: CICHO! W tym tempie nawet nie za bardzo chce mi się myśleć – wolę się skupić na odliczaniu kroków.

Dobrze, czyli w granicach moich możliwości, tak by na mecie nie trzeba mnie było cucić i ratować. Fizyczne zmęczenie – tak – ale takie na jakie sama się godzę, bo wiem, że sobie z nim poradzę. I to „dobrze” oznacza też, że dobrze biegnie mi się od startu do mety. Czyli udało mi się na pierwszych kilometrach okiełznać temperament, adrenalinę i ambicję, i ustalić tempo biegu, przy którym sił powinno mi starczyć na cały dystans. Inaczej mówiąc – że w drugiej części nie zacznę dramatycznie zwalniać, a przeciwnie – nawet przyspieszę. Ta ostatnia sztuka zwana jest przez znawców „negative split”. Piotr stosuje ją z sukcesem, o czym możecie przeczytać TUTAJ!

Pierwszy raz w miarę równym tempem pobiegłam we Florencji. TomTom, z którym biegam drugi rok bardzo mi w tym pomógł. Na pierwszych kilometrach często zerkałam na niego i delikatnie zwalniałam. I tak wyszło ciut za szybko niż planowałam, ale udało mi się utrzymać tempo do końca. Podczas sobotniego biegu w Brzeszczach zaplanowałam sobie śmiałą taktykę. Pierwsza połowa miała być lekko z górki – na tym odcinku miałam trzymać tempo 5:30 i nie zmęczyć się za bardzo. Po 27,5 minutach minęłam połowę – czyli idealnie jak w szwajcarskim zegarku. Teraz zgodnie z wykresem miało być pod górkę, w końcu trzeba wrócić tam skąd się wybiegło. W rzeczywistości pod górkę było mniej niż na mojej najbardziej płaskiej trasie wokół lotniska w bielskich Aleksandrowicach. Kolejne 3 km miałam w planie co najmniej utrzymać tempo, a może nawet przyspieszyć. Hmm… przyspieszyć?! Ze zdziwieniem zanotowałam, że spada mi średnie tempo, a 7. km przebiegłam w 5.18! Idealnie! Po kolejnym km uznałam, że teraz już sobie nie pozwolę się zatrzymać i dokończę swoją najszybszą dychę. Zaczęłam powoli wyprzedzać kolejne osoby i cieszyć się kolejnymi metrami biegu. Na 1000 metrów przed metą szybko policzyłam, że nie tylko poprawię czas z Życiowej Dziesiątki w Krynicy z 2013 r. (to dość specyficzna trasa – jeszcze ma atest PZLA, ale z Krynicy do Muszyny cały czas biegnie się z górki – w pierwszej połowie jest to bardzo odczuwalne i pomocne, druga połowa jest bardziej płaska), ale jeszcze zamienię 55 minuty na 54! Na ostatnich metrach do mety widziałam nawet zegar, który pokazywał 53:50, ale ostatecznie na ostatniej macie pomiaru czasu mój zegarek zatrzymałam na 54:08 i dokładnie taki czas netto mam z oficjalnego pomiaru.

Kilka głębokich wdechów – wolontariuszce poplątały się szarfy z medalami co dało mi czas na uspokojenie oddechu. I uśmiech na twarzy. Dobrze mi się biegło – myślę – może nawet mogłam jeszcze trochę szybciej… Apetyt mi rośnie, a przecież jeszcze tydzień, dwa tygodnie temu nawet tego nie planowałam.

Początek roku nie był taki jak sobie wymarzyłam – najpierw grypa wyeliminowała mnie na tydzień, potem przyplątał się katar, a na początku marca zbuntował się żołądek. Zanim więc na treningach udało mi się przyspieszyć już w kalendarzu pojawiły się pierwsze w sezonie zawody.

Za tydzień kolejne – tym razem półmaraton wokół Jeziora Żywieckiego – z wymagającą trasą. Czyli dużo podbiegów, a ostatni na 19. kilometrze!

Zabawne jest jednak, że ta co za dyszkami nie przepada ma w planie dwie kolejne w ciągu dwóch miesięcy. I piątkę na zakończenie półrocza. Długo i wolno będzie dopiero w drugiej połowie roku.

Szu, szu, szu

Zaczęło się niewinnie – od szu, szu, szu…

Poprzedniej zimy, gdy przypadkiem jakimś spadł w Beskidach śnieg, rzuciliśmy się z Piotrem w góry. Najbliżej gdzie się da, ale żeby jednak były widoki i trochę wysokości. Najbliżej to Skrzyczne – dla odmiany Doliną Zimnika w kierunku na Malinowską Skałę. Tylko, że przed nami na ten pomysł nikt nie wpadł, więc momentami zapadałam się po kolana i lepiej.

Zresztą o zapadaniu się wiem dużo. Jak się ma niespełna 160 cm wzrostu i trafi na nieprzetarty szlak to można i całą nogę wykopywać spod śniegu. Uwierzcie – wygląda komicznie! Jakbym próbowała pływać w puchu. A ile się przy tym napocę to moje. Zapadałam się więc ostatnio w Beskidzie Wyspowym – idę po zmrożonej powierzchni a tu trach i ląduję w wodno-śnieżnej ciapie. Zapadałam się schodząc z Pilska: takie małe były te choineczki nad śniegiem, a to czubki tylko były. I moja noga cała pod śniegiem.

dsc_0122

Ale wracam do Doliny Zimnika. Wygramoliłam się w końcu na Malinowską Skałę, potem na Małe Skrzyczne i tuż przed Skrzycznem zatrzymaliśmy się na mały odpoczynek. I wtedy usłyszałam – szu, szu, szu…

Niczym nie niepokojony, spokojnie i statecznie, bez kopania i zapadania, sunął sobie po niezmąconej powierzchni śniegu, ratownik Grupy Beskidzkiej GOPR. Sunął sobie na skiturach. A ja wpadłam w zachwyt! Oczywiście wiedziałam, że coś takiego istnieje. I nawet miałam znajomych, którzy wędrowali na nartach, ale o sobie w takim wydaniu jakoś nie pomyślałam. Szu, szu, szu… i myśl w głowie zakiełkowała. Szu, szu, szu…

Kilka tygodni później, organizatorzy festiwalu górskiego Wondół Challange zorganizowali konkurs, w którym do wygrania było szkolenie skiturowe. Dostałam się w ostatniej chwili, bo ktoś inny zrezygnował. Pierwszego wrażenia nie zapomnę nigdy – przypięłam narty, stanęłam pod stok i stałam! Zrobiłam krok i stałam! Bajka! zaczęliśmy maszerować, a ja nie dość, że się nie zapadałam to jeszcze przemieszczałam się znacznie szybciej niż w butach trekingowych. Tyle, że to był marzec i śniegu nikt już później nie widział. Doświadczenie miałam więc delikatnie mówiąc – niewielkie. Co mnie więc tknęło, by pod koniec ubiegłego roku zamówić noclegi w schronisku na Rysiance i dwie pary skiturów? Może wieść, że spadł śnieg (to taki czasem ewenement, nawet w Beskidach!), a może dodatkowe sprzyjające okoliczności, że są dwie pary nart i buty w odpowiednich rozmiarach – małe i duże. I tak oto na dwa dni przed końcem roku Piotr i ja stanęliśmy na nartach.

Plany były bardzo ambitne, ale skończyło się na wycieczce na Halę Miziową i z powrotem i na zdobyciu Romanki. Z mojej strony żadnej wywrotki, miły zjazd w puchu i foka oklejona śniegiem tak bardzo, że ostatnie 10 minut do schroniska to była wieczność. Odciski, zderzenia i inne śmieszne sytuacje nie przesłoniły mojej fascynacji skiturami.

Wierzycie w zbieg okoliczności? W taki ciąg dobrych zdarzeń, które pojawiają się w nieoczekiwanym ale właściwym momencie? Ja tak. Nagle Hati Team zaprasza mnie na wieczorne wyjście na Małe Skrzyczne. Chyba byłam pierwsza pod Golgotą, żądna nowych wrażeń. Jest po zmroku, narciarze jeszcze jeżdżą, a my pomykamy wbrew prawom fizyki w przeciwną stronę. Bajka – mrozik, prószy śnieg, lekko wieje, w świetle czołówek błyszczy puch. W dół jadą ratraki, jakby specjalnie dla nas przygotowywały stok. No i tu zaczyna się mały problem. Taki maleńki. Biegam, więc mam kondycję i pod górkę mogę maszerować, nawet na starszym i nie najlżejszym sprzęcie. Tylko wcale nie mam ochoty zjeżdżać w dół. Od trzech lat nie jeździłam na nartach. A jak jeździłam to i tak „mniej-więcej” czyli więcej niż na tyłku, ale mniej niż na nartach.

Dzięki wsparciu i pomocy zjechałam z Małego Skrzycznego bez jednej wywrotki, choć czasem pytałam, gdzie jest stok 😉

I jak podsumował Piotr: w ciągu półtora tygodnia byłam 5 razy na skiturach. Bo jak tylko nastał długi weekend to w wypożyczalni wywęszyłam małe butki i krótkie nartki i już po godz. 15 pomknęłam przed siebie. Odkryłam przy tym „tajne” przejście do zimowego szlaku na Przełęcz Kołowrót, a tam uznałam, że pół godziny na Szyndzielnię to żaden problem. Księżyc świecił, śnieg się skrzył, a ja pokonywałam kolejne metry. Bajecznie było. I jak ciepło mi było pod górkę, tak zamarzłam na zjeździe z Szyndzielni. Termometr w aucie pokazał -13 stopni, a ja jeszcze w domu szczękałam zębami. W sobotni poranek znowu miałam buty, narty i wędrowałam w puchu na Błatnią – puch jest poza szlakami, jak ktoś zna ścieżki i drogi to trafi. Ja trafiłam i tak oto pokonałam na nartach swój pierwszy półmaraton.

Bez złudzeń – na nartach dalej jeżdżę mniej-więcej, i dalej wolę chodzić niż zjeżdżać. I skąd tyle drzew na szlaku, którym planowałam zjeżdżać 😉 Ale bakcyla połknęłam. Zima ma nowy wymiar, a ja przeglądam Internet w poszukiwaniu własnego sprzętu. Jak spotkacie mnie na stoku – to znaczy, że szlifuję technikę, jak na trasie – znaczy, że kocham zimę!

Idę na emeryturę ;)

Jeśli ktoś pomyślał, że żartowałam, to nie! Robię sobie rok przerwy od maratonów i to w chwili gdy spełniłam swoje marzenie.

Tak, tak… ten wstęp był aktualny wczoraj. Jakieś 12 godzin temu! Teraz przy śniadaniu nucę pod nosem: Vamos a la playa! Niczego nieświadomy Piotr zaczął czytać mi o Maratonie w Walencji, który wystartuje 19 listopada 2017 r. o godz. 8.30. Czytał i czytał, a ja zobaczyłam oczami wyobraźni siebie w Hiszpanii. Szybki reaserch i już wiem, że samolot mamy z Katowic, potem pociąg, a po biegu odpoczywamy na plaży. I tak oto zapisałam się na Maraton w Walencji. Jeśli też macie ochotę to do 9 stycznia jest najniższa opłata startowa – 42 euro!

Uznajmy więc, że roczna przerwa od maratonów liczy się od 27 listopada 2016 r. i potrwa tydzień krócej!

Bo przecież dopiero co pobiegłam maraton we Florencji! Na metę wpadłam tak, jak sobie zaplanowałam. Mój zegarek pokazał 4:15:00, organizatorzy dołożyli mi jeszcze sekundę. Choć oficjalne zdjęcia są jeszcze w przygotowaniu, na tych, na których się dojrzałam, mam swój ulubiony uśmiech.Za metą nawet nie próbuję kryć wzruszenia. Mam łzy w oczach, gdy pewna starsza Włoszka z medalami w garści przytula mnie mocno. Nic nie rozumiem, a sama potrafię powiedzieć tylko „grazie” i „perfecto”. Na moją prośbę o rozmowę po angielsku ona łapie koleżankę za rękaw i już rozumiemy się znacznie lepiej. Dostaję swój medal i ruszam dalej. W strefie dla finiszerów też ściska mnie zupełnie obcy człowiek, dostaję swoją porcję z prowiantem i kilkaset metrów dalej łapczywie rzucam się na pomarańcze. Pochłaniając kolejne kawałki dostaję całą na drogę. Takich drobnych, cudownie miłych gestów jest jeszcze więcej. Przy kolacji w włoskiej knajpce na pytanie o głód potwierdzam i pokazuję medal – dostajemy więc lokalną przekąskę. A wcześniej w barze wymieniam kilka słów z innych finiszerem i nawet nie ma mowy, bym zapłaciła za kawę. Miało być jednak o maratonie…

Maraton we Florencji to mój maraton idealny, najlepszy ze wszystkich dotychczasowych. Zagrało wszystko – pogoda, moja forma, moje nastawienie, motywacja. I rozsądek. Do ostatniej chwili planowałam bieg z zającami na 4.15. Zresztą w mojej strefie startowej byli też pacemakerzy na 4.30. Stałam jakieś 200-300 m za nimi więc uznałam, że w tej odległości mogę biec. Najpierw długo nie doganiałam baloników na 4.30, choć biegłam poniżej 6 minut na km. Minęłam ich dopiero po kilku kilometrach! Uznałam więc, że to jak biegną nie pasuje do wyniku jaki chcą osiągnąć. Moim zdaniem zdecydowanie za szybko! Dopiero w okolicy 32. km grupa biegła ponad kilometr za mną, czyli moim zdaniem wciąż za szybko. A białych baloników na 4.15 nie zobaczyłam aż do mety!

Pozostało mi tylko biec samotnie, ufając sobie, stopując swoje zapędy, by nie biec na początku zbyt szybko i motywując się od około 30 kilometra. Początek i tak miałam zbyt szybki – cały czas poniżej 6 minut, ale skoro biegło mi się komfortowo, to by nie szarpać tempa trzymałam się tego. Pierwsza dycha minęła mi nawet nie wiem kiedy. Miałam zamiar trzymać się metody dwa razy 16 km i jeszcze dziesięć na dokładkę. Gdy mijałam tabliczkę z szesnastką gratulowałam sobie w duchu. Czas na kolejne 16 km – wiem, że trudniejsze, ale skupiam się na dobiegnięciu do półmaratonu. Tu na chwilę włącza mi się Gremlin (WIĘCEJ O NIM), który próbuje mi wmówić, że z kolejnym półmaratonem sobie nie poradzę. Zauważam go i biegnę swoje. Dwa długie proste odcinki i powinnam zbliżać się do trzydziestki. Dwa kilometry dalej wbiegamy na stadion – krótkie, choć miłe oderwanie stóp od asfaltu. I już mogę sobie pogratulować – druga szesnastka za mną. Jeszcze dycha czyli około godziny biegu. Zerkam na zegarek – jeśli wszystko poszło dobrze Piotr jest już na mecie – myślę. Szybki przegląd sił i z radością odkrywam, że nic nie boli, a to co czuję to tylko zmęczenie długim biegiem.

Przydała mi się znajomość trasy – szczególnie końcówki (TUTAJ POST PIOTRA NA TEN TEMAT). 34. km to delikatny podbieg na wiadukt. Trzy km dalej wbiegamy na Duomo, czyli tam gdzie jest meta. Trasa jest jednak tak poprowadzona, że finiszujących zawodników nie widać. Pętelka, pętelka i opuszczamy Duomo. Teraz jeszcze dwa kilometry biegu, nawrót i ostatnie 2 km do mety. Wyprzedzam kolejnych biegaczy i z radością patrzę na zegarek. Jest super. Jeszcze nie świętuję, ale wiem, że zapas mam taki, że życiówka jest na wyciągnięcie ręki. Forza, forza – wołają kibice. I jeszcze rzut oka na zegarek. Przede mną już majaczy 42 km więc zrywam się do najszybszego biegu. Mijam metę, naciskam stop i najpierw śmieję się (4.15.00), a później już tylko pozwalam sobie na wzruszenie.

Mój idealny maraton! Nie, nie bez wysiłku. Ale bez bólu i zagryzania zębów, jak w Paryżu czy Łodzi. Po prostu dobry bieg, taki który sprawia przyjemność w trakcie i daje satysfakcję po nim. Po biegu spokojnie weszłam na 2. piętro, a potem poszłam jeszcze na kolację na drugi brzeg rzeki. I to poczucie, że mogę wszystko, dam radę i nic nie muszę!

I nie, nie żartowałam. W przyszłym roku najpierw skupię się na połówkach, bo to zdecydowanie mój ulubiony dystans. Jak osiągnę co sobie zamarzyłam, to solidnie przygotuję się do maratonu w Walencji.

PS 1. Piotr przeglądając magazyn Distance Running zaznaczył tyle biegów, że nie wiem czy na wszystkie czasu starczy 😉

PS 2. Maraton we Florencji polecam – trasa jest płaska. Trzy mostki i dwa tunele to nadal jest płaski maraton. Piękna i atrakcyjna widokowo trasa. Super organizacja. Na minus napiszę, że biegaczki biegają w damskich koszulkach, a męska S to dla mnie prawie sukienka. Świetnie przygotowane punkty żywieniowe i strefy czasowe, bardzo dobre oznakowanie trasy. Klimatyczny start i piękna meta na Duomo. Do tego włoska kawa, pyszne jedzenie, sympatyczni Włosi – czyli dodatki, które warto brać pod uwagę wybierając bieg. Bo przecież nie samym bieganiem człowiek żyje! A dobre jedzenie i wino po maratonie dla mnie punkt obowiązkowy. W dodatku w pierwszym terminie koszt pakietu startowego to 40 euro plus 10 euro ubezpieczenia. We Włoszech trzeba dostarczyć certyfikat medyczny! My polecieliśmy wizzairem i nocowaliśmy dzięki airbnb, więc koszty były rozsądne. Nie odmawialiśmy sobie dobrego jedzenia! Lody – chyba najlepsze jakie jadłam, kanapki z lokalnymi wędlinami i serem, po które ustawiło się w porze obiadowej kilkadziesiąt osób, czarna jak smoła kawa a do niej różne słodkości… ech piękny i smaczny kraj 🙂

Dolce far niente!

Jestem leniem! Niespełna trzy tygodnie przed maratonem ogarnia mnie słodkie lenistwo. A dokładniej marzenie o nim.

Jeszcze trzy tygodnie biegania i mój wymarzony start na 42 km w pięknej Italii. Ostatni maraton przed przerwą od maratonów. I niewiele osób mi wierzy albo wierzy dopiero wtedy, gdy rozwinę swoją myśl.

Po ponad pięciu latach biegania czas na przemyślenia. Może powrót do korzeni biegowych? Może poszukiwanie radości z biegania w czystej postaci? Może czas na bieganie bez napinki i tej myśli, że MUSZĘ  wyjść pobiegać, bo maraton. A za oknem deszcz lub wiatr albo i jedno i drugie. Albo zwyczajnie – leń mnie ogrania i wolę kanapę, koc i herbatę, a nie moje buty biegowe.

Bez obaw – nie przestaną biegać. Kocham to, ale zamierzam biegać inaczej. Jak? Sama jeszcze nie wszystko wiem. Na pewno ograniczę starty – hahaha! Trzy już mam w planie w przyszłym roku! Na pewno po asfalcie nie pobiegnę więcej niż 21 km z haczkiem. I na pewno jak przyjdzie mi jeszcze do głowy myśl „maraton” to usiądę i poczekam aż mi przejdzie albo dokładnie to przemyślę.

Jestem leniem. Zwyczajnie – nie chce mi się. Mam dość gimnastyki, wkomponowywania biegania w codzienne życie. Chcę pozwolić sobie odpuścić. Mam dość bycia twardzielką.

Tawrdzielką zostałam w pewien niedzielny poranek. Budzik zadzwonił o 5.50 choć nie wstawałam do pracy. Piotr mógł jeszcze pospać w najlepsze, a ja miałam przecież swoje długie wybieganie. I do tego obowiązki, z których nie sposób było się wymigać a wszystko wskazywało na to, że logistycznie może być trudno wszystko pogodzić i wszystkich zadowolić. Wszystkich – łącznie ze mną. Więc od siebie postanowiłam zacząć. Po dobrze wykonanym zadaniu czyli 2,5 h bieganiu mogłam się zająć resztą świata. Komplement w postaci twardzielki zmotywował mnie do nienarzekania, ale już kilka kilometrów dalej od ciepłego łóżka zastanawiałam się co ja wyprawiam. Ciemno jeszcze, mżawka i żadnej żywej istoty na horyzoncie.

Przykładów mogłabym mnożyć. Zakręcony dzień w pracy a ja idę biegać. Leje z nieba – biegam. Wieje – haha, pobiegałam przed tym wiatrem. Ciemno – biegnę. A ja się chcę zatrzymać. Poleniuchować. Posiedzieć na kanapie. Pospać do południa. Spędzić popołudnie pod kocem z kubkiem herbaty…

Nie jestem zawodowcem, wyniki mam mocno przeciętne – gorsze niż wielu amatorów. Po co ja się tak męczę? Nie chcę musieć – chcę tylko chcieć. Mam ochotę na bieganie towarzyskie, konwersacyjne, wolne, niespieszne, 5 km, cokolwiek co biegnę tak, jak mam ochotę. Mam ochotę wrócić po 2 km bo to jednak gorszy dzień – to wracam, a nie walczę.

Nie jestem fajterką. Nie jestem twardzielką! Jestem leniem! I to leniem na trzy tygodnie przed maratonem.

Patrzę na TEN filmik wizualizujący trasę maratonu i się wzruszam. Tym bardziej im bliżej mety. Prawie słyszę włoskich kibiców 😉

A do tego to bieg we Włoszech, we Florencji z całymi jej dodatkowymi urokami. Poranne śniadania w tempie zwolnionym. Już mam zaplanowane miejsce na pasta party i kolację po maratonie. I lody na deser. I wino oczywiście. Dolce far niente!

Zwiedzanie przez bieganie

Uwielbiam to doświadczenie. W nowym miejscu, o poranku, opuszczam ciepłe łóżko, wkładam buty biegowe (pozostałą część biegowego stroju też) i wyruszam na poznanie nowego. A że nie ruszam się bez butów biegowych nawet gdy wyjeżdżam zawodowo to w piątkowy poranek biegłam wzdłuż Odry. Dzięki cudownej lokalizacji hotelu, mieszkałam w centrum Wrocławia i mogłam zaplanować zwiedzanie tego pięknego miasta. Miałam na to godzinę, czy jak kto woli 10 kilometrów. Dzięki podpowiedzi mieszkanki Wrocławia, Pauliny wiedziałam jak szybko trafić nad brzeg Odry. A stamtąd na Wyspę Słodową i przez Wyspę Piasek w stronę Muzeum Narodowego przy Moście Pokoju. Piękny ceglany budynek porośnięty bluszczem. Postanawiam obiec budynek, by dobrze mu się przyjrzeć i z radością odkrywam, że pagórek, który minęłam biegnąc w stronę Muzeum to nie jest pagórek. To Bastion Ceglarski – fragment fortyfikacji, pozostałość po szesnastowiecznej fortyfikacji miasta. Dziś to wzgórze widokowe, malowniczy kompleks rekreacyjno-historyczny. Kolejny rzut oka na budynek Muzeum i skręcam w lewo, przebiegam przez most i trafiam do najstarszej zabytkowej dzielnicy Wrocławia. To Ostrów Tumski. Pięknie. Dobiegam do Mostu Tumskiego i tradycyjnie postanawiam zobaczyć to jeszcze raz. Zatem pętelka przez Wyspę Piasek, Most Pokoju i znowu jestem w przepięknym miejscu. Tym razem skręcam w prawo, na liczniku 6 km więc mogę pokręcić się po okolicy. I tak odkrywam, tak zupełnym przypadkiem i bez przewodnika „tajemniczy ogród”. Oddziela mnie od niego płot, więc na początek tylko między prętami podziwiam rośliny i alejki. Skoro jest ogrodzenie to powinna być i brama – postawiam więc biec wzdłuż ogrodzenia aż ją znajdę. Jedna brama zamknięta, kolejna też, następna to wjazd dla pracowników i wreszcie jest – otwarta. Przy bramie kasa, ale nikomu nie muszę tłumaczyć, że wyszłam pobiegać i nie mam ani grosza przy sobie. Jestem w ogrodzie botanicznym przy Uniwersytecie Wrocławskim. O 7 rano oficjalnie zamkniętym, w godzinach otwarcia za wstęp trzeba zapłacić 15 zł. Koniecznie zobaczcie to miejsce. Jesienią zachwyca. Miłośnicy przyrody poznają tu dziesiątki gatunków roślin. Już wiem, że po krakowskim, to najstarszy ogród botaniczny w Polsce. Wbiegam w główną alejkę i nie kryję zachwytu! Wszędzie dynie! Stosy dyń, dyniowe rzeźby, straszydła i instalacje. Kilka dni wcześniej odbył się tu Dolnośląski Festiwal Dyni i to jego efekty. Skręcam w boczną alejkę i dobiegam do drewnianego mostku, a tam skalniaki, alpinarium… Już wiem, że oprócz spacerowania i odpoczywania na ławeczkach, można zaplanować udział w jednym z wydarzeń, a tych zgodnie z informacjami na WWW – mnóstwo. ZDJĘCIA KLIK Wzdycham z podziwu dla tak pięknie zagospodarowanej przestrzeni udostępnianej mieszkańcom i gościom. Jeszcze jedna rundka alejką, bo czas wracać skoro zegarek biegowy pokazuje już 8 km. Wracam w kierunku Odry, rzucam okiem na wysepki i biegnę już prosto do hotelu.

Bez obaw – wrocławskiego Rynku nie ominęłam. Dzień wcześniej, wieczorową porą w butach biegowych byłam i tam. Kilka rundek wokół, obiegłam też Plac Solny i przebiegłam przez Zaułek Solny. Pozdrowiłam Krasnala Turystę i Syzyfki. Turystów mimo później pory nie brakowało, ale ja w koszulce z krótkim rękawem, rozglądająca się wokół zamiast pod nogi budziłam zainteresowanie.

Oczywiście, nie widziałam pewnie jeszcze wielu atrakcyjnych miejsc, a te które widziałam, tylko z zewnątrz. Ale przyznaję, lubię taki sposób zwiedzania. Czasem robię to na własną rękę, bez mapy i aparatu fotograficznego. A czasem biegnę w zawodach – jak w Paryżu czy Budapeszcie. Nowe biegowe miejsca to także mój sposób na rutynę i dobry trening. Dziesięć kilometrów minęło nadspodziewanie szybko, a tempo biegu fantastyczne.

Tym porannym bieganiem Wrocław naprawił złe wrażenia sprzed ponad trzech lat. W pewien czerwcowy wieczór stałam na starcie I Nocnego Wrocław Półmaratonu. To jedyny bieg, z którego mam koszulkę a nie mam medalu, bo 21 km nie przebiegłam. To była wówczas moja pierwsza wizyta we Wrocławiu i zostawiła po sobie taki niesmak, że nie prędko planowałam wrócić. Przypadek zrządził, że właśnie z Wrocławia wróciłam i chętnie pobiegam tam znowu.

Kolejne biegowe zwiedzanie nowego dla mnie miejsca już w listopadzie.