Pod słońcem Toskanii

Z każdym kilometrem jestem coraz bardziej przerażona. Wysiedliśmy na stacji Castagneto Carducci-Donoratico. Tu zapakowaliśmy nasze plecaki do włoskiego Punto i zaczęliśmy się oddalać. Od morza, plaży, pizzy i cywilizacji. Najpierw dotarliśmy do miasteczka na wzgórzu, a później pojechaliśmy dalej – na drugą stronę tego wzgórza. Donikąd. Do samego centrum niczego. Do starej farmy pośród toskańskich wzgórz. Do miejsca, gdzie porządku pilnują Brandy i Whisky (psy!).

Kilka dni później. Na toskańskim wybrzeżu wieje wiatr. Temperatura spadła o 10 stopni – do 25! Ogromne fale moczą mnie bardziej niż planowałam. Idziemy wzdłuż prawie pustej plaży. Leżaki na prywatnych plażach kompletnie opustoszały, ratownicy pilnują by nikt nie wchodził do wody. Na chwilę zaglądamy do Mariny. Tu przeniosło się życie – kawiarenki, restauracje, hotele i pensjonaty pełne są turystów. Sprawdzamy rozkład jazdy – za godzinę wracamy na wzgórze, a później jeszcze 40 minut marszu i znowu będę w cudownym środku niczego! Wracam do grających donośnie cykad, do widoku z naszego tarasu i do niespiesznych rozmów przy długich kolacjach przy winie. Już tęsknię za tym widokiem, już szukam biletów lotniczych na marzec, już snuję plany powrotu do Toskanii, choć w inne miejsce i w innym czasie.

Co wiedziałam o miejscu, które wybrałam na drugą połowę urlopu? Niewiele, ot tyle co z filmu, internetowych tekstów i pocztówkowych zdjęć. Co zobaczyłam? Spaloną słońcem ziemię, gdzie deszcz nie padał od marca-kwietnia, gdzie brakuje wody, a stopy szybko pokrywa warstwa pyłu. Niewielki deszcz spadł w czasie naszego pobytu i to nawet dwukrotnie! Najpierw burza skróciła nasz spacer, a później w nocy wielkie krople przyniosły ochłodzenie. Wody starczyło jednak, by zaledwie opłukać pył z roślin.

Naszą gospodynią jest pochodząca ze Szkocji Bridget. Mieszka tu od 33 lat. Przyjechała tu z miłości. Zakochała się w tym widoku i po studiach we Florencji została wśród toskańskich wzgórz. Nie trafiła tu przypadkiem. Całkiem niedaleko na równie starej farmie mieszkali przyjaciele jej rodziców. Lipiec i sierpień to najgorsze jej zdaniem miesiące na poznawanie tego regionu. Zaprasza wiosną – gdy wszystko kwitnie i zimą – gdy można planować długie wycieczki. I choć na zakrętach znaki drogowe z charakterystycznymi gwiazdkami ostrzegają, że może być ślisko to ostatnio śnieg widziano tu pod koniec 20 wieku. Ku radości dzieciaków.

Do Castegneto Carducci mamy ok. 40-45 minut marszu. Zależy czy wybierzemy tzw. skrót i podejmiemy nierówną walkę z końskimi muchami czy niemal niezauważeni pójdziemy główną drogą. Główną – choć z trudem mijają się tu dwa samochody! I choć Bridget ostrzega przed tłumami turystów, ja ich tu nie widzę. Kilka ulic, miejski deptak, ruiny zamku, kościół San Lorenzo, dom poety Giosue Carducci, który w dzieciństwie mieszkał tu przez kilka lat (w roku 1906 otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury, a rok później miasteczko zmieniło nazwę z Castagneto na Castagneto Carducci), kilka restauracji i trzy lodziarnie.

We Włoszech bez lodów się nie obejdzie. Tu wybieramy najstarszą w mieście lodziarnię – Gelateria Casalini. Za 5 euro mam przed sobą największą porcję. Wśród ulubionych smaków jest oczywiście pistacjowy. Znajdujemy niewielki park skąd rozpościera się bajeczny widok na okolicę. W oddali wybrzeże, wokół winnice. I to właśnie spacery między winnicami są tu największą atrakcją. Winnica położona najbliżej naszego domu to Mulini di Segalari, której wyroby towarzyszą nam co wieczór. Gospodyni ma je w ramach sąsiedzkiej wymiany – ona ma jajka, on wino. Podoba mi się takie sąsiedztwo – tu winnica, a kawałek dalej produkcja oliwy. Tu z dzbankiem, tam z karafką wpadałabym na zakupy. Wina są całkowicie bio i eko. Zgodnie z filozofią właściciela, nikt tu nie popędza winorośli, wszystko dzieje się we własnym rytmie.

Może dlatego rano nie czuję ile wina wypiłam. A może to zasługa kuchni Bridget, która karmi nam latanią, pastą, risotto i sałatą. A na początek bruschetta, humus. Do tego melony, prawdziwe figi i brzoskwinie. Oczywiście nie wszystko na raz! A rano wybornie smakuje chleb domowej produkcji, dżemy i kawa czarna jak smoła.

Żeby to wszystko spalić trzeba iść na spacer. Włóczymy się więc. A to drogą przed siebie, im wyżej tym piękniejsze i rozleglejsze widoki. A to skręcimy w prawo i idziemy tak długo aż na drodze stanie nam brama do czyjejś posiadłości – domek czy farma to z pewnością nie jest odpowiednie określenie. Moją uwagę przykuwa znajdujący się tuż po sąsiedzką zamek – Castello di Segalari. Niestety jest prywatny i szczelnie otoczony drzewami. Przez bramę dostrzegam więc tylko kort tenisowy i mogę się tylko domyślać jaki widok rozpościera się z jego okien. Zresztą, jak się okazuje, można tam zamieszkać, a nawet zaplanować ślub. Wnętrza robią wrażenie – koniecznie odwiedźcie stronę zamku. Od razu zabieram Was do galerii KLIK

Innym razem skręcamy w stronę winnic: Podere Grattamacco i Guado al Melo. Nikogo oprócz nas tu nie ma! Jak to możliwe?! Co zakręt to piękniejszy widok. Do tego przydrożne drzewa, których owoce bardzo mnie intrygują. W końcu rozpoznaję figi! A te znam tylko suszone! Zerwane prosto z drzewa smakują niesamowicie. Przy jednej z winnic oceniam też słodycz winogron. Są fantastyczne.

Oczywiście było i bieganie! Choć po przerwie biegowej, w upale i raz pod górkę a raz z górki. Więcej biegaczy spotkaliśmy nad morzem czy poniżej miasteczka. Tu byliśmy raczej jedynymi. Zresztą jeden z mieszkańców, mijając mnie na skuterze miał wyraźnie zdziwioną minę. Na szczęście sąsiad Bridget, obok którego przebiegłam kilka razy, na mój widok wołał „buongiorno”.

P1140681

Pierwsze spotkanie z Toskanią było dla mnie szokiem. Wyjeżdżałam jednak oczarowana tym miejscem. Jeszcze o świcie robiłam ostatnie zdjęcia oświetlonych słońcem wzgórz. I już ustawiłam alert na tani bilet lotniczy. Oczywiście do Toskanii, choć w inne miejsce i w czasie, gdy wszystko bajecznie kwitnie.

Uwielbiam marnować czas

Przez dwa dni marnowałam czas. Nie było zakupów, gotowania, sprzątania. Nie zrobiłam nic twórczego. Ot, szłam sobie i się rozglądałam. I tak przez dwa dni i 65 km. W niedzielę wstałam przed świtem, weszłam na Wielką Rycerzową i czekałam na słońce. Potem skubnęłam jagód i wróciłam na drzemkę.

Potrafię się spakować w 15 minut do 30 litrowego plecaka. Śpiwór, mini kosmetyczka i ręcznik, drugi komplet ubrań, strój do spania, kurtka gore, kilka drobiazgów, woda i jedzenie. I już mogę ruszać w drogę. Na dwa dni wystarczy! Nie muszę jechać daleko – 40 minut autem do Rajczy, 20 pociągiem do Zwardonia i już ruszam na swoją ulubioną trasę w Beskidach. Ulubioną i moich zdaniem najpiękniejszą. Tak piękną, że na tej trasie rozgrywa się bieg Chudy Wawrzyniec. I wreszcie udało mi się na całą tę trasę zabrać Piotra (w całości szedł ją po raz pierwszy, znał część trasy zaplanowanej na pierwszy dzień). Wędrówkę zaczynamy w Zwardoniu, a skończymy w Rajczy – dla ułatwienia zostawiamy na „mecie” auto, a na „start: podjeżdżamy pociągiem. Krótka wędrówka asfaltem i zaczyna się szlak. Po drodze mijam jeszcze stare schronisko PTTK, w którym nocowałam w podstawówce, a które teraz – tak jak cztery lata temu, gdy byłam tu ostatni raz – niszczeje i czeka na nowego dzierżawcę. Do Wielkiej Raczy właściwie nie spotykamy ludzi – jedną grupę minęliśmy na początku, jedną parę tuż przed szczytem. Może dlatego, że na odcinku prawie 17 km nie ma schronisk, nie ma też innych szlaków, którymi można dojść do czerwonego, granicznego. Za niespełna miesiąc będzie tu tłoczno od biegaczy, ale nie teraz. Do woli więc mogę podziwiać widoki, a polską i słowacką stronę. Na chwilę robi się tłoczno gdy wchodzimy do schroniska, tym bardziej, że krótki deszcz przestraszył turystów. Szybko przestaje padać, a my ruszamy w dalszą drogę. Znowu wzdłuż granicy – z wyjątkiem krótkiego odcinka przez Rezerwat Śrubita, gdzie letni szlak schodzi z granicy. To jeden z moich ulubionych fragmentów – piękny las, trasa poprowadzona trawersem, potoki i znowu pusto. Omijamy Przegibek i od razu skręcamy w stronę Wielkiej Rycerzowej. Można niebieskim, łatwiejszym szlakiem, a można czerwonym, dalej wzdłuż granicznych słupków aż do osiągnięcia szczytu Rycerzowej. I tu zdecydowanie więcej widoków na słowacką stronę.

Trafiamy do bacówki, która dopiero co wygrała ranking bacówek ogłoszony przez miesięcznik NPM, a wśród wszystkich sklasyfikowanych schronisk zajęła 10 miejsce. Mamy zarezerwowany pokój. Dzień wcześniej jeszcze potwierdzałam nasze przybycie, może nawet późne, a szef bacówki deklaruje zostawienie obiadu po telefonie z drogi. Jestem pod wrażeniem, tym bardziej więc szykujemy miejsce na smażony ser i racuchy z borówkami, zachwalane też w NPM. Zdjęć nie zdążyłam zrobić – zjedliśmy wszystko do ostatniego okruszka i potwierdzam – warto się skusić na przygotowywane w bacówce jedzenie. Że borówki są świeżo zebrane mogę się przekonać na Małej Rycerzowej, gdzie udaję się w poszukiwaniu zachodu słońca i znajduję całą polanę jagód.

Nocleg w bacówce polecam jeszcze z jednego powodu – jej unikatowego położenia. Przy dobrej pogodzie można tam podziwiać zachód z jednej strony, a wschód z drugiej. Tym razem zachodu nie ma, są jednak piękne błyskawice, które rozświetlają niebo nad Babią Górą. Wschodu też raczej nie będzie widać, ale i tak wstaję o 4.30, żeby wejść na Wielką Rycerzową. Drugi raz tu śpię i drugi raz jestem jedyną osobą, która woli oglądać kolory na niebie niż spać. Tym razem słońca wynurzającego się zza Babiej nie zobaczyłam, ale poranek i tak był piękny. A przed śniadaniem znowu borówki prosto z krzaczka.

Po śniadaniu i jakieś dwie godziny później kierujemy się dalej szlakiem granicznym – niebieskim – w stronę Przełęczy Glinka. Cztery lata temu na tym odcinku spotkałam tylko dwóch Słowaków, tym razem minął nas tylko jeden biegacz. Na trasie dwa strome podejścia – Świtkowa (słow. Svitkova, 1082 m) i na Oszus, który na polskich mapach nazywany też bywa czasami Oszustem. Oba strome, jak na znane mi w Beskidach szlaki, pierwszy krótszy, drugi zdecydowanie dłuższy. Przy dobrej pogodzie wdrapanie się na szczyt to tylko trochę wysiłku, po deszczu, ze względu na podłoże, to prawdziwa jazda bez trzymanki. Sam szczyt można ominąć korzystając ze ścieżki, która trawersuje Oszusta, wzdłuż granicy rezerwatu przyrody. To jeden z dzikszych rejonów Żywiecczyzny. Nie dziwi mnie więc brak turystów i piękne stado jeleni, którym wchodzimy w drogę schodząc ze szczytu. Po 4,5 godzinach marszu docieramy do przełęczy, ostatnią godzinę towarzyszą nam odgłosy zbliżającej się burzy. Jej pomruki słyszę już od rana, ale przez większość czasu z bardzo daleka. Tym razem trzeba jednak przyspieszyć. Do Krawców Wierchu – i kolejnej bacówki – jeszcze 40 minut, jest więc szansa, że zdążymy. Raz spadają na nas ciężkie krople deszczu, po chwili – sucho i tak na zmianę. Waham się – wyciągać kurtkę czy nie. Przyspieszamy kroku, by jak najszybciej osiągnąć polanę i ewentualnie schować się przed deszczem. Ale burza jakby nas omija. Kierujemy się więc do Złatne- a tam znowu pada i nie pada na zmianę. Prawdziwa burza zaczyna się dopiero gdy docieramy do małego pola namiotowego i zadaszenia. Tam przeczekujemy deszcz. Do Rajczy mamy stąd zaledwie kilka kilometrów, ale najpierw ścieżką musimy dotrzeć do żółtego szlaku a później już tylko w dół. Trasa prowadzi jednak przez łąki, gdzie walczę z gryzącymi owadami. Niestety – przegrywam.

Ten wyjazd przypomniał mi co lubię najbardziej. GÓRY! Wędrowanie, pobudkę przed świtem tuż pod szczytem, zimne piwo po całym dniu marszu, widoki i czas na myślenie o niczym albo nawet nie myślenie. Pojechałam, żeby się nażyć! Wcale nie musze jechać daleko, ważne by pojechać na 100%, oderwać się od rzeczywistości, codziennych obowiązków i schematów. Spać w schronisku – czasem nawet na tzw. glebie, jeść owoce z krzaczka i patrzyć przed siebie.

Komar najlepszym trenerem jest!

Zielono mi…

W moich „telewizorze” tylko zieloność. Kolejny poranek i kolejny wieczór spędzam wpatrzona w ten sam obraz. Na zmianę z widokiem na talerz i szklaneczkę z winem (to do kolacji), żeby trafić i niczego nie ulać.

O, przepraszam – zmiana obrazu: bocian mi przeleciał przed nosem/oknem.

Sielanka, gdzieś na końcu świata. Sielanka, dla tych co nie potrzebuję sklepów, jarmarków z pseudo pamiątkami, dyskotek i innych wakacyjnych atrakcji. Sielanka, dla tych lubią nic nie robić i pobyć w ciszy. I dla tych, co lubią komary, muchy, muszyska i bąki. Wszystko co lata, bzyczy i gryzie. Albo inaczej – sielanka dla tych co dość szybko biegają (bieganie można połączyć z energicznymi wymachami rąk) i/lub szybko maszerują. Nie miejcie jednak złudzeń – wszelkie specyfiki, które mają chronić przed gryzącą armią, będą zbroją przez 2 a nie 6 godzin, jak deklaruje producent. A potem – najlepiej zacząć biec i machać rękami.

Przyjechałam tu zobaczyć łosia. Choć jednego i choć z daleka. Po kilku dniach mogę się doliczyć: 2 koziołków, stada żurawi – 10 sztuk co najmniej, czapli białych i siwych – większa ilość, ptaków drapieżnych, łabędzi, wiewiórek, myszy i zaskrońca. Kolejne zasłyszane ptaki i żaby w ilościach nieograniczonych. Samych ptaków jest tu blisko 200 gatunków, więc ornitolodzy mają swój ptasi raj. Mnie interesuje najbardziej cisza i spokój, nowe ścieżki biegowe oraz brak ludzi na trasie.

Wyjazd na Polesie Lubelskie to drugi odcinek poznawania wschodniej części Polski. Rok temu było Roztocze KLIK, w planach jest jeszcze Biebrza i Białowieża.

 

Polesie czeka jeszcze na swoją szansę, nieodkryte dla turystów – choć mnie to akurat cieszy – ze słabo rozwiniętą infrastrukturą. Może za wyjątkiem okolic jeziora Okuninka – ale tam ja nie zaglądam, bo to co dla innych jest zaletą, dla mnie zdecydowaną wadą.

O przysłowiowy rzut beretem mam ścieżkę przyrodniczą Perehod. Zaczyna się dokładnie kilometr za domem. Dwie wieże widokowe pozwalają do woli podziwiać okoliczne stawy. Mają jeszcze jedną zaletę – muchy i komary tak wysoko nie latają – więc można stąd w spokoju podziwiać widoki. Na stawach życie tętni – latają, nurkują, lądują i śpiewają. Można tak siedzieć i podziwiać godzinami. Do tego jeszcze te dźwięki – wielu z tych ptasich odgłosów nigdy wcześniej nie słyszałam. I las! Piękny! Szyszki pod stopami, miejscami piaszczyste ścieżki. I znowu mam wrażenie, że za zakrętem będzie morze. Spaceru mi mało więc wieczorową porą ruszam na bieganie – wybieram trasę rowerową Mietiułka. Dobiegam do niej od Perehodu między stawami i stamtąd już trzymam się szlaku i znaków. W sumie 15 km groblami między stawami, lasem, polami i przez wioskę. Końcówka przez las i bagno więc nie ma opcji by odpocząć – komar najlepszym trenerem jest.

 

Kolejnego dnia wybieram się zobaczyć ścieżkę „Obóz Powstańczy” – skuszona zdjęciami drewnianych mostków nad wodą. To ścieżka przyrodniczo-historyczna. Udaje mi się jednak dotrzeć tylko albo aż do wieży widokowej – tu postanawiam wrócić do rozstaja i dalej kierować się przez Durne Bagno ścieżką zaznaczoną na mapie, ale nieoznakowaną w terenie. Tylko raz w trakcie tej wędrówki odwróciłam się za siebie – za plecami miałam już stado wygłodniałych krwiopijców, nade mną chmura much. Kilka powalonych drzew trzeba było ominąć, raz wycofać się ze zbyt podmokłej ścieżki i po kilkudziesięciu minutach marszu dotarłam do Wólki Wytyckiej. Po drodze krótka wizyta nad Jeziorem Wytyckim i na cmentarzu żołnierzy Korpusu Ochrony Pogranicza. Kilkaset kilometrów dalej znowu czas zatrzymuje mi się na wieży widokowej, tym razem z drugiej strony Durnego Bagna. Stąd już tylko kilka kilometrów wędrówki znaną mi trasą biegową, oficjalnie rowerową.

Miejsc do biegania nie brakuje – można drogą pobiec aż do Sosnowicy (6 km) i tam skręcić na niebieski szlak, który przyprowadzi wprost do domu. W sumie 14 km lasem i mało uczęszczaną asfaltową drogą. Można wybrać się w przeciwnym kierunku przez Wielki Łan i z powrotem przez Wołoskowolę – 11 km. Zdziwienie mijających kierowców i panów siedzących przed sklepem – gwarantowane. Opuszczając granicę Poleskiego Parku Narodowego też jest ciekawie. Przez Czołomę warto zajrzeć do Holi, gdzie znajduje się cerkiew św. Antoniego Pieczerskiego i św. Męczennicy Paraskiewy. Tuż obok cmentarz gdzie zgodnie stoją krzyże katolickie i prawosławne. A po drugiej stronie drogi niewielki skansen – otwarty jak głosi niepozorna karteczka od 10 do 16 i zupełnie bezobsługowy. I znowu ten las, las i las w drodze powrotnej.

 

Hiszpania to czy Włochy?

Wizyta na Polesiu nie miałaby takiego uroku, gdyby nie gospodyni Perehodu. Mniej więcej wiedziałam dokąd jadę. Ale jednak mniej niż więcej. Wiedziałam, że czeka na mnie pokój w starym, klimatycznym spichlerzu, dziś w roli domu. Ela, która tu rządzi to miłośniczka poleskiej przyrody, właścicielka 3 psów i zwolenniczka spokojnego, smacznego życia. Z arcyciekawą, zawodową przeszłością, o której chętnie opowie przy szklaneczce wina. Portugalskiego, czerwonego i wytrawnego 🙂 Wyjadę więc stąd odkarmiona – pyszne, proste jedzenie przygotowywane z sercem, wyposażona w wiedzę na temat Walencji, gdzie będę za 5 miesięcy i w kontakty do kilku cudownych miejsc w Beskidzie Niskim. Mam też lekki przedsmak czekającej na mnie w sierpniu toskańskiej farmy. Dla osoby aktywnej, która w wolny dzień, bladym świtem pakuje plecak by przemierzyć w górach kilkadziesiąt kilometrów, tu powoli przyzwyczajam się do leniuchowania. Przedpołudnie w hamaku z książką, popołudnie na leżaku z książką, długie śniadania po porannym bieganiu i niespieszne kolacje po letnich wędrówkach. Codziennie tracę poczucie czasu. Podobno dzisiaj piątek… okolice południa…

W poszukiwaniu łosia…

Miałam nawet wstać o 4 rano by zaczaić się na niego w poleskich lasach. Nie wstałam, deszcz dzwonił o dach, a w łóżku było tak przyjemnie. Dzień wcześniej już miałam nadzieję, że wyjrzy zza krzaków na ścieżce Dąb Dominik czy Spławy. Nie wyjrzał. Ja miałam za to przyjemną wędrówkę mostkami, kładkami i pomostami nad dwa jeziora – Moszne i Łukie. Po drodze torfowiska, zarośla paproci i skrzypów, jaszczurki umykające spod nóg. Platformy obserwacyjne zachęcają do odpoczynku i obserwacji. I znowu żadnych łosi. Za to w Ośrodku Dydaktyczno-Muzealnym PPN w Starym Załuczu – żółwie błotne. W niewielkim oczku wodnym wypatrzyłam ich kilkanaście.

Jaki jest łoś… niestety nie każdy zobaczy. A to znaczy, że trzeba będzie zatrzymać się na Polesiu w drodze do innej, mało popularnej krainy.

Mam kurtkę gore, to ją biorę!

Sierpień ubiegłego roku. Kierunek: Rohacze. Może pogoda nie zapowiada się rewelacyjnie, ale ja wierzę, że z każdą godziną będzie lepiej. Przecież sprawdzałam prognozę pogody. Dojeżdżamy do celu. Początek to spacer asfaltem przez Rohacką Dolinę – kropi. Przestanie – myślę. Zaczynamy podchodzić szlakiem – chmury się przewalają – jakże romantyczny widok. Na Smutnej Przełęczy fotka – jeszcze się uśmiechamy! Pierwszy Rohacz – Płaczliwy – w chmurach, kolejny – Ostry –  już w deszczu. A że bez pomocy rąk się na tym szlaku nie obejdzie, woda wlewa mi się z góry, z boku, z dołu. Na przełęczy jest mi już wszystko jedno. Byle w dół – na szczęście bardzo łatwym szlakiem przez Wołowiec i Rakoń. Stan przemoczenia: 100%. Buty, kurtka softshell, spodnie, bluza polarowa, bielizna. Nie przemokła tylko skóra – jako jedyna okazała się nieprzemakalna. Za mną idzie Piotr – spod kaptura wystaje mu tylko czubek nosa, z którego kapie deszcz. Ja co kawałek wykręcam rękawy bluzy, właściwie po co… Na parkingu jest mi dokładnie wszystko jedno – chcę być sucha. Na szczęście w bagażniku mamy ręczniki i zapasowe ubrania. Po tej przygodzie, przemoczeniu takim, że nawet suchej nitki nie było, po przejrzeniu oferty sklepów, porównaniu wielu modeli i przymierzeniu kilku, staliśmy się posiadaczami dwóch super kurtek goretex. Zgodnie z rzuconą na Rohaczach obietnicą – nigdzie się bez nich nie ruszamy.

Kiedy więc szykuję kolejną listę wyjazdową, na jej szczycie wpisuję – kurta gore. Mam gore, to ją biorę – zrymuje mi się kilka dni później na FB, gdy będę komentować zdjęcia Piotra z pewnej deszczowej wędrówki.

Tym razem kierunek na majowy weekend to Wielka Fatra. Nocleg zarezerwowany, trasy przygotowane. Co prawda od kilku dni w Beskidach leje i pada na zmianę, a ja wciąż jeżdżę na zimowych oponach (dzięki temu powrót z Gorców dwa tygodnie wcześniej przebiegł bezproblemowo), ale pogoda na Słowacji ma się poprawiać. Co za szczęście, że przyjechaliśmy w niedzielę, dzień wcześniej rzeka, która płynie przez wieś, płynęła też drogą. Potoki i strumyki wciąż huczą od nadmiaru wody, ale my dzielnie startujemy w górę. Tylko na początku zrzedła mi mina – po kilku kilometrach wygodnego marszu, okazuje się, że jedyną skuteczną dla mnie metodą przedostania się na drugą stronę jednego z takich strumyków, jest wpław i na bosaka. Za mała jestem – nie przeskoczę. Pokornie zdejmuję więc buty i zanurzam stopy w lodowatej wodzie. Kilkaset metrów wyżej mamy do wyboru – lewy potok, albo prawy. Oba płyną tym co mogłoby być szlakiem. Jeszcze trochę błota i osiągamy łąki pod chatą Limba. Od tego miejsca jest już tylko lepiej (haha – do czasu!). Widoki piękne, góry nowe dla mnie i urokliwe, ludzi niewiele – ot, kilka grup spotykamy, nie tylko z Polski. Zdobywamy Rakytov i zmierzamy w stronę Czarnego Kamienia – jednego z najbardziej charakterystycznych szczytów w masywie Wielkiej Fatry. Sam szczyt jest niedostępny dla turystów, a szlak omija wierzchołek, ale charakterystyczna góra prezentuje się okazale. Co prawda po drodze coś białego przez chwilę leci z nieba, ale szybko przestaje. Na szczęście – bo wierząc prognozom pogody, kurtkę zostawiłam w pensjonacie. Nawet o tym wspomniałam, zupełnie nieświadoma zbliżających się kłopotów. Tego dnia bez komplikacji weszliśmy na szczyt Ploská, zeszliśmy na Chyzky i Zieloną Doliną wróciliśmy do wsi.

Kolejny dzień wita nas słońcem! Kurtka znowu zostaje więc na dole. Ja już zaliczyłam poranne bieganie po wczesnej pobudce. Tym razem na początek mozolnie wspinamy się wzdłuż trasy narciarskiej. Nie jest to mój ulubiony rodzaj szlaku – ale ten ma dwie zalety – zaczyna się zaraz za naszym pensjonatem i pozwala szybko osiągnąć grań. Słońce przygrzewa, droga pod górkę – szybko więc zrzucam bluzę i maszeruję w koszulce z krótkim rękawem. Choć im wyżej tym częściej widać, że w nocy był jeszcze przymrozek, a trawy są wciąż przybielone szronem. Tym razem przemierzamy główną grań Fatry – od Zvolena aż po Rybovskie Sedlo. Gdzieś po drodze pada stwierdzenie, że zabraliśmy za dużo ciepłych ubrań. Fakt – mamy polary, bluzy, softshelle… Ale kilkaset metrów wyżej żałuję, że moje rękawiczki zostały w pensjonacie. Na grani choć słonecznie, wieje zimy wiatr. Ten kto to powiedział, zakłada kolejną warstwę! Czerwony szlak ze Zvolena jest piękny i różnorodny. A to połoniny z widokami na Tatry, a to urokliwy las, a to skałki i znowu łąki z kwitnącymi krokusami i przebiśniegami. A to łapy odbite w błocie – niech to będą wilcze – i odchody – wilcze – wołam z zachwytem! Na Rybovskiej Przełęczy Krížna wydaje się być na wyciągnięcie ręki, rezygnujemy jednak z wejścia na szczyt, bo przecież zgodnie z planem będziemy tam jutro. Oj, jakże się pomyliłam!

Wybieramy zielony szlak, który według oznaczeń po kilkuset metrach skręca w prawo, wprost do potoku. Przez łąki maszerujemy więc brzegiem potoku, raz po jednej raz po jego drugiej stronie. Piękna, mało uczęszczana trasa. Dopiero kilka kilometrów dalej ścieżka staje się szerokim szlakiem. Przy potoku spotykamy jeszcze szlak rowerowy, a ja znowu ściągam buty. Tym razem celowo funduję sobie krioterapię. Zanurzam stopy w lodowatej wodzie, gdy już zaczynają piec z zimna wyciągam i tak kilka razy. Tak zregenerowana mogę iść dalej. Teraz już prosto do wsi. Udaje mi się nawet złapać stopa i tym razem unikamy kilkukilometrowego marszu asfaltem.

Kolejny dzień zapowiada się burzowo. Tak przynajmniej wynika z prognozy pogody. Chmury wiszą nisko, deszcz w planach, więc do plecaka pakuję moje gore. I w tym kluczowym momencie, okazuje się, że tylko ja mam gore. Wbrew własnym zapowiedziom – patrz pierwszy akapit – kurtka Piotra wisi na wieszaku, 140 km stąd!

Ale startujemy. Dziś w planach Borišov i druga część głównej grani przez Ostredok aż po szczyt Krížna. Tylko przez godzinę podziwiamy widoki, jeszcze widać Czarny Kamień, jeszcze mam nadzieję na piękną wycieczkę, gdy z nieba lecą pierwsze duże krople. Mój czerwony świstak będzie mnie teraz chronił przed deszczem. Oby nie za długim, bo softshell Piotra zbyt wiele nie wytrzyma. Decydujemy się iść do schroniska pod Borišovem i tam – po godzinie marszu – decydować co dalej. Jak łatwo się domyślić na szlaku tłumów nie ma. Tuż przed chatą mijamy jednego turystę, który zapewne tam nocował. W chacie spotykamy grupę Polaków, którą deszcz zniechęcił do dalszej wędrówki. Ogrzewamy się herbatą i postanawiamy jednak wspiąć na szczyt. Droga w górę i w dół powinna nam zająć godzinę (uwinęliśmy się w 50 minut), a nawet przestało padać. Niestety – zaledwie na chwilę. Im bliżej szczytu tym bardziej śliski i błotnisty robi się szlak. Zapowiada się niezła jazda w dół. Dobrze, ze na szczycie jest tabliczka z informacją, bo inaczej nie wiedziałabym, że to już. O widokach nawet nie myślę. W dół łapię się kosodrzewiny, byle tylko nie potaplać się w błocie.

Co dalej? Zmierzamy niebieskim szlakiem w stronę rozwidlenia szlaków na Chyzky. Tam zdecydujemy. Momentami nawet przestaje padać. Momentami nawet mam wrażenie, że przez chmury przebija się słońce. I jeszcze te ptaki – śpiewają przecież. Znaczy – wiedzą lepiej i pogoda się poprawi. Kto chciałby moczyć pióra i otwierać dziób, gdy woda kapie mu na głowę! Nawet spodnie zaczynają mi wysychać. Niestety chwilę później deszcz i wiatr odzierają mnie ze złudzeń. Przez resztki mokrego śniegu, chlupoczące pod stopami błoto maszerujemy dalej. Już wiem, że głównej grani nie będzie, nie tym razem. Moja kurtka daje radę, ale tylko moja. Znowu więc Zieloną Doliną wracamy do wsi i do pensjonatu. Ja mam kompletnie przemoczone buty, a Piotr – wszystko. Zapowiada się wielkie suszenie.

I jakby na złość, po powrocie do pensjonatu i przebraniu się – zmienia się pogoda. Widzę błękitne niebo, a nawet słońce. Tym razem postanawiamy więc sprawdzić jak ma się słynny Czarny Kamień, czyli lokalne, lane piwo. A potem jeszcze spacer na przełęcz Veľký Šturec szlakiem rowerowym, który idealnie nadaje się do biegania.

Zresztą w Wielkiej Fatrze jest, gdzie biegać, dzięki ścieżkom, a w rzeczywistości drogom rowerowym. Dzięki jednej z nich po ponad 6 km osiągam Prasnicke Sedlo, by stamtąd dobiec do zielonego szlaku w Suchej Dolinie, czyli tam gdzie moczyłam stopy w lodowatym potoku. Wyszło ponad 15 km biegu i prawie 500 m przewyższenia. Momentami nawet widziałam szczyt Krížna, na którym w końcu nie byłam.

Ostatnie górskie wyjazdy – Gorce w kwietniu, Beskid Wyspowy w grudniu, a wcześniej wspomniane Rohacze – nie rozpieszczają mnie i mojej wysłużonej, górskiej garderoby. Co rusz słyszę charakterystyczne chlupanie w butach. Moich ukochanych, wysłużonych Scarpach. Tutaj gore już raczej nie działa. Buty skończyły właśnie dziesięć lat! A ile ze mną przeszły! Dokładnie 10 lat temu weszłam w nich na pierwszy trzytysięcznik z okazji 30. urodzin KLIK, były w Słowenii, wielokrotnie w Tatrach i przeszły przez Korsykę (GR 20). Po niej dostały drugie życie dzięki wymienionym podeszwom. Szkoda, że nie mają licznika, wiedziałabym ile kilometrów przemierzyły. I po kolejnym chlupaniu w butach myślę, że czas na nowe buty z gore. No, może jeszcze jeden wyjazd przetrzymają, jeszcze ten jeden sezon… Jeśli pogoda będzie łaskawsza, a inny ciuszek z gore, co go zawsze biorę, zostanie na dnie plecaka.

Domowe biuro podróży

W ciągu zaledwie kilkunastu dni stałam się ekspertką w poszukiwaniu tanich biletów lotniczych.

W ciągu zaledwie kilku dni obejrzałam dziesiątki mieszkań w Walencji, nad Jeziorem Como i Garda, w Toskanii oraz w okolicach Wielkiej Fatry. Gorce to już mój drugi dom – więc nawet nie wymieniam.

Efekt jest taki, że w ciągu miesiąca moje konto wzbogaciło się o bilety lotnicze do Walencji i z powrotem. Do Hiszpanii polecimy z przesiadką we Frankfurcie, a niewiele brakowało byśmy w drodze powrotnej zahaczyli o Bergamo – tylko po to by wypić tam kawę (przesiadka dawała nam 6 godzin czasu we Włoszech).

Po polsku, hiszpańsku, słowacku, włosku czy angielsku. Choć tylko pierwszym i ostatnim z wymienionych języków posługuję się dość pewnie, spokojnie koresponduję z naszą gospodynią w Wielkiej Fatrze po słowacku – ustaliłyśmy liczbę noclegów, posiłki oraz ich godziny.

Nie miejcie złudzeń – im dalej od granicy polsko-słowackiej tym trudniej. Choć staram się używać jak najprostszych sformułowań. Mam nadzieję, że kolacja będzie obiadem podanym w porze wieczornej, czyli po powrocie z naszej wycieczki. Na szczęście widzimy się już za kilka dni, a jak wiadomo takie rzeczy najłatwiej wyjaśnić na żywo. Słowacja zarezerwowana – teraz dwa większe wyzwania – czyli Hiszpania i Włochy. Co prawda z rezerwacją noclegu w Walencji mogę jeszcze zaczekać – a tu mam dość konkretne wymagania, czyli mieszkanie nad morzem, o tyle Włochy to już za trzy miesiące. Bo skoro zrezygnowałam z przesiadki w Bergamo, to zaczęłam się przyglądać lotom w tamtym kierunku ze zdwojoną częstotliwością. Nie będzie przesadą, jak powiem, że do porannej kawy przeglądałam strony tanich linii lotniczych. A szczególnie upatrzyłam sobie lotnisko w Ostrawie, do którego mam bliżej niż do Katowic czy Krakowa, strona jest w języku polskim a z Czeskiego Cieszyna pociąg jedzie wprost na lotnisko – czyli same zalety. Wpisałam dwie daty i dostałam pierwszą ofertę. Interesującą – 200 zł za lot tam i z powrotem za osobę. Postanowiłam zaczekać, a w międzyczasie roztaczałam wizję włoskiej sielanki niczym aromat kawy 😉 Tuż przed kwietniowym wyjazdem w Gorce cena spadła o kolejne korony. I nagle cena spadła o kolejnych kilkadziesiąt złotych. Teraz nie było się już nad czym zastanawiać – przewodnik po północnej części Włoch i okolicach Lecco trafił na nocną szafkę, a bilety lotnicze do skrzynki mailowej. No i się zaczęło! Zaraz po tym jak padło pytanie Piotra co my będziemy robić we Włoszech przez dwa tygodnie? Jak to co?! Jeść i pić włoskie pyszności. A wrócimy jako mistrzowie w nawijaniu spaghetti! Ale to dla nas mało – musi być dużo aktywności fizycznej więc górskie wędrówki i trochę wody dla mnie, plus ścieżki biegowe oczywiście. Spokojnie oglądam więc kolejne miejsca – a to widok z okna albo balkon z hamakiem mnie zachwyca, a to gospodarze mają psa, który chętnie towarzyszy gościom na spacerach, a to włoskie śniadanie w ofercie, albo wanna z masażem. Na airbnb czytam opinie o gospodarzach i czasem nawet nie korzystam z translatora. To co najważniejsze – ocenę i ludzkie emocje łatwo rozumieć. Po hiszpańsku coś rozumiem, a włoski przecież taki podobny 😉 W przypadku tych dwóch ostatnich najważniejsze słowa to caffè, pasta i montagne. A jak czytam, czytam i czytam i nic nie rozumiem to znaczy, że trafiłam na recenzję gości z Holandii 😉 I tak niepostrzeżenie powstało moje domowe biuro podróży. Bo logistykiem i organizatorem wyjazdów jestem od początku. Godziny, ceny, transport, atrakcje i najlepsze lody w okolicy – na takie pytania odpowiadam już przed wyjazdem. Zresztą ten element przygotowań, to już jak połowa wakacji. Dzięki linkom, zdjęciom i kontaktom z gospodarzami jadę dobrze przygotowana. We Florencji bezbłędnie rozpoznałam “naszą” kamienicę, bo przecież widziałam ją na streat view. Od lat trudno mi wybrać się na wakacje z biurem podróży – bo tam wszystko ktoś zorganizował za mnie. I gdzie tu zabawa? Gdzie polowanie na okazje i nocleg z klimatem w starym domu? A gdzie kontakty z miejscowymi gospodarzami, którzy pieką najlepsze ciasta? Plany już są – własne mieszkanko na tydzień 200 metrów od Jeziora Como. Znowu więc będę na Resegone. Znowu! Jeśli chcecie poczytać więcej o tej charakterystycznej górze to zapraszam do npm, gdzie wiele lat temu ukazał się mój artykuł KLIK

(Wszystkie pokazane niżej zdjęcia pochodzą z mojego pierwszego wyjazdu nad Jezioro Como.)

A potem tydzień w Toskanii. Udało mi się znaleźć pod dachem starego domu nocleg ze śniadaniem, dwa psy, które uwielbiają wędrówki, lokalne wino do kolacji bez ograniczeń i jedzenie przygotowywane na bazie własnych produktów. Zapowiada się pyszny wyjazd! A po powrocie pewnie relacja i wtedy podzielę się swoimi adresami. A póki co znowu pakuję plecak – wbrew pogodzie za oknem ruszamy odkrywać kolejny kawałek Słowacji.

Dobrze biegać!

– Jak Ci się biegnie?
– Dobrze.

Ten prosty dialog prowadzę sama ze sobą dość często na imprezach biegowych. W ten sposób oceniam swoje możliwości i siły, a czasem dodaję sobie otuchy. Bywa, że zagłuszam tą odpowiedzią Gremlina, gdy próbuje mi wmawiać, że nie dam rady.

Ważne, by biegło się dobrze. To nie znaczy – komfortowo. To nie jest moje bieganie w tempie konwersacyjnym. Wręcz przeciwnie – na nieoczekiwane pytania odpowiadam tylko półsłówkami, a w skrajnym wypadku wysyczę przez zęby: CICHO! W tym tempie nawet nie za bardzo chce mi się myśleć – wolę się skupić na odliczaniu kroków.

Dobrze, czyli w granicach moich możliwości, tak by na mecie nie trzeba mnie było cucić i ratować. Fizyczne zmęczenie – tak – ale takie na jakie sama się godzę, bo wiem, że sobie z nim poradzę. I to „dobrze” oznacza też, że dobrze biegnie mi się od startu do mety. Czyli udało mi się na pierwszych kilometrach okiełznać temperament, adrenalinę i ambicję, i ustalić tempo biegu, przy którym sił powinno mi starczyć na cały dystans. Inaczej mówiąc – że w drugiej części nie zacznę dramatycznie zwalniać, a przeciwnie – nawet przyspieszę. Ta ostatnia sztuka zwana jest przez znawców „negative split”. Piotr stosuje ją z sukcesem, o czym możecie przeczytać TUTAJ!

Pierwszy raz w miarę równym tempem pobiegłam we Florencji. TomTom, z którym biegam drugi rok bardzo mi w tym pomógł. Na pierwszych kilometrach często zerkałam na niego i delikatnie zwalniałam. I tak wyszło ciut za szybko niż planowałam, ale udało mi się utrzymać tempo do końca. Podczas sobotniego biegu w Brzeszczach zaplanowałam sobie śmiałą taktykę. Pierwsza połowa miała być lekko z górki – na tym odcinku miałam trzymać tempo 5:30 i nie zmęczyć się za bardzo. Po 27,5 minutach minęłam połowę – czyli idealnie jak w szwajcarskim zegarku. Teraz zgodnie z wykresem miało być pod górkę, w końcu trzeba wrócić tam skąd się wybiegło. W rzeczywistości pod górkę było mniej niż na mojej najbardziej płaskiej trasie wokół lotniska w bielskich Aleksandrowicach. Kolejne 3 km miałam w planie co najmniej utrzymać tempo, a może nawet przyspieszyć. Hmm… przyspieszyć?! Ze zdziwieniem zanotowałam, że spada mi średnie tempo, a 7. km przebiegłam w 5.18! Idealnie! Po kolejnym km uznałam, że teraz już sobie nie pozwolę się zatrzymać i dokończę swoją najszybszą dychę. Zaczęłam powoli wyprzedzać kolejne osoby i cieszyć się kolejnymi metrami biegu. Na 1000 metrów przed metą szybko policzyłam, że nie tylko poprawię czas z Życiowej Dziesiątki w Krynicy z 2013 r. (to dość specyficzna trasa – jeszcze ma atest PZLA, ale z Krynicy do Muszyny cały czas biegnie się z górki – w pierwszej połowie jest to bardzo odczuwalne i pomocne, druga połowa jest bardziej płaska), ale jeszcze zamienię 55 minuty na 54! Na ostatnich metrach do mety widziałam nawet zegar, który pokazywał 53:50, ale ostatecznie na ostatniej macie pomiaru czasu mój zegarek zatrzymałam na 54:08 i dokładnie taki czas netto mam z oficjalnego pomiaru.

Kilka głębokich wdechów – wolontariuszce poplątały się szarfy z medalami co dało mi czas na uspokojenie oddechu. I uśmiech na twarzy. Dobrze mi się biegło – myślę – może nawet mogłam jeszcze trochę szybciej… Apetyt mi rośnie, a przecież jeszcze tydzień, dwa tygodnie temu nawet tego nie planowałam.

Początek roku nie był taki jak sobie wymarzyłam – najpierw grypa wyeliminowała mnie na tydzień, potem przyplątał się katar, a na początku marca zbuntował się żołądek. Zanim więc na treningach udało mi się przyspieszyć już w kalendarzu pojawiły się pierwsze w sezonie zawody.

Za tydzień kolejne – tym razem półmaraton wokół Jeziora Żywieckiego – z wymagającą trasą. Czyli dużo podbiegów, a ostatni na 19. kilometrze!

Zabawne jest jednak, że ta co za dyszkami nie przepada ma w planie dwie kolejne w ciągu dwóch miesięcy. I piątkę na zakończenie półrocza. Długo i wolno będzie dopiero w drugiej połowie roku.

Szu, szu, szu

Zaczęło się niewinnie – od szu, szu, szu…

Poprzedniej zimy, gdy przypadkiem jakimś spadł w Beskidach śnieg, rzuciliśmy się z Piotrem w góry. Najbliżej gdzie się da, ale żeby jednak były widoki i trochę wysokości. Najbliżej to Skrzyczne – dla odmiany Doliną Zimnika w kierunku na Malinowską Skałę. Tylko, że przed nami na ten pomysł nikt nie wpadł, więc momentami zapadałam się po kolana i lepiej.

Zresztą o zapadaniu się wiem dużo. Jak się ma niespełna 160 cm wzrostu i trafi na nieprzetarty szlak to można i całą nogę wykopywać spod śniegu. Uwierzcie – wygląda komicznie! Jakbym próbowała pływać w puchu. A ile się przy tym napocę to moje. Zapadałam się więc ostatnio w Beskidzie Wyspowym – idę po zmrożonej powierzchni a tu trach i ląduję w wodno-śnieżnej ciapie. Zapadałam się schodząc z Pilska: takie małe były te choineczki nad śniegiem, a to czubki tylko były. I moja noga cała pod śniegiem.

dsc_0122

Ale wracam do Doliny Zimnika. Wygramoliłam się w końcu na Malinowską Skałę, potem na Małe Skrzyczne i tuż przed Skrzycznem zatrzymaliśmy się na mały odpoczynek. I wtedy usłyszałam – szu, szu, szu…

Niczym nie niepokojony, spokojnie i statecznie, bez kopania i zapadania, sunął sobie po niezmąconej powierzchni śniegu, ratownik Grupy Beskidzkiej GOPR. Sunął sobie na skiturach. A ja wpadłam w zachwyt! Oczywiście wiedziałam, że coś takiego istnieje. I nawet miałam znajomych, którzy wędrowali na nartach, ale o sobie w takim wydaniu jakoś nie pomyślałam. Szu, szu, szu… i myśl w głowie zakiełkowała. Szu, szu, szu…

Kilka tygodni później, organizatorzy festiwalu górskiego Wondół Challange zorganizowali konkurs, w którym do wygrania było szkolenie skiturowe. Dostałam się w ostatniej chwili, bo ktoś inny zrezygnował. Pierwszego wrażenia nie zapomnę nigdy – przypięłam narty, stanęłam pod stok i stałam! Zrobiłam krok i stałam! Bajka! zaczęliśmy maszerować, a ja nie dość, że się nie zapadałam to jeszcze przemieszczałam się znacznie szybciej niż w butach trekingowych. Tyle, że to był marzec i śniegu nikt już później nie widział. Doświadczenie miałam więc delikatnie mówiąc – niewielkie. Co mnie więc tknęło, by pod koniec ubiegłego roku zamówić noclegi w schronisku na Rysiance i dwie pary skiturów? Może wieść, że spadł śnieg (to taki czasem ewenement, nawet w Beskidach!), a może dodatkowe sprzyjające okoliczności, że są dwie pary nart i buty w odpowiednich rozmiarach – małe i duże. I tak oto na dwa dni przed końcem roku Piotr i ja stanęliśmy na nartach.

Plany były bardzo ambitne, ale skończyło się na wycieczce na Halę Miziową i z powrotem i na zdobyciu Romanki. Z mojej strony żadnej wywrotki, miły zjazd w puchu i foka oklejona śniegiem tak bardzo, że ostatnie 10 minut do schroniska to była wieczność. Odciski, zderzenia i inne śmieszne sytuacje nie przesłoniły mojej fascynacji skiturami.

Wierzycie w zbieg okoliczności? W taki ciąg dobrych zdarzeń, które pojawiają się w nieoczekiwanym ale właściwym momencie? Ja tak. Nagle Hati Team zaprasza mnie na wieczorne wyjście na Małe Skrzyczne. Chyba byłam pierwsza pod Golgotą, żądna nowych wrażeń. Jest po zmroku, narciarze jeszcze jeżdżą, a my pomykamy wbrew prawom fizyki w przeciwną stronę. Bajka – mrozik, prószy śnieg, lekko wieje, w świetle czołówek błyszczy puch. W dół jadą ratraki, jakby specjalnie dla nas przygotowywały stok. No i tu zaczyna się mały problem. Taki maleńki. Biegam, więc mam kondycję i pod górkę mogę maszerować, nawet na starszym i nie najlżejszym sprzęcie. Tylko wcale nie mam ochoty zjeżdżać w dół. Od trzech lat nie jeździłam na nartach. A jak jeździłam to i tak „mniej-więcej” czyli więcej niż na tyłku, ale mniej niż na nartach.

Dzięki wsparciu i pomocy zjechałam z Małego Skrzycznego bez jednej wywrotki, choć czasem pytałam, gdzie jest stok 😉

I jak podsumował Piotr: w ciągu półtora tygodnia byłam 5 razy na skiturach. Bo jak tylko nastał długi weekend to w wypożyczalni wywęszyłam małe butki i krótkie nartki i już po godz. 15 pomknęłam przed siebie. Odkryłam przy tym „tajne” przejście do zimowego szlaku na Przełęcz Kołowrót, a tam uznałam, że pół godziny na Szyndzielnię to żaden problem. Księżyc świecił, śnieg się skrzył, a ja pokonywałam kolejne metry. Bajecznie było. I jak ciepło mi było pod górkę, tak zamarzłam na zjeździe z Szyndzielni. Termometr w aucie pokazał -13 stopni, a ja jeszcze w domu szczękałam zębami. W sobotni poranek znowu miałam buty, narty i wędrowałam w puchu na Błatnią – puch jest poza szlakami, jak ktoś zna ścieżki i drogi to trafi. Ja trafiłam i tak oto pokonałam na nartach swój pierwszy półmaraton.

Bez złudzeń – na nartach dalej jeżdżę mniej-więcej, i dalej wolę chodzić niż zjeżdżać. I skąd tyle drzew na szlaku, którym planowałam zjeżdżać 😉 Ale bakcyla połknęłam. Zima ma nowy wymiar, a ja przeglądam Internet w poszukiwaniu własnego sprzętu. Jak spotkacie mnie na stoku – to znaczy, że szlifuję technikę, jak na trasie – znaczy, że kocham zimę!