O wyższości Gorców nad innymi górami

Czyli o tym jak nie pojechałam do czterogwiazdkowego hotelu w Grecji. Albo dlaczego wolę Ochotnicę od Szczawnicy.

W Gorcach po raz pierwszy byłam w ogólniaku. Ot, szkolna wycieczka, z której pamiętam tylko Turbacz z charakterystycznym betonowym słupem, schronisko i żętycę pitą u bacy na pobliskiej polanie. Później nie było mnie tu… 20 lat. I pewnie nieprędko bym wróciła, bo i po co, gdybyśmy ponad dwa lata temu nie szukali miejsca na spokojny wielkanocny wyjazd. Wtedy trafiliśmy do Kamienicy i do Słonecznej Doliny. Podobno do dziś nas tam pamiętają. Już w pierwszym dniu… zgubiliśmy się w górach i nie obeszło się bez „telefonu do przyjaciela”. Kto chce poznać całą historię? Mówiąc w skrócie: pilnujecie mapy, bo w lesie pod Gorcem Kamienieckim (szlak z Ochotnicy Dolnej), nasza w tajemniczych okolicznościach zniknęła z kieszeni. Kto wie, może leży tam do dziś. Jedno jest pewne – we mgle, bez mapy i znajomości terenu nie wiedzieliśmy jak wrócić tam skąd wyszliśmy.

Teraz mamy już drugą mapę, bo od tego czasu w Gorcach byliśmy jeszcze dwa razy. Za każdym razem  w Ochotnicy Górnej. Raz mieszkaliśmy na końcu Osiedla Jamne, tuż pod… Gorcem Kamienieckim. A ostatnio na Osiedlu Jaszcze.

Nie spodziewajcie się typowego górskiego kurortu. Nawet nie bardzo jest gdzie umówić się ze znajomymi na piwo – powiedziałam do Piotra podczas ostatniego pobytu. Gdy kilka godzin później zeszliśmy do Szczawnicy, po niezbyt wyczerpującej wycieczce z Tylmanowej, wchodząc przy okazji na czwartą wieżę widokową na Koziarzu, miałam ochotę wypluć własne słowa. Gofry, lody, frytki… rowery, czterokołowce i inne dziwne pojazdy… wyciąg krzesełkowy, kajaki, spływy, ludzie, ludzie i ludzie… i korek, w którym stoją wszyscy co w niedzielne popołudnie chcą wrócić do Krakowa. Uciekamy – myślę – wracajmy do Ochotnicy, gdzie cisza, spokój (z wyjątkiem półtoragodzinnego bicia dzwonów w niedzielny poranek, gdy próbuję odespać nocną pobudkę sprzed doby – kto mi powie czemu te dzwony biły przez półtorej godziny?!). I nie jedźmy do Grecji, wolę jakąś głuszę i góry!

O wyższości Ochotnicy i Gorców nad Zakopanem i Tatrami przekonałam się już w maju. W czasie słynnego długiego weekendu tam było niemal pusto. A do nas docierały internetowe przekazy o długości kolejki i czasie oczekiwania do kasy, by zapłacić za wstęp do TPN i zobaczyć Morskie Oko. Na gorczańskich szlakach ludzi garstka, a Tatry widać stąd lepiej niż z drogi asfaltowej do Morskiego Oka. Kolejny długi weekend, tym razem sierpniowy i jest tu podobnie. Choć turystów nie brakuje, tłumów nie ma. I aż trudno uwierzyć, że są tacy, dla których to pierwsza w życiu wizyta w Gorcach. Pierwsza, ale już wiadomo – że nie ostatnia! Pretekstem do wyjazdu może być bieg – Gorce Ultra Trail – organizowany w Ochotnicy po raz pierwszy. Organizatorzy zadbali, by tym co po raz pierwszy i tym co kolejny już raz, pokazać wszystko co Gorce mają najpiękniejszego. Ja dodałabym jeszcze wbiegnięcie na Magurki – pomysł do wykorzystania na przyszły rok. Wybrałam trasę średnią – 43 km – z Ochotnicy Dolnej do Górnej przez Lubań, Przełęcz Knurowską, Kiczorę, Jaworzynę Kamieniecką. Na początek pięć kilometrów asfaltu (w połowie odcinka już zaczynam się nudzić!) i wreszcie najtrudniejsze na moim dystansie podejście na Lubań. Strome podejście. Najbardziej strome podejście poza Tatrami. Zwieńczone zameldowaniem się na szczycie 20-metrowej wieży. Od startu zajęło mi to niewiele ponad 2 godziny. Drogę na szczyt umilają widoki – wschód słońca gdzieś po drodze i Tatry na horyzoncie, mgły snujące się w dole. Jedyne zdjęcia jakie robię na trasie to właśnie to z wieży na Lubaniu i ruszam dalej. Teraz ma być już łatwiej.

Kolejny etap jaki sobie wyznaczyłam to 13 km do Przełęczy Knurowskiej, tam jest punkt żywieniowy. Najpierw jednak stromo schodzę w dół po ruszających się pod stopami kamieniach. Jeszcze chwila i można zacząć biec. Biegnę, idę, biegnę, idę. I tak na przemian. Pod górkę maszeruję, w dół i po płaskim biegnę. Spokojnie mijają kolejne kilometry. Staram się rozglądać na boki, gdy tylko jest szansa na widoki. Ostatnie kilkaset metrów do punktu z jedzeniem pokonuję czując ssanie w żołądku. A dwa batoniki już zjadłam. Nareszcie! Arbuzy, pomarańcze, żurawina i coca-cola! Zostałabym tu dłużej, ale czas nagli, a ja chciałabym się zameldować na mecie około południa. Ruszam dalej. Trasę znam więc wiem, że aż do Kiczory więcej będzie marszu niż biegu. Ale kilka odcinków udało mi się przetruchtać. A nawet wyprzedzić kilku biegaczy. Wybaczcie biegacze – dumna jestem z siebie, bo na co dzień po górach nie biegam. Przed Kiczorą mija mnie dziewczyna z psem. Nie staruje w zawodach, ot biegnie sobie i mnie zostawia w tyle. Ostatnie metry na Kiczorę, widok na Magurki po prawej stronie i Lubań bardzo daleko stąd. Tam dziś byłam myślę i skręcam w lewo. Wolontariusz uprzedza, że za 300 metrów decyzja – w lewo czy w prawo, czyli 80 km czy 43. Wiadomo, 43! Co prawda odnotowujący mnie chłopak nie krył rozczarowania, ale ja spieszę się przecież na obiad. Mówiłam Wam po pustych szlakach i niewielu turystach. Od wielu kilometrów jestem właściwie sama. Przede mną majaczą dwie sylwetki biegaczy, doganiam ich na Jaworzynie i stąd aż do mety tylko samotność. Nikogo nie ma obok mnie, mijam zaledwie kilka osób. Jest sobotnie przedpołudnie i długi sierpniowy weekend. Ale już mnie to nie dziwi. Teraz najprzyjemniejsze kilometry. Właściwie płasko, przez mostki, łąki i lasy. Do rozwidlenia, a potem już tylko żółtym szlakiem i przez pola do mety. Po drodze pierwszeństwa ustępuje mi podchodząca z Ochotnicy grupa. Chyba zrobiłam na nich wrażenie, bo pytają na ile kilometrów ten bieg. I to jedyna okazja by zamienić z kimś dwa słowa. Ratownik na polanie… chyba nawet mnie nie słyszał. Drzemał albo podziwiał widoki z pozycji horyzontalnej. Jeden podbieg dalej i kilka kilometrów dalej przycupnęła Róża z aparatem. Podobno wyglądałam całkiem dobrze, ale tylko machnęłam ręką i mruknęłam powitanie. Do mety, odpocząć, pić i jeść! W takich momentach zawsze przypominam sobie dlaczego tak lubię biegać w okularach słonecznych, nawet gdy promieni niewiele. Raz, że muszki nie wpadają mi do oczu, ale po drugie i ważniejsze – że mój wytrzeszcz oczu nikogo do biegania nie zniechęci. 3 km do mety, 2 km… jeszcze jakaś łąka skoszona, dwa pniaki do przekroczenia, ścieżka polna i kamienie i asfalt na koniec. Uwaga zmiana nawierzchni – mówię do siebie – i tup tup zamienia się w łup łup. Strażak zatrzyma dla mnie ruch, ktoś zaklaszcze i zdopinguje, forpoczta dzieciaków zaanonsuje przed metą. Medal – cudownie, że drewniany – i można się zatrzymać. Przed południem nie zdążyłam, spóźniłam się 29 minut, ale zdublować nie dałam – najszybszy zawodnik na trasie o długości 80 km przybiegł za mną. Teraz kibicowanie, prysznic i odpoczynek. Pobyt w Gorach jeszcze się nie kończy – jeszcze dwa dni wędrowania.

Trasa mojego biegu Turbacz omija, więc ostatniego dnia pobytu na najwyższy szczyt poszliśmy z Nowego Targu. I znowu godziny marszu w ciszy i spokoju. Jednak jednym z moich ulubionych miejsc  są Magurki. Pierwszy raz trafiliśmy tu w maju, wybierając przypadkową dróżką po zejściu ścieżką przyrodniczą z Kiczory. Kolejny – przed biegiem – gdy wybraliśmy się ścieżką edukacyjną zobaczyć pomnik upamiętniający katastrofę lotniczą bombowca Liberator. Magurki z ich polanami i widokami to jedno z piękniejszych miejsc. Mamy jeszcze ochotę zobaczyć Kurnytową Kolibę – pochodzącą z 1839 roku i dziś będącą najstarszym drewnianym, niesakralnym obiektem budownictwa drewnianego w Ochotnicy. Była tu baza partyzantów, później okresowo gospodarzyli harcerze, teraz świeci pustkami. Trafiamy tu trochę na przełaj, przez las, stromym zboczem, zamiast wybrać wygodny szlak wołoski z Magurek. Niestety na naszej mapie go nie ma, ale w pakiecie startowym GUT była mapa Gorczańskiego Parku Narodowego i teraz trafilibyśmy tu bez problemów. Na szlak wołoski tylko w innym miejscu i tak trafiliśmy wędrując ścieżkami i łąkami w stronę Ochotnicy Górnej.

Z tej wycieczki wracałam z jeszcze jedną zdobyczą. Tuż przy ścieżce rósł przepiękny koźlarz czerwony i nawet ja, niezbierająca grzybów go wypatrzyłam. Wcześniej tylko fotografowałam piękne, czerwone okazy.

Gdybym miała napisać o jeszcze jednej zalecie Gorców – i mam nadzieję, że po tym tekście się to nie zmieni – to ceny. Spaliście ostatnio za 25 zł/osobę? A do tego za 15 zł zjedliście dwudaniowy obiad, w niedzielę jeszcze z deserem? Najadł się nawet wymagający Piotr. Naszej Gospodyni dziękujemy za dokładki i już tęsknię za pierogami borówkami domowej produkcji.

Było już o wyższości Ochotnicy nad Szrenicą, będzie o wyższości polskich gór nad Grecją. Zamiast kurortu, kilku-gwiazdkowego hotelu będą Karkonosze. Właśnie poszukuję klimatycznego miejsca na tygodniowy pobyt. Ostatni raz byłam tam… tak, tak! W ogólniaku. Na mojej liście pt. „ostatni raz byłam tam w ogólniku” są jeszcze Góry Świętokrzyskie. Ale tam raczej się nie wybiorę.

 

 

Ciągnie wilka w las

Myślałam, że to jednorazowe. Ot, zamiast biegać po okolicznych drogach i chodnikach, zawiozłam się pod Dębowiec i pobiegłam w las. I jak w domu nie chciało mi się włożyć butów biegowych, tak po kilkuset metrach w lesie, śmiałam się od ucha do ucha. No dobrze – śmiałam się po wbiegnięciu na Dębowiec. Kilka dni później, w niedzielny poranek pakowałam mój mały biegowy plecaczek. Batonik, woda i w drogę do Cygańskiego Lasu. A stamtąd – Kozia Górka, Przełęcz Kołowrót, Klimczok, Szyndzielnia, Dębowiec i znowu Cygański Las. Trzy godziny, kilku biegaczy na trasie, a od Szyndzielni całkiem sporo niedzielnych turystów. I co – trzy godziny marszo-biegu (pod górkę maszeruję!) i wracam uszczęśliwiona z 22 km na liczniku. W ostatni czwartek to samo – znowu parkuję pod Dębowcem. Choć biegnie mi się zdecydowanie ciężko, trzy razy planuję skrócić bieg, żółwię się, to jednak pokonuję swoje 12 km i 300 m w górę. Jutro mam zrobić długie. Rany, tylko nie asfalt – myślę – i wygląda na to, że jutro pobiegnę na Leskowiec (jakby ktoś chciał to zabieram z B-B o 8.30, tylko proszę mnie nie zgubić na trasie!).*

Żeby było – żaden ze mnie górski biegacz! Raz na czas, odkurzam moje ukochane Saucony, pakuję plecaczek i biegnę, maszeruję, biegnę. Ale ostatnio jakoś bardziej i częściej cierpię na asfaltowstręt.  Pierwszy moje górskie zawody – dwa lata temu w Krynicy. Zdjęcie z nich, to jedno z moich ulubionych. Poza tym w górskich biegach nie biegam (żadne tam zawody na Babią czy Pilsko), a to, że jestem na liście startowej Gorce Ultra Trail to wypadek przy pracy i moja zuchwałość. O czym pisałam tutaj KLIK

Do tego wszystkiego jestem szczęściarą – gdybyście szukali lokalnej patriotki to większej w okolicy nie ma. Kocham moje miasto. Gdzie się nie obejrzę – góry. Jak zamknę drzwi na klucz to marszem na Klimczok mam 2,5 godziny. Zanim zaczęłam biegać to w listopadowe dni chodziłam do schroniska na grzane piwo. Wiem – inni idą do sklepu, a ja do schroniska. Pod Dębowiec mam 3 km, do Cygańskiego Lasu skąd blisko na Kozią Górkę też 3 km. Na Błatnią jak idę, to na spacer, a nie na górską wycieczkę. Z drugiej strony mam Magurkę i Czupel albo Hrobaczą Łąkę – też spacerowo.

Jak biegam ulicami to też mam górki. Wierzcie albo nie, ale jak trzy lata temu pojechałam do Gdańska i zaczęłam biegać po Parku Reagana to zrozumiałam co znaczy płaskie wybieganie. I jak biegnę od molo w Gdańsku Brzeźnie do Sopotu i z powrotem, to moim zdaniem w obie strony jest z górki. Taki paradoks.

Co się zatem dzieje? Nuda? – za miesiąc biegaczka skończy 5 lat. Rutyna? – trochę tak. Moje miasto wymierzyłam już własnymi stopami wzdłuż i wszerz. A w lesie zawsze coś się dzieje. A to sarny wypłoszę, a to dzik mnie wystraszy, a to zając biegnie przede mną jak w kreskówce, albo sowa cicho przeleci nad głową jak w ostatni czwartek. Czasem to ja łapię zająca i kończy się niemiłym czyszczeniem ran, jak rok temu po biegu na Leskowiec, na który w końcu nie dobiegłam. Przypomnę – żaden ze mnie górski biegacz. Moje Saucony mają szansę towarzyszyć mi jeszcze kilka sezonów. Na Chudym Wawrzyńcu też mnie nie spotkacie, a połoniny kocham ale we wrześniu.

Na asfalcie zaczynam się nudzić. Przed laty, w końcu znudziła mnie siłowania – choć biegałam na orbitreku 4 razy w tygodniu po godzinie. Lubię pływać – ale nie w basenie! Nie dam rady od ściany do ściany. W Chorwacji do sąsiedniej wsi popłynę za to chętnie – choć znowu, żaden ze mnie pływak, a już z techniką jestem pewnie mocno na bakier. Bieganie na stadionie – brrr… Wszystko to przerobiłam na własnej skórze. Czy to znaczy, że za chwilę znudzi mi się bieganie? Tego nie chcę. Bez biegania jestem nie do zniesienia. Może jednak wystarczą nowe trasy. Tylko jakie? Jak macie pomysł – to podpowiedzcie.

Górski biegacz ze mnie nie wyroście, ultras tym bardziej. Ale moje bieganie wzięło się z chodzenia po górach. Gdybym w 2011 r. nie przeszła GR20 na Korsyce to może nigdy nie włożyłabym biegowych butów. Z górami związane są wszystkie poprzednie lata. Beskidy, Tatry, Bieszczady, Czarnohora, Alpy Julijskie i Wysokie Taury. Na 30. urodziny wymarzyłam sobie Grossvenediger  (KLIK), na 40. chciałam pojechać w Himalaje, choć teraz chodzi mi po głowie powrót na Aconcaguę. Był Grossglockner, Mount Blanc i jeszcze Elbrus. Były nawet zbyt śmiałe plany. A później… Beskid Niski. Ale wciąż ciągnie mnie w las i w góry. Dlatego jutro zamiast uklepywać asfalt w moich mieście pobiegam po szlakach górskich w Beskidzie Małym.*

*Nie pojechałam w Beskid Mały. Wyszedł ze mnie leń – zwyczajnie nie chciało mi się wsiadać do auta. I ten leń pobiegał 20 km. A jakże las był – ten w Wapienicy. Cała trasa TUTAJ

Lubię długo i wolno!

Nie lubię biegów na 5 km. Na 10 też, ale mniej. Bieg na 5 km trwa krócej niż moje przygotowania (ubranie się) do niego i prysznic po. Zwyczajnie nie chce mi się wiązać butów na 5 km. Na dodatek jeszcze na piątkę to trzeba biec szybko – a kto mnie zna ten wie, że wolę długo i wolno. Na takim dystansie nie ma mowy o konwersacyjnym i relaksacyjnym bieganiu – od startu do mety to bieg poza strefą komfortu! Dlatego po raz pierwszy pobiegłam piątkę na czas dopiero we wrześniu ubiegłego roku – Parkrun w Gdańsku. Mojego wyniku 26.55 aż do dzisiaj nie udało mi się poprawić, a próbowałam dwukrotnie w Cieszynie na Parkrunie. Na końcu wypluwałam płuca, a i tak minę miałam skwaszoną. Aż do ostatniej niedzieli! Wczoraj, choć od trzeciego km marzyłam by przestać biec, nakarmiłam swoją ambicję własnym sukcesem. Ostatnie metry do mety, gdy na wyświetlaczu nawet czas brutto był lepszy od powyższego wyniku to była prawdziwa frajda. A potem jeszcze zobaczyłam czas netto, i te 30 sekund mniej (słownie: trzydzieści) i jeszcze 15. miejsce w swojej kategorii! Wreszcie byłam bliżej początku niż końca!

Zapytacie skąd ja się wzięłam na biegu na dystansie, którego nie lubię. Ano przypadkiem! Jakiś czas temu postanowiłam napisać na mojego bloga tekst o lokalnych biegach KLIK – takich, gdzie mało jest uczestników, a opłaty startowe niskie. Chciałam sprawdzić jak radzą sobie te małe imprezy i ich organizatorzy w porównaniu z biegami, gdzie liczy się znany sponsor, rekord uczestnictwa i trzycyfrowa opłata startowa.

Pierwszy raz o Kęckiej Piątce usłyszałam od Piotra i szybko powiedziałam – nie. 20 km w aucie, 5 km męczącego biegu i 20 km z powrotem. Bez sensu. A później nagle okazało się, że ten bieg świetnie pasuje do mojego tekstu. Tyle, że później nie było już miejsc. Limit 250 osób szybko się wyczerpał i trudno się dziwić skoro bieg kosztował tylko 10 zł, a miał być i pomiar czasu i jedzenie i picie i atrakcyjny pakiet startowy.

Na szczęście, ktoś nie mógł pobiec, a ja dzięki pomocy organizatora zajęłam jego miejsce.

Pamiętacie mój tekst o ambicji KLIK i moją skwaszoną minę na mecie maratonu? Tak szybko wróciłam do biegania, jak szybko chciałam sobie zrekompensować domniemaną porażkę w Łodzi. Podczas Biegu Fiata do życiówki brakowało mi sporo (w upał ciężko jednak poprawić wynik z Życiowej Dziesiątki w Krynicy), tydzień temu na Parkrunie w Cieszynie znowu zabrakło kilkudziesięciu sekund… Tym razem więc nie przyznałam się głośno co knuję. Jechałam sama, więc nie miał kto hamować mojej ambicji.

Start zaplanowano w południe. Co za pech! Jeszcze w sobotę było przyjemnie chłodno, a dziś z każdą minutą grzeje coraz bardziej. Jak ja nie lubię biegać w upał!

Jeszcze kilka słów o organizacji – parkingi oznakowane, mogłam nawet wjechać na ten przy stadionie Hejnał, odbiór pakietów – sprawny (obsługa już stojącym w kolejce dawała dokument do podpisania), a pakiet startowy jakbym biegła w całkiem dużej imprezie. Wielki plus za ekologiczną torbę – będzie dobrze służyć, trochę słodyczy, miły gadżet biegowy inni niż wszystkie czyli opaska – przyda się i pasuje do moich spodenek – i zachęta do kolejnych zakupów.

Na starcie kameralnie – 250 osób, większość się zna, są w końcu stąd. Przyjezdnych garstka. Krótka rozgrzewka, bo pocę się jak stoję, a co będzie jak zacznę biec! I w samo południe wystrzał do startu.

– Dobra – myślę – 5 km, czyli jak z domu pod Dębowiec i powrót. Potem będzie odpoczynek. Jak ma być życiówka to trzeba pilnować tempa. Szybko, ale nie za szybko przez 3 km, potem jeszcze jeden, a potem jeszcze szybciej i medal, radość, chwała! Trasę znałam z filmiku – wyglądała na płaską niczym stół czyli dla mnie idealnie! Pierwszy i ostatni km to ten sam odcinek więc starałam się go dobrze zapamiętać, żeby na ostatnich metrach przekonać moją głowę, że da radę. W prawo, w prawo i w lewo i jest pierwszy kilometr. Drugi kawałek za rynkiem, tempo stabilne, jeszcze chwila i będzie połowa. Zaczynam mijać pierwsze biegaczki. Jest dobrze – myślę i zerkam na zegarek. Wszystko zgodnie z planem. Trzeci kilometr też w tym samym tempie. Na czwartym zaczynam mieć dość – słońce w twarz, marzę o wodzie, dyszę, ale obok też ktoś dyszy… Ktoś inny zaczyna maszerować. O nie – myślę – nie zwalniasz, wytrzymaj jeszcze kilka minut! I ten kilometr gadania do siebie to był mój kryzysowy km, najwolniejszy. Zwolniłam o – biegacze mnie zrozumieją – 5 sekund. Widok harcerzy trzymających tabliczkę z napisem 4 km był upragniony. To teraz wszystko jasne – prosto, w prawo, dwa razy w lewo i meta. Biegniemy, nie zwalniamy, przyspieszamy – woła biegacz, który już ma medal na szyi. Za zakrętem stoi Wojtek – też coś woła – zerkam na zegarek i lecę. Jest meta – z tych kilkudziesięciu metrów widzę zegar, a tam 26:30, 26:32, 26:33… czas brutto! Cokolwiek się teraz wydarzy, mam ją, moją małą życiówkę, mały sukces, nakarmiłam ambicję.

Wbijam zęby w kawałek arbuza, a potem w kolejny i w kolejny. Genialny pomysł! Dopiero po kilku minutach wypatruję swoje nazwisko na ekranie. Netto jest jeszcze lepiej! Pełnia szczęścia🙂 ale gdybym tak pobiegła jeszcze o 5 sekund szybciej każdy kilometr… tak, tak ambicja. Siedź cicho, jest dobrze!

Jeszcze muszę przybić piątkę organizatorom za serwis po biegu. Wody, arbuzów, jedzenia i lodów było pod dostatkiem. Żeby to zjeść trzeba by przebiec półmaraton. Tortilla zamiast makaronu czy zupy – pierwszy raz się z tym spotkałam i jestem za! Statuetki, nagrody i jeszcze loteria. Nagród było tyle, że chyba każdy coś wylosował – ja komplet do badmintona. A ostatnio mówiłam, że chętnie po latach przerwy bym zagrała🙂

Mała wpadka była – lepiej się dziesięć razy upewnić niż dać statuetkę, okrzyknąć zwycięzcą, a później nagrodę odebrać. Zdecydowanie jednak Kęcka Piątka na piątkę. Życzę Kęckim Harpaganom sukcesów. Wypadałoby za rok powiedzieć – sprawdzam. Ale może wystarczy jak wystąpię w roli kibica, chyba, że własną ambicję trzeba będzie znowu karmić😉 Tylko nie zmieniajcie się za bardzo, zostańcie kameralnym, lokalnym biegiem, w którym chętnie się biega.

Jestem na diecie ciasteczkowej

Wiadomo – biegam, żeby jeść ciastka, jem ciastka, żeby biegać. Biegacze to pod tym względem szczęściarze. Ja przynajmniej nie zastanawiam się ile ma kalorii to ciacho co leży przede mną. Na czymś w końcu muszę pobiec ten bieg.

Lubię sobie sprawiać małe przyjemności – w końcu po to jest życie. Nie potrzebuję wielkich rzeczy, by się cieszyć. Dogadzam sobie! Potrafię czerpać radość ze spotkania ze znajomymi, spaceru i ciastka w dobrym towarzystwie. I jeszcze lubię poznawać nowe miejsca, tworzone przez ludzi z pasją, gdzie zajadam ciastka zrobione z pasją. Moja znajoma, Gosia, która z łatwością daje się wyciągać na degustacje, stwierdziła ostatnio, że nasze spacery są tak dobrze zaplanowane, by na trasie znalazło się miejsce, gdzie można zjeść dobre ciacho. Gosia – to nie jest przypadek!

I jeszcze, gdy tydzień temu podczas przemiłej rozmowy w biegaczami – przy ciastkach oczywiście, na dodatek domowej roboty, pieczone przez panie z Pogwizdowa – padło pytanie, gdzie w Bielsku-Białej można zjeść dobre ciastko uśmiechnęłam się uszczęśliwiona! To, to ja akurat wiem! Opowiedziałam o miejscach, o których teraz napiszę. A kontakt do tego, które tydzień temu jeszcze nie przyjmowało gości – też dałam.

Tak oto powstał pomysł na tekst o ciastkach🙂 To teraz nałóżcie sobie na talerz ciacho i czytajcie. Smacznego!

Na początek nowość na mapie Bielska-Białej. Nie pamiętam już jak trafiłam na Cremino Bakery, ale przez wiele tygodni obserwowałam niezwykle apetyczne zdjęcia tortów. Historię Anny Berezowskiej znajdziecie w najnowszym numerze 2bstyle. Oglądałam i oblizywałam się na widok jej wypieków. I rok temu, na wyjątkowe urodziny Piotra zamówiłam tort bezowy z owocami. Poezja smaku. Był tak lekki i delikatny, że spokojnie zjadłabym połowę, a Piotr cały od razu. Z radością przeczytałam więc o otwarciu kawiarni Cremino Bakery. Na testowanie nowego miejsca umówiłam się oczywiście z Gosią.

Lokal przy ulicy 1 maja 10. Sobotnie popołudnie, pierwszy dzień funkcjonowania nowej kawiarni. Niestety – przyjdzie nam przyjść innym razem. Niestety dla nas, bo właścicielka zapewne cieszy się z sukcesu. Były tłumy, nie było wolnego stolika i klimatu na spokojne pogaduchy. Co się odwlecze… Ciasta i kawy sobie nie odmówimy.

Pocieszamy się więc w Barometrze na Rynku. Trudno się zdecydować. Kilkanaście ciast o pięknym wyglądzie to dla mnie za dużo. Tym bardziej, że byłyśmy tu raz i ja znam tylko czekobanana. Zaintrygowane opisami wybieramy w końcu ciasta, miejsce na zewnątrz i delektujemy się smakiem. Gosia – ciasta z zieloną herbatą, serkiem mascarpone z likierem kawowym i czarną porzeczką, a ja – ciasta z morwą białą z kiwi, imbirem i kremem pomarańczowym. Oba kwaskowate, tak jak lubimy. Polecam miejsce na niespieszne spotkania i długą rozmowę. Dodatkowy plus za niebanalnie podane desery – na drewnianej desce, jakby plastrze drewna.

Kto z Was wie, że w Bielsku-Białej jeździły kiedyś tramwaje? Niestety przestały przed moim urodzeniem. Linia nr 1 z Dworca PKP do Cygańskiego Lasu, a linia nr 2 z Dworca PKP do Aleksandrowic. Ostatni tramwaj zjechał do zajezdni 30 kwietnia 1971 r. Ale tramwaje można jeszcze w Bielsku-Białej zobaczyć, a tam gdzie linia nr 1 się kończyła, tuż za dzisiejszą pętlą autobusową koniecznie usiądźcie w Peronie. Nieprzypadkowo bar ma tutaj kształt wagonika. Moje ulubione miejsce – na balkonie. Wygodne siedzenia, koce na chłodniejsze dni, lawenda w ogromnej donicy i ciasto, które z trudem zjadłam do końca. Maxi King był słodki, karmelowy, z dodatkiem słonych orzeszków. Dla mnie za słodki, po nim marzyłam o kiszonym ogórku. Uwielbiam to wnętrze – gdy w domu nie ma nic słodkiego, a ja mam ochotę poczytać książkę w smacznym towarzystwie, wystarczy mi półgodzinny spacer. Nawet w tygodniu trafia się jednak spory ruch, ale ciast nie brakuje i co dla mnie ważne powstają codziennie świeże. A jak powstają można nawet podglądać – kuchnia jest tu otwarta – i podpytać o szczegóły autorki wypieków.

Gdy mam ochotę na dłuższy spacer, albo właśnie zaliczyłyśmy z Gosią wycieczkę na Magurkę i Czupel, wiadomo, że deser będzie w Ciachomanii  w Straconce. Tu mam zwykle dylemat – jak wybrać jedno ciacho gdy za szybą taki wybór. Mamy na to z Gosią sposób – po pierwsze zawsze wybieramy nowe, po drugie po dokonaniu wspólnego wyboru prosimy o podzielenie ciast na pół. I w ten sposób za każdym razem poznajemy dwa nowe. A to sernik na zimno, a to malinową chmurkę, albo Panią Walewską. Do tego kawa i pełnia szczęścia. Czekam jeszcze na czasy, aż Bulwary Straceńskie staną się atrakcyjnym miejscem. Na razie trwają tam prace budowlane, których postępów nie widzę.

Żeby tylko nie było, że ja zjadam a sama nie robię! Dokumentacja fotograficzna z ostatnich dwóch lat jest bogata. Ciasta, ciasteczka, desery, tarty, bułeczki i babeczki – gdy w domu dwoje biegaczy, zapotrzebowanie na słodycze jest podwójne!

 

Biegam lokalnie

Bez skomplikowanej logistyki, tygodni przygotowań i bez tłumu kibiców, a nawet bez medalu na mecie… a jednak z radością i satysfakcją z ukończonego biegu. Biegu szczególnego, bo lokalnego i bardzo kameralnego. Rozejrzyjcie się dobrze wokół siebie, a może się okazać, że takich lokalnych imprez nie brakuje. A zalet mają całkiem sporo.

Zacznijmy od porównania. Najliczniejszy bieg w jakim wystartowałam to Maraton w Paryżu w 2015 roku – ponad 40 tysięcy zawodników, losowanie miejsc rok wcześniej, 98 euro opłaty startowej, samolot, noclegi… Uff… Było pięknie, niepowtarzalnie i to był bieg marzeń, jedyny taki start w życiu, niepowtarzalny. Każdy wspinacz ma swój Everest, każdy biegacz ma swój Boston😉

Ale czas docenić lokalne imprezy. I tak właśnie lokalnie postanowiliśmy spędzić czerwcowy weekend. Rano jedziemy z Piotrem do Cieszyna na Parkrun. Idea znana jest na całym świecie – dwanaście państw a w niektórych nawet kilkadziesiąt miejsc.  W Polsce można przebiec dystans 5 km aż w 35 lokalizacjach. Idea jest prosta – biegacze pracują jako wolontariusze na rzecz innych biegaczy. Trzeba zalogować się na stronie i wydrukować swój kod kreskowy. Z tym kodem można biegać na całym świecie, rejestrować wyniki i obserwować postępy. Albo zwyczajnie dobrze się bawić. Bieg jest bezpłatny. Cieszyński Parkrun jest wyjątkowy. To jedyny bieg, podczas którego biegnie się w dwóch państwach – w Polsce i w Czechach, dwukrotnie przekraczając granicę na Olzie! Stąd w Cieszynie nie brakuje biegaczy z Czeskiego Cieszyna. Odbyło się już 113 edycji, a w kwietniu 2015 roku biegacze wspólnie świętowali drugie urodziny przy imponującym torcie. Wtedy też, w tym wyjątkowym dniu na trasie było znacznie więcej miłośników biegania. A w ubiegłym roku, we wrześniu w Gdańsku, dorzuciłam swoją cegiełkę – a raczej parę nóg – do ustanowienia nowego rekordu liczby uczestników. W Parku Reagana pobiegło 269 osób i to już całkiem spora grupa. Zwykle jednak nad Olzą spotyka się kilkadziesiąt osób.

Tylu biegaczy ile w rekordowym Gdańsku, nie było jednak na pierwszym biegu, zorganizowanym zaledwie 10 km od Cieszyna. Ale zacznijmy od ciekawych nazw. A Złote Gacie, o Złote Gumiaki  czy o Złoty Gwizdek… Organizatorzy lokalnych imprez biegowych prześcigają się w wymyślaniu zabawnych tytułów. Bo czy obok wspomnianego już medalu z Paryża można powiesić choćby symboliczne gacie? Zresztą jeden z moich ulubionych medali to najprawdziwszy dzwonek w kształcie czapki Mikołaja, przywieziony z półmaraton w Toruniu. Wyróżnić się to droga do sukcesu. Kiedy więc okazało się, że jednego dnia możemy pobiec aż dwa razy – rano Parkrun, a po południu o Złoty Gwizdek – nie wahaliśmy się. I tu miła niespodzianka. Nasze wpisowe wyniosło 0 zł – słownie: zero złotych. Biegliście kiedyś z nieprzypadkowym numerem startowym? Dzięki przemiłej korespondencji z organizatorem Parkrun Cieszyn – Krzysztofem Szubarskim mieliśmy zarezerwowane nasze szczęśliwe liczby. Ja – 13, a Piotr – 19. W upalne popołudnie na starcie stanęło 68 osób.

Jakie są zalety takiej lokalnej imprezy? Niskie wpisowe, a nawet jego brak. Żadnej walki o miejsce na liście startowej. My odebraliśmy swoje numery w sobotę rano, ale zapisy zamknięto kwadrans przed startem. Wiem jednak, że gdyby byli chętni nawet pięć minut przed biegiem to też by pobiegli. Pakiet startowy – skromny – tylko numer i to nawet bez chipa (pomiar czasu owszem był – przy tej liczbie biegaczy wystarczył stoper). Żadnych ulotek, kolejnej torby na buty czy koszulki nie najlepszej jakości. Nie mam nic do koszulek z zawodów – w kilku biegam z przyjemnością. Częściej są to jednak koszulki, których do biegania nie używam i tylko zalegają w szafie – wolałabym zapłacić mniej niż mieć kolejną koszulkę, z której nie jestem zadowolona. No i dystans – 7,5 km – więc każdy kto pobiegł na tej nietypowej trasie mógł ustanowić swoją „życiówkę”. Obeszło się też bez czasochłonnego planowania – parking przy kościele, biuro zawodów to stolik przed szkołą, a trasę zabezpieczali strażacy. Mniej więcej o 14 (z naciskiem na mniej więcej) zabrzmiało słowo START i pobiegliśmy. Jeszcze przed biegiem zażartowałam, że przy takiej frekwencji mam szansę przybiec ostatnia. I przez chwilę rzeczywiście biegłam ostatnia! Za plecami słyszałam silnik zamykającego bieg samochodu. Wtedy przez chwilę nie było mi do śmiechu. Biegacze pobiegli jakby to był bieg na 1000 metrów, a nie kilka razy dłuższa trasa. Na szczęście w popołudniowym upale kilku z nich dogoniłam a nawet wyprzedziłam, więc to nie ja zakończyłam pierwszy bieg o Złotych Gwizdek. Pożartować można tylko z oznakowania trasy, bo ta poszczycić się może brakiem atestu. Mój niezawodny zegarek biegowy pokazywał zawsze kilkadziesiąt a nawet kilkaset metrów mniej niż pełny kilometr, choć na mecie wszystko się zgadzało – było 7,5 km. Ani przez moment nie można było się zgubić, strażacy idealnie wskazywali drogę na skrzyżowaniach. Widoki były niezapomniane – czeskie góry w tle, a wokół pola i łąki. W upalny dzień na trasie zorganizowano nawet punkt z wodą, a wody i kubeczków starczyło dla wszystkich co zdarza się nawet w Paryżu, ale już nie zdarza na mniejszych, ale popularnych zawodach w Bielsku-Białej czy Żywcu. Trasę pokonałam właściwie samotnie, a i kibiców policzyć mogę na palcach jednej ręki. Tu i tam wzbudzaliśmy zainteresowanie – kilkudziesięciu biegaczy w krótkich spodenkach zmierzających do mety. Za to na mecie witano mnie gorąco – tym bardziej, że organizator Krzysztof doskonale wiedział, że przyjechaliśmy z Bielska-Białej. Co biegacz dostaje na mecie? Medal – w Pogwizdowie był dyplom, mój pierwszy biegowy. No i posiłek regeneracyjny – o to trzeba było zadbać we własnym zakresie, ale ciasta domowej roboty i konieczność wybierania spośród kilkunastu rodzajów to było wyzwanie! Jaka jest jeszcze zaleta takiej kameralnej, lokalnej imprezy – znajomości. Jednego z biegaczy następnego dnia spotkaliśmy w Mikołowie, Piotra odnalazła Hania, której kilka tygodni wcześniej pomógł wybrać buty biegowe, a pobiegowa rozmowa trwała półtorej godziny. W tym czasie wymienialiśmy się wiedzą o innych ciekawych, choć mniej popularnych zawodach.

I jeszcze o nagrodach! Były puchary dla najszybszych pań i panów i nagrody pieniężne za 1., 2. i 3. miejsce – odpowiednio 300, 200 i 100 zł. I jeszcze jedna – 200 zł za udział w biegu dla wylosowanej osoby. Ciekawostką jest, że z pieniędzy cieszył się biegacz, który o starcie zdecydował na 15 minut przed imprezą. Jak na lokalne wydarzenie, bardzo sympatyczne wyróżnienie.

Nie zmieniajcie się! Dalej organizujcie swoje kameralne imprezy, bez zadęcia i zabiegania o rekordową liczbę uczestników. To miłe być potraktowanym wyjątkowo! Wbiegam na metę, a organizator wywołuje mnie z imienia i nazwiska. To przecież ja, Joanna Kurek właśnie skończyłam drugie okrążenie. Zresztą nie tylko mnie powitano tak w Mikołowie.

Zupełnym przypadkiem, tydzień wcześniej dowiedzieliśmy się o cyklu Grand Prix Biegatonu Cztery Pory Roku, który odbywa się w Mikołowie. Na zimowej edycji nie byliśmy, ale wiosenną zaliczyliśmy i jak terminy pozwolą to nie będzie nasz ostatni udział. Najpierw oglądamy trasę. To 7-kilometrowa trasa w lesie. Super! Można pobiec na czas dwie pętle, albo wybrać wariant „na dystans”. Jedna, dwie albo trzy pętle – a decyzję podejmujemy w trakcie biegu. Brzmi jeszcze lepiej. To jeszcze tradycyjnie sprawdzamy warunki rejestracji i opłaty. Zgłosić możemy się do 15 minut przed startem, a są także opłaty rodzinne – w sumie pobiegniemy za 25 zł. W cenie mamy elektroniczny pomiar czasu, wodę w dwóch miejscach na trasie i posiłek po zakończonym biegu. No to jedziemy! I znowu nie mamy żadnych problemów z miejscem do parkowania – spora łąka mieści kilkadziesiąt aut. Rejestracja przebiega sprawnie, nie ma kolejki do toalety (dwa toitoie),  a na starcie ewidentnie stanęła grupa znajomych. Pierwszą pętlę biegnę jeszcze w towarzystwie biegaczy – przede mną kilka osób, za mną też słychać charakterystyczne tupanie. Ale na drugą wbiegam już zupełnie sama. Przede mną nikogo. Biegnę przez las w zupełnej ciszy. Nie ma biegaczy, nie ma też kibiców. Za to dobrze oznakowana trasa, bo z pierwszej pętli niewiele zapamiętałam. Wygodnie biegłam za kimś. Przy wodopoju nie walczę o kubeczek, sympatyczna dziewczyna zagrzewa mnie do dalszego biegu, a na mecie spiker wita właśnie mnie! Regeneracja po biegu też wyjątkowa – ognisko, wokół leżaki, a jedzenie trzeba sobie zrobić samemu. Czyli pieczemy kiełbaski🙂

Bieganie, odkąd biegam, stało się bardzo popularne i modne. A jak popularne i modne, to także nie najtańsze. Bo niby wystarczą buty i sportowy strój, ale już imprezy biegowe to stały wydatek w budżecie. Żeby nie przepłacać, prowadzimy specjalne zestawienie, gdzie notujemy interesujące nas zawody, terminy zapisów i opłaty, tak by płacić zawsze najniższe wpisowe. Tu kilkadziesiąt złotych, tam kilkadziesiąt, innym razem sto i zbiera się całkiem spora kwota. Im późniejsza rejestracja tym drożej. A można w ogóle się nie załapać, bo pakiety startowe sprzedadzą się lepiej niż ciepłe bułeczki. Przeliczniki mamy dwa – czas biegu powinien być dłuższy niż droga na zawody (lot do Paryża trwał krócej niż mój bieg) i jeszcze wpisowe podzielone przez liczbę kilometrów (np. 50 zł za ok. 6 km biegu to w mojej opinii za dużo). W tym bieganiu w zawodach rzadko więc jest miejsce na spontaniczność. Dziś informacja o fajnym biegu – jutro start. Czerwcowy weekend pokazał, że to możliwe.

Spontaniczność i walka z rutyną. Nawet jeśli nie ścigam się na czas, nie marzę o poprawie wyników, takie zawody to walka z rutyną. W ciągu 5 lat przebiegłam już wszystkie uliczki w okolicy miejsca, gdzie mieszkam. W Cieszynie, Pogwizdowie i Mikołowie poznałam właśnie nowe trasy biegowe.

Podzielcie się ze mną swoimi sprawdzonymi, lokalnym biegami, za niewygórowane pieniądze, z ciekawymi nazwami i sympatycznymi organizatorami. Napiszcie, a ja wpiszę je do swojego kalendarza!

W co ja się wpakowałam!

W co ja się wpakowałam – mruczę pod nosem i mozolnie pnę się pod górę. Pod pierwszą górę na tej trasie. Na Lubań. Rzucam okiem na zegarek i już wiem, że pnę się jak żółw. Jak żółw?! Żółw to by mnie wyprzedził! Tempo: 23 minuty na kilometr. Podejście krótkie, zaledwie 6 km z Tylmanowej na szczyt wieży widokowej na Lubaniu, a nam zajmuje to 2 h i 20 minut! Jedyne pocieszenie to fakt, że zgodnie a mapą powinniśmy iść 3 h i 40 minut. Sporo z tego czasu urwaliśmy, ale to przecież dopiero początek drogi! Gdzie tam do Przełęczy Knurowskiej (tu limit 5 h), gdzie Kiczora, Jaworzyna Kamieniecka… stamtąd już blisko i co najważniejsze w dół.

W co ja się wpakowałam – myślę – gdy Piotr woła do mnie, że robi się płasko. Znaczy bardziej płasko. Czyli, że nachylenie ścieżki zamiast 45 stopni ma tylko 30. W co ja się wpakowałam – i zastanawiam się czy ktoś w ogóle będzie tu wbiegał. Aha, swój start zapowiedział Gediminas Grinius, może on…

W co ja się wpakowałam – myślę i chytrze próbuję sprzedać mój pakiet startowy Piotrowi. Nic z tego jednak. Trzeba ponosić konsekwencje własnych decyzji i szybko przeliczam w jakim tempie powinnam się przemieszczać na tej trasie i kiedy mam szansę dotrzeć do mety.

Jak ja się w to wpakowałam? Ano pewnego zimowego wieczoru, w pewnej bielskiej knajpie, przy piwie w towarzystwie biegaczy padło hasło Gorce Ultra Trail. Nowy bieg, jednego z organizatorów znam, góry piękne, trzy trasy do wyboru. Bieg miał jedną konkurencję, tydzień po jego terminie odbywa się Maraton Wigry, a tam też chciałam pobiec, nawet się zapisałam! Takie dwie sroki to może Hania biegaczka złapie, ale ja nie! No i tak sobie tkwiłam tygodniami na dwóch listach startowych, na obu bez wpłaty i czekałam, aż decyzja się podejmie. Zdecydowała bliskość – szybki, krótki dojazd, wypad na weekend, logistyka łatwa do ogarnięcia. Cóż, Wigry muszą na mnie zaczekać. A jak ja się wpakowałam w bieg na 43 km?  No, przecież nie będę biegła 20 km. Znaczy: ambicja wpisała mnie na średni dystans. Wiadomo, że będę szła, więc te 1700 m w pionie pod górę jakoś pokonam – myślałam.

Na wszelki jednak wypadek postanowiłam na własne oczy sprawdzić w co ja się wpakowałam, i tak oto pierwszy majowy długi weekend spędziliśmy z Piotrem w Gorcach. Pięknych, niemal pustych, zachwycających widokami i łąkami. U góry krokusy, na dole mlecze kwitnące jak szalone. Stąd widać Tatry jak na dłoni, na szczęście nie widać 300-metrowej kolejki po bilet do TPN przy drodze do Morskiego Oka. To mój trzeci wyjazd w Gorce. Z pierwszego niewiele pamiętam – Turbacz był (nawet ten sam betonowy słup na szczycie – może ktoś mi powie co on tam robi!), ciężki plecak ze stelażem takim starego typu i ja zasapana licealistka. Niewiele z tego pamiętam. W Gorce wróciłam dwa lata temu na Wielkanoc. Puste góry, chochlik który podkradł nam mapę pod Gorcem Kamienieckim, mgła przez którą straciłam orientację i trzy dni wędrówek właściwie pustymi szlakami.

Tym razem pokonaliśmy w trzy dni ponad 100 km, z czego w górę 4150 m i ciut mniej w dół. Zatrzymaliśmy się w Ochotnicy Górnej, w Jamnem, tuż pod Gorcem Kamienieckim (mapy chochlik nie oddał, trzeba było kupić nową i dobrze jej strzec!) i w pobliżu żółtego szlaku, którym częściową mam zbiegać w sierpniu do mety. Na Jaworzynie Kamienieckiej byliśmy aż trzy razy – dzień bez Jaworzyny to dzień stracony😉. Do tego trochę włóczenia się poza szlakami, ale ścieżkami. Mój największy zachwyt budzi ścieżka przyrodnicza przez Borsuczyny i łąki na Magurkach. Ten szałasik to mogłabym objąć w posiadanie (oferty proszę na priv).

Wracam tu za cztery miesiące. Nocleg zarezerwowany – praktycznie na mecie więc do łóżka się doczołgam. Spodziewajcie się tu relacji jak przebiegnę, przeżyję i będę miała siłę stukać w klawiaturę.

 

Nieznośna cecha charakteru

Kiedy kończyłam szkołę podstawową – wiele lat temu – nasza wychowawczyni każdemu ze swoich uczniów wręczyła zwykłą, małą, białą karteczkę. A na niej tylko jedno słowo. Jedno słowo – najlepiej opisujące charakter każdego z nas. Tej karteczki już nie mam, ale to jedno słowo doskonale pamiętam i wraca ono do mnie co jakiś czas. W minioną niedzielę ta jedna, dominująca cecha charakteru (oprócz oślego uporu, stawiania sobie wysokich wymagań i niedoceniania siebie)przeczołgała mnie przez trasę Maratonu w Łodzi. Jeszcze nie widziałam zdjęć z mety, ale mogę się założyć, że nie ma na nich uśmiechniętej biegaczki.

Jakie to słowo najlepiej oddaje mój charakterek? AMBICJA

Ta ambicja przebiegnięcia maratonu w najlepszym jak dotąd czasie wyganiała mnie z domu, gdy reszta mnie chciała odpoczywać w cieple i z kubkiem herbaty na kanapie. Ta sama ambicja kazała mi brodzić w śnieżnej brei po kostki, nie odpuścić ani metra i biegać po 10 razy jak chomik na tę samą górkę. Ta ambicja ustawiła mnie w niedzielę za zającami z balonikami na 4.15. To było moje wielkie marzenie. HA, HA i nadal jest.

Z tą ambicją przebiegłam półmaraton, a nawet trochę więcej. Przez ponad 20 km zające biegły tuż za mną, a ja kontrolowałam swoje tempo i odległość między nami. Wolniej wołali, a ja zwalniałam. Przez piękną chwilę widziałam oczami wyobraźni siebie, jak na 30. km odrywam się od grupy i biegnę i biegnę i przyspieszam i wpadam na metą z czasem grubo poniżej 4.15. Może nawet 4.12. Dumna, szczęśliwa, w blasku chwały.

Na metę wbiegła jednak dziewczyna ze skwaszoną miną. Niezadowolona z siebie, z ciała, które ją zawiodło, z głowy, która podpowiadała kuriozalne rozwiązania przez kilkanaście ostatnich kilometrów biegu. Bo jak inaczej nazwać zazdrość (wybaczcie!) na widok zawodników zabieranych z trasy przez służby medyczne? Jak inaczej nazwać pragnienie zejścia z trasy, zakończenia biegu i zrezygnowania z dalszej walki. Czy do mety zaprowadziła mnie ta sama ambicja, która ustawiła mnie na starcie? Nie sądzę. Raczej wstyd.

Wstyd, bo przecież tyle osób wiedziało, że biegnę. Tylu osobom opowiadałam wcześniej o bieganiu, mojej wielkiej pasji. Tyle osób kibicowało mi wirtualnie i w realu. I miałam ich wszystkich zawieść?! I jeszcze baloniki na 4.30, które zaczęły mnie doganiać na ostatnich trzech kilometrach. O nie! Tylko nie to – zawołałam. I chciałoby się powiedzieć – ruszyłam z kopyta – ale to nie jest prawda. Na szczęście wstyd sprawił, że przyspieszyłam i nie dałam się dogonić.

Ukończyłam kolejny, piąty maraton. Przez 4 godziny i 28 minut dzielnie wybijałam stopami rytm na ponad 42-kilometrowej trasie. Przebiegłam każdy metr tego dystansu, ani przez moment nie maszerując (na to też nie pozwala mi ambicja!). I nie mam z tego żadnej radości. Medal schowałam za poprzednimi, cały poniedziałek obwiniałam się za porażkę, a wieczorem nie wytrzymałam i się poryczałam.

Czy rzucam bieganie? Czy schowałam biegowe buty na dnie szafy i zaparłam się, że nigdy więcej? Nic z tego. Moja ambicja ma już kolejne cele, a mój trener ma ze mną nie lada kłopot. A ja potwierdziłam dziś oficjalnie swój start w jesiennym (koniec listopada) maratonie we Florencji. Zarzekam się co prawda, że to już ostatni raz podejmę walkę, ale kto mi uwierzy.

PS. Nie zamierzam usprawiedliwiać swojego niepowodzenia. Ale wiem, że osób, które z innymi celami stawały na starcie w Łodzi, a inne wyniki osiągały na mecie w Atlas Arenie było znacznie więcej. Nie tylko ja biegłam na przekór pogodzie – słońcu (znowu mam opaleniznę do połowy ud) i z wiatrem w twarz, który wiał tam, gdzie ja jeszcze miałam nadzieję przyspieszyć.

 

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.