W poszukiwaniu żółtej kropki

Od tego cytatu powinnam była zacząć planowanie górskich wędrówek w Andorze. Powinnam była. Ale przeczytałam go dopiero w domu, gdy zauroczona Pirenejami kupiłam dwa przewodniki po tym górskim paśmie. I choć kolejny wyjazd planowany jest w czerwcu przyszłego roku, od razu zaczęłam je wertować. Dotarłam do strony 32 i wybuchnęłam śmiechem.

Nie wszystkie szlaki przedstawione na mapach jako ścieżki mają oczywisty przebieg w terenie. Mogą być czymś niewiele więcej niż pobożnym życzeniem kartografa. („Pireneje, tom 2, Hiszpania, Andora, Pirenejski Szlak Wysokogórski” Kev Reynolds)

Powinnam była, ale nie zaczęłam. Do Andory i w tamtejsze Pireneje pojechaliśmy z mapą, na której zaznaczono główne szlaki GRP, GRT, GR 7 czy GR 11. A do tego mnóstwo mniej głównych szlaków, ścieżek i dróg. Wcześniej oczywiście sporo czytałam w Internecie na temat tych gór, trafiłam nawet na tekst, którego dziś nie potrafię już odnaleźć – o żółtych kropkach – i to ten tekst przypominał mi się najczęściej podczas górskich wędrówek.

Przede wszystkim, pierwsze co po raz kolejny doceniłam to oznakowanie szlaków w polskich górach. Te kolory, kierunkowskazy, czasy przejść. Na mapach wszystko doskonale widoczne, łatwe do policzenia. Nie mówiąc już o kalkulatorach szlaków dostępnych w sieci. A w terenie – jaskrawe kolory, wyraźnie wymalowane w miejscach, gdzie można mieć wątpliwości.

Żeby nie było – po wędrówkach w austriackich i słoweńskich Alpach, wiem czego w górach można się spodziewać. Biało-czerwonych pasków i czerwonych kropek albo tylko kamiennych kopczyków ustawianych przez turystów. Tutaj jednak wiele razy byłam zaskakiwana. A to tak szczegółowym oznakowaniem, że nie można było naliczyć wszystkich znaków na odcinku kilkudziesięciu metrów, a to tablicami informacyjnymi ustawionymi co kilkadziesiąt kroków (niestety większość w języku katalońskim, później francuskim, a na końcu po hiszpańsku). A to na szczyt prowadziły kamienne kopczyki, a to ścieżki mnożyły się w każdą stronę i trudno było zdecydować, po których śladach iść dalej. A to w końcu trzeba było samemu drogę wyznaczać i iść w kierunku szlaku, który gdzieś tu być powinien.

Z tego szukania, wyznaczania, ale i wygodnego wędrowania wyszło nam kilkanaście świetnych wycieczek. Tu przeczytacie o kilku, co najmniej kilka kolejnych tras przejdziemy jak tylko tam wrócimy.

Ścieżki przyrodnicze – czyli podążaj śladami króliczka… albo zajączka

Pierwszy dzień to był taki kamuflaż. Wydawało się, że wszystko idzie dobrze. Poranna kawa, wizyta w informacji turystycznej, komplet książeczek (naprawdę trzeba jednak dużo samozaparcia i świetnej znajomości okolicy, by wędrować z tymi mapkami) i ruszamy na pierwszą wycieczkę. Pracownicy polecili nam trasę o długości 32 km, z Canillo, przez Soldou i powrót przeciwległym zboczem. Idealna wycieczka, by poznać okolicę i zorientować się co gdzie i w którą stroną. Przez jakieś pół godziny trzymaliśmy się głównego szlaku oznakowanego kogutem. Dopiero pod koniec pobytu w Andorze odkryłam, że ten kogut to … głuszec. Wybaczcie mieszkańcy tego pięknego księstwa. Idziemy i idziemy, a tu nagle ścieżka skręca w górę i pojawia się tajemniczy kierunkowskaz. To co, w górę. I tak zamiast do Soldou trafiliśmy trochę powyżej tej miejscowości, do Refugi de Riba Escorxada, czyli w sam środek ośrodka narciarskiego powoli przygotowującego się do sezonu. I w sam środek świata świstaków, mocno zdziwionych naszą obecnością. Generalnie niewiele się nami przejmowały, a bardziej skupiały na nietraceniu zbędnych kalorii, tak potrzebnych zimą. Korzystając z plątaniny ścieżek, dróg i tras narciarskich weszliśmy na przełęcz powyżej 2300 m n.p.m. i dalej ruszyliśmy na Pic dels Maians. Tu z góry rzuciliśmy okiem na kolejkę wywożącą ludzi z Canillo. Jeśli dobrze odczytałam mapę, to trasa naszej pierwszej wycieczki w znacznej mierze pokrywała się z trasą biegu, który odbył się już w dniu naszego wyjazdu czyli 34. edycji Mistrzostw Świata w biegu górskim. Ale wtedy to my już całkiem dobrze się w tych górach orientowaliśmy. Pierwszego dnia to łapaliśmy ścieżkę z kropkami, to ją gubiliśmy. Zaliczyliśmy przedzieranie się przez chaszcze i znowu wróciliśmy na szlak. A na koniec trafiliśmy na pięknie oznakowaną ścieżkę przyrodniczą tym razem z zajączkiem. I podążając za nim trafiliśmy do naszej wioski.

Żółte kropki – ale czasem czerwone, a czasem niebieskie

Powyżej Encamp zaczyna się szlak prowadzący wzdłuż potoku Montuell, obok schroniska dels Agols aż na szczyt Cap dels Agols. Piękna, zupełnie pusta dolina. Po osiągnięciu grani można zdecydować czy zejść w dół nad staw Blau i dalej wędrować Doliną Madriu. Wybraliśmy wariant górny i w ten sposób ominęliśmy dolinę i dwie wioski – Entremesaigues i Ramio wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. To jedyne takie miejsce w Andorze, więc jest kolejny powód, by tam wrócić. My  wybraliśmy wędrówkę granią z pięknymi widokami na prawo i na lewo. Z mijanymi ciekawymi formacjami skalnymi i urwiskami, które kończyły się gdzieś w dole. Po drodze kilka wierzchołków i nieustanne wypatrywanie żółtych kropek. Tylko raz, gdy szlak omijał jeden z trudniejszych wierzchołków kropki nagle zniknęły. Brak kropek i choćby trochę widocznej ścieżki, sprawił, że postanowiliśmy wrócić do ostatniej. Znalazła się niewielka strzałka, która kierowała w dół, dwie kolejne kropki i znowu nic. Tu ścieżka, tam ścieżka… która jest właściwa… schodzić niżej czy raczej trawersować zbocze. Staję i wytężam wzrok. Czy ta plamka na kamieniu to wyblakła kropka… A może ta druga, tylko w przeciwną stronę. Po chwili błądzenia, wypatrywania i schodzenia w terenie, w którym już dawno nic nie przypomina szlaku ani nawet ścieżki, trafiamy na znaczki. Chociaż właściwie głowę bym dała, że tam niżej też jest kropka, tylko jakaś niebieska. Gdy wreszcie trafiamy na wyraźny szlak i wracamy ponownie na grań, otwiera się przed nami ogromny płaskowyż. Z wystającymi tu i tam skałami. Duża i zupełnie pusta przestrzeń, której istnienia na dole zupełnie nie można się domyślić. Jakby kto ściął równo szczyty. (Podobny płaskowyż jest też za północnym wierzchołkiem Pic de Casamanaya (2749 m n.p.m.). Tyle, że tamtejsze skały, pionowe i ostro zakończone przypominały mi bardzo argentyńskie penitenty.)

Zupełnie niespodziewanie robi mi się żółto przed oczami! Już nie tylko widzę najbliższą kropkę, ale i dwie kolejne. Gdy schodzimy niżej i pojawiają się drzewa robi się jeszcze lepiej, teraz już kropki są na niemal każdym drzewie. Kropka, kropka, kropka… Tak jak wyżej mi ich brakowało, tak tutaj ktoś wyraźnie miał nadmiar żółtej farby. A może właśnie dlatego wyżej już się skończyła… Nie dojdę prawdy. A gdy na skrzyżowaniu szlaków trafiamy po raz pierwszy od początku pobytu w Pirenejach na drzewko i kierunkowskazy pokazujące kilka dróg i szlaków, nabieram nadziei, że może jednak się w tych górach nie zgubimy.

Za kopcami na szczyt Pic d’Escobes

Trafiliśmy tu trochę przypadkiem, w najważniejszym dniu dla mieszkańców Andory czyli 8 września, kiedy przypada Święto Narodowe Andory. Przypadkiem i nie bez problemów. Najpierw w Canillo nie przyjechał oczekiwany autobus. Na szczęście mimo niewielkiego o poranku ruchu, udało się nam złapać autostop i dość szybko trafiliśmy do miejscowości Envalira. Stamtąd najpierw stromo pod górę, a później przez piękny „kocioł”, w którym hasały konie. Dalej granią, wreszcie w dół nad Estany del Siscaró, obok Refugi del Siscaró i dalej w dół. Tu, przy perfekcyjnie zorganizowanym miejscu biwakowym – kamienne stoły i ławy, miejsce na ognisko i grilla, potok i źródełko – stoi sobie intrygujący kierunkowskaz: Pic d’Escobes. Brzmi ładnie, wysokość też interesująca – 2779 m n.p.m. – więc ruszamy znowu w górę. Dziś już wiem i wcale mnie to nie dziwi, że ten piękny i ambitny szczyt nazywany jest „Matterhornem Andory”. Na tym oryginalnym nie byłam, andorski mam już zaliczony. Wzdłuż potoku Juclar aż do schroniska o tej samej nazwie wiedzie piękna droga. Z pięknym wodospadem po drodze i drewnianym mostkiem, z którego można podziwiać widoki. Zanim osiągniemy schronisko, jedno z niewielu w Andorze z obsługą, bez Internetu, ale za to z ekologicznymi toaletami, mijamy stawy Juclar. Pierwszy z nich to Primer, największy staw w Andorze o powierzchni ponad 21 hektarów. Spotkaliśmy tu i wędkarzy, i miłośników zimnej kąpieli i leniuchujące nad brzegiem rodziny. My jednak zadzieramy głowy wypatrując celu naszej wycieczki. Który to szczyt? Ten, tamten czy jeszcze inny. Jak łatwo się domyślić – ten najdalej położony. Między jeziorami oraz na obie przełęcze na granicy z Francją prowadzi dobrze oznakowana droga. Na przełęczy Coll de l’Alba skręcamy w prawo i znaki się kończą (szlak GRT sprowadza do Francji). Pojawiają się inne charakterystyczne „kierunkowskazy”, czyli kamienne kopczyki ustawione przez turystów. Momentami bez ładu i składu – na lewo kopiec, na prawo też. Zadzieram głowę do góry, bo na skalnym zboczu nie jest łatwo wypatrzyć kolejne kamiennie kopczyki. Jeszcze trudniej zobaczyć je schodząc (wracaliśmy tą samą drogą), ale dzięki dość dobrej widoczności udaje się mniej więcej zapamiętać trasę. W górę idziemy dość stromo, co oznacza też szybko, po miejscami sporych głazach. Gdy osiągamy pierwszy punkt kulminacyjny, ten okazuje się nie być jeszcze szczytem. To Pic de Noé. Teraz jeszcze trawers zbocza i kolejne podejście. I znowu kopce prowadzą w dwa przeciwne kierunki. W rezultacie jednak obie drogi doprowadzają na szczyt. Choć to nasz kolejny w Andorze szczyt, a przed nami jeszcze ten najwyższy, to jednak ze względu na dość ambitne wejście, momentami lekko wspinaczkowe i bez żadnych sztucznych ułatwień, jednogłośnie orzekamy, że to zdecydowanie jedna z piękniejszych gór w tym małym księstwie i warto było zmienić plany. I jak łatwo się domyślić szczyt i widoki mamy tylko dla siebie. Minęliśmy dwie osoby schodzące w dół i wyprzedziliśmy chłopaka, który za chwilę też powinien tu być. Jest więc czas na sesję, podziwianie rozległej panoramy i świętowanie Narodowego Święta Andory! Szczyt zdecydowanie wart zdobycia, od przełęczy trzeba jednak zachować czujność i dobrze się rozglądać. Ciekawy dla osób, które lubią szlaki w stylu naszej Orlej Perci. Zapomnieliśmy tylko dostawić własny kopczyk na trasie.

Gówniana góra czy owczy szczyt czyli Pic de la Coma de Varilles

Pamiętam jak kilka lat temu maszerując szlakiem GR 20, sapiąc niemiłosiernie wdrapałam się wreszcie na jakąś górę powyżej 2000 m, a podnosząc wzrok, by się rozejrzeć stanęłam oko w oko z krową. A za nią była kolejna i kolejna. Takie wysokogórskie zwierzaki, co to kondycję i apetyty miały znacznie lepsze niż ja. I od razy na ich widok duma z osiągnięcia jakby mi stopniała. W Andorze na szlakach nie brakuje koni, krów i owiec. Te ostatnie potrafią się wdrapać nawet powyżej 2700 m! W drodze na Pic de la Coma de Varilles trzeba było uważnie patrzyć pod nogi by w nic nie wdepnąć. O samym wierzchołku nie da się inaczej powiedzieć jak gówniana góra. Stado owiec tam było, zjadło wszystko co się dało oskubać i solidnie nabrudziło. Śmierdzieć będzie pewnie do pierwszego opadu śniegu.

Prawie trzytysięczniki – Pic de la Serrera (2913 m n.p.m.), Pic de l’Estanyó (2915 m n.p.m.), Pic de Coma Pedrosa (2944 m n.p.m.)

Szczytów, którym niewiele zabrakło, by zamienić dwójkę z przodu na trójkę jest w Andorze siedem, tu w kolejności od najwyższego do najniższego: Pic de Coma Pedrosa (2944 m), Roca Entravessada (2928 m), Pic de l’Estanyó (2915 m), Pic de Medacorba (2912 m), Pic de la Serrera (2913 m), Pic de la Portelleta (2905 m) and Pic de Font Blanca (2904 m). Od października 2013 roku wszystkie te szczyty można „zaliczyć” podczas wyjątkowego biegu ELS 2900. To wyzwanie to ponad 70 km trasa i prawie 7 tysięcy metrów przewyższenia. Na stronie internetowej organizatorów można przeczytać, że „możesz sam wybrać trasę pomiędzy tymi szczytami”, ale polecają wejście na szczyty w odpowiedniej kolejności. W biegu startuje zaledwie 25 dwuosobowych zespołów, a wpisowe to 500 euro. Zgodnie z kalendarzem ostatnia edycja odbyła się w pierwszy weekend października. My co prawda nie wbiegliśmy, ale weszliśmy na trzy z tych prawie trzytysięczników, w tym na ten najwyższy. Dla mnie to był dziesiąty szczyt w Koronie Ziemi, ani nie najwyższy dotychczas, ani nie najpiękniejszy, ani nie najtrudniejszy. Wejście na Comapedrosa okazało się jednak przyjemne i bardzo widokowe.

Więcej możecie przeczytać TUTAJ

Na Pic de l’Estanyó (2915 m)i Pic de la Serrera (2913 m) można wejść przy okazji jednej, choć dość długiej wycieczki. My zrobiliśmy to na dwa razy, ale tylko dlatego, że kierunkowskaz z przełęczy na Pic de la Serrera (2913 m) zapowiadał godzinę marszu (plus powrót tą samą drogą i jeszcze dalej do parkingu). Wtedy ze względu na dość późną porę odpuściliśmy, kilka dni później okazało się, że w rzeczywistości ostatni odcinek na szczyt można pokonać w pół godziny. I choć to może już nudne, znowu musiałabym użyć przymiotnika pięknie, a nawet stopniować do bajecznie piękne. Podejście na Pic de l’Estanyó (2915 m) przez Vall del Riu, schronisko o tej samej nazwie i położone wyżej stawy Vall del Riu to jedno z bardziej wyjątkowych miejsc. Zmieniający się co kilka kilometrów krajobraz,  podejścia, które otwierają coraz to nowe widoki i ścieżka, której żółte znaczki kończą się przy największym ze stawów. Później trzeba kierować się znikającymi kopczykami w kierunku przełęczy. Tam znowu złapać żółte znaczki i wejść na szczyt. Zarówno tutaj, jak i na Serrera i na jeszcze kilku niższych szczytach potkaliśmy się z bardzo ciekawym ich oznakowaniem. To metalowe słupki z wyciętymi nazwami i wysokościami szczytów. Same w sobie są bardzo fotogeniczne, a po czasie nie mam problemów z rozpoznaniem szczytów.

To tylko kilka pomysłów na spędzenie czasu w Andorze. Gdy to piszę, zerkam na mapę i odkrywam jak wiele dróg zostało jeszcze do przejścia. W tym księstwie, które na piechotę można okrążyć w mniej więcej 10 dni! A to tylko początek przygody i poznawania Pirenejów!

Andorra pod lupą

Jeszcze rok temu na hasło Andorra (będę pisać przez cały czas nazwę tego kraju w oryginale, nadal nie rozumiem, dlaczego po przetłumaczeniu na język polski ktoś „zjadł” literę r), zareagowałabym milczeniem. Albo szybkim pytaniem – gdzie to jest. Tak dzisiaj reaguje wiele osób, gdy mówię gdzie spędziłam ostatnie wakacje. Pewnie rok temu też nie potrafiłabym umieścić na mapie tego maleńkiego księstwa. Tak małego, że nie ma tam miejsca na lotnisko czy linię kolejową. Tak małego, że główną drogą od granicy z Hiszpanią do granicy z Francją można przejechać w 40-50 minut. Za mało miejsca na lotnisko, każdy płaski kawałek ziemi – w sytuacji, gdy spędza się tu całe życie, a nie dwa tygodnie – jest na wagę złota.

To skojarzenie ze złotem nie jest przypadkowe. Andorczykom dobrze się powodzi. Ich samochody przyciągają nasz wzrok. Andorra la Vella to cel zakupowych wizyt Hiszpanów i Francuzów, a sklepy położone przy głównej drodze zapraszają do kupowania tańszego alkoholu, papierosów i perfum. To także raj podatkowy dzięki niższym podatkom i niższym cenom. I wiecie co, oprócz wina, porto, cavy i sidry wypitej na miejscu, do Polski nic nie przywieźliśmy.

Jednak – coś za coś. O fragment płaskiego terenu jest tu bardzo trudno. Andorra to tak naprawdę góry, czyli Pireneje. Całe 462 km2 powierzchni tego kraju to góry. Średnia wysokość terenu to 1996 m npm, a najwyższy szczyt Andorry – Pic de Coma Pedrosa zbliża się do 3 tys. m. Takich prawie trzytysięczników jest tu jeszcze sześć. Góry zaczynają się bezpośrednio za drogą, która przecina Canillo – miejscowość, w której się zatrzymaliśmy. Z drugiej strony jest tylko chodnik, rzeka, camping i znowu góry. Takie ukształtowanie terenu tłumaczy zapewne to, co w Andorze zachwyciło mnie najbardziej. To, czego tutaj, w Polsce tak mi brakuje. Czystość w miejscach publicznych, dbałość o szczegóły we wspólnej przestrzeni i umiejętność stwarzania przyjaznych miejsc w zwykłej codzienności.

Punkt widokowy nad Canillo

Andorra zachwyciła mnie detalami i w detalach. Ścieżka spacerowa nad Canillo w kierunku Meritxell, zaledwie kilkanaście minut spaceru i dech w piersiach zapiera widok szczytów. Mnie oczarowała ławka, postawiona w idealnym miejscu. Można siedzieć i podziwiać, siedzieć i czytać, siedzieć i odpoczywać. Wokół cisza, zieleń i żadnych śmieci. Kilkaset metrów dalej kolejne miejsce, które chętnie przeniosłabym do naszej rzeczywistości. Kamienne stoły z ławami, źródło wody, miejsce na ognisko i grill w plenerze. Wokół idealnie czysto. Nie dlatego, że nikt nie korzysta z takich miejsc. Sama widziałam! 8 września w Andorze obchodzone jest Święto Narodowe. Wszystkie sklepy są zamknięte, mieszkańcy odwiedzają duże, jak na te realia, sanktuarium, znajdujące się w maleńkiej wiosce Meritxell i spędzają czas w plenerze. Jedzą, piją, grillują i rozmawiają. Wokół biegają dzieciaki. Gwar i radość. Minęliśmy takiego piknikowe miejsce w drodze na szczyt i w drodze powrotnej z Pic d’Escobes (tak na marginesie piękna góra, bardziej wymagająca niż „prawie trzytysięczniki”, coś dla ambitnych trekkerów – będzie o niej w kolejnym poście). Nie mam wątpliwości, że gdy skończy się dzień, to miejsce będzie czyste i posprzątane, gotowe na przyjęcie kolejnych gości.

Mało płaskiej przestrzeni sprawia, że każda jest maksymalnie wykorzystana i przygotowana do aktywnego wypoczynku. Idealnych przykładem jest dla mnie Jezioro Engolasters. Według jednej z legend dotyczących jeziora – mojej ulubionej – było to miejsce spotkań i kąpieli czarownic. Podglądanie nagich kobiet, mogło się skończyć tragicznie dla podglądacza, czyli zamianą w psa lub kamień. Dziś jezioro jest częścią elektrowni wodnej, ale też popularnym miejscem rekreacyjnym. Już drogi prowadzące nad to jezioro to idealne miejsce spacerowe i biegowe. Po drodze mijamy, a jakże – ławeczki i miejsca wypoczynkowe, gustowne drewniane budki, a w nich woreczki, by łatwiej było sprzątać po psie, tarasy widokowe, ścianki wspinaczkowe, tunele wykute w skałach, mini ogrody botaniczne z przykładowymi roślinami i opisami. Te opisy i w ogóle informacje dla turystów to jedyna wada Andorry – wszystkie są po katalońsku, później po francusku i wreszcie po hiszpańsku. W języku angielskim brak i może dlatego jednym z efektów podróży do Andorry będzie mój powrót do nauki języka hiszpańskiego. Hola!

Nad jeziorem można spacerować, siedzieć, biegać, wędkować, jeździć na rowerze (są nawet specjalnie wybudowane przeszkody). Nie można tylko pływać łódką i kąpać się. W jeziorze pływają za to między innymi pstrągi.

Zamiłowanie do czystości? Kara za nieposprzątanie po czworonożnym przyjacielu to od 100 do 300 euro! Mogę więc spokojnie iść chodnikiem i gapić się do góry. A może mam ochotę odpocząć? Znajdzie się i maleńki plac z ławkami, kwietnikami i pelargoniami. Zadbany deptak z fontanną. Plac ze źródłem, zadaszeniem i kwiatami. Coś na kształt rynku, z miejscem gdzie można zagrać w bule, z ławkami, kwietnikami, miejscem do zabawy dla dzieci. I jeszcze gdzie indziej – trasa rowerowa nad rzeką, mikro boisko do kosza i kilka przeszkód dla deskorolkarzy. Nie dziwi mnie już nawet, gdy znak drogowy uśmiecha się do kierowców jadących zgodnie z przepisami (smutną minę też ma w ofercie dla tych co jadą zbyt szybko).

Zachwycam się nawet pojemnikami do segregacji śmieci i przydomowymi śmietnikami. Te pierwsze zobaczyłam z okna autobusu wiozącego nas z Andorra la Vella do Canillo. Zobaczyłam niewysoką ściankę z rysunkami zwierząt. I tak co kilkaset metrów. Raz kozice, a innym razem świstaki. Na miejscu okazało się, że za ścianką są kontenery na papier, szkło i plastik. Innego dnia schodząc z gór do Ransol zobaczyłam wnękę wykutą w skale, a wokół metalowe okucia z wyciętymi kształtami zwierząt – lisa, zająca… Dopiero po chwili zorientowałam się, że stoję przed osiedlowym śmietnikiem!

I jeszcze jedno – wokół jest tak jednakowo, że aż nudno! Żartuję… Ale to fakt, wszystko jest tu w jednakowym stylu. Jak pelargonie to czerwone. Jak ławeczki to drewniane. Identyczne źródła wody. W większym formacie też panuje ład. Domy – z kamienia. O podobnym kształcie i wysokości. Wyróżniają się tylko hotele – ale nie kolorem, bo też są kamienne – ale wielkością. Nie 2-3 piętra, ale 4-5. Dzięki temu wszystko do siebie pasuje. Do tych najstarszych, maleńkich kamiennych mostków i mikroskopijnych, uroczych kościółków. Bo skoro kilkaset lat temu, ktoś użył kamienia jako głównego budulca, a to co wybudował nadal stoi, to po co to zmieniać. Andorra – poza częścią handlową – wygląda więc na pierwszy rzut oka jak kraina z bajki, ale tej mlekiem i miodem płynącej.

Takie były moje pierwsze wrażenia po przekroczeniu granicy z Hiszpanią, i takie już zostały przez kolejnych 12 dni. Każdy kolejny dzień utwierdzał mnie w przekonaniu, że to maleńkie, ale bardzo zadbane i dopieszczone w każdym calu miejsce. Trafiliśmy tam w idealnym czasie – wrzesień to już niski sezon, wakacje właśnie się kończyły, a sezon zimowy i narciarski dopiero się rozpocznie. Dzięki temu i ceny na campingu były niższe i ludzi na szlakach mało. Mało, czyli prawie wcale. Na wielu szczytach byliśmy zupełnie sami. Czasem widzieliśmy kogoś w oddali na innej górze czy trasie. Ta pustka w górach, cisza i totalny spokój kompletnie nas oczarowały. Tłumnie – czyli jakieś 10 osób i dwa psy – było na najwyższym szczycie Andorry. Choć w okolicy Canillo, El Tarter i Soldeu trwają już przygotowania do zimy. Bo Andorra znana jest bardziej narciarzom niż wędrowcom. A teraz znana będzie jeszcze bardziej. Po raz pierwszy w historii, w marcu 2019 r. odbędzie się tu Finał Pucharu Świata w Narciarstwie Alpejskim. El Tarter i Soldeu szykują się właśnie na przyjęcie światowej czołówki narciarzy. Poszukiwani są wolontariusze, więc może to jest pomysł dla kogoś kto chciałby poznać to piękne księstwo. Dzięki takim sportowym wydarzeniom o Andorze usłyszy świat. Podczas ostatniego dnia naszego pobytu maleńkie Canillo dwa razy wystąpiło w wiadomościach sportowych. Najpierw, tuż po południu, przejechali z dużą prędkością kolarze startujący w La Vuelta a España, a wieczorem miała miejsce ceremonia otwarcia 34. edycji Mistrzostw Świata w Biegach Górskich z udziałem polskiej reprezentacji. Na obie imprezy zeszli się moim zdaniem niemal wszyscy mieszkańcy i turyści, jakieś… sto osób.

Góry i wszystko co z górami związane to magnes przyciągający turystów. Na nas też zadziałał. Obiecuję, że kolejny post będzie właśnie o górach, choć już nie będzie tak słodko.

Informacje praktyczne:

  • Lot do Barcelony i z Tuluzy do Warszawy Modlin – 210 zł
  • Z obu lotnisk można się dostać do Andorra la Velle: przewoźnik Alsa z Barcelony i Andbus do Tuluzy. Za pierwszy bilet w promocji 50% zapłaciłam 16 euro za osobę, bilet na lotnisko w Tuluzie kosztował 36 euro. Na pokonanie obu tych tras potrzebowaliśmy ok. 3 godzin. Autobusy odjeżdżają punktualnie, na miejscu byliśmy nawet 15 minut wcześniej, i to w obu przypadkach. Bilety można kupić przez Internet. W przypadku Andbus, autobus wyjeżdża z Andorra la Vella, ale bilet można kupić od dowolnego przystanku na trasie do granicy z Francja. Trzeba tylko znać nr przystanku, na którym chce się wsiąść.
  • W samej Andorrze korzystaliśmy z komunikacji, jest kilka linii autobusowych (L1, L2, L3, L4, L4BIS, L5, L6, L6BIS), które łączą Andorra la Vella z innymi miejscowościami. Bilet kosztuje standardowo 1,85 np. z Andorra la Vella do Canillo, czy z El Tarter do Canillo. Najdroższy był dojazd do Arinsal (miejscowość skąd wychodzi się na Coma Pedrosa) – 3,8 euro.
  • Autostop – udało nam się skorzystać 2 razy, raz z Arinsal do Andorra la Vella i raz wcześnie rano z Canillo. W mojej ocenie mało kto się zatrzymuje, w pierwszym przypadku zabrali nas turyści, którzy też wracali z Coma Pedrosa. W drugim – też załapaliśmy stopa dość szybko, ale przypuszczam, że to w związku z przypadającym w tym dniu świętem narodowym.
  • Zatrzymaliśmy się na Campingu Casal w Canillo. W tej miejscowości są jeszcze trzy inne, ale tylko tutaj na stronie internetowej znalazłam wszystkie potrzebne informacje, a mailowo zrobiłam rezerwację, bez wpłacania zaliczki. Od 1 września obowiązywały ceny z niskiego sezonu, za 2-osobowego campera płaciliśmy 20 euro za noc. Camper był wyposażony we wszystko co niezbędne by funkcjonować przez prawie dwa tygodnie i codziennie przygotować prosty posiłek. Dostaliśmy też pościel. Łazienki i toalety są ogólnodostępne. Choć kamping ma już swoje lata, właściciele dbają o czystość i porządek. Na miejscu świetnie działa wifi – ważne, bo Andorra nie jest w UE i ceny połączeń telefonicznych są wysokie. Polecamy, szczególnie ze względu na czystość i bardzo pomocnych gospodarzy. Szczególnie Daniel! Na miejscu można zamówić kawę, piwo, wino i porto prosto z beczki. 3,5 euro za litr.
  • W Canillo są dwa sklepy spożywcze, ten z którego korzystaliśmy otwarty codziennie od 9.00 do 21.00. Ceny podobnie jak w Polsce, choć… moje ulubione pesto kosztuje tam dwa razy mniej (porównywałam dokładnie ten sam produkt, tej samej firmy).
  • W Canillo rozpoczyna się kilka szlaków na bardzo atrakcyjne i piękne szczyty. Moim zdaniem to idealne miejsce na wypoczynek. Canillo nie jest nastawione na handel markowymi produktami. Małe, ciche i spokojne.

Podróż w nieznane

 

Mam taki żółty, niewielki notes. W pierwszą podróż pojechał ze mną w 2007 roku do Portugalii. Gdzieś pod namiotem zapisywałam w nim opowieści poznanych ludzi, wspomnienia, praktyczne informacje, trasy i czasy przejść. Wiedziałam, że wszystkich myśli i emocji nie zapamiętam, a tych emocji będzie mi potrzeba, by opisać wyjazd. Do dziś ten sam notes podróżuje ze mną regularnie. Pojawiają się w nim tylko kolejne zakładki. Wciąż zbieram w nim historie i słowa, ale też znajdę w nim odpowiedź na podstawowe pytania. O której, skąd, dokąd, za ile.

Onieśmielają mnie nowe miejsca. Wielkie hale przylotów. Korytarze, którymi idę w owczym pędzie za pasażerami „mojego” samolotu. Idę pewnie, choć niepewnie się rozglądam. I zwykle mam nadzieję, że oni wiedzą dokąd idą. Do wyjścia. Do metra. Do autobusu.

Uwielbiam lądować w Bergamo. Nie liczę ile to już razy. Kolejny raz będzie zresztą już w listopadzie z powodu imprezy biegowej Half Marathon Garda Trentino w Riva del Garda, gdzie wraz z Piotrem biegniemy półmaraton, jako wysłannicy Run and Travel. Wysiadam, idę prosto, skręcam w prawo. Po drodze kupuję bilet i wsiadam do autobusu. Wszystko się zgadza, wiem dokładnie co i gdzie, za ile i w którą stronę. Nie zawsze jednak jest tak łatwo.

Zresztą, ile razy można jeździć w to samo miejsce! Każda podróż w nieznane to dla mnie lekki stres. Włącza mi się tak tydzień wcześniej, gdy pozostaje już tylko albo aż, rozpisać kolejne etapy drogi. Bo tak naprawdę, właśnie gdy trafię do nowego miasta staję przed wyzwaniem. Czas wyjść ze strefy komfortu. O wychodzeniu ze swojej strefy komfortu przypomniała ostatnio Kasia, autorka bloga Szukając Słońca KLIK. Nie podróżuję z biurami podróży więc nikt mnie nie zapakuje na lotnisku do autobusu i nie odstawi pod hotel. Czasem – jak w Rosji czy na Ukrainie – na dokładkę mam wokół siebie niezrozumiałe znaczki i słyszę języki, których nie rozumiem. Teraz pozornie będzie łatwiej! Barcelona i mój ukochany hiszpański… Tak, tak – ten, którego nie znam, ale i tak będę wołać Hola! i uśmiechać się na dźwięk hiszpańskich słów. Wiele lat temu lotnisko w Madrycie okazało się tak ogromne, że omal nie spóźniłam się na kolejny samolot do Chile. Okazało się, że muszę pojechać na inny terminal kolejką. Nie sprawdziłam tego wcześniej, a później nerwowo odliczałam minuty. Zdążyłam, ale dziś staram się unikać takiego stresu.

Tym razem lądujemy w Barcelonie, lotnisko El Prat, terminal T2. Na początek musiałam ogarnąć podróż z lotniska do miasta. Będziemy na miejscu tuż przed północą, więc chciałbym znaleźć się w łóżku jak najszybciej. Autobus, metro, taksówka czy pociąg? Jaka linia, gdzie stacja, który przystanek, jaki bilet, gdzie kupić, czy jeździ nocą? Pytania się mnożą, potem dzielą przez kolejne strony aż wreszcie wszystko czego szukam trafia do żółtego notesu. Wcześniej zapisałam w nim godziny wyjazdu pociągu do Warszawy i Kolei Mazowieckich do Modlina. Metro, adres mieszkania airbnb, numer telefonu, autobus do Andory… i jeszcze wiele innych informacji. Wszystko w kolejności i pod ręką. Jasne, mam w telefonie Internet, mogę zapisać kolejne pliki i informacje w wirtualnym notatniku. Ja jednak wciąż wolę mieć notes w kieszeni plecaka.

Przesadzam? Może trochę. Jednak lubię mieć swoją podróż pod kontrolą, na tyle na ile to możliwe. Daje mi to poczucie bezpieczeństwa. Może złudne, ale daje. Choć i tak w sobotę, tuż przed północą w owczym pędzie pójdę w stronę wyjścia. Wprost na spotkanie kolejnej przygody, bo podróż do Barcelony to dopiero początek!

Śladami Janosika w Wielkiej Fatrze

Lubię klimat takich miejscowości. A może powinnam napisać – wiosek. Gdy po pierwsze wizycie w barze, wiem, że rudowłosa właścicielka jest wiernym kibicem FC Barcelona, a w lokalu wciąż toczą się niespieszne rozmowy przy piwie o niedawnym finale Ligii Mistrzów. Gdy ta sama miłośniczka pewnego klubu, macha do nas przyjaźnie spotykając nas na ulicy. A mieszkańcy mijając  mnie na wieczornym spacerze, gdy fotografuję ich domy, pozdrawiają po słowacku. Właściwie to trafiłam tu przypadkiem. Planując kolejny wyjazd w Wielką Fatrę otworzyłam Google maps, powiększyłam i wybrałam maleńką wieś Blatnica (ok. 800 mieszkańców) na cel swojego kolejnego wyjazdu. Kilka maili i mamy pokój na długi majowo-czerwcowy weekend. Więcej o Blatnicy nie wiedziałam i nawet się tym nie interesowałam, bo przecież jechałam tam w góry i dla gór. Ale na miejscu okazało się, że sama wioska warta jest uwagi i spaceru.

Zamek, Janosik i niedźwiedzie

Zacznijmy od zabudowań. Wiele z nich to stare zabytkowe domy z charakterystycznymi drewnianymi bramami. Większość zadbana, odnowiona, pobielona. Choć znalazłam i takie, gdzie dach dawno się już zawalił, a wewnątrz rozpanoszyły pokrzywy, krzaki i drzewa. W najbliższej okolicy jest i zamek wybudowany pod koniec trzynastego wieku – dzisiaj już tylko romantyczne ruiny. W drodze na zamek mijamy tablicę ostrzegającą o niedźwiedziach (wiele tu takich) i kolejną informującą o Janosiku. Tym razem jednak mowa o filmie. Ale choć na dźwięk imienia Janosik widzę młodego Marka Perepeczko, który wcielił się w tę postać w serialu, to jednak zbójnik ten nie pochodził z Polski. I czas się z tym pogodzić. Janosik urodził się w Terchovej niedaleko Żyliny, u stóp Małej Fatry. Tutaj, w Wielkiej Fatrze powstał jednak pierwszy film o nim, nakręcony przez pochodzących właśnie z Blatnicy braci. Daniel Siakeľ i Jaroslav Siakeľ urodzili się tu pod koniec 19 wieku, ale na początku 20 wieku wyjechali do Ameryki. W rodzinne strony wrócili kilka lat później, po powstaniu firmy Tatra Fil Corporation. Film pod tytułem Janosik, hetman zbójnicki powstał w 1921 r., choć obaj bracia nie mieli doświadczenia w kręceniu pełnometrażowego filmu fabularnego. Premiera filmu odbyła się 25 listopada 1921 r. w Pradze, a w styczniu pokazano go w Żylinie. Później film zaginął, a odnaleziono go w Stanach Zjednoczonych w latach 50., w garażu producenta filmowego. W 1975 roku film o Janosiku został zrekonstruowany i udźwiękowiony, a dwadzieścia lat później wpisano go na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO.  Wędrując na Zamek czy Doliną Blatnicką mijamy kolejne miejsca, gdzie kręcono sceny do filmu.

O fabule tego filmu za filmweb: Ramy historii tworzy wizyta grupy turystów w górskim szałasie, gdzie baca opowiada legendę o Janosiku. W miarę upływu czasu i rozwoju historii kolejni słuchacze zmieniają się w postacie z legendy. Jest to pierwszy długometrażowy film słowacki, bardzo nowoczesny jak na tamte czasy, mimo że zrealizowany przez ekipę bez żadnego filmowego doświadczenia.

Janosik mógłby tu wciąż żyć

Górskie szałasy wciąż tu są, i wciąż mogłyby być miejscem, gdzie opowiada się legendę o Janosiku. I gdyby żył dzisiaj, z łatwością ukryłby się w tych lasach. Na przykład w drodze na Smrekov. Początek szlaku to szybki marsz Dolinami Blatnicką i Rakytovską. W sumie 7 km. Tu gdzie kończy się trasa rowerowa, szlak skręca w lewo i po krótkiej wędrówce i kilku bardziej stromych podejściach las robi się coraz gęstszy, a ścieżka coraz węższa. Do tego stopnia, że momentami mam ją co prawda pod stopami, ale przed sobą – ścianę z gałęzi, krzaków i pajęczych nici. Te nici, które przyklejają mi się do twarzy (nieprzyjemne uczucie, brr), to znak, że dziś przed nami nikt tędy nie szedł. Po drodze mijamy jeszcze miejsce, gdzie w 1944 roku podczas Słowackiego Powstania Narodowego pieczono chleb dla walczących powstańców. Gdy za Smrekovem wreszcie wychodzimy z lasu krajobraz zmienia się całkowicie. Tym razem zamiast lasu wkraczamy na łąki, na przełomie maja i czerwca kolorowe od kwiatów. Białych, żółtych, różowych… Pełnik europejski, zawilec narcyzowaty, niezapominajki, konwalie… i jeszcze wiele innych kwiatów, których nazw nie znam i nie znalazłam.

Wielka łąką w Wielkiej Fatrze

Wielka Fatra powyżej linii lasu to o tej porze roku jedna wielka łąka. To nie są znane z Bieszczad połoniny, ale barwny, pachnący i brzęczący owadami świat. I tak idąc przez te łąki mijamy niezbyt piękny wierzchołek Krížna z wysokim na ponad 50 metrów, stalowym masztem przekaźnika telekomunikacyjnego i tajemniczym wojskowym obiektem, otoczonym siatką. Mój zegarek z gpsem zaczyna tu lekko wariować, czas więc zdobyć najwyższy szczyt Wielkiej Fatry, na który rok temu nie weszliśmy z powodu ulewy PATRZ TUTAJ. Tym razem Ostredok osiągamy bez trudu i cieszymy się na szczycie ciszą, spokojem i samotnością. Co prawda zgodnie z planem powinniśmy zejść teraz z głównej grani zielonym szlakiem do Doliny Gaderskiej, ale tak tu pięknie i pusto, że postanawiamy jeszcze trochę trzymać się czerwonych znaczków. Schodzimy w stronę Suchego Wierchu z widokiem na Ploská i Borisov, który rok temu nie był dla nas gościnny. Wracamy po swoich śladach, żegnamy się z widokami aż po horyzont i ponownie schodzimy do lasu. Tu jeszcze pachnie czosnkiem niedźwiedzim, ale niżej przedzieramy się przez polany zarośnięte pokrzywami. I wszystko wskazuje na to, że tą ścieżką szeroką na dwie stopy rzadko ktoś chodzi. Na koniec jeszcze czeka nas bardzo długi marsz doliną, niestety zniszczoną przez wycinkę drzewa. Po kilku kilometrach marszu zaczyna się asfalt, który może cieszy spacerowiczów, rowerzystów i rolkarzy, ale nie mnie.

I znowu jestem prawie we Włoszech

To może nie moje ukochane Włochy, ale Belá-Dulice brzmi dla mnie bardzo po włosku. Tu zaczyna się nasz kolejna wycieczka. Początek to znowu szutrowa droga i mocno zniszczony szlak przez las. Gdy zaczynają się łąki przypominam sobie opis z przewodnika – szlak jest w tym miejscu słabo widoczny. Ot, brakuje drzew, na których można namalować znak. Co prawda jakaś rolnicza maszyna tędy przejechała, ale gdy trasa zaczyna schodzić w dół, wyjmuję mapę i intuicyjnie skręcam w lewo. I intuicja mnie nie zawodzi – po kilkuset metrach brnięcia przez trawy wypatruję słupek ze znakiem i w oddali charakterystyczny grzybek ze szlakowskazami. I znowu – las, łąka, las, strome podejście łąką i osiągamy Lysec. Zdecydowanie szybciej niż czasy podane na mapie i w terenie. Nie podobają mi się te chmury – chyba gdzieś tutaj pierwszy raz pada to zdanie. Ale przecież nie słychać żadnych ostrzegawczych pomruków, a wczoraj też zapowiadano burze i tam, gdzie my byliśmy ich nie było. Co prawda do jedynego tu schroniska górskiego mamy 5 godzin marszu (według mapy) i wiele w tym czasie może się zdarzyć. I w sumie zdarza. Pół godziny później burzowe grzmoty są już zdecydowanie zbyt blisko, a to tylko sprawia, że przyspieszamy kroku i na kolejnym odcinku na Mały Lysec „urywamy” kilkanaście minut. Tu także wchodzimy na czerwony szlak, na głównej grani Wielkiej Fatry – ten sam co wczoraj, ale kilka kilometrów dalej. Burza mruczy coraz częściej. raz z lewej, raz z prawej strony jakby nie mogła się zdecydować którędy nas ominąć. Co prawda jestem w lesie, a nie na otwartej przestrzeni, ale wolę by ta burza zaczęła się od nas oddalać. Mam nawet w głowie opracowany awaryjny plan. Kończy się jednak na kilkunastu minutach słabego deszczu, odrobinie strachu i bardzo szybkim marszu. Co szlakowskaz to trasa do schroniska skraca się o godzinę, a my pokonujemy kolejne odcinki dwa razy szybciej. Wreszcie znowu wychodzimy z lasu i przed nami rozpościera się widok na Borisova. Stąd już do schroniska całkiem blisko, ale czy tym razem wejście na szczyt będzie przyjemne? Szybki posiłek w schronisku i jednak ruszamy pod górę. Wejście na Borisov jest strome ale dzięki temu szybkie. Przy dobrej kondycji 40 minut wystarczy w obie strony. Po drodze jeszcze zachwycam się kwitnącą kosodrzewiną – jak się okaże to męskie kwiatostany. I znowu mijamy schronisko, lisa polującego w trawie, tabliczki ostrzegające przed niedźwiedziami i ruszmy w dół. Burza przyplątuje się znowu w okolicy Belianskiej Doliny. Tym razem zaklęcia nie wystarczą i trzeba wyjąć kurtkę. Pada i grzmi, grzmi, pada i świeci słońce. Wszystko paruje, można się ugotować pod tą kurtką. Zanim jednak dojdziemy do auta zdążymy wyschnąć więc w „naszej” wsi można się zatrzymać na smażony ser, placki ziemniaczane i zimne piwo. Mamy 1:1 w spotkaniach z burzą.

Skalna Fatra i jaskinia dla Janosika

To co najbliżej zostawiamy na koniec. Szlak zaczyna się i kończy w Blatnicy. Chodnik Janka Bojmira (na pamiątkę zasłużonego, słowackiego działacza turystycznego) doprowadza po godzinie do Jaskini Mažarnej, którą można zwiedzić w świetle czołówki. To jaskinia krasowa, a tak naprawdę ogromna sala, która stanowiła dawniej schronienie dla pasterzy, a w czasie II wojny światowej była wykorzystywana przez partyzantów. A może i wcześniej przez zbójców Janosika? Teraz niebieski szlak prowadzi stromo do góry, pośród malowniczych skał. Stąd zresztą nazwa tej części Wielkiej Fatry czyli Skalna Fatra. Przed nami dwa piękne szczyty – Tlstá (tłumaczona jako Tłusta) i Ostra. Za Tlstá wybieramy jednak zielony szlak, znowu pusty i po godzinie docieramy do żółtego szlaku. Tu dopiero widać nasz cel, czyli Ostrą w całej okazałości. Progami skalnymi, przez niewielkie skalne okno docieramy na szczyt. Stąd roztacza się widok na Tłustą. Krótka sesja i wśród odległych pomruków burzy zaczynamy schodzić w dół. 2:1 dla burzy. W Dolnie Blatnickiej jednak nas dopada, solidnie zlewa i zostawia po kilkudziesięciu minutach.

Wielka Fatra wiosną to przede wszystkim piękne widoki na ukwiecone łąki. To też puste szlaki – z wyjątkiem okolic jedynego schroniska. Więcej osób spotkaliśmy tylko na Ostrej – ale na to ma wpływ zdecydowanie krótka i łatwo dostępna, choć nie pozbawiona uroku trasa. To kolejne góry, które warto wpisać na listę obowiązkowych do zobaczenia. Zdecydowanie mniej popularne od wyższej ale z nazwy jednak małej – Małej Fatry. Poza Turčianskimi Teplicami, do których zresztą nie trafiliśmy (bo jednak wolimy góry od wody) i poza letnim, wakacyjnym sezonem – tłumów na szlakach nie trzeba się obawiać. A Janosika jakoś się jednak nie obawiam.

 

Wszystkie duchy Beskidu Niskiego

Podobno najpiękniej jest tu wiosną. Podobno. Bo znam takich, dla których to miejsce ma swój nieodparty urok zimą – sama sprawdzałam to już dwukrotnie. Są i tacy, którzy właśnie tu polubili jesień. Kolorową, dzięki bukowym lasom i bujnym łąkom, szarą i mglistą, gdy czeka się na pierwszy śnieg. Ale teraz, gdy jestem tu w chwili gdy wybuchła zieleń, gdy wpadam w zachwyt nad pięknem tego miejsca, gdy mam ochotę krzyczeć z zachwytu, to jednak pierwsze co czuję to smutek. I może trochę złość na współczesnych mi ludzi. Złość za brak tolerancji i umiejętności współistnienia, która tak pięknie widoczna była właśnie tutaj. Później, zupełnie nagle, to wszystko się skończyło. I dziś, wędrując tymi szlakami, drogami i bezdrożami mam pustkę aż po horyzont. A to co czuję to smutek i tęsknota… trochę irracjonalne uczucia, bo przecież nie znam innego Beskidu Niskiego. Zamykam oczy i czuję zapach owocowych drzew w sadach, słyszę gwar rozmów w śpiewnym, łemkowskim języku, gryzie zapach dymu z komina, odczuwam obecność setek osób. Przecież jestem zupełnie sama, to tylko wiatr szumi w drzewach, a za drewnianymi drzwiami nie ma nic.

Gdy pojawił się temat długiego majowego weekendu, właściwie nie miałam wątpliwości dokąd chcę pojechać. Na dodatek miałam „miejscówkę” pracowicie i własnoręcznie wyszukaną na mapie. Takie miejsce, które oczarowało mnie klimatem, widokiem za oknem i takie miejsce, gdzie później wszystkie oczekiwania okazały się rzeczywistością. A że zimową porą nie udało się dojechać, majówkowy weekend tylko wyostrzył mój apetyt. I tak oto już pod koniec stycznia wiedziałam, gdzie będę na początku maja. Może im bliżej wyjazdu i im więcej szumu robiło się wokół tej długiej majówki, trochę się bałam, że na szlakach będą tłumy, ale jak się okazało – zupełnie niepotrzebnie.

Dziś, gdy siedzę sobie na kanapie w moich blokowym mieszkaniu tęsknię za tą wsią, chatą i ludźmi. Ale nie jedźcie tam, zostawcie to miejsce dla mnie! Bo ja jeszcze tam wrócę, nie wiem tylko kiedy, ale przeszukam kalendarz, rozmnożę wolne dni i po trzech godzinach podróży zmuszę moje autko, by wspięło się ostro pod górkę.

Chyba najtrudniej wyjaśnić dlaczego właśnie tutaj lubię spędzać czas. Przecież nie ma tu wysokich, ambitnych szczytów. Ja z przeszłości, ze swoją natury zdobywcy NAJ, właściwie nie mam tu czego szukać. 600, 700, 800 metrów n.p.m. i najczęściej bez żadnych widoków. W porywach 1000 metrów, choć polskiej Lackowej brakuje 3 metrów, a słowacki Busov przekracza tę magiczną granicę zaledwie o 2 metry. Ale wybierzcie się w jedną z tras a poczujecie zmęczenie – dokładny zapis tras znajdziecie TUTAJ (link do endomondo). Tym razem dokonaliśmy pierwszego przejścia północnej ściany Palenicy – ot, ścieżka zaznaczona na mapie po kilkuset metrach przestała istnieć, a do zielonego szlaku doprowadziły nas trasy zwierząt. Jak na najwyższy szczyt Beskidu Niskiego jest tu zupełnie pusto. Jesteśmy tylko we dwoje. Po drodze spotkaliśmy dwóch Słowaków, którzy ze szczytu już schodzili, a później nikogo. Wyobraźcie sobie Rysy w środku sezonu zupełnie puste. Możliwe, ale tylko w deszczu, a nie w ciepły, słoneczny majowy dzień. Kolejny raz jestem więc na Busovie i cieszę się ciszą i spokojem. A może po prostu tak jest tu zawsze? Jeszcze tylko powrót przez słowackie łąki, spotkanie z dzikami, sarnami, jeleniem i myszołowem. Po dotarciu do czerwonego, granicznego szlaku napotykamy pierwszych miłośników tych niewielkich szczytów. My skręcamy w stronę Przełęczy Regietowskiej i tuż przed Obyczem niebieskim szlakiem schodzimy do Wysowej. Inne puste miejsce – szlak na Magurę Małastowską, ale nie z przełęczy. Najpierw żółtym szlakiem z Ropy do Bielanki, a później cały czas zielonym. 20 km niczym nie zmąconego marszu. I takich szlaków i tras mogłabym mnożyć! Ale sami wytyczcie swoje ścieżki i cieszcie się samotnością. Tu nie czeka Was kolejka do kasy po bilet do Parku Narodowego czy kolejka do kolejki wywożącej na szczyt. Spotkacie za to czasem wędrowców z gitarą na plecach, z „worami” wypchanymi po brzegi, z matami i namiotami i zapasem jedzenia, świadczącymi o długiej wędrówce z dala od cywilizacji. Myślałam, że tak się już nie chodzi, że teraz wszystko „na lekko”… A jednak nie.

Czy ja jestem jakąś wariatką, że snuję się po cmentarzach? Po tych najłatwiej dostępnych pod Magurą Małastowską i na Przełęczy, ale i po tych rozsypanych po lasach, z dala od głównych szlaków. Cieszy mnie odbudowany cmentarz na Rotundzie. Zimą 2014 roku, gdy byłam tu po raz pierwszy nie był jeszcze kompletny – brakowało dwóch charakterystycznych wież utrzymanych w stylistyce łemkowskiej. Od 2016 roku cmentarz na Rotundzie można podziwiać w całej okazałości. Co niezwykłego jest w tych cmentarzach rozsypanych po beskidzkich lasach i wzgórzach? To pamiątka po jednej z najbardziej krwawych bitew I wojny światowej, a może raczej po walkach, które trwały w okolicach Gorlic przez pół roku (decydujące starcie miało miejsce od 2 do 5 maja 2015 r.). W bitwie gorlickiej zginęło 200 tys. żołnierzy, których pochowano na 400 cmentarzach, z czego w okręgu gorlickim powstało ich 54. Autorem wielu projektów (31 lub 35 według innych źródeł) był słowacki architekt Dušan Jurkovič, któremu zawdzięczamy nie tylko cmentarz na Rotundzie, Przełęczy Małastowskiej, Magurze Małastowskiej czy w Zdyni. Żołnierze armii niemieckiej, austro-węgierskiej i rosyjskiej, wszyscy pochowani zostali na tych samych cmentarzach. Nazwiska polskie, słowackie, czeskie, ukraińskie, niemieckie, rosyjskie, austriackie i niemieckie.

To tylko jedna z lekcji historii jakie daje nam Beskid Niski. Czarne, Lipna, Bieliczna, Radocyna, Nieznajowa, Regietów… wsie, których już nie ma. Wsie, które ponad 70 lat temu tętniły życiem. Czarne – ponad 300 mieszkańców, Radocyna – ponad 500, Bieliczna – ponad 200, Nieznajowa – blisko 300… tysiące ludzi, dzięki którym Beskid Niski tętnił życiem. Cerkwie, kościoły, szkoły, wiatraki, karczmy, sklepy, elektrownia wodna, leśniczówki, targi i jarmarki, czytelnia, wiejski teatr, posterunki straży granicznej, domy. A później Akcja Wisła i wysiedlenia. Zostały przydrożne krzyże, cmentarze, drzewa owocowe, cerkwiska, piwnice i kaplice. Wychodzę na otwartą przestrzeń i mam widok aż po horyzont. Pola, łąki, pagórki i góry, a wszędzie pusto. Dlatego te drewniane drzwi, które ustąpią po naciśnięciu klamki, drzwi, które stoją pośrodku łąk, robią na mnie takie wrażenie. To projekt Natalii Hładyk o nazwie „Przez zarośnięte trawą koleiny dróg, co się kończą przy umarłych sadach… Zapomniane wsie Łemkowszczyzny”, zrealizowany w 2008 roku. Dziękuję! Dzięki temu projektowi od pierwszej wizyty w Beskidzkie Niskim czuję, że to wyjątkowe miejsce i za każdym razem mam ciarki na plecach.

Przysłup, Nowica, Leszczyny – wsie, które są, ale w których coraz częściej powstają letnie domki miłośników Beskidu Niskiego. I sama, gdyby trafiła się taka okazja kupiłabym kawałek trawnika i nieba w Beskidzkie Niskim. Stowarzyszenie Magurycz, cerkwie, wielka drewniana łyżka, kaplica, cudowne źródełko, stara plebania greckokatolicka i tablica pamiątkowa Bohdana Ihora Antonycza, poety ukraińskiego, który urodził się w Nowicy, kilka chyż. Tak teraz wygląda ta urocza wioska położona u stóp Magury Małastowskiej. Łyżka, skąd ta łyżka? Nowica słynęła z wyrobu drewnianych łyżek, a ci, którzy je wyrabiali to łyżkarze – zawód przekazywany z ojca na syna. Dziś próbuje się go reaktywować, ale gdyby nie nasza gospodyni to z Beskidu Niskiego wróciłabym bez drewnianej łyżki. Myślicie, że był jakiś sklepik, kierunkowskaz, punkt obsługi klienta? Nic z tych rzeczy! Następnym razem będę pukać do drzwi z pytaniem o łyżki, choć znając opowieści Marleny – kto wie jak się to skończy.

Takich lekcji historii jest tu znacznie więcej. I choć to już mój piąty pobyt w Beskidzie Niskim wciąż odkrywam kolejne miejsca. Jak to – Pomnik Ofiar Thalerhofu – jest na mapie przy szutrowej drodze z Jasionki do Radocyny. Planując wycieczkę nic o tym miejscu nie wiedziałam, nie słyszałam nawet o takim obozie. Przyjdzie mi jeszcze sporo się nauczyć o historii Łemków.

Ale Beskid Niski to dzisiaj znowu ludzie. Ci, których ogarnęła ta magia i którzy wracają tu kolejny raz, by wędrować tymi samymi ścieżkami. I Ci, którzy uciekli z wielkiego miasta, znaleźli swój kawałek trawnika i nieba i może jeszcze starą chatę na dokładkę. Ludzie, którzy takiej chacie dali kolejne życie, zachowując jednak cały klimat, swojskość  i prostotę tego miejsca. Taką prostotę, że mogę nago stanąć w oknie i nikt, absolutnie nikt mnie nie zobaczy, bo przede mną tylko las i pola. No, może marzę tylko, by z tego lasu wyszedł wilk, spojrzał mi w oczy i poszedł swoją drogą.

Buty na podbój świata*

Jestem kobietą, więc kupowanie butów to mój naturalny żywioł! Ha, nic bardziej mylnego. Szpilki, baleriny czy sztyblety nie pochłaniają jednak tyle mojej uwagi co buty sportowe – biegowe i terenowe. Nie tylko ze względu na cenę – uwierzcie, te pierwsze są zdecydowanie tańsze. W przypadku sportowych butów, kolejne pary zużywam do końca, a często nawet o krok dłużej.

Wygoda ponad wszystko

Niewygodne szpilki zawsze można zrzucić pod biurkiem i nikt tego nie zauważy. Niewygodnych biegowych butów nie zdejmę w połowie maratonu, a bez idealnie dopasowanych butów trekkingowych nie pokonam kilkudziesięciu kilometrów
w wymagającym terenie. A ponieważ dobre (tzn. trwałe, wygodne i niezawodne) buty trekkingowe kosztują kilka razy więcej niż te codziennego użytku, ich zakup to czasem droga przez mękę. Od lat jestem wierna jednej marce, włoskiej Scarpie,
i w ten sposób skracam sobie tę drogę o połowę. Zanim jednak doszłam do tego, przetestowałam i wykończyłam dwie pary. Przy pierwszych  – marki Olang (właśnie odkryłam, że to też włoska firma!) – popełniłam błąd nowicjusza, kupiłam je w tym samym rozmiarze co zwykłe buty. Straciłam przez to paznokieć w paluchu, wyłam
z bólu na długich zejściach, ale i tak wyrzuciłam je dopiero wtedy gdy przetarła się podeszwa a woda zaczęła się wlewać dołem. O drugiej marce – przez grzeczność nie wspomnę jej nazwy – mogę tylko powiedzieć, że była porażką. Jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego – powinnam była zaufać tej mądrości. Dziś bym reklamowała buty i ich odklejone podeszwy a nie naprawiała na własny koszt.
Po dwóch sezonach – przyznaję, że intensywnych – skóra była popękana
i zniszczona. A przecież umiem dbać o buty, czego najlepszym dowodem jest kolejna para, ulubionej dziś marki Scarpa.

11 wspólnych lat na szlaku

Wysokie, skórzane i z goretexem, przeszły ze mną wiele szlaków przez 11 lat.
Po drodze wymieniłam im podeszwę, która pękła podczas pokonywania GR 20 (czyli Grande Randonnée – górski szlak, uznawany za najtrudniejszy długodystansowy szlak w Europie, przebiega niemal przez całą Korsykę, łącząc południową i północną część wyspy). Służyły mi przez trzy pory roku – jesienią, zimą i wiosną – w bardzo różnych górach. W nich weszłam na swój pierwszy trzytysięcznik – Grossvenediger a rok później na Mont Blanc. Sprawdzały się na via ferratach i w Tatrach. Za nimi góry na Korsyce, ale i zimowe Beskidy. Pasowały do nich raki podczas zimowego wejścia na Babią Górę, a latem krótkie spodenki podczas upalnych wędrówek we Francji. Ich wędrówka powoli dobiega jednak końca. Bo i goretex nie spełnia już swojej funkcji i coraz bardziej gładka podeszwa nie daje mi pewności na mokrej skale.

Myśl o wymianie tych butów towarzyszyła mi już poprzedniego sezonu. Ale po pierwsze – żal było się z nimi rozstać, a po drugie – wiedziałam ile wysiłku trzeba będzie znowu włożyć w kupienie dobrych butów trekingowych. Na dodatek jeszcze zaczęły rozpadać się letnie buty górskie – choć rozpadać to mało powiedziane. Zapadła więc decyzja o zakupie trzech par butów.

Kto bogatemu zabroni?

Spokojnie, nie bogatemu i nie od razu trzech. Ale właśnie dlatego, że nie bogatemu, nie kupuję już tanich butów – patrz wyżej,  nieszczęsna druga para. Mając trzy pary, każdą z nich osobno i wszystkie trzy na raz, będą mi służyć znacznie dłużej. Trzysezonowe Scarpy postanowiłam wymienić na dwusezonowe, letnie na letnie,
a dodatkowo kupić typowo zimowe buty. Te ostatnie wybiorę dopiero jesienią,
więc jeden problem mam na razie z głowy. Już przed planowanym na przełom marca i kwietnia wyjazdem w Alpy Bergamskie, wiedziałam, że bez nowych butów się nie obejdzie. Zabrałam się za ich wybór już dwa miesiące temu! Najpierw przejrzałam katalog włoskiej firmy i z przerażeniem stwierdziłam, że moje stare buty już nie istnieją. Poszukiwania trzeba więc zacząć od początku. Skóra licowa, nubuk czy materiał? Z goretexem czy bez? Kolor? Podeszwa? Wkładka? I jeszcze całe mnóstwo detali. Rozmiar? Dotychczasowy 38? Nie, o połówkę większy. Podczas siedmiu lat biegania urosła mi stopa. W końcu, drogą eliminacji wybór padł na dwa modele.
Ja wybrałam jeden, a doradca ze sklepu Outdoorzy.pl po konsultacji
z dystrybutorem Scarpy w Polsce, kolejny. Ja – Revolution. Oni – Kailash. Pierwszy ładniejszy – tu jednak wybierałam oczami. Drugi brązowawy, a ja tak nie lubię tego koloru! Oba z goretexem. Pierwsze szerokie, drugie węższe.

Dla mnie najważniejsza jest podeszwa!

Zdecydowała jednak podeszwa. Czyli to, czego podczas wędrówek w górach nie widać, ale biada mi jeśli nie będzie odpowiednio wytrzymała. W modelu Kailash jest zdecydowanie wyższa, ma głębszy bieżnik i bardziej „agresywny”. Na ewentualnym śniegu też będzie się lepiej trzymał. Revolution jest niestety zbyt delikatny jak na moje oczekiwania i górskie przebiegi – a te są dość konkretne, nierzadko robimy 30 -40 km co drugi weekend.  Moim zdaniem szybciej się zetrze, a ja zacznę się ślizgać. Delikatny szary kolor z dodatkiem miętowego, przegrał więc z brązowym. Przed nami mam nadzieję kilka pięknych lat w górach. I już chciałam usiąść i cieszyć się
z podjętej decyzji, gdy podczas dzisiejszego biegania z przerażeniem uświadomiłam sobie, że pod koniec kwietnia zaplanowałam Beskid Makowski a zaraz później Beskid Niski. A w niższych górach zdecydowanie preferuję niskie buty.

Scarpa Stratos już dalej nie pójdą.

Wiem, że są turyści, którzy używają tylko wysokich butów i sama przez lata tak robiłam. Dopiero wyjazd do Portugalii w góry Serra da Estrela przekonał mnie do kupna niskich. I wcale nie wysokość gór zdecydowała – najwyższemu szczytowi Torre (czyli wieża) do dwóch tysięcy brakuje jej 7 metrów, więc Portugalczycy ustawili na szczycie wieżę i w sumie jest 2000 m n.p.m. Zdecydowała temperatura. Końcówka sierpnia to w tym rejonie ponad 30 stopni Celsjusza. Jeszcze lepiej niskie buty, właśnie Stratosy, sprawdziły się w ubiegłym roku we Włoszech. W Alpach Bergamskich, które przypominają nasze Tatry radziły sobie bardzo dobrze. Na skałach, trawiastych szlakach, w lesie czy na łatwej ferracie.
W połączeniu z biegowymi skarpetkami, moje stopy czuły się komfortowo nawet w te upalne dni. Niskie buty towarzyszą mi w niższych górach, w „moich” najbliższych Beskidach, ale nie tylko. Przeszłam w nich ponad 100 km na Roztoczu i co najmniej drugie tyle na Polesiu. Świetnie wędrowało się w nich po lasach i podmokłych ścieżkach. Dlatego te górskie buty wykorzystuję także w dość łatwym, niemal płaskim terenie. Stratosy trafiły do mnie trzy lata temu przez wyjazdem w Małą Fatrę. Nie mam pojęcia ile przeszły kilometrów, ale szacuję, że tysiące. Przy kolejnych już sobie obiecałam prowadzenie dokładnych statystyk – w końcu jestem umysłem ścisłym. Nie mają goterexu bo uznałam, że latem jednak rzadziej pada. Nie wytrzymały w nich dwie rzeczy – wkładka wygląda jakby pogryzły ją myszy (to akurat można łatwo wymienić). Gorzej z podeszwą. Zresztą sami zobaczcie.

Znowu woda wlewa mi się od spodu. To znaczy, że wystarczy że idę podmokłą ścieżką, a buty zasysają wilgoć i komfort wędrówki się kończy. Zaraz więc po powrocie z włoskiego urlopu trzeba będzie podjąć decyzję w sprawie letnich butów. Tym razem postanowiłam dać szansę innej marce i bardzo jestem ciekawa tego eksperymentu. Przekonało mnie ponad 300 lat doświadczenia, rodzinna firma i chwalony serwis posprzedażowy. Jak przystało na marketingowca, to tylko zaostrzyło mój apetyt.

* Daj kobiecie odpowiednie buty, a podbije świat” – tak twierdziła Marilyn Monroe

Tekst ukazał się na blogu outdoorzy.pl

 

 

Włochy po ludzku

W moich wspomnieniach nie ma imienia. Ma tylko cudowny uśmiech i zmarszczki wokół oczu. Nie słabnie w mej pamięci jej serdeczny uścisk. Ile miała lat? Może 60, 70? Ważne, że to właśnie ona czekała na mnie w listopadowy dzień na mecie maratonu we Florencji. Jako jedna z wielu wolontariuszy. Uściskała mnie serdecznie jak najlepszą przyjaciółkę, podała wodę, otarła łzy wzruszenia i to właśnie ona jako pierwsza pogratulowała mi wymarzonego wyniku na mecie. Ja nie znam włoskiego, ona nie mówiła po angielsku, ale i tak dogadałyśmy się bez słów. Ten uśmiech, serdeczność i życzliwość pamiętam do dziś.

Ludzie!

Na włoskiej grupie na FB ktoś ostatnio zapytał, za co kochamy Włochy. Mogłabym wymieniać długo zalety tego kraju, zaczynając od kuchni, wina, kawy, widoków, gór… Ale pierwsza myśl jaka przyszła mi wtedy do głowy to ludzie. Ci bezimienni i Ci, z którymi zdążyłam wymienić uścisk dłoni i którym zdążyłam  się przedstawić. To dla nich wsiadam kolejny raz do samolotu, szukam kolejnych miejsc do zobaczenia i jeszcze będąc TAM szukam kolejnych możliwości powrotu. Otwarci, uśmiechnięci, życzliwie nastawieni do innych. Bardziej nastawieni na to co tu i teraz.

Zmianę klimatu odczuwam za każdym razem, gdy wysiadam na lotnisku. Nawet jeśli w Bergamo pada deszcz, ja oglądam świat przez różowe okulary. Wysiadam z samolotu i wszyscy zaczynają się do mnie uśmiechać. A może to ja się uśmiecham na ich widok? Boungiorno, Ciao, Salve – słyszę na każdym kroku, a to wszystko okraszone uśmiechem, życzliwością, gościnnością i chęcią pomocy.

Michele, nasz gospodarz z Airbnb czeka na nas już na dworcu, a właściwie na stacji kolejowej. Ostatnie dni przez naszym wylotem to wymiana maili i pytań o nasz przyjazd. Jeszcze w Katowicach rano odbieram wiadomość – miłej podróży, czekam na wiadomość, o której będziecie w Dervio. A wcale nie musiałby po nas przyjeżdżać na stację. Zgodnie z mapą mielibyśmy do pokonania niespełna kilometr, a nasze podręczne plecaki nie ważą wiele. Ale przyjeżdża po nas, wita z radością, a po drodze pokazuje najlepszą pizzerię. Takie wskazówki dostaliśmy nie po raz pierwszy. Rok temu, gdy pogubiłam się w Lecco, a pewien Włoch pomagał nam trafić pod właściwy adres, po drodze pokazał nam najlepsze miejsce na pizzę, poranną kawę i wieczorne aperitivo.

Tym razem w lodówce czeka na nas prosecco, a my oprócz życzeń miłego pobytu otrzymujemy jeszcze deklarację wszelkiej pomocy. Jak trzeba mamy więc do dyspozycji papier do pieczenia, dodatkowe opakowanie kawy i … odkurzacz – pakując się korzystamy z worków próżniowych, to sekret naszych małych plecaków.

Jezioro Como w deszczowej szacie

Na początek naszego pobytu chciałabym co prawda, by ktoś przegonił chmury, ale okno pogodowe na bieganie po okolicy wystarczy. W butach biegowych ruszamy na poznanie Dervio. Niewielka miejscowość nad brzegiem jeziora Como, zaledwie 2800 mieszkańców. I dwukilometrowy chodnik – bo nie promenada – wzdłuż brzegu. Małe miasteczko, a jednak w ciągu godziny spotykamy 10 biegaczy. To, że machają do nas i pozdrawiają się wzajemnie, to oczywiste. Ale gdy uśmiechają się i zagadują spacerujący nad jeziorem mieszkańcy – już mniej. Turystów o tej porze roku jest niewielu, łatwo nas odróżnić od stałych mieszkańców (krótkie rękawki i krótkie spodenki). Właśnie gdzieś w trakcie biegania, albo dzień później podczas spaceru spotykamy Roberto i Weronikę, choć tak naprawdę poznamy się w słoneczną niedzielę na Monte Legnoncino.

Monte Legnoncino to tym razem namiastka góry, która nas kusi. Monte Legnone widać z okna naszej kuchni. Podczas letnich wakacji zwróciła naszą uwagę jako najwyższa w tej okolicy. Wtedy zabrakło nam wiedzy na temat logistyki i samozaparcia, by wsiąść w pociąg o bardzo wczesnej porze. Tym razem nie doceniłam włoskich warunków – na stokach jest lawiniasto. Mówi się do trzech razy sztuka i zadowala niższą wersją, z pięknymi widokami na przyszły cel. Wycieczka na Monte Legnoncino (1714 m n.p.m.) przypomina mi po raz kolejny za co kocham góry. Najpierw puste szlaki do schroniska, później piękne widoki na okolicę i wreszcie panorama gór aż po horyzont. I do tego słońce, błękitne niebo i śnieg pod nogami. I tak właśnie zachwycając się nad pięknem gór, dostrzegłam dwoje turystów zdobywających szczyt nie z tej strony co wszyscy, czyli i my. Zaczynamy od wymiany pozdrowień czyli Ciao i Hallo, a później wzajemnej sesji fotograficznej. W końcu ośmielona, zagaduję o drogę, którą przyszli. Lekko wspinaczkowa, nieoznakowana na mapie. To tylko w zbudza mój apetyt na kolejny raz. Dopytuję więc o widziane wokół szczyty. Przed nami Grigna, a w dali moje ukochane Resegone. Jeszcze zasięgnę języka o wejście na Monte Legnone i porównuję Alpy Bergamskie do polskich gór. I jesteśmy w domu!

Tatry – mówią oni. Kolejne skojarzenie z Polską to oczywiście Kukuczka. Wspominają dom jego dziadków, a dziś muzeum, które odwiedzili. Tylko nazwa miejscowości uciekła im z głowy. Istebna! – wołam z radością i dodaję, że mieszkamy zaledwie godzinę jazdy samochodem od tego miejsca. W końcu wyciągam rękę, bo przecież już się znamy i tylko imion nam brak. Joanna, miło Was poznać. Weronika i Ricardo na pożegnanie machają do nas i wołają do zobaczenia!

Massimo i Luigia

To musi być Massimo. Macha do nas z daleka, choć z pociągu na stacji kolejowej w Lecco wysiadło co najmniej kilkanaście osób. Widzimy się po raz pierwszy w życiu. Co prawda spodziewałam się biegacza, tak jak my jadącego na bieg Corsa dell’Angelo w Colle Brianza, ale on tak radośnie macha na nasz widok, że mam pewność że to Massimo. Jeszcze tydzień przed wyjazdem nic nie zapowiadało, że wystartujemy w jakimkolwiek biegu we Włoszech. Informacje o dużych imprezach biegowych łatwo znaleźć, te mniejsze dostępne są właściwie dla tych, którzy znają język włoski. Ale od czego jest włoska grupa na FB. Wrzucam pytanie o imprezy biegowe w okolicach Lecco na przełomie marca i kwietnia i kilka chwil później mam dostęp do włoskiego kalendarza biegów. Wybieram region, daty i okazuje się, że w Poniedziałek Wielkanocny możemy wystartować w biegu na 5, 10 lub 21 km w Colle Brianza. Z jednej strony blisko, ale z drugiej, przy braku własnego auta, możemy liczyć tylko na komunikację miejską w świąteczny dzień. Zapowiada się ciekawy, kameralny bieg więc postanawiam skontaktować się z organizatorami, może ktoś z biegaczy jedzie i może nas zabrać… Dwa dni później mamy nie tylko niezbędne informacje na temat biegu, ale i kontakt telefoniczny do Massimo, który odbierze nas z dworca w Lecco. I tak oto poznajemy dojrzałego, radosnego i bardzo pomocnego Massimo na stacji w Lecco. I choć to jego brałam za biegacza (w rzeczywistości będzie wolontariuszem na jednym z punktów kontrolnych), w zawodach już po raz drugi bierze udział jego żona, Luigia. Luigia ma 70 lat i po raz drugi startuje w tych zawodach. Rok temu pokonanie 5 km zajęło jej 59 minut, tym razem 55. Żartujemy więc, że z wiekiem jest coraz szybsza. Luigia bierze nas pod swoje skrzydła już w samochodzie. Częstuje słodyczami, na miejscu przedstawia przyjaciołom, na mecie dba by niczego nam nie zabrakło. Zmęczona? Spragniona? – pyta mnie Luigia. I to wszystko po włosku, a ja znowu nie mam problemu by ją zrozumieć. Zresztą, ta sympatyczna Włoszka już w drodze na bieg chwali mój włoski.

Nie wahajcie się jeśli za rok znajdziecie się w czasie Wielkanocy w tym rejonie. Pobiegnijcie lub przemaszerujcie wybrany dystans. Tylko, przykro mi, ale nie będziecie pierwszymi „strangers” w 40-letniej historii Corsa dell’Angelo. Pierwszymi byliśmy my! Od 40 lat na malowniczą trasę wśród włoskich wsi, pól, łąk i wzgórz wyrusza w sumie 400 osób. Zapisy na miejscu, przed zawodami. Wpisowe: 6 euro. Żadnego elektronicznego pomiaru czasu, żadnych pakietów startowych, atestowanej trasy. Zamiast medalu – kwiatek w doniczce lub wielkie, czekoladowe jajo. Łatwo zgadnąć co wybrałam. Jest za to grupa radosnych i zaangażowanych organizatorów, świetnie oznakowana trasa, punkty kontrolne z kolorowymi opaskami i punkty żywieniowe takie że aż żal się spieszyć. Ciasta, kołacze, pieczywo z nutellą – czyli to co biegacze lubią najbardziej! Do tego urozmaicona trasa, trochę asfaltu, trochę błota po ostatnich deszczach, kamieni i traw. Piękne widoki na Resegone. Piotr pojawia się na mecie jako szesnasty zawodnik, a ja prawie zamykam imprezę. Jestem 8 od końca. Massimo „pracuje” na pierwszym punkcie kontrolnym, wręcza mi kolorową opaskę i zagrzewa do biegu słowami „Forza Joanna!”. Później spotykamy się pod koniec biegu, zabiera Piotra do auta by zlokalizować mnie na trasie. I jeszcze ta troska na mecie! Mamy się nie spieszyć, spokojnie wykąpać i dopiero czyści i nakarmieni możemy ruszyć w drogę powrotną do Dervio. Massimo i Luigia odstawiają nas pod sam dom. Zresztą, właśnie z Dervio pochodził ojciec Massimo. Pożegnaniom nie ma końca. Wymieniamy się mailami, telefonami, uściskami. Obiecujemy, że nad Jezioro Como jeszcze wrócimy, a wracając odezwiemy się do naszych włoskich przyjaciół. Planu powrotu jeszcze nie ma, ale mail do Massimo już został wysłany.