21 lat później…

Przeskakuję z kamienia na kamień. Pokonuję ostatnie metry niebieskiego szlaku. Już ją widziałam z góry, ale za chwilę znowu stanę na progu. Za chwilę. Bo przecież od ostatniego pobytu minęła zaledwie chwila. Chwila… liczę i liczę i nic innego mi nie wychodzi. Ta chwila to … 21 lat. Niemożliwe! Liczę jeszcze raz i inaczej być nie chce. Byłam tu pierwszy i ostatni raz rok przed maturą czyli z dużym prawdopodobieństwem jesienią 1995 roku. A mamy 2016, też prawie jesień. Ja tych 21 lat nie czuję, wręcz przeciwnie docieram tu szybciej niż wtedy, droga do Strzechy Akademickiej to rzut beretem, a ja śmigam po kolejnych górkach.

Samotnia, bo o niej mowa, czyli jedno z najstarszych i najpiękniej położonych schronisk w Karkonoszach. Gdzieś zaginęło w moich pudłach zdjęcie schroniska położonego nad Małym Stawem. Ale ja pamiętam – wczesny poranek, ciepłe światło i jesienne kolory. Spędziłam tam jedną noc, ale wiele lat później gdy na FB rozegrała się akcja „Ratujmy Samotnię” bez wahania podpisałam się pod petycją w obronie schroniska i jej dotychczasowych, wieloletnich gospodarzy.

Tyle zostało mi wspomnień z tamtego pierwszego i jedynego pobytu w Karkonoszach. Owszem, byłam wtedy na Śnieżce, widziałam świątynię wikingów Wang i jeszcze jakieś sztolnie (prawdopodobnie w Kowarach). Pamiętałam jeszcze charakterystyczne formy skalne. I tyle. I znowu przez lata nie było mi tam po drodze. 350 km to na krótki wypad stanowczo za daleko, nawet jeśli mam do dyspozycji wygodną autostradę. Jak to się stało, że tym razem prawie jesienny urlop spędzam w Karkonoszach? Ano miała być Grecja, ale jakoś wyprzedał się nasz hotel. Innego nie chciało mi się szukać. Na hasło klimatyczna agroturystyka Google proponuje mi śliczny obiekt z widokiem na górę i ruiny Zamku Chojnik. Niestety nie ma wolnego pokoju. Powiększam mapę i oglądam kolejne zdjęcia. Tak trafiam na Szczęsnowo, gdzie szczęśliwie wszystko się układa – termin, lokalizacja, cena i mili gospodarze. A szlaki zaczynają się zaraz za płotem więc jedziemy!

Pierwszego dnia poznajemy okolicę. Najbliżej mamy na Zamek Chojnik. Główna atrakcja okolicy zaliczona, mnie nie pasuje tłum ludzi, ale w końcu jest sobota i piękna pogoda… Wystarczy jednak skręcić na zielony szlak w kierunku Jagniątkowa, by rozkoszować się ciszą i spokojem. Tutaj nie ma już nikogo. Odkrywamy kolejne ścieżki, trasy rowerowe i drogi leśne, całość tworzy gęstą sieć, którą zamierzam wykorzystać do biegania. Cudowne miejsce! Wieczorem „wczytuję” mapę we własną pamięć, żeby na niedzielnym bieganiu się nie pogubić (i tak się pogubiłam, ale do domu trafiłam po 17 km). Piotr ma ambitny cel – będzie biegł na Przełęcz Karkonoską (1198 m npm) – znaną także z najcięższego podjazdu kolarskiego z Podgórzyna. Kilka dni później schodzimy tą drogą. Mam dość, a właściwie dość mają moje kolana – tego asfaltu i nachylenia. Piotrek kilka razy ogląda się za siebie, coraz bardziej dumny, że wbiegł na tę Przełęcz. Mijamy rowerzystę. Pnie się powoli do góry, do mnie docierają mruczane pod nosem przekleństwa. Kilka minut później znowu nas mija. Tym razem gna w dół na łeb na szyję. Z jaką prędkością zjeżdżał z tej górki – zastanawiam się, ale chyba wcale nie potrzebuję znać odpowiedzi. Jakimś cudem minął się bezpiecznie z podjeżdżającym na górę samochodem straży granicznej.

W trakcie tego ponad tygodniowego pobytu oczywiście zobaczyliśmy to co w Karkonoszach NAJ. Najwyższe – Śnieżkę, najbardziej spektakularne – kotły polodowcowe – Śnieżny, Łabski, Łomniczki i Biały Jar, najbardziej strome – droga z Przełęczy Karkonoskiej, najładniejszy wodospad – Kamieńczyka w Szklarskiej Porębie. Tam, tak jak my, spotkacie całkiem sporo turystów. Ale są takie miejsca, gdzie można być zupełnie samemu a wokół jest bajecznie pięknie. Na tej mojej prywatnej liście NAJ jest Sowia Dolina -jedna z najciekawszych i najpiękniejszych w Karkonoszach. My wybraliśmy ją jako mniej typowy wariant zdobycia Śnieżki. Polecam też tzw. Tabaczaną Ścieżkę – zielony szlak na Przełęcz Okraj z wariantem i podejściem do Ponurej Kaskady – to dawna droga przemytnicza w Karkonoszach, a także  zielony szlak z Przełęczy Karkonoskiej do grupy skał Pielgrzymy (najkrótszy, zaledwie 15-minutowy szlak prowadzi od Słoneczników, zielony gwarantuje jednak niezapomnianą wędrówkę przez torfowiska). Warto też zejść do naszych sąsiadów – z Przełęczy pod Śnieżką wybrać niebieski szlak w kierunku schroniska Luční bouda, a stamtąd wrócić do Polski Bursztynową drogą (ta nazwa to rezultat błędnego tłumaczenia). O tym, że w schronisku działa mini browar (otwarty na początku sierpnia przez Prezydenta Republiki Czeskiej Vaclava Klausa) dowiedziałam się już w domu – koniecznie trzeba będzie tam wrócić. Innego dnia schodzimy na czeską stroną z Mokrej Przełęczy. Tym razem dotrzemy do źródeł Łaby, po drodze do czarnego szlaku w kierunku Jagniątkowa mijając aż pięć schronisk (czasem bardziej hoteli górskich na kilkaset miejsc). Odległość między niektórymi to zaledwie kilometr. Degustując piwo w każdym z nich można mieć poważne problemy – zatem stanowczo nie polecam. Polecam natomiast zaopatrzyć się w korony czeskie, bo choć można zapłacić naszą rodzimą walutą to przelicznik jest delikatnie mówiąc nieuczciwy (5 koron to złotówka). Zgodnie z tym przelicznikiem kluchy z borówkami kosztują 27 złotych, a przy obecnym kursie korony powinny 22 zł. Dwa obiady i dwa piwa robią już sporę różnicę, więc tym razem obejdziemy się smakiem. Na szczęście widoki rekompensują straty. Na tej prywatnej liście jest jeszcze najpiękniejszy widok – ze Skalnego Stołu (niebieski szlak z Przełęczy Okraj lub żółtym z osady Budniki).

Zdecydowanie polecam także opuścić główny grzbiet Karkonoszy i zejść w doliny. Tylko wtedy dotrzecie do Wodospadu w Podgórnej, Japońskich Ogrodów, zobaczycie Kaplicę św. Anny na Grabowcu (to specjalnie dla biegaczy – nabierzcie wody w usta z Dobrego Źródła i nie połykając jej, obiegnijcie budynek 7 razy, a zyskacie szczęście w miłości). Moim prywatnym hitem jest jednak wizyta w Bukowcu, gdzie znajduje się zespół parkowo-pałacowy (Park Krajobrazowy w Bukowcu). Następnym razem zabiorę ze sobą buty biegowe, tyle tu dróg i ścieżek między stawami. A i atrakcji nie brakuje – ruiny Opactwa, Świątynia Ateny, wieża widokowa i ruiny zamku, Krąg Druidów.

A w tyle miejsce jeszcze nie dotarliśmy. Kowary, Góry Sokole, Łomnica i Wojanów…

Dotarliśmy i szczerze polecamy coś dla ciała. Czyli Pałac Spiż w Miłkowie z własnym browarem (próbowaliśmy karmelowego i miodowego piwa) oraz Smażalnia „U Rybaka” w Sosnówce, gdzie przy dobrej pogodzie można usiąść nad stawem i delektować się smakiem dorsza, mintaja i sandacza. Bez dwóch zdań – gdybyśmy mieli bliżej zostalibyśmy stałymi klientami.

A tak zapowiadamy, że jeszcze tam wrócimy. W góry, na rybkę i do sztolni. I do tych wszystkich miejsc, które warto zobaczyć. Karkonosze po 21 latach zaspokoiły moją chęć poznania świata. A tymczasem pędzę pakować plecak. Jutro kierunek Roztocze!

This slideshow requires JavaScript.

Moja definicja luksusu

Dawno, dawno temu zobaczyłam zdjęcia z Madery. I zapragnęłam tam być. Pod wpływem impulsu weszłam do pierwszego napotkanego biura podróży i zapytałam o wakacje na tej wiosennej wyspie. Pani zaczęła przygotowywać dla mnie oferty, a ja nieśmiało wymieniałam swoje oczekiwania. Miał być mały hotel, maksymalnie 20 pokoi, jedzenie, widoki… I pokój tylko dla jednej osoby. Z każdym z tych słów jej oczy robiły się większe. Przede mną natomiast leżał katalog, a w nim zdjęcie ogromnego hotelu z basenem. I na dodatek mimo wakacji dla jednej osoby, płacę jak za dwie. Wtedy – dawno, dawno temu – na Maderę nie poleciałam. Tanie linie lotnicze dopiero raczkowały, ale za kilkaset złotych kupiłam wówczas bilet do Lizbony. Z wielkim plecakiem i własnym domem czyli namiotem, spędziłam tam samotnie trzy tygodnie. Było bajecznie!

Moje oczekiwania nie są łatwe do spełnienia. Szczególnie jak sobie coś wymarzę. Ani za duży, ani za mały, z klimatem, ale zadbany i czysty, koniecznie z własną łazienką. I ostatnio coraz częściej z wyżywieniem – najchętniej domową kuchnią, w nieograniczonych ilościach, bo biegacz jeść musi!

Poszukiwanie idealnego miejsca na wakacje to dla mnie wyzwanie, ale i przyjemność. Mam dzięki temu wrażenie, że już tam jestem i odpoczywam, tak na kredyt. Tym sposobem znalazłam miejsce w Karkonoszach – wpatrywałam się w mapę i klikałam na wszystkie agroturystyki. Musiała mieć w sobie „to coś”, bym wysłała maila z zapytaniem. Aż trafiłam na Szczęsnowo. „Kupili  mnie” sadem, stawem, ulami i miodem. Zamiast pisać, złapałam za telefon. Wtedy okazało się, że będziemy mieli do dyspozycji całe mieszkanko (gwarancja spokoju i odpoczynku), a gospodyni piecze chleb na zakwasie. Już się nie mogę doczekać soboty, by zobaczyć „swoje łąki”. Więcej napiszę jak wrócę, a na razie możecie oglądać TUTAJ

Teraz mam jednak do zagospodarowania drugi tydzień urlopu i żadnego konkretnego pomysłu. Szukam, szukam i szukam… nie bardzo wiem czego chcę więc szukanie nie jest łatwe.

Postanowiłam więc poprosić w tym szukaniu o pomoc. I opublikowałam taki post na Facebooku:

Jesteście po wakacjach? To pewnie byliście w wielu niesamowitych miejscach. Ja szukam dla siebie kącika na około tygodniowy pobyt.
Oczekiwania nie są łatwe do spełnienia!
1. Ma być ładnie i z klimatem dookoła mnie. Czyli szukam miejsca stworzonego z pasją, przez ludzi, którzy traktują je nie tylko jak biznes (ale oczywiście zapłacę!).
2. Ładna ma być też okolica – najlepiej sielska i wiejska, z terenami dla biegaczki🙂 Dużo przyrody, ciszy i spokoju.
3. Do tego taras i ogród z miejscem na poranną kawę i wieczorne wino i czytanie książek.
4. Chcę być też dobrze nakarmiona J nie musi być wystawnie, ale zdrowo i smacznie i w odpowiednich dla biegaczki ilościach (ostrzegam – samą sałatą się nie najem!, natomiast uwielbiam pierogi – szczególnie jak ich nie lepię!)
5. I jeszcze ten smak nowości – odpadają Bieszczady, Tatry, Beskid Niski – choć tu dla oferty super mogę się złamać i Karkonosze/Sudety – tam miejscówkę spełniającą moje oczekiwania już znalazłam i testuję za tydzień.
Mówiłam, że łatwo nie będzie?!

Trafiło się kilka perełek, więc aż żal tego nie zebrać. Jak nie ja to może skorzysta ktoś inny🙂 albo ja, ale przy innej okazji.

Wielką podpowiedzią był dla mnie blog tasteaway i tekst „6 magicznych miejsc na weekend”. Zakochałam się w Siedlisku Sobibór – niestety dokładnie w moim terminie nie ma już szans na pokój. Warto też poczytać komentarze – nie brakuje w nich rekomendacji sprawdzonych miejsc. I dzięki jednej z nich trafiłam w Bory Tucholskie do miejscowości Teolog (KLIK). Jest ogród i łąki, jezioro za oknem i dom wkomponowany w ten świat. Znowu wysyłam maila, ale zaraz później dzwonię. I z Joanną po drugiej stronie rozmawiam ponad 20 minut. Opisuje mi mieszkanie na piętrze domu i tzw. pokój magisterski z widokiem na jezioro. Pytam o ścieżki i trasy biegowe i mam zapewnienie, że zaproponuje mi miejsca do biegania na kilka dni. Jest i temat jedzenia – nie jestem wybredna, ale jeść lubię. Od razu zapowiadam, że jem, a nie skubię, sałatą się nie najem i nie zjadam flaków. Znajdujemy porozumienie także w tym temacie. Mam więc o czym myśleć, bo przeraża mnie samotna podróż ponad 500 km.

I znowu wracam na mojego fb, bo tam znajoma podrzuciła kontakt na Roztocze. Otworzyłam stronę i zamarłam. A może jęknęłam z zachwytu. Sprawdźcie sami, ale żeby nie było, że nie ostrzegałam! KLIK Drewniane ściany połączone z nowoczesnymi meblami. Ogromne okna w salonie i wyjście na taras z widokiem na zieleń. Śliczne miejsca. Skoro jest jedno to pewnie nie jedyne. I tak trafiam na stronę Dzikie Roztocze. W ofercie dwa domy – Stara chata, dosłownie stara bo liczy sobie 150 lat, urządzona jak na starą chatę przystało – klimatycznie. Do tego… ogrzewanie podłogowe i nowoczesna łazienka. Gospodyni ma na imię Jaga i czyta mi w myślach! Obok Starej chaty stoi Zielony domek – wolny w moim terminie. Łóżko na antresoli, komfortowa łazienka i mam obiecane pierogi! Jeśli nie tym razem, to kontakt wpisuje na listę miejsc do zobaczenia i dachów, pod którymi chciałabym zasypiać. Oj, kusi mnie Roztocze i jego mieszkanka!

No i jest jeszcze Dom na wschodzie, który polecano mi na blogu tasteaway, a drugą rekomendację dostałam od mojej przyjaciółki. Czekam jeszcze na odpowiedź, ale ze względu na odległość – dla mnie to drugi koniec Polski – to miejsce na mnie zaczeka.

A po drodze tych poszukiwań odbieram telefon aż z USA! Siedlisko Lubowierz – podpowiada mi Ola, i znowu jestem na Polesiu. Świat jest mały, więc okazuje się, że wynajmowane domy należą do jej brata.

W ogóle to mam plan w głowie na kolejne wakacje – wyruszyć w podróż mniej więcej wzdłuż wschodniej granicy i zobaczyć wszystkie te dzikie i piękne miejsca – Roztocze, Polesie, Sobibór, Podlasie, Biebrzę… Wstyd się przyznać, ale nigdy tam nie byłam. Nie doceniłam tych miejsc, bo nie ma tam gór, szczytów, na które mogłam bym wejść, trudności, które mogłabym pokonać.

Mam też drugą refleksję po tych poszukiwaniach – serce mi rośnie na widok tylu miejsc stworzonych z pasją. Pewnie, wystarczyłby mi czysty pokój u gospodarzy i własna łazienka z ciepłą wodą (dla przeciwwagi wkrótce napiszę o najdziwniejszych miejscach, gdzie przyszło mi spać). Ale to mam na co dzień. Szukam odrobiny „luksusu”, choć w moim wydaniu ten luksus to własny taras, kawa o poranku i wino wieczorową porą z widokiem na dziką przyrodę.

Nie wiem czy to starość – na szlaku mówią mi teraz dzień dobry, a nie cześć – czy też ujawnia się moje pochodzenie, ale coraz częściej marzę o kawałku własnego trawnika pod stopami i nieba nad głową.

A tymczasem wracam do podejmowania decyzji. Miłych wakacji, kto ma je jeszcze przed sobą. Jak nie ja, to może Wy skorzystacie z wypatrzonych przez mnie miejsc. Komentarze i kolejne podpowiedzi zawsze mile widziane. Może powstanie z tego taka baza pomysłów na wypoczynek.

Niebiegająca biegaczka

Nie biegałam dwa tygodnie. Miałam przerwę. Jedną z niewielu w ciągu 5 biegowych lat.

Właśnie wróciłam z 50-minutowego truchtania.

Niech mi się tak cudownie, lekko i coraz szybciej biega już zawsze. Dawno nie było tak dobrze. A moim dwóm przypadkowym kibicom bardzo dziękuję. Na oko 6-letniej dziewczynce, która na mój widok krzyknęła: Łoł, ale pani biegnie! I starszemu mężczyźnie, czekającemu na autobus, który zaczął mi bić brawo. Miód na moje serce biegaczki wracającej po dwutygodniowej przerwie.

Nie biegałam od 13 sierpnia, bo z jednej strony odpoczywałam po 43-kilometrowym marszobiegu w Gorcach, czyli Gorce Ultra Trail (RELACJA TUTAJ) , a z drugiej odpoczywałam… bo odpoczywałam.

Ostatnie dwa tygodnie przed wyjazdem w Gorce były trudne. Chyba tylko ja wiem, jak bardzo nie chciało mi się biegać. Fizycznie. Biegałam z trudem, bez lekkości i przyjemności. Każdy kilometr to była walka z sobą, choć zwykle w drugiej części treningu bywało lepiej. Ale najlepiej było jak już kończyłam. Trudno było o radość z biegania, jeszcze trudniej o zadowolenie z pokonanych kilometrów. Biegało mi się ciężko, a sama czułam się ociężała. Jakbym przytyła 10 kg w jedną noc. Na dwa tygodnie przed biegiem w Gorcach, nawet jeśli na żaden wyczyn się nie napinałam, nie wróżył dobrze. Do połowy z tego nawet się nie przyznawałam głośno. Ale i połowa wystarczyła, by Piotr wymógł na mnie, że po Gorcach odpoczywam. Odpoczywam jak nie ja. Dwa tygodnie bez biegania. Nawet po ostatnim maratonie w Łodzi moja przerwa była o połowę krótsza. Do kolejnego maratonu zostało jednak 3,5 miesiąca. Jak nie teraz to nigdy, więc niech mu będzie. Zobaczymy czy ze mną wytrzyma i czy ja ze sobą wytrzymam. Jak doczytacie do końca to będziecie wiedzieć.

Dzień 1 i 2

Najłatwiejsze. Po sobotnim marszobiegu już łatwiej zejść mi po schodach, ale na bieganie nie mam ochoty. Zresztą aktywności mi nie brakuje. Najpierw zaliczamy trasę z Tylmanowej do Szczawnicy, a kolejnego dnia wchodzimy na Turbacz z Nowego Targu. Ponad 20 km każdego dnia mi wystarczą. Syndromów dnia bez biegania – brak.

Dzień 3

Wracam do rzeczywistości. Czyli codzienność dom-praca. Po pracy moje tzw. nic-nie-robienie, a później spacer. Jak mówię, że nic nie robię to znaczy, że ogarniam zakupy, odkurzam, robię sałatkę, myję balkon… Takie domowe drobiazgi. Później wyrywam się na spacer. Kilka rzeczy do załatwienia, auto zostaje na parkingu, ja wracam przed godz. 20, żeby dokończyć pranie.

Dzień 4

Już od południa przebąkuję o górskim spacerze. W naszym wypadku to łatwe, trzeba tylko podjąć decyzję, na którą pobliską górkę. Miała być Stefanka, padło na Magurkę. Piotr ma już za sobą jeden taki spacer, teraz postanowił pobić kolejny rekord prędkości w wejściu na Magurkę (909 m npm). Podejście żółtym szlakiem z Przełęczy pod Łysą Górą na szczyt zajęło mi 40 minut, jemu ½ godziny. Szlakowskaz pokazywał 1 h i 15 minut. Do auta zaparkowanego w Straconce też schodzimy w godzinę. Schodzimy, a nie biegniemy. Choć Piotr swoim tempem pewnie wyprzedziłby nie jednego biegacza. Ja mam swoją porcję aktywności. Choć w domu, przy kolacji przebąkuję, że jeszcze tylko tydzień. Piotr na razie przekonać się nie dał. Przyszła sobota i 45 minut i szczegółowa relacja z biegu. I jeszcze zapowiada ciężkie treningi do maratonu. Ostatniego mojego maratonu. Aha, nie powiedziałam Wam, że we Florencji po raz ostatni mierzę się z 42 kilometrami. Więcej nie chcę. Z ostatnich dwóch startów nie jestem zadowolona, a mój wysiłek jest niewspółmierny do efektów. Połówka – proszę bardzo. Pełen maraton – tylko jako kibic!

Dzień 5

Doceniam na nowo otaczające Bielsko-Białą górki. Była Magurka a dziś niższa Kozia Górka. Szczęściara ze mnie – wystarczy kilka minut jazdy samochodem, by znaleźć się na górskim szlaku. Po godz. 18 właściwie nie ma tu ludzi. Za to zwierząt nie brakuje – wczoraj cztery sarny, a dziś młody koziołek. Nawet nie bardzo zwrócił na mnie uwagę.

Dzień 6

Szaleję w kuchni. Piotr poszalał wczoraj na ryneczku. Dziś pieczony kalafior (koniecznie spróbujcie!) wg Niebo na talerzu KLIK, mój ulubiony, a na deser smaki z dzieciństwa – czyli gofry – też pieczone.

Dzień 7 i 8

Dynia, 2 kg śliwek, ziemniaki… czyli sobotni wypad na rynek. Będzie leczo, ciasto ze śliwkami i pieczone ziemniaki i zupa dyniowa. A na niedziele śniadanie płatki owsiane, jogurt naturalny i krem czekoladowy z mango, kakao i miodu🙂 Ten ostatni wynalazek zdecydowanie muszę powtórzyć – był tak dobry, że nie zdążyłam zrobić zdjęcia! Mam czas na swojego bloga – powstaje tekst o bieganiu w Gorcach i o Gorcach. Później długi spacer. W niedzielę leje – bez wyrzutów sumienia przeszukuję więc oferty noclegów w Karkonoszach, by znaleźć cudowne miejsce – o czym wkrótce. Mam co chciałam – dom z polami, łąkami, sadem, stawem i ulami. Mieszkanko wolne w wybranym terminie, cena atrakcyjna i zapowiada się miły, górski odpoczynek.

Dodatkową aktywnością staje się półtoragodzinne prasowanie – endomondo nie ma jednak takiej opcji😉 I tak niepostrzeżenie mija pierwszy tydzień bez biegania.

Dzień 10

Zaczyna się targowanie! – Jutro idę później do pracy więc może pobiegam rano, tradycyjnie – zagajam mimochodem. Wzrok Bazyliszka czuję na sobie! I zaraz później pada tekst: najlepiej dopiero w poniedziałek. – O nie – protestuję – umawialiśmy się, że w sobotę biegam. Dostaję „zgodę” na 45 minut. Że ja się teraz muszę targować o bieganie! Ale już zaplanowane – w sobotę popołudniową porą będę truchtać. O dziwo, jak dotąd nie było tak źle. Nie biegam i tyle. Znajduję czas na nadrobienie zaległości. Zresztą – jeszcze tylko 3 dni bez biegania. A potem będą 3 miesiące przygotowań do ostatniego maratonu.

Dzień 14

Idę biegać! Już wieczorem – rano wybrałam spanie, a w ciągu dnia słońce grzało za mocno. 45 minut, żadnych podbiegów i wolno. No, ciekawa jestem jak będzie.

A jakie były te dwa tygodnie. Łatwiejsze niż myślała. Dało się ze mną wytrzymać, bo bałam się, że będę warczeć. Do jednej porażki muszę się jednak przyznać . Ani raz nie poszłam na basen, choć przed planowaną przerwą kupiłam strój kąpielowy. Nie zmobilizowałam się, choć basen mam kilkaset metrów od domu. Ciężko mi się zmusić do pływania od ściany do ściany – tak jak do biegania w kółko na bieżni.

Jak mi się biegało – już wiecie. Jakby tej przerwy nie było. Albo inaczej – jakby była, a nie było tych dwóch tygodni niesatysfakcjonującego biegania przed GUT.

27.08.16

O wyższości Gorców nad innymi górami

Czyli o tym jak nie pojechałam do czterogwiazdkowego hotelu w Grecji. Albo dlaczego wolę Ochotnicę od Szczawnicy.

W Gorcach po raz pierwszy byłam w ogólniaku. Ot, szkolna wycieczka, z której pamiętam tylko Turbacz z charakterystycznym betonowym słupem, schronisko i żętycę pitą u bacy na pobliskiej polanie. Później nie było mnie tu… 20 lat. I pewnie nieprędko bym wróciła, bo i po co, gdybyśmy ponad dwa lata temu nie szukali miejsca na spokojny wielkanocny wyjazd. Wtedy trafiliśmy do Kamienicy i do Słonecznej Doliny. Podobno do dziś nas tam pamiętają. Już w pierwszym dniu… zgubiliśmy się w górach i nie obeszło się bez „telefonu do przyjaciela”. Kto chce poznać całą historię? Mówiąc w skrócie: pilnujecie mapy, bo w lesie pod Gorcem Kamienieckim (szlak z Ochotnicy Dolnej), nasza w tajemniczych okolicznościach zniknęła z kieszeni. Kto wie, może leży tam do dziś. Jedno jest pewne – we mgle, bez mapy i znajomości terenu nie wiedzieliśmy jak wrócić tam skąd wyszliśmy.

Teraz mamy już drugą mapę, bo od tego czasu w Gorcach byliśmy jeszcze dwa razy. Za każdym razem  w Ochotnicy Górnej. Raz mieszkaliśmy na końcu Osiedla Jamne, tuż pod… Gorcem Kamienieckim. A ostatnio na Osiedlu Jaszcze.

Nie spodziewajcie się typowego górskiego kurortu. Nawet nie bardzo jest gdzie umówić się ze znajomymi na piwo – powiedziałam do Piotra podczas ostatniego pobytu. Gdy kilka godzin później zeszliśmy do Szczawnicy, po niezbyt wyczerpującej wycieczce z Tylmanowej, wchodząc przy okazji na czwartą wieżę widokową na Koziarzu, miałam ochotę wypluć własne słowa. Gofry, lody, frytki… rowery, czterokołowce i inne dziwne pojazdy… wyciąg krzesełkowy, kajaki, spływy, ludzie, ludzie i ludzie… i korek, w którym stoją wszyscy co w niedzielne popołudnie chcą wrócić do Krakowa. Uciekamy – myślę – wracajmy do Ochotnicy, gdzie cisza, spokój (z wyjątkiem półtoragodzinnego bicia dzwonów w niedzielny poranek, gdy próbuję odespać nocną pobudkę sprzed doby – kto mi powie czemu te dzwony biły przez półtorej godziny?!). I nie jedźmy do Grecji, wolę jakąś głuszę i góry!

O wyższości Ochotnicy i Gorców nad Zakopanem i Tatrami przekonałam się już w maju. W czasie słynnego długiego weekendu tam było niemal pusto. A do nas docierały internetowe przekazy o długości kolejki i czasie oczekiwania do kasy, by zapłacić za wstęp do TPN i zobaczyć Morskie Oko. Na gorczańskich szlakach ludzi garstka, a Tatry widać stąd lepiej niż z drogi asfaltowej do Morskiego Oka. Kolejny długi weekend, tym razem sierpniowy i jest tu podobnie. Choć turystów nie brakuje, tłumów nie ma. I aż trudno uwierzyć, że są tacy, dla których to pierwsza w życiu wizyta w Gorcach. Pierwsza, ale już wiadomo – że nie ostatnia! Pretekstem do wyjazdu może być bieg – Gorce Ultra Trail – organizowany w Ochotnicy po raz pierwszy. Organizatorzy zadbali, by tym co po raz pierwszy i tym co kolejny już raz, pokazać wszystko co Gorce mają najpiękniejszego. Ja dodałabym jeszcze wbiegnięcie na Magurki – pomysł do wykorzystania na przyszły rok. Wybrałam trasę średnią – 43 km – z Ochotnicy Dolnej do Górnej przez Lubań, Przełęcz Knurowską, Kiczorę, Jaworzynę Kamieniecką. Na początek pięć kilometrów asfaltu (w połowie odcinka już zaczynam się nudzić!) i wreszcie najtrudniejsze na moim dystansie podejście na Lubań. Strome podejście. Najbardziej strome podejście poza Tatrami. Zwieńczone zameldowaniem się na szczycie 20-metrowej wieży. Od startu zajęło mi to niewiele ponad 2 godziny. Drogę na szczyt umilają widoki – wschód słońca gdzieś po drodze i Tatry na horyzoncie, mgły snujące się w dole. Jedyne zdjęcia jakie robię na trasie to właśnie to z wieży na Lubaniu i ruszam dalej. Teraz ma być już łatwiej.

Kolejny etap jaki sobie wyznaczyłam to 13 km do Przełęczy Knurowskiej, tam jest punkt żywieniowy. Najpierw jednak stromo schodzę w dół po ruszających się pod stopami kamieniach. Jeszcze chwila i można zacząć biec. Biegnę, idę, biegnę, idę. I tak na przemian. Pod górkę maszeruję, w dół i po płaskim biegnę. Spokojnie mijają kolejne kilometry. Staram się rozglądać na boki, gdy tylko jest szansa na widoki. Ostatnie kilkaset metrów do punktu z jedzeniem pokonuję czując ssanie w żołądku. A dwa batoniki już zjadłam. Nareszcie! Arbuzy, pomarańcze, żurawina i coca-cola! Zostałabym tu dłużej, ale czas nagli, a ja chciałabym się zameldować na mecie około południa. Ruszam dalej. Trasę znam więc wiem, że aż do Kiczory więcej będzie marszu niż biegu. Ale kilka odcinków udało mi się przetruchtać. A nawet wyprzedzić kilku biegaczy. Wybaczcie biegacze – dumna jestem z siebie, bo na co dzień po górach nie biegam. Przed Kiczorą mija mnie dziewczyna z psem. Nie staruje w zawodach, ot biegnie sobie i mnie zostawia w tyle. Ostatnie metry na Kiczorę, widok na Magurki po prawej stronie i Lubań bardzo daleko stąd. Tam dziś byłam myślę i skręcam w lewo. Wolontariusz uprzedza, że za 300 metrów decyzja – w lewo czy w prawo, czyli 80 km czy 43. Wiadomo, 43! Co prawda odnotowujący mnie chłopak nie krył rozczarowania, ale ja spieszę się przecież na obiad. Mówiłam Wam po pustych szlakach i niewielu turystach. Od wielu kilometrów jestem właściwie sama. Przede mną majaczą dwie sylwetki biegaczy, doganiam ich na Jaworzynie i stąd aż do mety tylko samotność. Nikogo nie ma obok mnie, mijam zaledwie kilka osób. Jest sobotnie przedpołudnie i długi sierpniowy weekend. Ale już mnie to nie dziwi. Teraz najprzyjemniejsze kilometry. Właściwie płasko, przez mostki, łąki i lasy. Do rozwidlenia, a potem już tylko żółtym szlakiem i przez pola do mety. Po drodze pierwszeństwa ustępuje mi podchodząca z Ochotnicy grupa. Chyba zrobiłam na nich wrażenie, bo pytają na ile kilometrów ten bieg. I to jedyna okazja by zamienić z kimś dwa słowa. Ratownik na polanie… chyba nawet mnie nie słyszał. Drzemał albo podziwiał widoki z pozycji horyzontalnej. Jeden podbieg dalej i kilka kilometrów dalej przycupnęła Róża z aparatem. Podobno wyglądałam całkiem dobrze, ale tylko machnęłam ręką i mruknęłam powitanie. Do mety, odpocząć, pić i jeść! W takich momentach zawsze przypominam sobie dlaczego tak lubię biegać w okularach słonecznych, nawet gdy promieni niewiele. Raz, że muszki nie wpadają mi do oczu, ale po drugie i ważniejsze – że mój wytrzeszcz oczu nikogo do biegania nie zniechęci. 3 km do mety, 2 km… jeszcze jakaś łąka skoszona, dwa pniaki do przekroczenia, ścieżka polna i kamienie i asfalt na koniec. Uwaga zmiana nawierzchni – mówię do siebie – i tup tup zamienia się w łup łup. Strażak zatrzyma dla mnie ruch, ktoś zaklaszcze i zdopinguje, forpoczta dzieciaków zaanonsuje przed metą. Medal – cudownie, że drewniany – i można się zatrzymać. Przed południem nie zdążyłam, spóźniłam się 29 minut, ale zdublować nie dałam – najszybszy zawodnik na trasie o długości 80 km przybiegł za mną. Teraz kibicowanie, prysznic i odpoczynek. Pobyt w Gorach jeszcze się nie kończy – jeszcze dwa dni wędrowania.

Trasa mojego biegu Turbacz omija, więc ostatniego dnia pobytu na najwyższy szczyt poszliśmy z Nowego Targu. I znowu godziny marszu w ciszy i spokoju. Jednak jednym z moich ulubionych miejsc  są Magurki. Pierwszy raz trafiliśmy tu w maju, wybierając przypadkową dróżką po zejściu ścieżką przyrodniczą z Kiczory. Kolejny – przed biegiem – gdy wybraliśmy się ścieżką edukacyjną zobaczyć pomnik upamiętniający katastrofę lotniczą bombowca Liberator. Magurki z ich polanami i widokami to jedno z piękniejszych miejsc. Mamy jeszcze ochotę zobaczyć Kurnytową Kolibę – pochodzącą z 1839 roku i dziś będącą najstarszym drewnianym, niesakralnym obiektem budownictwa drewnianego w Ochotnicy. Była tu baza partyzantów, później okresowo gospodarzyli harcerze, teraz świeci pustkami. Trafiamy tu trochę na przełaj, przez las, stromym zboczem, zamiast wybrać wygodny szlak wołoski z Magurek. Niestety na naszej mapie go nie ma, ale w pakiecie startowym GUT była mapa Gorczańskiego Parku Narodowego i teraz trafilibyśmy tu bez problemów. Na szlak wołoski tylko w innym miejscu i tak trafiliśmy wędrując ścieżkami i łąkami w stronę Ochotnicy Górnej.

Z tej wycieczki wracałam z jeszcze jedną zdobyczą. Tuż przy ścieżce rósł przepiękny koźlarz czerwony i nawet ja, niezbierająca grzybów go wypatrzyłam. Wcześniej tylko fotografowałam piękne, czerwone okazy.

Gdybym miała napisać o jeszcze jednej zalecie Gorców – i mam nadzieję, że po tym tekście się to nie zmieni – to ceny. Spaliście ostatnio za 25 zł/osobę? A do tego za 15 zł zjedliście dwudaniowy obiad, w niedzielę jeszcze z deserem? Najadł się nawet wymagający Piotr. Naszej Gospodyni dziękujemy za dokładki i już tęsknię za pierogami borówkami domowej produkcji.

Było już o wyższości Ochotnicy nad Szrenicą, będzie o wyższości polskich gór nad Grecją. Zamiast kurortu, kilku-gwiazdkowego hotelu będą Karkonosze. Właśnie poszukuję klimatycznego miejsca na tygodniowy pobyt. Ostatni raz byłam tam… tak, tak! W ogólniaku. Na mojej liście pt. „ostatni raz byłam tam w ogólniku” są jeszcze Góry Świętokrzyskie. Ale tam raczej się nie wybiorę.

 

 

Ciągnie wilka w las

Myślałam, że to jednorazowe. Ot, zamiast biegać po okolicznych drogach i chodnikach, zawiozłam się pod Dębowiec i pobiegłam w las. I jak w domu nie chciało mi się włożyć butów biegowych, tak po kilkuset metrach w lesie, śmiałam się od ucha do ucha. No dobrze – śmiałam się po wbiegnięciu na Dębowiec. Kilka dni później, w niedzielny poranek pakowałam mój mały biegowy plecaczek. Batonik, woda i w drogę do Cygańskiego Lasu. A stamtąd – Kozia Górka, Przełęcz Kołowrót, Klimczok, Szyndzielnia, Dębowiec i znowu Cygański Las. Trzy godziny, kilku biegaczy na trasie, a od Szyndzielni całkiem sporo niedzielnych turystów. I co – trzy godziny marszo-biegu (pod górkę maszeruję!) i wracam uszczęśliwiona z 22 km na liczniku. W ostatni czwartek to samo – znowu parkuję pod Dębowcem. Choć biegnie mi się zdecydowanie ciężko, trzy razy planuję skrócić bieg, żółwię się, to jednak pokonuję swoje 12 km i 300 m w górę. Jutro mam zrobić długie. Rany, tylko nie asfalt – myślę – i wygląda na to, że jutro pobiegnę na Leskowiec (jakby ktoś chciał to zabieram z B-B o 8.30, tylko proszę mnie nie zgubić na trasie!).*

Żeby było – żaden ze mnie górski biegacz! Raz na czas, odkurzam moje ukochane Saucony, pakuję plecaczek i biegnę, maszeruję, biegnę. Ale ostatnio jakoś bardziej i częściej cierpię na asfaltowstręt.  Pierwszy moje górskie zawody – dwa lata temu w Krynicy. Zdjęcie z nich, to jedno z moich ulubionych. Poza tym w górskich biegach nie biegam (żadne tam zawody na Babią czy Pilsko), a to, że jestem na liście startowej Gorce Ultra Trail to wypadek przy pracy i moja zuchwałość. O czym pisałam tutaj KLIK

Do tego wszystkiego jestem szczęściarą – gdybyście szukali lokalnej patriotki to większej w okolicy nie ma. Kocham moje miasto. Gdzie się nie obejrzę – góry. Jak zamknę drzwi na klucz to marszem na Klimczok mam 2,5 godziny. Zanim zaczęłam biegać to w listopadowe dni chodziłam do schroniska na grzane piwo. Wiem – inni idą do sklepu, a ja do schroniska. Pod Dębowiec mam 3 km, do Cygańskiego Lasu skąd blisko na Kozią Górkę też 3 km. Na Błatnią jak idę, to na spacer, a nie na górską wycieczkę. Z drugiej strony mam Magurkę i Czupel albo Hrobaczą Łąkę – też spacerowo.

Jak biegam ulicami to też mam górki. Wierzcie albo nie, ale jak trzy lata temu pojechałam do Gdańska i zaczęłam biegać po Parku Reagana to zrozumiałam co znaczy płaskie wybieganie. I jak biegnę od molo w Gdańsku Brzeźnie do Sopotu i z powrotem, to moim zdaniem w obie strony jest z górki. Taki paradoks.

Co się zatem dzieje? Nuda? – za miesiąc biegaczka skończy 5 lat. Rutyna? – trochę tak. Moje miasto wymierzyłam już własnymi stopami wzdłuż i wszerz. A w lesie zawsze coś się dzieje. A to sarny wypłoszę, a to dzik mnie wystraszy, a to zając biegnie przede mną jak w kreskówce, albo sowa cicho przeleci nad głową jak w ostatni czwartek. Czasem to ja łapię zająca i kończy się niemiłym czyszczeniem ran, jak rok temu po biegu na Leskowiec, na który w końcu nie dobiegłam. Przypomnę – żaden ze mnie górski biegacz. Moje Saucony mają szansę towarzyszyć mi jeszcze kilka sezonów. Na Chudym Wawrzyńcu też mnie nie spotkacie, a połoniny kocham ale we wrześniu.

Na asfalcie zaczynam się nudzić. Przed laty, w końcu znudziła mnie siłowania – choć biegałam na orbitreku 4 razy w tygodniu po godzinie. Lubię pływać – ale nie w basenie! Nie dam rady od ściany do ściany. W Chorwacji do sąsiedniej wsi popłynę za to chętnie – choć znowu, żaden ze mnie pływak, a już z techniką jestem pewnie mocno na bakier. Bieganie na stadionie – brrr… Wszystko to przerobiłam na własnej skórze. Czy to znaczy, że za chwilę znudzi mi się bieganie? Tego nie chcę. Bez biegania jestem nie do zniesienia. Może jednak wystarczą nowe trasy. Tylko jakie? Jak macie pomysł – to podpowiedzcie.

Górski biegacz ze mnie nie wyroście, ultras tym bardziej. Ale moje bieganie wzięło się z chodzenia po górach. Gdybym w 2011 r. nie przeszła GR20 na Korsyce to może nigdy nie włożyłabym biegowych butów. Z górami związane są wszystkie poprzednie lata. Beskidy, Tatry, Bieszczady, Czarnohora, Alpy Julijskie i Wysokie Taury. Na 30. urodziny wymarzyłam sobie Grossvenediger  (KLIK), na 40. chciałam pojechać w Himalaje, choć teraz chodzi mi po głowie powrót na Aconcaguę. Był Grossglockner, Mount Blanc i jeszcze Elbrus. Były nawet zbyt śmiałe plany. A później… Beskid Niski. Ale wciąż ciągnie mnie w las i w góry. Dlatego jutro zamiast uklepywać asfalt w moich mieście pobiegam po szlakach górskich w Beskidzie Małym.*

*Nie pojechałam w Beskid Mały. Wyszedł ze mnie leń – zwyczajnie nie chciało mi się wsiadać do auta. I ten leń pobiegał 20 km. A jakże las był – ten w Wapienicy. Cała trasa TUTAJ

Lubię długo i wolno!

Nie lubię biegów na 5 km. Na 10 też, ale mniej. Bieg na 5 km trwa krócej niż moje przygotowania (ubranie się) do niego i prysznic po. Zwyczajnie nie chce mi się wiązać butów na 5 km. Na dodatek jeszcze na piątkę to trzeba biec szybko – a kto mnie zna ten wie, że wolę długo i wolno. Na takim dystansie nie ma mowy o konwersacyjnym i relaksacyjnym bieganiu – od startu do mety to bieg poza strefą komfortu! Dlatego po raz pierwszy pobiegłam piątkę na czas dopiero we wrześniu ubiegłego roku – Parkrun w Gdańsku. Mojego wyniku 26.55 aż do dzisiaj nie udało mi się poprawić, a próbowałam dwukrotnie w Cieszynie na Parkrunie. Na końcu wypluwałam płuca, a i tak minę miałam skwaszoną. Aż do ostatniej niedzieli! Wczoraj, choć od trzeciego km marzyłam by przestać biec, nakarmiłam swoją ambicję własnym sukcesem. Ostatnie metry do mety, gdy na wyświetlaczu nawet czas brutto był lepszy od powyższego wyniku to była prawdziwa frajda. A potem jeszcze zobaczyłam czas netto, i te 30 sekund mniej (słownie: trzydzieści) i jeszcze 15. miejsce w swojej kategorii! Wreszcie byłam bliżej początku niż końca!

Zapytacie skąd ja się wzięłam na biegu na dystansie, którego nie lubię. Ano przypadkiem! Jakiś czas temu postanowiłam napisać na mojego bloga tekst o lokalnych biegach KLIK – takich, gdzie mało jest uczestników, a opłaty startowe niskie. Chciałam sprawdzić jak radzą sobie te małe imprezy i ich organizatorzy w porównaniu z biegami, gdzie liczy się znany sponsor, rekord uczestnictwa i trzycyfrowa opłata startowa.

Pierwszy raz o Kęckiej Piątce usłyszałam od Piotra i szybko powiedziałam – nie. 20 km w aucie, 5 km męczącego biegu i 20 km z powrotem. Bez sensu. A później nagle okazało się, że ten bieg świetnie pasuje do mojego tekstu. Tyle, że później nie było już miejsc. Limit 250 osób szybko się wyczerpał i trudno się dziwić skoro bieg kosztował tylko 10 zł, a miał być i pomiar czasu i jedzenie i picie i atrakcyjny pakiet startowy.

Na szczęście, ktoś nie mógł pobiec, a ja dzięki pomocy organizatora zajęłam jego miejsce.

Pamiętacie mój tekst o ambicji KLIK i moją skwaszoną minę na mecie maratonu? Tak szybko wróciłam do biegania, jak szybko chciałam sobie zrekompensować domniemaną porażkę w Łodzi. Podczas Biegu Fiata do życiówki brakowało mi sporo (w upał ciężko jednak poprawić wynik z Życiowej Dziesiątki w Krynicy), tydzień temu na Parkrunie w Cieszynie znowu zabrakło kilkudziesięciu sekund… Tym razem więc nie przyznałam się głośno co knuję. Jechałam sama, więc nie miał kto hamować mojej ambicji.

Start zaplanowano w południe. Co za pech! Jeszcze w sobotę było przyjemnie chłodno, a dziś z każdą minutą grzeje coraz bardziej. Jak ja nie lubię biegać w upał!

Jeszcze kilka słów o organizacji – parkingi oznakowane, mogłam nawet wjechać na ten przy stadionie Hejnał, odbiór pakietów – sprawny (obsługa już stojącym w kolejce dawała dokument do podpisania), a pakiet startowy jakbym biegła w całkiem dużej imprezie. Wielki plus za ekologiczną torbę – będzie dobrze służyć, trochę słodyczy, miły gadżet biegowy inni niż wszystkie czyli opaska – przyda się i pasuje do moich spodenek – i zachęta do kolejnych zakupów.

Na starcie kameralnie – 250 osób, większość się zna, są w końcu stąd. Przyjezdnych garstka. Krótka rozgrzewka, bo pocę się jak stoję, a co będzie jak zacznę biec! I w samo południe wystrzał do startu.

– Dobra – myślę – 5 km, czyli jak z domu pod Dębowiec i powrót. Potem będzie odpoczynek. Jak ma być życiówka to trzeba pilnować tempa. Szybko, ale nie za szybko przez 3 km, potem jeszcze jeden, a potem jeszcze szybciej i medal, radość, chwała! Trasę znałam z filmiku – wyglądała na płaską niczym stół czyli dla mnie idealnie! Pierwszy i ostatni km to ten sam odcinek więc starałam się go dobrze zapamiętać, żeby na ostatnich metrach przekonać moją głowę, że da radę. W prawo, w prawo i w lewo i jest pierwszy kilometr. Drugi kawałek za rynkiem, tempo stabilne, jeszcze chwila i będzie połowa. Zaczynam mijać pierwsze biegaczki. Jest dobrze – myślę i zerkam na zegarek. Wszystko zgodnie z planem. Trzeci kilometr też w tym samym tempie. Na czwartym zaczynam mieć dość – słońce w twarz, marzę o wodzie, dyszę, ale obok też ktoś dyszy… Ktoś inny zaczyna maszerować. O nie – myślę – nie zwalniasz, wytrzymaj jeszcze kilka minut! I ten kilometr gadania do siebie to był mój kryzysowy km, najwolniejszy. Zwolniłam o – biegacze mnie zrozumieją – 5 sekund. Widok harcerzy trzymających tabliczkę z napisem 4 km był upragniony. To teraz wszystko jasne – prosto, w prawo, dwa razy w lewo i meta. Biegniemy, nie zwalniamy, przyspieszamy – woła biegacz, który już ma medal na szyi. Za zakrętem stoi Wojtek – też coś woła – zerkam na zegarek i lecę. Jest meta – z tych kilkudziesięciu metrów widzę zegar, a tam 26:30, 26:32, 26:33… czas brutto! Cokolwiek się teraz wydarzy, mam ją, moją małą życiówkę, mały sukces, nakarmiłam ambicję.

Wbijam zęby w kawałek arbuza, a potem w kolejny i w kolejny. Genialny pomysł! Dopiero po kilku minutach wypatruję swoje nazwisko na ekranie. Netto jest jeszcze lepiej! Pełnia szczęścia🙂 ale gdybym tak pobiegła jeszcze o 5 sekund szybciej każdy kilometr… tak, tak ambicja. Siedź cicho, jest dobrze!

Jeszcze muszę przybić piątkę organizatorom za serwis po biegu. Wody, arbuzów, jedzenia i lodów było pod dostatkiem. Żeby to zjeść trzeba by przebiec półmaraton. Tortilla zamiast makaronu czy zupy – pierwszy raz się z tym spotkałam i jestem za! Statuetki, nagrody i jeszcze loteria. Nagród było tyle, że chyba każdy coś wylosował – ja komplet do badmintona. A ostatnio mówiłam, że chętnie po latach przerwy bym zagrała🙂

Mała wpadka była – lepiej się dziesięć razy upewnić niż dać statuetkę, okrzyknąć zwycięzcą, a później nagrodę odebrać. Zdecydowanie jednak Kęcka Piątka na piątkę. Życzę Kęckim Harpaganom sukcesów. Wypadałoby za rok powiedzieć – sprawdzam. Ale może wystarczy jak wystąpię w roli kibica, chyba, że własną ambicję trzeba będzie znowu karmić😉 Tylko nie zmieniajcie się za bardzo, zostańcie kameralnym, lokalnym biegiem, w którym chętnie się biega.

Jestem na diecie ciasteczkowej

Wiadomo – biegam, żeby jeść ciastka, jem ciastka, żeby biegać. Biegacze to pod tym względem szczęściarze. Ja przynajmniej nie zastanawiam się ile ma kalorii to ciacho co leży przede mną. Na czymś w końcu muszę pobiec ten bieg.

Lubię sobie sprawiać małe przyjemności – w końcu po to jest życie. Nie potrzebuję wielkich rzeczy, by się cieszyć. Dogadzam sobie! Potrafię czerpać radość ze spotkania ze znajomymi, spaceru i ciastka w dobrym towarzystwie. I jeszcze lubię poznawać nowe miejsca, tworzone przez ludzi z pasją, gdzie zajadam ciastka zrobione z pasją. Moja znajoma, Gosia, która z łatwością daje się wyciągać na degustacje, stwierdziła ostatnio, że nasze spacery są tak dobrze zaplanowane, by na trasie znalazło się miejsce, gdzie można zjeść dobre ciacho. Gosia – to nie jest przypadek!

I jeszcze, gdy tydzień temu podczas przemiłej rozmowy w biegaczami – przy ciastkach oczywiście, na dodatek domowej roboty, pieczone przez panie z Pogwizdowa – padło pytanie, gdzie w Bielsku-Białej można zjeść dobre ciastko uśmiechnęłam się uszczęśliwiona! To, to ja akurat wiem! Opowiedziałam o miejscach, o których teraz napiszę. A kontakt do tego, które tydzień temu jeszcze nie przyjmowało gości – też dałam.

Tak oto powstał pomysł na tekst o ciastkach🙂 To teraz nałóżcie sobie na talerz ciacho i czytajcie. Smacznego!

Na początek nowość na mapie Bielska-Białej. Nie pamiętam już jak trafiłam na Cremino Bakery, ale przez wiele tygodni obserwowałam niezwykle apetyczne zdjęcia tortów. Historię Anny Berezowskiej znajdziecie w najnowszym numerze 2bstyle. Oglądałam i oblizywałam się na widok jej wypieków. I rok temu, na wyjątkowe urodziny Piotra zamówiłam tort bezowy z owocami. Poezja smaku. Był tak lekki i delikatny, że spokojnie zjadłabym połowę, a Piotr cały od razu. Z radością przeczytałam więc o otwarciu kawiarni Cremino Bakery. Na testowanie nowego miejsca umówiłam się oczywiście z Gosią.

Lokal przy ulicy 1 maja 10. Sobotnie popołudnie, pierwszy dzień funkcjonowania nowej kawiarni. Niestety – przyjdzie nam przyjść innym razem. Niestety dla nas, bo właścicielka zapewne cieszy się z sukcesu. Były tłumy, nie było wolnego stolika i klimatu na spokojne pogaduchy. Co się odwlecze… Ciasta i kawy sobie nie odmówimy.

Pocieszamy się więc w Barometrze na Rynku. Trudno się zdecydować. Kilkanaście ciast o pięknym wyglądzie to dla mnie za dużo. Tym bardziej, że byłyśmy tu raz i ja znam tylko czekobanana. Zaintrygowane opisami wybieramy w końcu ciasta, miejsce na zewnątrz i delektujemy się smakiem. Gosia – ciasta z zieloną herbatą, serkiem mascarpone z likierem kawowym i czarną porzeczką, a ja – ciasta z morwą białą z kiwi, imbirem i kremem pomarańczowym. Oba kwaskowate, tak jak lubimy. Polecam miejsce na niespieszne spotkania i długą rozmowę. Dodatkowy plus za niebanalnie podane desery – na drewnianej desce, jakby plastrze drewna.

Kto z Was wie, że w Bielsku-Białej jeździły kiedyś tramwaje? Niestety przestały przed moim urodzeniem. Linia nr 1 z Dworca PKP do Cygańskiego Lasu, a linia nr 2 z Dworca PKP do Aleksandrowic. Ostatni tramwaj zjechał do zajezdni 30 kwietnia 1971 r. Ale tramwaje można jeszcze w Bielsku-Białej zobaczyć, a tam gdzie linia nr 1 się kończyła, tuż za dzisiejszą pętlą autobusową koniecznie usiądźcie w Peronie. Nieprzypadkowo bar ma tutaj kształt wagonika. Moje ulubione miejsce – na balkonie. Wygodne siedzenia, koce na chłodniejsze dni, lawenda w ogromnej donicy i ciasto, które z trudem zjadłam do końca. Maxi King był słodki, karmelowy, z dodatkiem słonych orzeszków. Dla mnie za słodki, po nim marzyłam o kiszonym ogórku. Uwielbiam to wnętrze – gdy w domu nie ma nic słodkiego, a ja mam ochotę poczytać książkę w smacznym towarzystwie, wystarczy mi półgodzinny spacer. Nawet w tygodniu trafia się jednak spory ruch, ale ciast nie brakuje i co dla mnie ważne powstają codziennie świeże. A jak powstają można nawet podglądać – kuchnia jest tu otwarta – i podpytać o szczegóły autorki wypieków.

Gdy mam ochotę na dłuższy spacer, albo właśnie zaliczyłyśmy z Gosią wycieczkę na Magurkę i Czupel, wiadomo, że deser będzie w Ciachomanii  w Straconce. Tu mam zwykle dylemat – jak wybrać jedno ciacho gdy za szybą taki wybór. Mamy na to z Gosią sposób – po pierwsze zawsze wybieramy nowe, po drugie po dokonaniu wspólnego wyboru prosimy o podzielenie ciast na pół. I w ten sposób za każdym razem poznajemy dwa nowe. A to sernik na zimno, a to malinową chmurkę, albo Panią Walewską. Do tego kawa i pełnia szczęścia. Czekam jeszcze na czasy, aż Bulwary Straceńskie staną się atrakcyjnym miejscem. Na razie trwają tam prace budowlane, których postępów nie widzę.

Żeby tylko nie było, że ja zjadam a sama nie robię! Dokumentacja fotograficzna z ostatnich dwóch lat jest bogata. Ciasta, ciasteczka, desery, tarty, bułeczki i babeczki – gdy w domu dwoje biegaczy, zapotrzebowanie na słodycze jest podwójne!