Zimno, coraz zimniej

Tuż przed wejściem obleciał mnie strach. A przecież przyszłam tu dobrowolnie. Gorzej – bardzo tego chciałam. Przygnała mnie ciekawość, ale i pragnienie szybkiej regeneracji i cudu.

A teraz stoję przed drzwiami, które zamknęły się właśnie za grupą 5 śmiałków i czuję jak oblewa mnie pot. Przecież mam być sucha, nie mogę się pocić – myślę nerwowo i sięgam po papierowy ręcznik.

Wdech nosem, wydech ustami. Chodzimy w kółko, co jakiś czas zmiana kierunku. 2 minuty na pierwszy raz. Nie dotykać się, nie pocierać skóry.

Ufff, dużo tego do zapamiętania. Ale nie ma czasu na myślenie, bo właśnie znowu buchnęła para i z oparów wynurza się pięciu śmiałków. Teraz my. Wdech nosem – wydech ustami – wdech nosem…

Drzwi się otworzyły – poczułam chłód – i zamknęły za mną. Ok, bez nerwów. Ciasno, klaustrofobicznie. Wdech, wydech, wdech, wydech. Muzyka, chodzimy, obrót, wdech, wydech, obrót. 2 minuty trwają jak wieczność. Drzwi się otwierają, koniec. A właściwie początek, bo teraz ważne 20 minut. Trzeba rozgrzać ciało. Szybo ubieram moje biegowe buty i wskakuję na bieżnię. Po kilku minutach znowu oblewam się potem, tym razem już nie ze strachu.

-130 stopni w pierwszej chwili może budzić przerażenie. Ale wieczorem miałam taki power do biegania (dla wtajemniczonych: zrobiłam szybkie 15 km i z podbiegami!), że już nie mogę doczekać się kolejnych zabiegów. Za namową znajomych biegaczy postanowiłam poddać się krioterapii, tuż przed kolejnym maratonem. Tym bardziej, że mnie było właściwie łatwiej – na co dzień pracuję w firmie, w której z zabiegów w kriokomorze korzystają kuracjusze. Wystarczyło tylko odpowiednio przed biegiem zaplanować 10 zabiegów i nie stchórzyć.

Jeszcze nie wiem na co lepiej działa – na kondycję i regenerację czy może zamroziła mi komórki mózgu odpowiedzialne za teksty „nie dasz rady!” Ważne, że skutecznie!

Kolejnego dnia nie ma już taryfy ulgowej – 3 minuty. Tym bardziej, że chcę z tego dobroczynnego zimna wyciągnąć jak najwięcej. Odliczam w głowie kolejne sekundy, straciłam poczucie czasu, trzy minuty ciągną się niemiłosiernie. Zaczynają marznąć mi palce dłoni, a wczoraj tego nie czułam. To już chyba ta trzecia minuta. Wychodzimy! Wskakuję na orbitreka, potem bieżnia i energii mam tyle, że mogę przenieść słonia!

Eh, jedna z kuracjuszek zrobiła mi dzień! Powoli robię się sławna 😉 Dziś w szatni odpowiadałam na pytania, który to maraton, na ile kilometrów i jak się je jak tak biegnie. A ile przy tym komplementów: młoda, silna, super kondycja, świetnie zbudowane nogi. A już próba oszacowania mojego wieku mnie ucieszyła – wyglądam na 25 lat! Co prawda czuję się na 21, ale tego się trzymajmy. Może ta krioterapia wygładza też zmarszczki…

A jaka jest rzeczywistość: jestem kilka tygodni przed 40., czasem bezsilna, czterech godzin nie złamię, znowu nie mogę kupić spodni bo mi się łydka nie mieści w rozmiarze 36, a taki przecież noszę! Czasem jednak tak dobrze przejrzeć się w cudzych oczach!

Do kolejnych zabiegów podchodzę już jak stary wyjadacz. Opaska, rękawiczki, maseczka, drewniaki i siup do wnętrza. Trzy minuty dreptania i hop na bieżnię. I tak 10 razy! Jedyna wada – to bieganie na bieżni. 20 minut dłuży mi się bezlitośnie. W terenie tych ponad trzech kilometrów nawet bym nie zauważyła. Tutaj stanowczo zbyt często zerkam na licznik, który odmierza czas.

Teraz trochę fachowych informacji.

Dla kogo leczenie zimnem? Zabieg w kriokomorze pomaga leczyć zapalenia stawów, ścięgien i mięśni, zespoły bólowe kręgosłupa, reumatyzm tkanek miękkich oraz schorzenia neurologiczne.

Niska temperatura to szok dla organizmu. Naturalną reakcją jest włączenie mechanizmu obronnego, który przywraca równowagę funkcjonowania całego ciała.

Krioterapia wspomaga regenerację dlatego tak chętnie korzystają z niej sportowcy, albo tacy amatorzy jak ja.

Już teraz jestem zadowolona z efektów. Na ostatnim etapie przygotowań do maratonu, gdy zmęczenie i znużenie daje się we znaki, dostałam dodatkowy zastrzyk energii. Choćby dlatego było warto. Jakoś mniej marudzę wychodząc na trening, łatwiej podejmuję wyzwania i z zadowoleniem stwierdzam, że przyspieszam. Teraz jeszcze jeden mocny trening, jeszcze ostatnia wizyta w kriokomorze i ostatnia prosta przed 19 listopada! Tradycyjnie trzymajcie tego dnia kciuki. Im bliżej południa tym mocniej.

 

Zdjęcia: Justyna Nauka

Reżim biegowy

– Idź, idź, to Ci wyjdzie na maratonie – powiedział Piotr wypychając mnie za drzwi.

– Chyba bokiem – mruknęłam.

Drugi dzień biegania z rzędu. Zamiast męczyć długie, męczę przez dwa dni szybkie, w tempie mało dla mnie komfortowym. I na dodatek dzisiaj w mżawce, a później już w regularnym deszczu. Głowa mi podpowiada, że kanapa, koc, książka i gorąca herbata to byłby zdecydowanie lepszy wybór. Byłby, ale…

Są dokładnie cztery tygodnie do maratonu. Nie, za dokładnie cztery tygodnie o tej porze będę już na mecie (czas biegnie – już za trzy!).

I po co mi to było? Po co zapisałam się na ten siódmy w moim biegowym życiu królewski dystans. W grudniu 2016 r. miałam zupełnie inną perspektywę. Jeszcze żyłam w euforii po pięknym i bardzo dla mnie udanym maratonie we Florencji, a Piotr w jakiś niedzielny poranek pokazał mi zdjęcie z mety w Walencji. Do tego oczami wyobraźni zobaczyłam hiszpańskie tapas, wino, morze… I to wszystko w listopadzie za prawie rok! Kilka chwil później byłam już na liście startowej. A teraz zaczynam mieć powoli dość przygotowań.

Nie zrozumcie mnie źle – wciąż kocham bieganie! Ale czasem zwyczajnie zostałabym na kanapie. Bo zimno i pada, bo mam za sobą ciężki dzień. Albo jeszcze inaczej – wolałabym pobiegać towarzysko, zamiast wypluwać płuca na kolejnym podbiegu. Wiem, wiem… To wszystko wyjdzie mi na maratonie za cztery tygodnie. Już za trzy…

Ale ja już mam plan na kolejny rok. Po siedmiu latach biegania mogę sobie pozwolić na taki eksperyment!

Nie rzucam biegania i nie oddam moich butów. Ale przez rok nie wystartuję w żadnych zawodach. Postanowienie brzmiało dokładnie: w żadnych z wyjątkiem dwóch. Ale jedne zawody same ze mnie zrezygnowały – w 2018 r. nie będzie Wings for Life w Bratysławie. Więc zostały już tylko jedne zawody – Tallin albo Lago Maggiore. W obu wypadkach będzie to półmaraton i nic więcej! Oba miejsca są na liście pięknych miejsc do zobaczenia, a pretekstem by tam pojechać jest właśnie bieganie.

Gdzie zatem będę? W górach! Moje saucony już się cieszą – więcej będzie marszo-biegowych wycieczek. Na trasach biegów w roli kibica, a może nawet podam Wam medal na mecie i pogratuluję!

Będzie mnie więcej w górach, także na pieszych wędrówkach, bo od tego właśnie zaczęło się moje bieganie. Więcej będzie biegania towarzyskiego – macie ochotę? Zapraszam! Nigdzie mi się nie spieszy! Będę biegać jak chcę, kiedy chcę i ile chcę. Bez planów i reżimów. A że bieganie potrzebne jest mi do życia, nie ma obaw, że z niego zrezygnuję. Po prostu – nie chce mi się już spinać i napinać.

Mam! Złapałam to słowo, które precyzyjnie oddaje to przeciw czemu się zbuntuję. Reżim! Mam dość reżimu, który sama sobie narzuciłam, a teraz próbuję wytrwać. Leje – biegam, ciemno – biegam, zimno – biegam, wykończona – biegam, senna – biegam, zła – biegam. Pewnie, senność, zmęczenie psychiczne, a nawet złość mijają mi podczas biegania. Potem prysznic, obiad i padam na twarz. Kilka stron książki i już zamykam jedno oko, a drugim jeszcze próbuję czytać. To może pojedźmy na weekend do Krakowa – nie no, trzeba biegać. To może piwo, wino wieczorem – nie no, dwa miesiące przed ważnym maratonem nie pijemy. I tak świat opanowuje reżim biegania. A miało być tak pięknie!

I znowu będzie. Bez reżimu!

PS. Spróbujcie mnie namówić na jakieś zawody. Jak pisałam wyżej zwolniło się jedno miejsce po Wings. Musi być wyjątkowo i jeszcze bardziej wyjątkowo! Propozycje poproszę w komentarzach.

PS2. Dwa podsumowanie przyszły mi jeszcze do głowy: najlepszy trening to ten, który właśnie się skończył. Najlepszy dzień to dzień bez biegania.

Miłość od pierwszego dotyku

Moja ulubiona księgarnia jest teraz na kanapie. Pod kocem i z kubkiem gorącej herbaty. Na wszelki wypadek wprowadziłam ograniczenie – 100 zł miesięcznie na książki. Dlatego w sobotnie i niedzielne poranki, przy kawie przeglądamy strony z promocjami i decydujemy co kupimy. Na razie trzymam się dzielnie wyznaczonych sobie limitów.

Klik – do koszyka. Klik – do banku. Klik – czytam!

Dlaczego nikt wcześniej nie uświadomił mi jakie to proste! Żeby nie było – próbowano – ale dopóki sama nie spróbowałam nie wierzyłam. Przecież Piotr Kindla ma już ponad dwa lata. Co mnie przekonało?

Wakacje 2017 r. Lecimy do Włoch. Tani bilet, bagaż podręczny. W małych plecakach musi się zmieścić życie biegaczy, turystów górskich i plażowiczów na dwa tygodnie. Ważę dwie książki w rękach. Wybieram grubszą i z trudem dopycham ją do torby. Piotr zgrywa na czytnik kilka pozycji, a mógłby znacznie więcej. Nie spodoba się, będzie miał nastrój na inną – to będzie czytał coś innego. Ja nie będę miała takiego wyboru. Moja lektura nie była może i zła, ale przewidywalna, a tego nie lubię.

Kilka tygodni wcześniej – przygotowuję mieszkanie na wejście ekipy malarskiej. Żeby dało się przesunąć cztery regały książek, trzeba je najpierw zdjąć i zapakować do pudeł. Mam cztery ogromne pudła i wypełniamy je po brzegi. Dwa lata temu przybył kolejny regał, bo trzy poprzednie nie udźwignęły by już nic więcej. Po przerzedzeniu książek, szybko się okazało, że piąty regał też by się przydał. Tyle, że z wielu z tych książek ścieram już tylko kurz. A co będzie jak zaplanuję przeprowadzkę z tymi wszystkimi książkami? Za dużo tego!

Trzeba było podjąć rozsądne decyzje. Do tego najlepszy jest komputer, tabelka w Excelu i wolny wieczór. Podzieliłam książki na te, z którymi nie mam serca się rozstać i te, które powinien ktoś jeszcze przeczytać. Tych ostatnich zebrało się ponad 200. Trafiły na różnego rodzaju aukcje i grupy. Wycenione po 5, 10, 15 zł. Część jeszcze czeka na czytelników, więc zapraszam na kiermasz J

Wszystkie zebrane w ten sposób pieniądze przeznaczyłam na coś niezwykłego – Kindla Voyage. Upolowany z super rabatem na Amazonie.

I to była miłość od pierwszego dotyku! Jedyne czego żałuję, że taka późna!

Czytam już podczas smażenia naleśników, nocą gdy nie mogę spać. Stoję w kolejce do laboratorium – czytam. Przerwa w czasie konferencji – czytam. Teraz mogę wszędzie – nawet w korku! Nie słychać szelestu kartek, a światełko ekranu nikogo nie budzi. Tylko na początku kilka razy złapałam się na tym, że chciałam odwrócić kartkę. Przyzwyczajenie…

Zalety? Czytam szybciej. Nie wiem jeszcze z czego to wynika, ale to raczej nie kwestia oszczędzania czasu na przewracanie kartek. W dwa wieczory spokojnie połknę ponad 200 stron (tyle ma wersja papierowa). Do końca roku przeczytam to czego nie zdążyłam do tej pory. Tym bardziej, że przede mną podróż do Hiszpanii, znowu tani bilet i bagaż podręczny, a ja mogę zabrać całą bibliotekę.

Może to jest sposób na promocję czytelnictwa w Polsce?

A tymczasem zmykam do mojej wirtualnej księgarni, bo widziałam fajną promocję!

Dlaczego Alpy Bergamskie?

To mój subiektywny wybór NAJ Alp Bergamskich…
… a pewnie jest ich znacznie więcej. Wyobraźcie sobie…

… potok płynący środkiem urokliwej doliny, który przez tysiące lat wyrzeźbił w skałach wanny, a nawet baseny. O gładkich brzegach, głębokie, wypełnione krystalicznie czystą i zimną wodą. Szlak wiedzie raz z jednej raz z drugiej strony potoku. Momentami aż trudno sobie wyobrazić, jak dostać się na drugą stroną. I ta cisza, przerywana okrzykami – patrz, patrz… tam w dole! A to widziałeś! Odwróć się! Zobacz w dół. To my, którzy trafiliśmy tu trochę przypadkiem wracając z Grigne. W terenie to szlak oznaczony 15B i łączy miejscowość Somana z niewielką, górską wioską o nazwie Era. Szlak prowadzi przez cały czas wzdłuż potoku. Trasa zaintrygowała nas już na mapie, gdzie zaznaczono wodospady i sporo punktów widokowych. Początek, idąc od Ery, jest dość stromy, wąska ścieżka zabezpieczona jest nawet łańcuchami. Te pojawiają się także niżej, gdy miejsca jest zaledwie na postawienie dwóch stóp, a zbocze dość urwiste. Gdybyśmy szli w przeciwną stronę, to na szczyt pewnie byśmy nie doszli. Zanurzyłabym się w jednym z tych zagłębień i rozkoszowała się zimną kąpielą. Od razu przypomniał mi się jeden z etapów wędrówki przez Korsykę, tam też natura stworzyła takie miejsca. I jeszcze coś – w tym niezwykłym, rajskim miejscu byliśmy kompletnie sami. Pierwszych ludzi spotkaliśmy już w pobliżu miasteczka, wcale się im nie dziwię, że szukali w tym potoku ochłodzenia.

… kilkunastometrowy wodospad. Na końcu tego szlaku – dla tych co idą w górę – a dla nas na początku, jest niesamowity wodospad. Tu zaplanowaliśmy pierwszy odpoczynek, moczenie stóp w lodowatej wodzie i sesję fotograficzną. Chłód wody po całym dniu wędrowania to najlepsza regeneracja. Aż nie chciało się ruszać z miejsca. Gdybym wiedziała, że to dopiero początek wrażeń!

… niezwykły bukowa las, a w nim gwiżdżące kozice. Ze schroniska Bietti Buzzi w dół prowadzą dwie ścieżki. Jedna pojawia się niespodziewanie i skręca w prawo. Wiedziona jakąś intuicją zawracam Piotra, który pomknął już w dół. – Tędy, chodźmy tędy – zachęcam. I skręcamy. Najpierw przez łąki, wąską ale oznakowaną dodatkowymi żółtymi kropkami ścieżką, schodzimy w dół. Później pojawia się las, piękny, bukowy, chroniący przed słońcem. W ciemnym lesie, na brązowym tle początkowo trudno je było zobaczyć, może gdyby się nie ruszały pozostałyby niezauważone. Ale jedna z kozic tak zabawnie podskakiwała. W sumie wypatrzyliśmy trzy. Zupełnie się nas nie spodziewały. Rozpierzchły się w różnych kierunkach, a później nawoływały, jakby gwiżdżąc przez nos. Piękny widok, a trasa przez las jeszcze piękniejsza.

…kamienne domki ukryte w środku lasu. Chciałabym chociaż raz obudzić się w takim domku, z takim widokiem. Na trasie przez Calivazzo do Ery spotkaliśmy ich co najmniej kilka.

…dolinę niczym Tatrach, tylko bez turystów. Gdyby ktoś teleportował mnie do tego miejsca i kazał zgadnąć, gdzie jestem, to Tatry byłyby pierwszym skojarzeniem. Szczyty trochę w innym kształcie, doliny też bym nie poznała, ale krajobraz do złudzenia przypomina tatrzański. Trafiliśmy tu przypadkiem podczas wycieczki na Zucconne Campelli. Tak to jest jak się nie ufa mapie, a ufa Włochom, którzy mieszając angielski z włoskim chcą dla nas jak najlepiej. Z Piani di Bobbio na szczyt miały prowadzić dwie drogi – jedna łatwiejsza, przez piękne polany, druga – trudniejsza, po skałach. Łatwo zgadnąć co wybraliśmy. A że jeszcze w tą samą stronę szli inni turyści, to poszliśmy za nimi. Tylko oni nagle zatrzymali się i zaczęli wkładać uprzęże i szykować sprzęt na via ferraty, a tego akurat nie mieliśmy. Znowu więc zasięgnęłam języka… początek był na tyle dla nas łatwy – coś na kształt tatrzańskich szlaków z łańcuchami, że szybko wyprzedziliśmy grupę i pomknęliśmy do góry. Do czasu jednak. Na wysokości 2100 m (pomiar wg Tom Tom’a) czyli mniej niż 100 m w pionie do szczytu, podejmujemy decyzję o wycofaniu się. Przed nami stroma ściana, a ja niestety nie jestem w stanie ustalić czy to najtrudniejszy moment czy nie. Postanawiamy tu wrócić jeszcze, ze sprzętem, i powspinać się na tej ferracie. Zamiast powrotu po własnych śladach schodzimy stromym trawiastym zboczem, w dole widać już szlak. Dolina otoczona niemal ze wszystkich stron górami robi wrażenie. Odnajdujemy na kamieniu numer szlaku i odnajdujemy naszą pozycję na mapie. Wybieramy inny szczyt – Cima di Piazzo. Szeroki, trawiasty szczyt zakończony skalnym urwiskiem. Choć w pobliżu są aż dwa schroniska – jedno z nich dość kosmiczne (Rifugio Nicola) – na szczycie siedzą oprócz nas jeszcze zaledwie dwie osoby.

… kosmiczny statek na szczycie Monte Due Mani. Taki statek – schron – spotkaliśmy już na Grignetta. Szczyt wznoszący się niemal tuż nad Lecco i jeziorem Como widziałam już z Resegone, my trafiamy tu podczas wycieczki, której trasa rozpoczyna się w wiosce Casere. Czyli rano wywieźliśmy się tam autobusem, a teraz wracamy przez góry. Szczyt Due Mani jak podaje Wikipedia to dziesięć małych szczytów, których grań przypomina dwie otwarte dłonie, stąd nazwa. Po drodze spotykamy stado koni, kozicę, a pod szczytem wyleguje się spore stado kóz. Jak tu dotarły, czemu zwabiła je licha trawa wśród skał i kto je wydoi na tej wysokości? A może same wracają na noc niżej, ot wysokogórskie kozy, jak i owce, które spotkaliśmy kilka dni wcześniej, kilkaset metrów po zejściu ze szczytu Grigne.

…widoki, widoki i jeszcze raz widoki! Wystarczy wyjść na szczyt. Z jednej strony jezioro, z drugiej morze gór. Tych bliższych – Alp Bergamskich i tych wyższych, pokrytych lodowcami. Stojąc tam na górze, łatwo planować kolejne wycieczki. To tam chodźmy, tam i potem tam.

…Resegone. Jedna z najładniejszych gór jakie widziałam. Zwyczajnie – ma piękny, charakterystyczny kształt. A do tego jest bardzo różnorodna i oferuje kilka dróg na szczyt, w zależności od potrzeb i umiejętności. KLIK

…Grigne (2410 m npm), czyli królową. Nie mogę jej pominąć skoro kilka pierwszych NAJ pochodzi właśnie z wycieczki na ten szczyt, a właściwie z drogi powrotnej z niego. Grigne widać z kilku miejsc. Najpierw z rejsu po jeziorze Como. Później ze szczytu Resegone, a w końcu mamy ją niemal na wyciągnięcie ręki, stojąc na szczycie Grignetta (2177 m npm). To wyciągnięcie ręki z tego miejsca jest jednak bardzo złudne. Łączy je szlak oznaczony numerem 7, ale na jego pokonanie potrzeba 3,5 godziny i przez Włochów określany jest jako bardzo trudny. Nie ma więc szans, byśmy podczas opisanej w poprzednim poście wycieczki, weszli na obie góry. To wyzwanie zostawiamy sobie na kolejny wyjazd. Grigne zdobędziemy poznając kolejny fragment Alp Bergamskich. Z Lecco wyruszamy jednym z najwcześniejszych autobusów, tuż po 7 ruszamy na szlak. Tym razem kierowca wysadził nas w Balisio i stąd rozpoczynamy wędrówkę. Zgodnie z planem, tym razem przejdziemy cały masyw i zejdziemy nad jezioro, skąd do Lecco wrócimy pociągiem. Jak się później okaże, to było prawdziwe zrządzenie, że wybraliśmy właśnie ten kierunek. Idąc w przeciwną stronę chyba zostalibyśmy w jednym z tych wyjątkowych miejsc, jakie odkryliśmy, o czy wyżej. Początek trasy to dość szybie podejście do schroniska Antonietta. Tak nam spieszno na górę, że nawet się tu nie zatrzymujemy. Tym bardziej, że pierwsze osoby już zaczęły podchodzić w stronę szczytu. Mijamy stado owiec i kóz i generalnie pniemy się w górę. Co prawda mam wrażenie, że szlak odbija w lewo na przełęcz, ale wszyscy podążają w górę więc my także.

…Bivacco Riva Girani na wysokości 1830 m npm, schron, który otwarto w 2010 r. i w którym w sytuacji awaryjnej lub w razie potrzeby można przenocować. To moje kolejne NAJ. I pełen podziw dla włoskiej przezorności! Bo bez czego nie można przeżyć w górach?! Jasne – bez wody, jedzenia i dachu nad głową w złą pogodę. Ale przecież pod ręką musi być kawiarka – a najlepiej trzy, by dla wszystkich starczyło! – kawa, cukier i … korkociąg. Wokół czysto  i choć skromnie, można tu spokojnie spędzić noc. Widok o poranku muszę jeszcze kiedyś zobaczyć. Po krótkiej przerwie znowu ruszamy do góry, ścieżka prowadzi w kierunku grani, choć głowę bym dała, że szlak widzę po lewej stronie. Po drodze mija mnie biegacz… Po 3 godzinach i 15 minutach marszu okazuje się, że wyżej już się nie da. Piotr siedzi na swoim najwyższym szczycie już od kilkunastu minut. Tak, tak… ścigał się z biegaczami! To jego najwyższy wówczas szczyt, dlatego tradycyjnie świętujemy już w schronisku, po włosku.

…smak nalewki na szczycie! Wybieramy dwie i delektujemy się na tarasie grappą na bazie lukrecji i likierem ziołowye Braulio Amaro Alpino, według receptury opracowanej w 1875 r. przez botanistę Dottore Francesco Peloni. Składniki Amaros, jak można przeczytać na stronie jednego ze sklepów z alkoholami, to wyłącznie świeże zioła i woda źródlana z regionu górskiego Valtellina. Zioła są suszone na świeżym powietrzu, a następnie fermentowane przez miesiąc przy użyciu wody źródlanej i alkoholu. Teraz już rozumiem skąd ten smak. W schronisku spotykamy biegaczy – opowiadają nam o biegu na Grigne i o półmaratonie w Lecco. Pierwsze schronisko powstało w tym miejscu w 1895 roku. Obiekt nie przetrwał jednak wojny i został zniszczony w 1944 roku. Odbudowano go 4 lata później, a jego dzisiejszy kształt to efekt modernizacji przeprowadzonej w 1995 roku. Z tarasu przed schroniskiem aż nie chce się ruszać.

Do trzech razy sztuka! Rysy

Na ten szczyt wybieraliśmy się razem – bo trudno powiedzieć, że próbowaliśmy wejść – już trzy razy. Pierwszy raz we wrześniu ubiegłego roku. Dzień po moim powrocie z Roztocza mieliśmy wstać o 4 nad ranem, godzinę później wsiąść do auta, dotrzeć do Palenicy Białczańskiej, pokonać asfaltową drogę do Morskiego Oka (bo zwykle to ona mnie pokonuje swoją długością, asfaltem i konnymi dorożkami z tłumami turystów), wejść na szczyt i wrócić tą samą drogą. Karkołomne jak na jeden dzień. O 4 rano zabrakło nam obojgu motywacji, by tak poświęcić się dla tej góry.

Drugi raz wymyśliłam i zaplanowałam wyjazd w Tatry na pierwszy lipcowy weekend. Tym razem miało nie być nielubianej przeze mnie asfaltowej drogi do „Moka” (tam i z powrotem). Mój wariant: dzień pierwszy – Kuźnice, Murowaniec, Zawrat, Dolina 5 stawów, Szpiglasowy Wierch i zejście do Morskiego Oka. Drugi dzień: wejście na Rysy i zejście do Palenicy. Udało mi się nawet zarezerwować nocleg w schronisku nad Morskim Okiem – spróbujcie sami. Niektóre terminy gospodarze oferują już… na przyszły rok. Udało się nam nawet wstać o 4 rano i o 7 zameldować na parkingu przy Rondzie Kuźnickim. Mniej więcej do tabliczki Zakopane, wszystko szło zgodnie z planem. Gdzieś na wysokości Kościeliskiej spadły pierwsze krople deszczu, potem kapało, padało i lało. W aucie przesiedzieliśmy godzinę. Ja zaklinałam chmury i pogodę. Miły pracownik campingu pod Wielką Krokwią sprawdzał dla mnie w Internecie wszystkie możliwe prognozy pogody. (Dziwne, bo moje prognozy od kilku dni mówiły o całkiem dobrych warunkach!) – No, ciulata pogoda, hej – podsumował swoje poszukiwania, z charakterystycznym góralskim zaśpiewem. Wróciliśmy do domu jak niepyszni.

Kolejną datę wyznaczyłam na pierwszy weekend września. Na nocleg w Morskim Oku czyli realizację powyższego planu nie było już szans. A, że w ręce trzymałam najnowsze wydanie NPM, w którym podano wyniki rankingu najlepszych schronisk (wygrało po raz drugi z rzędu schronisko w Dolinie Roztoki, jedyne w którym mimo tylu lat chodzenia po Tatrach nigdy nie byłam), zadzwoniłam do zwycięzców z gratulacjami i z nadzieją na nocleg. Udało się – co prawda czeka mnie deptanie asfaltu, ale mamy gdzie spać.

Im było bliżej wyjazdu tym prognozy były gorsze. Łącznie z zapowiedzią śniegu w wysokich partiach. Zamiast czapeczki z daszkiem chroniącej przed słońcem, do plecaka trafiły czapki, opaski i rękawiczki. Do tego polary, kurtki i długie spodnie. I nadzieja, że do trzech razy sztuka. Im bliżej było wyjazdu tym częściej modyfikowałam plan. W końcu zapadła decyzja, że skoro wyjeżdżamy w piątek po pracy i śpimy w Roztoce, na Rysy ruszymy już w sobotę. Unikniemy tłumów! Burze miały pojawić się w górach po południu, dlatego im wcześniej zaczniemy – tym lepiej i tym większe szanse by wejść na górę.

Skąd ta determinacja? Ano obiecałam Piotrowi zdobycie najwyższego szczytu naszego kraju – to kolejna cegiełka w zdobywaniu doświadczenia i poznawaniu Tatr. Kilka osób weszło już ze mną na Rysy, wiedziałam, że kondycyjnie i technicznie Piotr sobie poradzi. Rok wcześniej w bardzo trudnych warunkach przeszedł słowackie Rohacze, a przed nami jeszcze wspólna Orla Perć. Jeśli więc mówię, że wychodzimy wcześnie, to mam na myśli naprawdę wczesną godzinę. W schronisku cisza nocna trwała jeszcze w najlepsze, gdy jak myszki pakowaliśmy plecaki. Dość dodać, że mój TomTom zakwalifikował ten trening jako… nocny. Bo i nocą, przy świetle czołówek opuszczaliśmy schronisko. Była dokładnie 4.50! Kilka minut po godzinie 6 zameldowaliśmy się nad Morskim Okiem. Co prawda nie liczyłam na tłumy towarzystwa, ale spodziewałam się, że jednak jeszcze ktoś pójdzie. A tu nikogo. Dodam, że pogoda była… dla koneserów. Nisko wiszące chmury nie dawały nadziei na sukces. Stawu właściwie nie było widać. Na szczęście spotkaliśmy jeszcze kilka osób, które na Rysy ruszały z Morskiego Oka. Czyli jednak jest kilku wariatów więcej. Tuż przed 7 byliśmy już nad Czarnym Stawem. Szybko – uznałam – ale to przecież dopiero początek. Zawsze w tym miejscu przypomina mi się opis szlaku z najlepszego przewodnika po Tatrach autorstwa Józefa Nyki: po obejściu Czarnego Stawu szlak gwałtownie podrywa się do góry. Rzeczywiście podrywa się. Na dodatek mokre od wilgoci kamienie uświadamiają, jak ślisko może być na zejściu, a i skały powyżej Buli pod Rysami, gdzie zaczyna się prawdziwa przygoda czyli łańcuchy też wolałabym by były suche i dawały dobrą przyczepność. I tym razem góra nareszcie pozytywnie mnie zaskoczyła. Powyżej Buli, gdzieś za pierwszymi łańcuchami podniosłam głowę i zobaczyłam zarys szczytu. Chmury zdecydowanie się przerzedzały! Im wyżej, tym widoków było więcej. A to w stronę Mięguszowieckiego, a to na Niżne Rysy. Szybko pokonywaliśmy kolejne metry, po drodze minęliśmy kilka osób, które wyszły przed nami i powyżej nie było widać nikogo. To dawało szansę na niezwykłe zjawisko – na szczycie będziemy sami! Kto był na Rysach w trakcie sezonu turystycznego wie, jaka to rzadkość! Zadzieram głowę do góry i okazuje się, że za moment dotrę do grani! A stamtąd do celu już blisko. Zerkam na zegarek niedowierzając, że to już. I wyciągam aparat bo chmury właśnie się rozstąpiły, a ja mam przed sobą panoramę słowackich szczytów wynurzających się z morza chmur. Jeszcze tylko ubezpieczony trawers, obchodzimy szczyt i siadam na najwyższym punkcie naszego kraju. I rzeczywiście – po raz pierwszy jak tu jestem – nie ma oprócz nas nikogo. Jest godz. 8.45! Niedowierzam trochę. Znad Czarnego Stawu zaledwie 1 h i 45 min. Od Schroniska w Roztoce – 3 h i 45 minut marszu. Jeszcze pamiątkowe zdjęcia, wejście na słowacki wierzchołek wyższy o 4 metry i ruszamy w dół. Mamy sporo czasu i jeśli pogoda się utrzyma planuję pokazać Piotrowi jeden z moich ulubionych szczytów – Szpiglasowy Wierch. Co prawda zwykle chodzę w przeciwną stronę czyli z Doliny 5 Stawów, ale ten wariant pozwoli nam uniknąć powrotu do schroniska asfaltową drogą. I znowu powtórka z rozrywki – na dole chmury przesłaniają widoki, im wyżej – tym lepiej. Na chwilę nawet zaświeciło słońce! Ta trasa, dość mało popularna, jest przepiękna. Nawet Mnich wynurzył się z chmur, dokładnie widać szlak na Wrota Chałubińskiego, a pod Szpiglasowym spotykam zaciekawioną kozicę. Widoki jeszcze są, ale gdy schodzimy do „piątki” towarzyszy nam już tylko wiatr i chmury. Do Roztoki docieramy po godz. 16 czyli niespełna dwanaście godzin od wyjścia, po 32 km i prawie 2,5 tys. m przewyższenia.

Do trzech razy sztuka – uśmiecham się zadowolona. Piotr ma swoje Rysy, ja dotrzymaną obietnicę i szarlotkę na ciepło z lodami w najlepszym polskim schronisku. Ten wyjazd miał być też dla mnie okazją poznania miejsca, które przez lata wędrowania po Tatrach, omijałam. I pewnie jak wielu turystów nie zeszłam zielonym szlakiem od Wodogrzmotów Mickiewicza. Z tego miejsca to zaledwie 15 minut. Paradoksalnie – to dobrze dla tego miejsca. Nie ma tam tłumów, które wpadają na piwo i siku. Schronisko dzięki unijnym funduszom przeszło remont w 2010 roku. To na co zawsze w pierwszej kolejności zwracam uwagę to stan łazienek. I tu zaskoczenie – jest lepiej niż w nie jednym pensjonacie. Czysto, funkcjonalnie i jeszcze ogrzewanie podłogowe! W kuchni turystycznej lodówka – brawo dla gospodarzy – i miejsce gdzie można zostawić zbędną żywność innym turystom. Pokoje niewielkie, ale czyste. Do tego chwalona przez turystów kuchnia i sympatyczna atmosfera – poczynając od momentu rezerwacji, przez kontakt przed przyjazdem, aż po sam pobyt. Zdecydowanie polecam!

Swoich wejść na Rysy nie liczę, 7 razy byłam tam na pewno, ale podejrzewam, że jest tego więcej. Może jeszcze pokusimy się o zimowe wejście, ale to może… Zdecydowanie planuję swój powrót na słowacką stronę, gdzie ciszej, spokojniej, a szlaków pod dostatkiem. W przyszłym roku planujemy jeszcze wspólną Orlą Perć – też ze startem o 5 nad ranem najlepiej.

Prawie jak Tatry… Prawie!

Gdyby…

Gdyby Włosi przyznawali obywatelstwo za zdobycie pewnej góry, ja byłabym już Włoszką. Gdyby… Weszłam na pewien niepozorny, choć bardzo piękny szczyt cztery razy. I czwarty raczej nie był ostatnim!

Gdyby nie pewna dziewczyna, Agnieszka, raczej  nigdy bym o tej górze nie usłyszała. Ma niewiele ponad 1800 m npm. Bo są takie góry, które znają tylko wtajemniczeni. Agnieszka wtajemniczyła mnie, pewni Włosi Agnieszkę, a latem tego roku ja wtajemniczyłam Piotra. I chyba dość skutecznie, bo są już plany powrotu i ponownego wejścia na szczyt, tym razem trasami z via ferratami.

Co prawda kilka lat wcześniej o tej górze pisałam w pewnym miesięczniku górskim KLIK, ale po tym tekście zbyt wielu turystów z Polski raczej tam nie poleciało, a na szlakach trudno spotkać tłumy. Każdego dnia mijaliśmy zaledwie kilka osób. Ot, wchodzili na szczyt z różnych stron a potem każdy szedł w swoją stronę.

Kiedy więc kilka miesięcy temu znalazłam tani bilet lotniczy z Ostrawy do Bergamo przeprowadziłam w domu krótką akcję promocyjną tego włoskiego regionu. Tani, bardzo tani bilet! Z lotniska, które wielkością bardziej przypomina dworzec autobusowy. Tak tani, że za tę kwotę pociągiem nie dojadę do Warszawy i z powrotem. Po kilku dniach cena spadła jeszcze trochę a ja byłam posiadaczką dwóch biletów lotniczych do kraju, za którym się stęskniłam i do miejsca, które warto pokazać. Gdzieś tylko po drodze między koszykiem a zapłatą padło pytanie – co my tam będziemy robić – ale dokładnie wiedziałam co! Jeść pastę i lody, pić kawę i wino, podziwiać widoki.

Jednym z pierwszych jaki zobaczyłam, był widok światełka tuż nam moją głową. Była godzina 21, my właśnie wysiedliśmy z pociągu w Lecco, a ja spojrzałam za siebie. To świeci się górna stacja kolejki na Piani d’Erna – zawołałam! Po 8 latach nieobecności w tym miejscu, plac przed dworcem rozpoznałam od razu. Uliczka w dół. Po lewej miejsce, gdzie piłam kawę i przystanek autobusu nr 5. A potem skrzyżowanie. I tu popełniamy błąd – mało dokładna mapka, kiepski gps i zamiast w prawo skręcamy w lewo. I od tego momentu oddalamy się od celu – od mieszkania w Lecco i kolacji. Zdezorientowana, bo nie widzę nawet jeziora, postanawiam zatrzymać pierwszego napotkanego Wocha. Roberto już po pierwszym zdaniu uświadamia mi za co tak bardzo lubię Włochów. Za bezpośredniość. W środku nocy, z uśmiechem na twarzy, łamaną angielszczyzną z włoskimi wkrętami, w jednej chwili rzuca swoje plany, zmienia kierunek marszu i postanawia nam pomóc. W rezultacie zawraca z kompletnie źle obranej drogi i odstawia niemal pod drzwi. Co prawda nie jest to najkrótsza trasa – bo po drodze musi nam pokazać najlepszą lodziarnię, najlepszą piekarnię, najlepszą pizzerię i najlepsze miejsce na aperitivo. Braknie czasu by to wszystko przetestować! Rozmawiamy o kuchni włoskiej, tańcu, historii miasta, torach wyścigowych – to dla Piotra – i o czekoladzie. Widać było, że podobało się mu, że nam się tu podoba!

A ja uwielbiam Włochy. W najzwyklejszym sklepie spożywczym czuję się jak w raju – oliwki, sery, makarony, pesto i limoncello. Na szczęście, w Lecco przytycie nam nie grozi. Upał – temperatura wieczorem nawet 35 stopni – skutecznie odbiera mi apetyt na cały dzień. A dokładnie po espresso i rogaliku, aż do pasty i wina. Czas pomiędzy spędzamy w górach!

W 99% przypadków w góry zabieram mapę. Ten 1% to wycieczki na Szyndzielnię, Klimczok, Błatnią czy inne pobliskie górki, gdzie znam każdy zakręt, a trasy wrzucam do grupy: spacer. I korzystam z tych map – a to znajdę alternatywną ścieżkę, a to nową trasę, dzięki której zaplanuję pętlę. Tu zapomnijcie o klasycznych mapach. Jeszcze w Polsce, w jednym z internetowych sklepów zdobyłam turystyczną mapę Lake of Como. Szybko kupiłam i jak otworzyłam to się rozczarowałam. Moja kultowa góra nawet się na niej nie zmieściła, a przecież króluje nad Lecco! Wszystkie szlaki oznaczono kolorem czerwonym, nie ma ich numerów i czasów przejść. Przez dwa pierwsze dni pobytu w Alpach Bergamskich bazujemy więc na mojej pamięci, wspomnieniach sprzed lat i tekście mojego autorstwa w NPM (na szczęście nie brakuje tam praktycznych informacji, z których przed wyjazdem zrobiłam notatki). Pamiętam gdzie był przystanek autobusu nr 5, wiem gdzie kupić bilety i nawet poprawnie odczytuję rozkład jazdy! Jedna linia – piątka, ten sam przystanek, a zatrzymują się tu autobusy jadące w przeciwnych kierunkach i w dodatku w kilkuminutowych odstępach czasu. Do tego inaczej jest w wakacje, święta, niedziele, w dni wolne i jeszcze inaczej w sierpniu! Wsiadamy do właściwego autobusu i docieramy do dolnej stacji kolejki linowej. Tak jak kilka lat temu Agnieszka, tak ja teraz wpadam do środka po schemat z numerami tras. BINGO! Ale zanim ruszymy znowu zagaduję pierwszego spotkanego Włocha – tym razem pracownika kolejki. I z tego byłabym tu znana – nie wiem, to od razu pytam. Czasem trafiam na barierę językową, ale częściej dostaję to czego potrzebuję.

To ruszamy, bo już się nie mogę doczekać „mojej” góry i wrażeń Piotra. Najpierw lekko w dół – to pamiętam! Ale potem już za bardzo w dół, a i góra jakby za placami. Wracamy! Nawet kilometra nie przeszłam a już zabłądziłam. Drugi raz, kilkaset metrów dale, gdy z asfaltowej drogi skręcam w pierwszą z brzegu ścieżkę. To nic, że nie ma znaku, ważne że do góry. Zatrzymuje mnie dopiero elektryczny pastuch więc znowu jest odwrót. Jednak miał być asfalt. Teraz już trzymam się grzecznie turystów przed nami i wszystko zaczyna się zgadzać. Podchodzimy do schroniska Stoppani – Agnieszka, pamiętasz jak dwa młode byczki wracały z pierwszego wejścia na Resegone, świecąc sobie pod nogi jedną czołówką?! Niewtajemniczonych zapraszam TUTAJ Po drodze mijamy jeszcze odbicie na via ferratę Gamma Uno, a ja snuję opowieści z przeszłości. Na Piani d’Erna zmiana planów, miały być trasa nr 5 i 1, ale zaraz, zaraz… Tu powinno być coś trudniejszego i bardziej efektownego. Dziesiątka! Przecież ja ją znam. Co prawda Piotr pyta czy się nie zgubię, ale skąd… ja?! Odzyskuję pamięć! I tu wszystko jest już na miejscu – widoki, pusty szlak, trochę łańcuchów i zęby piły czyli Resegone w całej okazałości. Piękna trasa, wołam co chwilę i trudno się dziwić, że na jednym ze zdjęć Piotr uwiecznił mnie z otwartymi w zachwycie ustami. I jest szczyt z pięknymi widokami. W schronisku wciąż kawa z 1 euro i wybór nalewek. No i znowu mieliśmy wracać jedynką. Ale w przedsionku schroniska wisi wyblakła mapa, a mnie nazwy miejsc coś przypominają. Passo Giuff, Passo del Fo, schronisko Alpinisti Monzesi. Zamiast jedynki jest więc siódemka i niesamowity, prawie beskidzki las. To drugie oblicze Resegone – z jednej strony strome skaliste zbocza, z drugiej łagodne i zalesione trasy. Na Piani d’Erna zaglądamy jeszcze na Pizzo d’Erna, słynną Gamma Uno – tym razem z drugiej strony i bardzo fotogeniczny most. To jeszcze na przełęcz chodźmy – patrzę błagalnym wzrokiem. Schronisko zamknięte – w samym środku sezonu – nie ma włoskich przewodników, ale ściana znajomej ferraty wciąż robi wrażenie. Wygląda więc na to, że moje czwarte wejście na Resegone może nie być ostatnim. Tym razem nie mam sprzętu na ferraty, ale Piotrowi góra się spodobała. Jest kolejny wtajemniczony.

Królowa i księżniczka

Są dwie. Ich strome zbocza opadające w kierunku jeziora Como widać doskonale podczas rejsu promem do Bellagio. Na szczycie Grignetta byłam wiele lat temu. Pamiętam szczyt i niesamowite formacje skalne mijane w drodze na wierzchołek. I widok na wyższą z Pań. Bo przecież Grigna i Grignetta to z powodzeniem mogłyby być piękne, kobiece imiona. Dzień wcześniej u wspomnianego już pracownika kolei linowej potwierdzam swoje przypuszczenia, że autobus nr 1 dowiezie mnie na miejsce, gdzie zaczyna się szlak. Stamtąd szlakiem wzdłuż potoku, Doliną Calolden mamy dotrzeć do Piani Ressinelli. Potok płynie jednak tylko na początku, później wody brak, ale szlak prowadzi wzdłuż skalnych form i ogromnych głazów, więc jest na co patrzeć. I w dodatku idziemy przez gęsty las, słońce tu nie dociera i nie czuć upału. Dziwne… Nic mi to nie przypomina, niczego nie kojarzę, jakbym była tu po raz pierwszy. Na Piani Resinelli wszystko staje się jasne. Poznaję parking i przystanek. My tu przyjechałyśmy porannym autobusem i dopiero stąd wyruszyłyśmy na szczyt. Tak jak wtedy – ruszamy w górę, tyle tylko, że jest już południe i słońce grzeje mocno. Zgodnie z informacją uzyskaną od pracownika schroniska – tak, znowu zaczepiałam ludzi! – czekają nas dwie godziny wędrówki na górę i 1,5 h w dół, o ile będziemy szybcy.

Najpierw zakosami pod górę przez las. Po kilkunastu minutach wychodzimy na otwartą przestrzeń. I od razu uderza we mnie rozgrzane powietrze. Jest południe, późno by wychodzić na szczyt. Ale pospaliśmy, późny transport, wędrówka doliną i dopiero teraz zaczynamy podchodzić na Grignettę (Grigna Meridionale, 2177 m npm). Dwie godziny w upale – myślę – nie będzie łatwo. Mijają nas pierwsze schodzące ze szczytu osoby. Do góry tylko my – pójdą jeszcze inni, ale za nami.

Im wyżej, tym więcej widać, ale znowu brakuje mi zapamiętanych widoków. Po prawej piękne strzeliste skały, udaje mi się nawet wypatrzyć dwuosobowy zespół w ścianie. Rozwidlenie szlaków – tu czeka na mnie Piotr z informacją, że według szlako wskazu do szczytu mamy 20 minut. Jak to?! To już?! Idziemy niewiele ponad godzinę. Kilka kroków dalej spotykamy włoskiego turystę, który zapewnia mnie, że jeszcze tylko kwadrans. I rzeczywiście – szybko stajemy na szczycie, gdzie obok krzyża stoi charakterystyczna metalowa kapsuła. Schron Bivacco Ferrario , z którego w czasie burzy nie chciałabym korzystać. Widok na szczycie i ze szczytu się zgadza – przed nami Grigna (lub Grignone albo Grigna Settentrionale 2410 m npm). Z daleka – niby na wyciągnięcie ręki, z Grignetty jakby trochę dalej. Za późno już by wejść na drugi szczyt i za dnia dotrzeć do domu. Trzeba więc zaplanować dodatkową wycieczkę na szczyt. Wycieczkę tak niezwykłą i obfitującą w tyle pięknych miejsc, że zostawiam ją na dodatkowy wpis.

Informacje praktyczne:

Bilet lotniczy z Ostrawy do Bergamo – Ryanair: 140 zł w obie strony.
Lot trwa niespełna półtorej godziny. Lotnisko w Ostrawie przypomina raczej większy dworzec autobusowy. Można zostawić na parkingu – ale na dwa tygodnie to wydatek blisko 200 zł. Można z Czeskiego Cieszyna dojechać wprost na lotnisko pociągiem. Podróż z przesiadką trwa 1,5 godziny. Bilet kosztuje 100 koron.

Autobus nr 1 dowiezie z lotniska Bergamo do centrum miasta w ciągu kilkunastu minut. Przystanek tuż przed halą przylotów. Bilet można kupić na lotnisku – cena: 2,30 euro. Autobus jeździ co pół godziny.

Pociąg z Bergamo do Lecco: 3,60 euro od osoby. Podróż trwa 40 minut.

Linia nr 5 – przystanek tuż obok dworca. Kierunek: kolejka na Piani d’Erna. Bilety do kupienia w kiosku. Cena: 1,30 euro.

Linia nr 1 – przystanek tuż obok dworca. Kierunek: Laroca. Trzeba wysiąść na ostatnim przystanku. Koszt biletu: 1,30 euro.

Kawa espresso: 0,9-1 euro
Rogalik z kremem: 1,30 euro (polecam krem tesoro di bosco – owoce leśne i pistacchio – pistacjowy)
Duża kanapka z wędliną i serem: 3,50
Cappuccino: 1,20 euro

W Bellagio – gdzie warto popłynąć promem – 16 euro w obie strony, rejs trwa ponad 1,5 godziny – jedliśmy przygotowywane w sklepie kanapki, z wybranych składników. Ciabatta, prosciutto, ser lokalny, oliwki zielone, pomidor: 5 euro.

Wino w sklepie Conad: 3-4 euro
Limoncello: 6 euro

Informacja turystyczna: godz. 9-18
Koniecznie trzeba odwiedzić to miejsce i zabrać mapę z oznaczonymi szlakami. Trasy są ponumerowane na mapie od 1 do 173. To nie jest ta sama numeracja co w terenie! Na odwrocie mapy trzeba znaleźć wybrany numer, odczytać jego numer w terenie i czas przejścia. Nie jest to może zbyt wygodne, ale szlaków jest tyle, że kolory tworzyłyby niemożliwą do odczytania siatkę. Są jednak szlaki, których na mapie nie ma – to różne warianty jednej z tras. W terenie opisane są dość dobrze, są strzałki i tabliczki. Warto wiedzieć w jakim idzie się kierunku. Z oznakowaniem szlaków w terenie bywa różnie – to co znamy z polskich gór, tutaj nie istnieje. Czasem na szczyt prowadzi tylko wyraźna ścieżka, a znaki zatarł czas. Czasem szlak o tym samym numerze pojawia się w kilku miejscach na zboczu tej samej góry i nijak się te drogi w rzeczywistości nie łączą.

Szlaki oznakowane są białymi i czerwonymi, pionowymi pasami – czerwony, biały, czerwony – na białej części najczęściej jest numer szlaku. Ale spotkałam też w terenie czerwone kropki, żółte strzałki czy linie oznaczające kierunek na grani i niebieskie kropki. Na początku może trudno się połapać, ale z każdym dniem w Alpach Bergamskich jest coraz łatwiej.

Wybierając się w określoną część Alp Bergamskich, na wybrany szczyt – warto mieć oprócz mapy schemat szlaków dla danego obszaru. Np. Resegone, Grigna, Monte Legnone. To jednak schemat szlaków z ich numerami zaznaczonymi na zdjęciu masywu.

Pracownicy informacji turystycznej mają sporą wiedzę o tych górach, wydrukują rozkład jazdy, dadzą mapę i schematy. Są bardzo pomocni w planowaniu wycieczek. Na moim egzemplarzu profilaktycznie napisano mi nawet numer do ratowników górskich – na wszelki wypadek. Nie był nam potrzebny, ale zapewniono mnie, że mówią po angielsku i pomogą w razie konieczności.

Pociąg Lecco-Mediolan: 4,60 euro. Podróż trwa 50 minut.

W ciągu 6 dni pobytu w Lecco i w Alpach Bergamskich wypiliśmy:
40 litrów wody/2 osoby
3 litry soku owocowego
2 limoncello – po 0,5 litra
5 win czerwonych i 2 białe

Pod słońcem Toskanii

Z każdym kilometrem jestem coraz bardziej przerażona. Wysiedliśmy na stacji Castagneto Carducci-Donoratico. Tu zapakowaliśmy nasze plecaki do włoskiej Pandy i zaczęliśmy się oddalać. Od morza, plaży, pizzy i cywilizacji. Najpierw dotarliśmy do miasteczka na wzgórzu, a później pojechaliśmy dalej – na drugą stronę tego wzgórza. Donikąd. Do samego centrum niczego. Do starej farmy pośród toskańskich wzgórz. Do miejsca, gdzie porządku pilnują Brandy i Whisky (psy!).

 

Kilka dni później. Na toskańskim wybrzeżu wieje wiatr. Temperatura spadła o 10 stopni – do 25! Ogromne fale moczą mnie bardziej niż planowałam. Idziemy wzdłuż prawie pustej plaży. Leżaki na prywatnych plażach kompletnie opustoszały, ratownicy pilnują by nikt nie wchodził do wody. Na chwilę zaglądamy do Mariny. Tu przeniosło się życie – kawiarenki, restauracje, hotele i pensjonaty pełne są turystów. Sprawdzamy rozkład jazdy – za godzinę wracamy na wzgórze, a później jeszcze 40 minut marszu i znowu będę w cudownym środku niczego! Wracam do grających donośnie cykad, do widoku z naszego tarasu i do niespiesznych rozmów przy długich kolacjach przy winie. Już tęsknię za tym widokiem, już szukam biletów lotniczych na marzec, już snuję plany powrotu do Toskanii, choć w inne miejsce i w innym czasie.

Co wiedziałam o miejscu, które wybrałam na drugą połowę urlopu? Niewiele, ot tyle co z filmu, internetowych tekstów i pocztówkowych zdjęć. Co zobaczyłam? Spaloną słońcem ziemię, gdzie deszcz nie padał od marca-kwietnia, gdzie brakuje wody, a stopy szybko pokrywa warstwa pyłu. Niewielki deszcz spadł w czasie naszego pobytu i to nawet dwukrotnie! Najpierw burza skróciła nasz spacer, a później w nocy wielkie krople przyniosły ochłodzenie. Wody starczyło jednak, by zaledwie opłukać pył z roślin.

 

Naszą gospodynią jest pochodząca ze Szkocji Bridget. Mieszka tu od 33 lat. Przyjechała tu z miłości. Zakochała się w tym widoku i po studiach we Florencji została wśród toskańskich wzgórz. Nie trafiła tu przypadkiem. Całkiem niedaleko na równie starej farmie mieszkali przyjaciele jej rodziców. Lipiec i sierpień to najgorsze jej zdaniem miesiące na poznawanie tego regionu. Zaprasza wiosną – gdy wszystko kwitnie i zimą – gdy można planować długie wycieczki. I choć na zakrętach znaki drogowe z charakterystycznymi gwiazdkami ostrzegają, że może być ślisko to ostatnio śnieg widziano tu pod koniec 20 wieku. Ku radości dzieciaków.

Do Castegneto Carducci mamy ok. 40-45 minut marszu. Zależy czy wybierzemy tzw. skrót i podejmiemy nierówną walkę z końskimi muchami czy niemal niezauważeni pójdziemy główną drogą. Główną – choć z trudem mijają się tu dwa samochody! I choć Bridget ostrzega przed tłumami turystów, ja ich tu nie widzę. Kilka ulic, miejski deptak, ruiny zamku, kościół San Lorenzo, dom poety Giosue Carducci, który w dzieciństwie mieszkał tu przez kilka lat (w roku 1906 otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury, a rok później miasteczko zmieniło nazwę z Castagneto na Castagneto Carducci), kilka restauracji i trzy lodziarnie.

 

We Włoszech bez lodów się nie obejdzie. Tu wybieramy najstarszą w mieście lodziarnię – Gelateria Casalini. Za 5 euro mam przed sobą największą porcję. Wśród ulubionych smaków jest oczywiście pistacjowy. Znajdujemy niewielki park skąd rozpościera się bajeczny widok na okolicę. W oddali wybrzeże, wokół winnice. I to właśnie spacery między winnicami są tu największą atrakcją. Winnica położona najbliżej naszego domu to Mulini di Segalari, której wyroby towarzyszą nam co wieczór. Gospodyni ma je w ramach sąsiedzkiej wymiany – ona ma jajka, on wino. Podoba mi się takie sąsiedztwo – tu winnica, a kawałek dalej produkcja oliwy. Tu z dzbankiem, tam z karafką wpadałabym na zakupy. Wina są całkowicie bio i eko. Zgodnie z filozofią właściciela, nikt tu nie popędza winorośli, wszystko dzieje się we własnym rytmie.

Może dlatego rano nie czuję ile wina wypiłam. A może to zasługa kuchni Bridget, która karmi nas lazanią, pastą, risotto i sałatą. A na początek bruschetta, humus. Do tego melony, prawdziwe figi i brzoskwinie. Oczywiście nie wszystko na raz! A rano wybornie smakuje chleb domowej produkcji, dżemy i kawa czarna jak smoła.

 

Żeby to wszystko spalić trzeba iść na spacer. Włóczymy się więc. A to drogą przed siebie, im wyżej tym piękniejsze i rozleglejsze widoki. A to skręcimy w prawo i idziemy tak długo aż na drodze stanie nam brama do czyjejś posiadłości – domek czy farma to z pewnością nie jest odpowiednie określenie. Moją uwagę przykuwa znajdujący się tuż po sąsiedzką zamek – Castello di Segalari. Niestety jest prywatny i szczelnie otoczony drzewami. Przez bramę dostrzegam więc tylko kort tenisowy i mogę się tylko domyślać jaki widok rozpościera się z jego okien. Zresztą, jak się okazuje, można tam zamieszkać, a nawet zaplanować ślub. Wnętrza robią wrażenie – koniecznie odwiedźcie stronę zamku. Od razu zabieram Was do galerii KLIK

Innym razem skręcamy w stronę winnic: Podere Grattamacco i Guado al Melo. Nikogo oprócz nas tu nie ma! Jak to możliwe?! Co zakręt to piękniejszy widok. Do tego przydrożne drzewa, których owoce bardzo mnie intrygują. W końcu rozpoznaję figi! A te znam tylko suszone! Zerwane prosto z drzewa smakują niesamowicie. Przy jednej z winnic oceniam też słodycz winogron. Są fantastyczne.

Oczywiście było i bieganie! Choć po przerwie biegowej, w upale i raz pod górkę a raz z górki. Więcej biegaczy spotkaliśmy nad morzem czy poniżej miasteczka. Tu byliśmy raczej jedynymi. Zresztą jeden z mieszkańców, mijając mnie na skuterze miał wyraźnie zdziwioną minę. Na szczęście sąsiad Bridget, obok którego przebiegłam kilka razy, na mój widok wołał „buongiorno”.

P1140681

Pierwsze spotkanie z Toskanią było dla mnie szokiem. Wyjeżdżałam jednak oczarowana tym miejscem. Jeszcze o świcie robiłam ostatnie zdjęcia oświetlonych słońcem wzgórz. I już ustawiłam alert na tani bilet lotniczy. Oczywiście do Toskanii, choć w inne miejsce i w czasie, gdy wszystko bajecznie kwitnie.