Włochy po ludzku

W moich wspomnieniach nie ma imienia. Ma tylko cudowny uśmiech i zmarszczki wokół oczu. Nie słabnie w mej pamięci jej serdeczny uścisk. Ile miała lat? Może 60, 70? Ważne, że to właśnie ona czekała na mnie w listopadowy dzień na mecie maratonu we Florencji. Jako jedna z wielu wolontariuszy. Uściskała mnie serdecznie jak najlepszą przyjaciółkę, podała wodę, otarła łzy wzruszenia i to właśnie ona jako pierwsza pogratulowała mi wymarzonego wyniku na mecie. Ja nie znam włoskiego, ona nie mówiła po angielsku, ale i tak dogadałyśmy się bez słów. Ten uśmiech, serdeczność i życzliwość pamiętam do dziś.

Ludzie!

Na włoskiej grupie na FB ktoś ostatnio zapytał, za co kochamy Włochy. Mogłabym wymieniać długo zalety tego kraju, zaczynając od kuchni, wina, kawy, widoków, gór… Ale pierwsza myśl jaka przyszła mi wtedy do głowy to ludzie. Ci bezimienni i Ci, z którymi zdążyłam wymienić uścisk dłoni i którym zdążyłam  się przedstawić. To dla nich wsiadam kolejny raz do samolotu, szukam kolejnych miejsc do zobaczenia i jeszcze będąc TAM szukam kolejnych możliwości powrotu. Otwarci, uśmiechnięci, życzliwie nastawieni do innych. Bardziej nastawieni na to co tu i teraz.

Zmianę klimatu odczuwam za każdym razem, gdy wysiadam na lotnisku. Nawet jeśli w Bergamo pada deszcz, ja oglądam świat przez różowe okulary. Wysiadam z samolotu i wszyscy zaczynają się do mnie uśmiechać. A może to ja się uśmiecham na ich widok? Boungiorno, Ciao, Salve – słyszę na każdym kroku, a to wszystko okraszone uśmiechem, życzliwością, gościnnością i chęcią pomocy.

Michele, nasz gospodarz z Airbnb czeka na nas już na dworcu, a właściwie na stacji kolejowej. Ostatnie dni przez naszym wylotem to wymiana maili i pytań o nasz przyjazd. Jeszcze w Katowicach rano odbieram wiadomość – miłej podróży, czekam na wiadomość, o której będziecie w Dervio. A wcale nie musiałby po nas przyjeżdżać na stację. Zgodnie z mapą mielibyśmy do pokonania niespełna kilometr, a nasze podręczne plecaki nie ważą wiele. Ale przyjeżdża po nas, wita z radością, a po drodze pokazuje najlepszą pizzerię. Takie wskazówki dostaliśmy nie po raz pierwszy. Rok temu, gdy pogubiłam się w Lecco, a pewien Włoch pomagał nam trafić pod właściwy adres, po drodze pokazał nam najlepsze miejsce na pizzę, poranną kawę i wieczorne aperitivo.

Tym razem w lodówce czeka na nas prosecco, a my oprócz życzeń miłego pobytu otrzymujemy jeszcze deklarację wszelkiej pomocy. Jak trzeba mamy więc do dyspozycji papier do pieczenia, dodatkowe opakowanie kawy i … odkurzacz – pakując się korzystamy z worków próżniowych, to sekret naszych małych plecaków.

Jezioro Como w deszczowej szacie

Na początek naszego pobytu chciałabym co prawda, by ktoś przegonił chmury, ale okno pogodowe na bieganie po okolicy wystarczy. W butach biegowych ruszamy na poznanie Dervio. Niewielka miejscowość nad brzegiem jeziora Como, zaledwie 2800 mieszkańców. I dwukilometrowy chodnik – bo nie promenada – wzdłuż brzegu. Małe miasteczko, a jednak w ciągu godziny spotykamy 10 biegaczy. To, że machają do nas i pozdrawiają się wzajemnie, to oczywiste. Ale gdy uśmiechają się i zagadują spacerujący nad jeziorem mieszkańcy – już mniej. Turystów o tej porze roku jest niewielu, łatwo nas odróżnić od stałych mieszkańców (krótkie rękawki i krótkie spodenki). Właśnie gdzieś w trakcie biegania, albo dzień później podczas spaceru spotykamy Roberto i Weronikę, choć tak naprawdę poznamy się w słoneczną niedzielę na Monte Legnoncino.

Monte Legnoncino to tym razem namiastka góry, która nas kusi. Monte Legnone widać z okna naszej kuchni. Podczas letnich wakacji zwróciła naszą uwagę jako najwyższa w tej okolicy. Wtedy zabrakło nam wiedzy na temat logistyki i samozaparcia, by wsiąść w pociąg o bardzo wczesnej porze. Tym razem nie doceniłam włoskich warunków – na stokach jest lawiniasto. Mówi się do trzech razy sztuka i zadowala niższą wersją, z pięknymi widokami na przyszły cel. Wycieczka na Monte Legnoncino (1714 m n.p.m.) przypomina mi po raz kolejny za co kocham góry. Najpierw puste szlaki do schroniska, później piękne widoki na okolicę i wreszcie panorama gór aż po horyzont. I do tego słońce, błękitne niebo i śnieg pod nogami. I tak właśnie zachwycając się nad pięknem gór, dostrzegłam dwoje turystów zdobywających szczyt nie z tej strony co wszyscy, czyli i my. Zaczynamy od wymiany pozdrowień czyli Ciao i Hallo, a później wzajemnej sesji fotograficznej. W końcu ośmielona, zagaduję o drogę, którą przyszli. Lekko wspinaczkowa, nieoznakowana na mapie. To tylko w zbudza mój apetyt na kolejny raz. Dopytuję więc o widziane wokół szczyty. Przed nami Grigna, a w dali moje ukochane Resegone. Jeszcze zasięgnę języka o wejście na Monte Legnone i porównuję Alpy Bergamskie do polskich gór. I jesteśmy w domu!

Tatry – mówią oni. Kolejne skojarzenie z Polską to oczywiście Kukuczka. Wspominają dom jego dziadków, a dziś muzeum, które odwiedzili. Tylko nazwa miejscowości uciekła im z głowy. Istebna! – wołam z radością i dodaję, że mieszkamy zaledwie godzinę jazdy samochodem od tego miejsca. W końcu wyciągam rękę, bo przecież już się znamy i tylko imion nam brak. Joanna, miło Was poznać. Weronika i Ricardo na pożegnanie machają do nas i wołają do zobaczenia!

Massimo i Luigia

To musi być Massimo. Macha do nas z daleka, choć z pociągu na stacji kolejowej w Lecco wysiadło co najmniej kilkanaście osób. Widzimy się po raz pierwszy w życiu. Co prawda spodziewałam się biegacza, tak jak my jadącego na bieg Corsa dell’Angelo w Colle Brianza, ale on tak radośnie macha na nasz widok, że mam pewność że to Massimo. Jeszcze tydzień przed wyjazdem nic nie zapowiadało, że wystartujemy w jakimkolwiek biegu we Włoszech. Informacje o dużych imprezach biegowych łatwo znaleźć, te mniejsze dostępne są właściwie dla tych, którzy znają język włoski. Ale od czego jest włoska grupa na FB. Wrzucam pytanie o imprezy biegowe w okolicach Lecco na przełomie marca i kwietnia i kilka chwil później mam dostęp do włoskiego kalendarza biegów. Wybieram region, daty i okazuje się, że w Poniedziałek Wielkanocny możemy wystartować w biegu na 5, 10 lub 21 km w Colle Brianza. Z jednej strony blisko, ale z drugiej, przy braku własnego auta, możemy liczyć tylko na komunikację miejską w świąteczny dzień. Zapowiada się ciekawy, kameralny bieg więc postanawiam skontaktować się z organizatorami, może ktoś z biegaczy jedzie i może nas zabrać… Dwa dni później mamy nie tylko niezbędne informacje na temat biegu, ale i kontakt telefoniczny do Massimo, który odbierze nas z dworca w Lecco. I tak oto poznajemy dojrzałego, radosnego i bardzo pomocnego Massimo na stacji w Lecco. I choć to jego brałam za biegacza (w rzeczywistości będzie wolontariuszem na jednym z punktów kontrolnych), w zawodach już po raz drugi bierze udział jego żona, Luigia. Luigia ma 70 lat i po raz drugi startuje w tych zawodach. Rok temu pokonanie 5 km zajęło jej 59 minut, tym razem 55. Żartujemy więc, że z wiekiem jest coraz szybsza. Luigia bierze nas pod swoje skrzydła już w samochodzie. Częstuje słodyczami, na miejscu przedstawia przyjaciołom, na mecie dba by niczego nam nie zabrakło. Zmęczona? Spragniona? – pyta mnie Luigia. I to wszystko po włosku, a ja znowu nie mam problemu by ją zrozumieć. Zresztą, ta sympatyczna Włoszka już w drodze na bieg chwali mój włoski.

Nie wahajcie się jeśli za rok znajdziecie się w czasie Wielkanocy w tym rejonie. Pobiegnijcie lub przemaszerujcie wybrany dystans. Tylko, przykro mi, ale nie będziecie pierwszymi „strangers” w 40-letniej historii Corsa dell’Angelo. Pierwszymi byliśmy my! Od 40 lat na malowniczą trasę wśród włoskich wsi, pól, łąk i wzgórz wyrusza w sumie 400 osób. Zapisy na miejscu, przed zawodami. Wpisowe: 6 euro. Żadnego elektronicznego pomiaru czasu, żadnych pakietów startowych, atestowanej trasy. Zamiast medalu – kwiatek w doniczce lub wielkie, czekoladowe jajo. Łatwo zgadnąć co wybrałam. Jest za to grupa radosnych i zaangażowanych organizatorów, świetnie oznakowana trasa, punkty kontrolne z kolorowymi opaskami i punkty żywieniowe takie że aż żal się spieszyć. Ciasta, kołacze, pieczywo z nutellą – czyli to co biegacze lubią najbardziej! Do tego urozmaicona trasa, trochę asfaltu, trochę błota po ostatnich deszczach, kamieni i traw. Piękne widoki na Resegone. Piotr pojawia się na mecie jako szesnasty zawodnik, a ja prawie zamykam imprezę. Jestem 8 od końca. Massimo „pracuje” na pierwszym punkcie kontrolnym, wręcza mi kolorową opaskę i zagrzewa do biegu słowami „Forza Joanna!”. Później spotykamy się pod koniec biegu, zabiera Piotra do auta by zlokalizować mnie na trasie. I jeszcze ta troska na mecie! Mamy się nie spieszyć, spokojnie wykąpać i dopiero czyści i nakarmieni możemy ruszyć w drogę powrotną do Dervio. Massimo i Luigia odstawiają nas pod sam dom. Zresztą, właśnie z Dervio pochodził ojciec Massimo. Pożegnaniom nie ma końca. Wymieniamy się mailami, telefonami, uściskami. Obiecujemy, że nad Jezioro Como jeszcze wrócimy, a wracając odezwiemy się do naszych włoskich przyjaciół. Planu powrotu jeszcze nie ma, ale mail do Massimo już został wysłany.

Historia pewnych butów

Zobaczyliśmy razem kawał świat. A może to tylko ja zobaczyłam, a one cierpliwie zaniosły mnie tam gdzie chciałam? Czasem tylko skrzypiały na śniegu przy kilkustopniowym mrozie, czasem tylko zamarzały na kość brodząc przez potoki na drodze do Nieznajowej, czasem oblepiało je błoto Beskidu Niskiego, czasem paliło słońce i omiatał pył. Nie miały ze mną łatwego życia, ale dzięki nim ja mam życie pełne pięknych widoków, nowych miejsc, wydeptanych ścieżek. I choć dziś o ich technicznych walorach niewiele mogę już napisać, ba nawet nie pamiętam nazwy tego modelu, z żalem będę się z nimi rozstawać. Bo choć przemakają, pękają i wyglądają mało efektownie, wciąż odwlekam zakup ich następców. Może jeszcze jeden sezon, może jeszcze jedna wycieczka…

Poznaliśmy się na początku lata 2007 r. Kilka miesięcy przed swoimi okrągłymi urodzinami zapragnęłam zdobyć pierwszy w życiu trzytysięcznik. Wybór padł na szczyt Grossvenediger w Wysokich Taurach, a ja potrzebowałam dobrych butów. Pomogli znajomi z Beskidzkiej Grupy GOPR i tak oto stałam się posiadaczką pierwszej pary butów włoskiej marki Scarpa. Potem kupiłam jeszcze dwie kolejne – charakterystyczne, żółto-czerwone w których weszłam na m.in. Elbrus i niskie – Stratos – które przez trzy lata towarzyszyły mi w niższych górach i na równinach. Ich życie to pewnie temat na osobną historię – przeszły ze mną tyle, że przetarły się podeszwy, a woda wlewa mi się do butów od spodu.

Zanim jednak wymienię moje ulubione Scarpy na kolejnej Scarpy napiszę o butach, w których przemierzałam górskie szlaki przez 11 lat! Szkoda, że wówczas nie rejestrowałam wszystkich dystansów i tras, ale przeszliśmy razem tysiące kilometrów!

Idealnie sprawdziły się w Alpach – na Grossvenedigerze, rok później na Mont Blanc, a później jeszcze w drodze na Grossglockner granią Stüdl. Najpierw w duecie z rakami paskowymi, a później z koszykowymi. Nie wyobrażam sobie lepszych towarzyszy wędrówek na Orlej Perci, Kościelcu czy Rysach. Idealnie trzymały się skały. Potrafię w nich nawet biegać – tak jak dwa lata temu, gdy po zejściu z Krzyżnego w Dolinie Pięciu Stawów dopadła nas burza i konieczna była szybka ucieczka w dół. Pioruny i błyskawice uderzały wokół, szlakiem płynął potok, a ja bez wahania stawiałam kolejne kroki, wyprzedzając innych turystów. Mimo ulewnego deszczu ani na chwilę nie straciłam przyczepności. Choć przemokły na wylot – a woda wlewała się do nich górą – to jednak bezpiecznie dotarłam w nich na dół.

Nasza najdłuższa przygoda to dwa tygodnie na Korsyce w 2011 roku. Przez 13 dni buty ściągałam tylko do spania i idąc pod prysznic. To był prawdziwy test dla nich i dla moich stóp. Zdany pomyślnie. Wspólnie przeszliśmy wówczas najdłuższy długodystansowy szlak w Europie czyli GR 20 z północy Korsyki na południe. Dopiero w Polsce, po powrocie z GR 20 z przerażeniem zobaczyłam, że podeszwy moich butów pękły na pół na śródstopiu. Skóra wciąż była w bardzo dobrym stanie, a podeszwy zużyły się do tego stopnia, że dalsza wędrówka nie była już możliwa. Dziś już nie pamiętam jakim zrządzeniem losu przez Klub Wysokogórski w Katowicach, moje buty pojechały do Warszawy, a tam dostały drugie życie. Dosłownie! Wymiana podeszwy Vibram kosztowała 200 złotych, ale dzięki temu buty służyły mi przez kolejne lata. Dziś już membrana goretex nie spełnia swojej roli – wielokrotnie po ulewie słyszałam charakterystyczny chlupot wody w butach, a skóra jest już mocno popękana. Ale jeszcze tej zimy wykorzystywałam je wielokrotnie. Przy kilkustopniowym mrozie i w śniegu, w zaspach po kolana sprawdziły się znakomicie. Więc może jeszcze jeden sezon?!

Korsyka 2011

Najłatwiej byłoby kupić ten sam model, ale po pierwsze nie pamiętam jego nazwy, a po drugie – w żadnym z turystycznych sklepów nie rozpoznałam moich butów na zdjęciach. Wszystko wskazuje więc na to, że na rynku muszę już raczej szukać ich następców. I oby były równie udane!

Na razie czeka mnie zakup modelu wiosenno-jesiennego, takiego który sprawdzi się na szlakach Alp Bergamskich, a później w Tatrach. Przede mną jeszcze poszukiwania letnich butów bo Stratosy nie mają już właściwie podeszwy – swoją drogą ciekawe ile km przeszły. Mają na swoim koncie nie tylko letnie wędrówki po Beskidach, Tatrach czy Bieszczadach. Zabrałam je także na Roztocze i na Polesie – latem i ostatniej, błotnistej zimy.

Czemu właściwie jestem wierna jednej marce, choć na rynku nie brakuje firm produkujących buty trekingowe? Być może właśnie z sentymentu do tych pierwszych butów. A być może dlatego, że choć 11 lat temu to był dla mnie spory wydatek, zwrócił mi się wiele razy. I nawet wolałam dołożyć 200 zł i wymienić podeszwy, niż kupować nowe buty.

Góry za miedzą, czyli poznajemy naszych najbliższych sąsiadów

Rok 2018 ogłaszam w moim życiu Rokiem Czeskim. Rokiem Republiki Czeskiej, czeskich gór – szczególnie tych o przysłowiowy rzut beretem od granicy, czeskiego piwa i wina oraz Pragi, za którą bardzo się już stęskniłam! A wcale tego nie planowałam! Przecież bywałam tam swego czasu częściej – wciąż czuję jeszcze na języku smak różowego wina i pamiętam ten klimat święta winiarzy na Hradczanach. Czechy i Czechów doceniam nie tylko za smażony ser! Po ostatnich przygodach z polskimi kolejami i super szybkimi pociągami z gigantycznymi opóźnieniami, z rozczuleniem wspominałam České dráhy. Podróż do Pragi za niespełna 50 zł, wygodnie i tanio do Budapesztu na maraton. I w pewną niedzielę przy kasie znowu się uśmiechnęłam! Da się! Dwoje podróżnych to już grupa więc za tanie bilety płacę jeszcze mniej! Nie dziwi mnie więc, że mimo wczesnej pory w niedzielę (tuż po 7 rano) na dworcu zebrała się całkiem spora grupa Czechów, wyruszających w góry. Tym bardziej, że szlaki zaczynają się często już na stacjach kolejowych.

To nie jest nasza pierwsza wizyta w Beskidzie Śląsko-Morawskim. Od pierwszej, w listopadzie 2014 roku, minęło już sporo czasu. Wtedy zaczęliśmy od dwóch bardzo popularnych miejsc: szczytu Radhoszcz (Radhošť, 1129 m n.p.m. ) – według podań to miejsce kultu Radogosta – oraz od przełęczy Pustevny, z kompleksem schronisk turystycznych autorstwa Dušana Jurkoviča z końca XIX wieku. Trafiliśmy tam na początku listopada 2014 roku. Niestety 8 miesięcy wcześniej, w nocy z 2 na 3 marca, na przełęczy Pustevny wybuchł pożar. Po schronisku górskim Libušín zostały zwęglone ściany. Oficjalną przyczyną pożaru była wadliwa instalacja kominowa, nieoficjalnie mówiło się wówczas po podpaleniu. Libušín ma zostać odbudowany. Według prasowych doniesień – odbudowa miała ruszyć jesienią 2015 r. i potrwać od 2 do 5 lat. Jednak dopiero w kwietniu 2016 r. ogłoszono zwycięzcę przetargu – to firma Archatt z Brna. Odbudowa ma kosztować 80 milionów koron i zakończy się w połowie 2019 r. Przyjdzie mi więc pojechać tam raz jeszcze, by zobaczyć to niezwykłe miejsce w pełnej krasie, a nie zwęglone, osłonięte metalowym zadaszeniem.

Znudzona okolicznymi górami (wybacz Beskidzie Śląski i Żywiecki), które znam już zbyt dobrze, sięgnęłam przed miesiącem po mało używaną mapę czeskich gór. Tym razem wybrałam za start miejscowość Dolna Łomna. Pierwsze zaskoczenie czeka na mnie zaledwie kilka kilometrów za przejściem w Boguszowicach! Obwodnica Trzyńca i wygodny dojazd w kierunku Jabłonkowa. Brawo Czesi! Po godzinie od wyjazdu z domu i przejechaniu 74 km parkujemy przed tamtejszym urzędem gminy i ruszamy w góry. Parking oczywiście jest bezpłatny. Wybieramy niebieski szlak w kierunku szczytu Kostelky, już pod koniec tego odcinka przecinamy trasę wyciągu zwanego popularnie „wyrwirączką”. Śnieg jest, są więc i narciarze, a właściwie garstka narciarzy. Tu zmieniamy kolor szlaku na czerwony, którym wędrujemy wzdłuż czesko-słowackiej granicy przez Wielki Połom (Velký Polom, 1067 m n.p.m.) na Mały Połom (Malý Polom, 1061 m n.p.m.). Po drodze spotykamy tylko jednego biegacza – dla nas to sygnał by wrócić tu wiosną. Na szczycie wpisujemy się do zeszytu ukrytego w metalowej skrzynce. Swoje autografy zostawiliśmy jeszcze w kilku kolejnych. Czesi zadbali o wygodę turystów. Tradycyjne wiaty turystyczne wyposażono … w kontakty. Czy pod warstwą śniegu na dachu kryją się baterie słoneczne i czy można w środku lasu doładować telefon – nie sprawdziłam. Ale kolejne wiaty mijane na tej trasie i innych szlakach Beskidu Śląsko-Morawskiego mają identyczne wyposażenie.

Za Małym Połomem, zgodnie z mapą, po kilkuset metrach niebieskiego szlaku powinnam trafić na inny czerwony. Planujemy bowiem zatoczyć koło i przez Babi Wierch i Kozubową wrócić do Dolnej Łomnej. Jakiś chochlik jednak sprawia, że Piotr i ja na chwilę się rozdzielamy – ja skręcam w prawo i ukryta za choinką nie widzę Piotra skręcającego w lewo. Zniecierpliwiona wracam po swoich śladach do miejsca postoju, później z powrotem do rozwidlenia i wszczynam mały alarm. To znaczy najpierw krzyczę wniebogłosy, a później dowiaduję się od turystów, że owszem, minęli mężczyznę w czerwonym polarze. Pozostaje mi tylko bieg w dół, by go dogonić i zawrócić. Na szczęście Piotr zorientował się, że aż tak daleko nie mogłam go zostawić i wrócił sam! To jednak nie koniec naszego błądzenia. Na ten drugi czerwony szlak też nie udaje się nam trafić. Zbyt nisko schodzimy w kierunku wsi, ale po drodze skręcamy w lewo w piękną i wygodną leśną drogę. Spotkani na trasie Czesi uświadamiają mnie gdzie właściwie jestem. Poszukiwane, czerwone znaki są gdzieś u góry, ale wkrótce powinnam trafić na skrzyżowanie z żółtym szlakiem i właśnie żółtym wrócę na zaplanowaną wcześniej trasę. Trochę nadrobiliśmy, ale w końcu jestem tam gdzie chciałam. I bardzo mi się tu podoba! Po pierwsze – nowe i nieznane miejsce, na dodatek bliskie i łatwo dostępne.  Ale argumentów jest więcej. Malownicze góry, z podobno pięknymi widokami – to sprawdzimy kolejnym razem – i puste mimo znakomitych, zimowych warunków. Zdecydowanie trzeba tu wrócić.

Miesiąc później, w bardzo mroźny niedzielny poranek znowu ruszamy do Czech. Tym razem korzystamy z czeskich kolei, którym jestem w stanie wybaczyć nawet 20-minutowe opóźnienie. Za 118 koron, czyli niespełna 20 złotych, dwie osoby wygodnie podróżują z Czeskiego Cieszyna do Bocanowic i z powrotem z Wędryni. Na stacji w Bocanowicach (czes. Bocanovice) rozpoczynamy wędrówkę zielonym szlakiem w stronę Kozubowej. Miał być solidny mróz, więc przy minus kilkunastu stopniach świeży puch skrzypi pod butami. Ale słońca od rana się nie spodziewałam, a już po pierwszym wyjściu z lasu sięgam po okulary słoneczne. I do znudzenia wpadam w zachwyt – pięknie tu! Praktycznie nie ma ludzi – ta niewielka grupa turystów rozjechała się z Czeskiego Cieszyna różnymi pociągami i wysypała na różnych stacjach. Stąd wraz z nami wyrusza na szlak zaledwie kilka osób, które szybko zostawiamy w tyle. Podejście na Kozubową to raz wygodny, przedeptany szlak, a raz zaspy po kolana, po ostatnich opadach i wietrze. Ale co mi tam! Słońce świeci, mróz szczypie w policzki, widoki coraz piękniejsze!

Na Kozubowej (981 m n.p.m.) byliśmy już miesiąc temu, teraz po drodze mijamy jeszcze Małą Kikulę (Malá Kykula 788 m n.p.m.) ze śniegiem po kolana, i za dziwnym, blaszanym schroniskiem na Kozubowej skręcamy na żółty szlak na Babi Wierch (Baby Vrch 952 m n.p.m.).  Przez kilka kolejnych kilometrów, aż do skrzyżowania z czerwonym szlakiem nie spotykamy prawie nikogo. Jedną turystkę, dwóch biegaczy. Dopiero na czerwonym szlaku ruch robi się znacznie większy. Ale to i tak ruch, który można łatwo policzyć. Tyle, że tym razem to głównie narciarze biegowi. Chyba nie powinnam się dziwić. Wystarczy wpisać w Google: biegówki, Czechy, by dostać informacje o tysiącach (!) kilometrów tras biegowych i popularności tego sportu. W samym Beskidzie Śląsko-Morawskim tras biegowych jest ponad 130 km, a uprawianiu tej dyscypliny sprzyjają łagodne, górskie grzbiety. Czerwony szlak na Ropicę (Ropice, 1082 m n.p.m.) mógłby zagrać w „Opowieściach z Narnii”. Mróz, świeży puch, ciemne kształty drzew i uformowane przez przyrodę bajkowe kształty. I do tego ta cisza zmącona tylko skrzypiącymi na śniegu butami. Droga na Jaworovy (Javorový vrch, 1032 m n.p.m.) mija mi zdecydowanie zbyt szybko. Półtora kilometra dalej Mały Jaworowy z charakterystycznym 40-metrowym nadajnikiem telewizyjnym, widocznym nawet z drogi Bielsko-Biała – Cieszyn. Tu już zaczyna się cywilizacja – dzieci szaleją na sankach i jabłuszkach (sama bym poszalała), pojawiają się wyciągi – „wyrwirączka” i 1-osobowe krzesełko. A schronisko, które minęliśmy po drodze to najstarsze schronisko w Beskidach Zachodnich, wybudowane przez Beskidenverein. Patronem schroniska został arcyksiążę Fryderyk Habsburg, książę cieszyński. Teraz zielony szlak prowadzi już tylko w dół, najpierw szybkimi zakosami, później kawałek asfaltową i w końcu leśną drogą, niemal wprost na stację kolejową w Wędryni (Vendryně). Niemal, bo w pewnym momencie na trasie marszu przeszkodą okazuje się nowo wybudowana droga, której na mojej mapie jeszcze nie ma. Z tym problemem Czesi jeszcze sobie nie poradzili. Wystarczy jednak skręcić w prawo, przejść kilkaset metrów wzdłuż siatki i przejść pod drogą. Później trzeba tylko zapytać mieszkańców lub skręcić w prawo, by na powrót trafić na zielony szlak. Stąd do stacji zaledwie 1,5 kilometra. Ostatni kilometr pokonujemy zresztą biegiem wpadając na peron minutę przed przyjazdem pociągu. W butach trekkingowych, z plecakiem i w zimowej kurtce biegnę, jak się w domu okaże, w tempie 6.30 na kilometr. Całkiem nieźle, choć do pociągu wpadam czerwona jak burak i mokra jak szczur. Pociągi w kierunku Czeskiego Cieszyna odjeżdżają co godzinę, ale kto nie trafi tak idealnie jak my, przeczeka ten czas w miejscowym barze przy kuflu czeskiego piwa. Bez takiego baru żadna, najmniejsza nawet miejscowość nie może się obejść. Kolejny punkt dla Czechów!

Jak daleko sięgają moje związki z Czechami? Gdzieś na trasie, pomiędzy „Ahoj” a „Cześć” uświadamiam sobie, że od lat w czasie tęgich mrozów, czy w wysokich górach grzeje mnie kurtka DirectAlpine, wyprodukowana w Czechach, w czeskiej firmie, ze 100% czeskim kapitałem. Pod nią mam polar, polskiej firmy Milo, ale już najbliższa ciału jest odzież termoaktywna czeskiej firmy Sensor. Przypadek? W Czeskim Roku – przeplatanym wizytami w moich ukochanych Włoszech, Beskidzie Niskim, słowackiej Wielkiej Fatrze i Bieszczadach – nie sądzę. Tym bardziej, że tak szybko jak się da wrócimy do Czech, nie tylko po królową Beskidu Śląsko-Morawskiego czyli Łysą Górę.

Informacje praktyczne:

  • Mapa Moravskoslezske Beskidy, wydanie z 2013 r. – chyba jednak czas zaopatrzyć się w nową wersję z nową drogą. Planując wycieczkę warto zwrócić uwagę, że na szlakowskazach zamiast czasów przejść podane są kilometry.
  • Parking przy dworcu w Czeskim Cieszynie – bezpłatny
  • Pociąg z Czeskiego Cieszyna do Bocanovic – 74 korony/2 osoby
  • Pociąg z Wędryni do Czeskiego Cieszyna – 44 korony/2 osoby
    Rozkład jazdy pociągów: https://www.cd.cz

Walencja dla biegaczy

W Walencji nie samym bieganiem żyje człowiek… a jak nie biega to patrzy gdzie tu można biegać, szuka biegowych sklepów, przymierza biegowe buty i je!

Biegacze.JPG

Nie bez powodu adres strony internetowej maratonu w Walencji to: Valencia – Ciudad del running czyli Walencja – miasto biegania. W przyszłym roku odbędą się tam Mistrzostwa Świata w Półmaratonie (zanim dwa lata później dotrą do Gdyni). Czasem po treningu w Bielsku-Białej Piotr pyta mnie ilu biegaczy spotkałam (im mniej tym gorsza pogoda), tam takiego pytania by nie zadał. Powód – nie sposób ich policzyć! To miasto stworzone do różnych aktywności i sportów, ale dla biegaczy wprost wymarzone.

Długie wybieganie? Zapraszam do Ogrodów Turii o długości ok. 9 km. Jardin del Turia zajmują dziś  110 ha dawnego koryta rzeki.

Ogrody Turii pierwsze budzą się do życia. Zaraz po wschodzie słońca pojawiają się biegacze, szybko dołączają do nich rowerzyści mknący do pracy, potem matki spacerujące z wózkami.
WIĘCEJ TUTAJ

Ogrody Turii.JPG

I wszyscy mieszczą się w tej przestrzeni, a nawet jeszcze więcej. Jest tu jeszcze miejsce na kilka boisk, skateparków i plenerowych siłowni, a trawniki zajmują miłośnicy jogi, sztuk walki czy tańca. Ograniczeniem jest wyłącznie wyobraźnia! Jest tu miejsce dla wszystkich. Piesi mają swoje chodniki, rowerzyści swoje ścieżki a biegacze trasy. I to oznaczone co kilkaset metrów, więc zaplanowanie treningu staje się dziecinnie proste. I co ważne jest tu płasko, zupełnie płasko. To wszystko znajduje się w samym sercu Walencji, w miejscu gdzie jeszcze kilkadziesiąt lat wcześnie płynęła rzeka Turia, która bardzo często zalewała miasto. Ostatni raz w 1957 roku – zginęło wówczas ok. 80 osób, a sama Walencja została poważnie zniszczona. Trzy lata później rzekę „wygnano” z miasta, a jej koryto przekształcono w przestrzeń przyjazną mieszkańcom. Ogrody Turii zaprojektował Ricardo Bifill, a udostępnione zostały mieszkańcom i turystom w 1980 r. Na obu końcach Ogrodów znajdują się dwie atrakcje – największe w Europie Oceanarium i niezwykły Bioparc – ale o tym opowiem później.

Park zachwyca swoją różnorodnością. I to wszystko dzieje się w samym sercu miasta. Jestem zachwycona już od pierwszego spotkania. A to ma miejsce podczas biegu śniadaniowego. Do pokonania mieliśmy wówczas trasę 5 km, wytyczoną alejkami i na stałe oznakowaną. Oprócz nas – uczestników i przyjaciół uczestników Maratonu w Walencji – tego dnia w parku spotykamy dziesiątki, a pewnie i setki biegaczy. W pojedynkę, parami i grupami, każdy w swoim własnym, ulubionym tempie. Pewnie jak wszystko nawet ten park może się znudzić, można w nim przemierzyć wszystkie ścieżki wzdłuż i wszerz. Ale wtedy koniecznie trzeba pobiec do portu.

W miejscu, gdzie zaczyna się miejska plaża zaczyna się również deptak – latem podobno zatłoczony. W listopadzie trasę o długości 3,5 km z widokiem na morze opanowali biegacze i spacerowicze. Ci pierwsi mają znacznie większe możliwości jeśli biegają boso lub nie obawiają się pokonania dwóch kanałów. Wówczas droga do niezwykle urokliwego Port Saplaya stoi przed nimi otworem. To miejsce nazywane jest także Małą Wenecją i  nie bez powodu. Jedyne co mnie zadziwia to fakt, że odkrywam jej zakamarki zupełnie sama! Turystów o tej porze nie ma tu w ogóle, a jedynie jacyś nowożeńcy zorganizowali sobie sesję fotograficzną – a dokładnie nowa żona, bo nowego męża brak. Nieodłącznym elementem tej sesji jest oczywiście posiłek – o jedzeniu jeszcze będzie tutaj mowa!

Port Saplaya.JPG

Kolorowe domy zostały zbudowane tu wokół portu, a przed domami stoją nie samochody, ale łodzie. Po prostu o poranku wypływasz do pracy.

Skoro Walencja to taki raj dla biegaczy, to przecież gdzieś powinni się ubierać! Pod względem ilości biegowych sklepów Walencja trochę nas rozczarowała. Spodziewaliśmy się znacznie więcej, a już z nadzieją liczyliśmy na możliwość przywiezienia po parze niemal kultowych już Pearl Izumi. Niestety tylko w jednym miejscu znaleźliśmy kilka par, wyłącznie męskich. Ale jeden ze sklepów i jego właściciel na długo zostaną nam w pamięci. Natural Running Valencia podpowiada nam google, gdy siedzimy przy głównej ulicy handlowej miasta. Niewielki sklepik w bocznej uliczce prowadzi Carlos. Przez ponad godzinę rozmawiamy hiszpańsko-angielską mieszanką, a przez większość czasu ja jestem tłumaczem z hiszpańskiego na polski (doprecyzuję – po hiszpańsku rozumiem co nieco, ale generalnie nie mówię). Piotr w międzyczasie przymierza buty firm: Topo, Salming i Merrell.

Carlos, rocznik 1961 – dokładnie za trzy miesiące od naszego spotkanie będzie świętował swoje urodziny – prowadzi ten sklep od półtora roku. Piotr i Carlos za moim pośrednictwem rozmawiają więc głównie o dropie 3 mm (drop to spadek, różnica wysokości między piętą a palcami, im bliższy 0 tym bieganie bardziej naturalne) i o wyższości naturalnego biegania a nawet biegania na boso. Carlos w tym roku nie biegł maratonu w Walencji – z powodów osobistych. Jego ojciec, którym się opiekuje choruje na Alzheimera. Ale mimo tej choroby czasem razem biegają, i co ważne – boso. To zaledwie kilkaset metrów, może kilometr i to na prostej, pozbawionej kamieni trasie, ale jednak. Ojciec Carlosa, może nie pamiętać co jadł na śniadanie, ale doskonale pamięta poranny trening z Carlosem. Jak to możliwe? Tego nie potrafią wyjaśnić lekarze!

Sklep Carlosa to kontynuacja pasji. Jego właściciel od ponad 7 lat biega w butach naturalnych (drop 0). Próbował biegania w innych butach popularnych wśród biegaczy marek, ale od razu pojawiły się kontuzje. Od kilku lat myślał o własnym sklepie i teraz tutaj namawia ludzi do biegania w zgodzie z naturą.

W czasie, gdy Piotr ogląda i przymierza, Carlos sprzedaje dwie pary butów. Z klientami rozmawia jak z dobrymi znajomymi. Rozumiem, a może bardziej domyślam się, wyłapując słówka, że rozmawiają także o maratonie i interwencjach lekarzy. Było ich bardzo dużo, ponad 300 – podkreśla Carlos.

Ukochane buty Carlosa? Merrell Bare Access! I pokazuje nam model, który sporo już ma za sobą. A dokładnie 2200 km i 3 maratony. Jak będziecie w Walencji, koniecznie odwiedźcie to miejsce, jego właściciel opowie Wam jeszcze wiele historii. Znajomość hiszpańskiego zdecydowanie ułatwi kontakt, ale jak widać po nas – daliśmy radę.

Jak już pisałam TUTAJ – o wyjeździe na Maraton do Walencji zdecydowały dwie rzeczy – niezwykła meta i największe w Europie Oceanarium. Dzięki organizatorom biegu i pewnej uroczej bransoletce mogliśmy skorzystać z 15% rabatu na bilety. Jeśli możecie koniecznie zaplanujcie sobie na to miejsce pół dnia – po zwiedzaniu Oceanarium polecam nie rzucający się w oczy Bar Aquilino w dzielnicy Natzaret (1,5 km od Oceanarium).

Oceanarium to największe tego typu miejsce w Europie, o łącznej powierzchni 110 000 m². Obiekt został otwarty w 2003 roku. Można tu podziwiać około 500 gatunków zwierząt, w tym delfiny, rekiny, płaszczki, słonie morskie, pingwiny i żółwie. Ogromne akwaria mieszczą się pod powierzchnią ziemi, a jedną z największych atrakcji jest tunel, w którym rekiny przepływają nad głowami zwiedzających. Wrażenie zrobiły też na mnie niewielkie elektryczne meduzy. Nie brakuje tu ptaków – pelikanów, flamingów i ibisów. Miłośników Afryki zabieram do Bioparcu. Generalnie nie lubię ogrodów zoologicznych – z ich klatkami, w których zamknięto zwierzęta na niewielkiej przestrzeni. Do tej pory najlepiej oceniałam zoo w Ostrawie, zorganizowane na dużej przestrzeni i przyjazne dla odwiedzających i odwiedzanych. Tym razem zobaczyłam niezwykle zaaranżowane miejsce, gdzie wkracza się do świata zwierząt pozbawionego krat. Jak to możliwe, że lwy, goryle czy hieny (i inni przedstawiciele 50 gatunków) są tu niemal na wyciągnięcie ręki?! Dzięki nietuzinkowej aranżacji przestrzeni stworzono warunki najbardziej przypominające naturalne, w których żyją dzikie zwierzęta. Nie ma tu ani jednej kraty. Są za to przemyślnie zaplanowane fosy, skały i naturalne bariery. Tylko w kilku miejscach zamontowano specjalne szyby, dzięki którym stanęliśmy oko w oko z ponad 16-letnim lwem czy lampartem. Koniecznie trzeba zobaczyć – pokaz ptaków, karmienie słoni i Madagaskar! Madagaskar opanowały lemury (the frentirrojo lemurs), to ich teren, wolno im tu wszystko – zwiedzający mają za to niezwykłą przyjemność podziwiania tych zagrożonych wyginięciem zwierząt na wyciągnięcie ręki. Tylko tej ręki wyciągnąć im nie wolno. Wiosną ubiegłego roku urodził się nawet mały lemur!

Nie jesteśmy tradycyjnymi turystami. Nie byliśmy w muzeach ani galeriach. Jednym obowiązkowym wg przewodników punktem programu, który znalazł się także na naszej trasie był Kielich Graala ukryty w Katedrze. Jako czytelniczka Dana Browna zajrzałam tam na chwilę – wieczorową porą udało mi się uniknąć tłumów i opłat za wejście do kaplicy. Zamiast tradycyjnego zwiedzania były spacery uliczkami dzielnicy Ruzafa połączone z odwiedzaniem dziwnych sklepów, odpoczynek na plaży, wyjazd nad otoczone polami ryżowymi jezioro Albufera (znajduje się ok. 10 km od Walencji). Bez tych pół ryżowych nie byłoby tradycyjnej hiszpańskiej paelli. Sam zbiornik jest prawdziwą atrakcją dla miłośników ptaków (najwięcej udaje mi się wypatrzyć czapli). My wdrapujemy się na wieżę widokową i idziemy na krótki spacer. Jezioro Albufera oddzielone jest od morza mierzeją i jest częścią Parku Krajobrazowego. Prawie jak na Polesiu – myślę – skojarzenie nie jest bezzasadne, choć tu przeszkadzam mi hałas samochodów dochodzący z pobliskiej drogi.

Nie wyobrażam sobie zwiedzania i poznawania nowych miejsc bez kuchni. A właściwie to mogłabym podróżować dla tej kuchni. Podczas wyjazdu na maraton do Hiszpanii poznawanie jej kuchni towarzyszy nam już od pierwszego dnia. A może jeszcze wcześniej. W menu przysłanym przez organizatorów znalazły się tajemnicze potrawy: horchata i fartons.

Horchata de chufa (z walenckiego orxata de xufa ) – napój chłodzący, spożywany głównie w lecie, wytwarzany z cibory jadalnej (inaczej migdał ziemny). I za wikipedią: bardzo popularny we wschodniej Hiszpanii zwłaszcza we Wspólnocie Walenckiej, tam znany jako orxata de xufa. Napój wywarza się ze słodkich bulw tej rośliny, wody i cukru. Jak jest horchata to muszą być i fartons.

Fartons to natomiast słodkie pieczywo o podłużnym kształcie, charakterystyczne dla tego regionu. Zrobione z mąki, mleka, cukru, oleju, jajek i zaczynu, posypane cukrem. To delikatne i miękkie ciasto zostało stworzone do zanurzania w horchata. Smak napoju początkowo określamy jako ciekawy i zaskakujący, i choć piliśmy ją jeszcze kilka razy podczas tego pobytu, trudno mi jej smak porównać do czegoś znanego. Odwiedziliśmy między innymi tradycyjną La Horchatería Santa Catalina, gdzie podają podobno najlepszą w mieście horchatę. Tam też próbuję gęstej gorącej czekolady – choć może trochę na nią za ciepło – i zanurzam w niej churros i w ten oto sposób otrzymuję najbardziej popularną tutaj chocolate con churros.  W smaku od razu przywołują na myśl nasze pączki – i okazuje się, że słusznie. Ciasto wyciskane z formy lub, rękawa smażone jest na głębokim tłuszczu w wysokiej temperaturze. To jedna z najpopularniejszych w Hiszpanii przekąsek, którą zgodnie z tradycją wita się Nowy Rok. Zrobiło się tu stanowczo zbyt słodko! Po takim śniadaniu nieprędko miałabym ochotę na drugie, tym bardziej, że tutejsze jadane nawet po godzinie 10.00 jest solidne. Na tradycyjne almuerzo za sprawą Kasi mieszkającej w Walencji od 10 lat trafiamy do znanego wśród mieszkańców baru. Oprócz nas nie ma tu turystów, a na dodatek znacząco zaniżamy średnią wieku. Ach, żeby taka przyszłość czekała mnie na emeryturze… Spotkania ze znajomymi przy kanapce i winie, a na koniec filiżanka mocnej kawy. A kanapka … z ziemniakami, czyli z tortilla de patatas lub z tajemniczym smarowidłem o nazwie sobrasada. Na drugie takie śniadanie trafiamy do baru, do którego sama pewnie bym nie weszła, ale jego nazwa pojawia się w połowie listy 10. najlepszych miejsca w Walencji na almuerzo KLIK, a to właśnie jest najbliżej miejsca gdzie mieszkamy. W porze drugiego śniadania pracownik uwija się jak w ukropie. Wszystkie stoliki zajęte, każdy chce inną kanapkę, a na stołach już przed południem pojawiają się butelki wina. Po takim posiłku wszyscy wracają do pracy. I znowu brak znajomości hiszpańskiego sprawia, że zamawiamy pokazując palcami. Najedzeni i napojeni za całe 9 euro ruszamy na kolejną wycieczkę.

Bez dwóch dań nie wracam z Hiszpanii – bez kalmarów, które uwielbiam a jadam rzadko i bez paelli. Smażone kalmary z sokiem cytryny zawsze będą mi się kojarzyły z wakacjami na południu Europy. Nie potrzeba mi znanej restauracji – wystarczy budka przy deptaku. Pierwsze kalmary zjadamy zresztą w Hiszpanii w takim ulicznym barze. Kolejne już w polecanym miejscu – ale bez wskazówek i rekomendacji niezawodnej Kasi, nigdy bym tam sama nie trafiła. Bar Aquilino znajduje się w dzielnicy Natzaret. To tradycyjny bar, bez widoku na morze, wciśnięty w najdalszy zakątek dzielnicy gdzieś między miastem a morzem. Gospodarzami są tu ojciec i jego córka i to gwarantuje rodzinną atmosferę. Zresztą zaliczamy falstart odwiedzając to miejsce. Trafiliśmy tu w niedzielne popołudnie po maratonie, wygłodzeni i spragnieni. Zapachy docierały do mnie już na ulicy, ale po otwarciu dowiedziałam się, że jedzenia … nie ma. W najlepsze trwała jakaś rodzinna uroczystość, kątem oka zarejestrowałam tort i ogromną patelnię z wyjedzoną już paellią. Dwa dni później mamy więcej szczęścia. Mamy swój stolik i jest jedzenie! Na stołach papierowe obrusy – i tak zostawimy na nich tłuste ślady palców, których nie zdążymy oblizać. I znowu – bez naszej znajomości hiszpańskiego i znajomości angielskiego wśród pracowników – wychodzimy najedzeni z mocnym postanowieniem powrotu. Kalmary, paella de mariscos i białe, świetnie schłodzone wino. Do kalmarów cytryna, sos czosnkowy i pieczywo i mam swój raj. Proste, niewyszukane jedzenie, nie wymagające wysiłku przy przygotowywaniu. A przed nami jeszcze najlepsze. Paella z owocami morza, czyli najbardziej znana hiszpańska potrwa. Wyskrobiemy ryż do ostatniego, przypalonego ziarenka. Paella to nazwa patelni, na której przygotowuje się i podaje tę potrawę. Teraz nie pozostaje mi już nic innego, jak kupić odpowiednią patelnię i przygotować paellę zimową porą w domu. Już się cieszę, że w znanej mi hurtowni ryb, zaopatrzę się w kalmary, gdy najdzie mnie tęsknota za południowymi krajami.

Droga do mety

Niewiele pamiętam… po raz pierwszy tak niewiele pamiętam z trasy. Tak naprawdę dopiero w czasie kolejnych dni, przemierzając ulice i uliczki Walencji odkrywałam, którędy biegłam. Na asfalcie zostały jeszcze ślady żółtej farby, którą wyznaczono trasę. O, tu byłam i tutaj też… ciekawe… nic nie pamiętam!

Uświadamia mi to zresztą Piotr jeszcze w niedzielne popołudnie, tuż po biegu. – A widziałaś stadion? – Jaki stadion?! – odpowiadam. Ten na 17. kilometrze!

To tam był jakiś stadion… Pamiętam start, a i tak nie zbyt dokładnie i ostatni kilometr, może trochę więcej do mety. A poza tym asfalt, drogę przed sobą, kolejne punkty żywieniowe i mijające kilometry. I kontrolowany od początku czas. Za szybko, wolniej, jeszcze wolniej. A potem – trzymaj tempo, jest super.

Skupienie się w 100% na biegu i na zadaniu, które sobie wyznaczyłam, a nie na podziwianiu miasta oznacza, że pobiegłam na miarę swoich możliwości i przygotowania. Dałam z siebie dokładnie wszystko, choć pewnie dobry towarzysz wyciągnął by jeszcze kilka sekund więcej. Czyli 110 % normy.

Nie pamiętam trasy i nie pamiętam drogi, co nie oznacza, że nie pamiętam swoich myśli i emocji i drogi do upragnionego celu. Tej lekkości w pierwszej połowie, gdy nogi niosły stanowczo zbyt szybko, a ja co rusz powtarzałam sama sobie – zwolnij! Pamiętam te zadziwiającą dla mnie świeżość biegu aż do 30. kilometra. Krótką psychologiczną gadkę z samą sobą między 32. a 35. km, gdy zmęczenie i trochę znużenie było już odczuwalne. Pamiętam ostatni odcinek o długości parkrun’a, na którym mijałam biegaczy. No i ostatnie dwa euforyczne kilometry, a najbardziej ostatnie setki metrów. Gdy już wiedziałam, że pobiegłam znacznie lepiej niż zaplanowałam, a przede wszystkim równo, bez dramatów i kryzysów. Stąd te radosne zdjęcia z ostatniego odcinka (o rany! W dół i po kocich łbach!), gdy uśmiechnięta machałam do fotografa. Stąd te wyjątkowe i pamiątkowe zdjęcia z mety maratonu i bieg po niebieskim dywanie, gdy biłam brawo organizatorom i niesamowitej publiczności.

Zaplanowałam sobie na maraton w Walencji cztery cele – taka strategia, która pozwala cieszyć się na mecie. Pierwsza i podstawowa zasada – maraton to dla mnie 100% biegu. Druga – to poprawić swój najlepszy czas na tym dystansie – ten sprzed roku wybiegany we Florencji, czyli 4:15:01.

I dwa ambitne cele – zejść poniżej 4:10 i poniżej 4:07. Na ostatnich dwóch kilometrach – zwanych wisienką na torcie – wiedziałam, że będzie jeszcze lepiej. I tym razem zadziwiłam samą sobie. Czym ten maraton różni się od sześciu pozostałych? Ani na mecie, ani teraz siedząc na wygodnej kanapie przeglądając swoje euforyczne zdjęcia, nie planuję kolejnego w przyszłym roku. Tym razem dotrzymam słowa danego samej sobie TUTAJ

Maraton w Walencji jest dla mnie szczególny z jeszcze kilku powodów.

Pierwszy to niesamowita publiczność. Uwielbiam kompletnie obcych ludzi na trasie, którzy wypatrują na numerze startowym moje imię, a później głośno mnie dopingują. Poza granicami, robi to na mnie jeszcze większe wrażenie. Tym razem szybko załapałam, że Azja (od Asia na numerze) to ja. Ale najbardziej zawsze wzruszają mnie rodacy. Na 27. kilometrze, na zakręcie, gdzie trasa prowadziła przez most nad Ogrodami Turii, zupełnie obca dziewczyna wołała – biegnij Asia, brawo!

O jakiego dałaś mi kopa! I potem słyszałam język polski jeszcze kilka razy na trasie! A gospodarze – serdeczni i zaangażowani w kibicowanie, dodawali skrzydeł na każdym odcinku. Ostatni kilometr to gorące brawa i aplauz. Tu każdy był zwycięzcą.

Drugi powód to perfekcyjna organizacja i świetna komunikacja marketingowa z biegaczami. Tym ostatnim kilka razy zrobili na mnie wrażenie. Drobiazgi – ale jak istotne!

Maraton w Valencji wybraliśmy dokładnie rok temu po powrocie z Włoch. Oczarowały nas zdjęcia mety – niebieskiego dywanu rozpostartego na tafli wody. Dosłownie rozłożonego na jego powierzchni. Tutaj możecie zobaczyć  jak powstała ta niesamowita meta.

LINK DO FILMU

Organizatorzy pisali do mnie niemal codziennie przez ostatni tydzień. I nie było to zwykłe odliczanie dni. A to numer startowy, a to szczegółowe informacje dotyczące odbioru, a to magazyn z ciekawostkami, opaska z ofertą rabatów dla biegaczy. Dzięki specjalnej nakładce na zdjęcie przez cały tydzień mogłam się chwalić światu na Facebooku, że biorę udział w tej imprezie.

Biegnę maraton w Walencji
Zdjęcie profilowe na FB

Choć na fanpagu informacje pojawiały się głównie w języku hiszpańskim, można było też szybko i sprawnie porozumieć się po angielsku – ja musiałam ustalić jak odbiorę numer na tradycyjny Bieg Śniadaniowy, skoro w piątek przyjeżdżamy już po zamknięciu biura zawodów. No jak? Oczywiście bez problemu przed startem. Tam nawet nikt nie prosił o podanie danych i nie sprawdził czy wpłaciłam 1 euro.

Za to numer był i to jaki! Wszyscy wyruszyli niespiesznie na 5-kilometrową trasę z numerem 1! Oby każdy z nas właśnie tak poczuł się jutro – myślałam wówczas. Towarzysko, powoli i głodni dotarliśmy na metę. W Paryżu były pyszne rogaliki, a tu tradycyjna horchata de chufa i fartones. Do tego tony owoców, soków i międzynarodowe towarzystwo. Oczywiście spotkaliśmy też ekipę z Polski! Było tak miło i wesoło, jakby nikt tu nie stresował się maratonem.

Później już bardziej tradycyjnie – szybki i sprawny odbiór pakietów, ściana biegaczy a na niej moje nazwisko, magiczna koszulka na której podczas wysiłku pojawi się trasa biegu. A potem paella party – co prawda trzeba było stanąć w kolejce, ale ta biegła szybko. Bez problemu znaleźliśmy miejsce przy stole, wszystko odbywało się bardzo sprawnie. Jeszcze tylko zdjęcie na mecie przed metą i już można wracać by odpocząć przed startem.

Sam maraton miał wystartować o 8.30 – oczywiście elita, moja strefa o 8.48, a w rzeczywistości ruszyłam o 8.51. Ruchem sprawnie kierowali specjalnie oznaczeni wolontariusze – takie mobilne punkty informacyjne. Nie było szans by wejść nie do swojej strefy startowej. Każda strefa miała zresztą swój własny start i wspólne odliczanie. Wielki plus za przygotowanie punktów odżywczych na trasie. Ani raz, ani przez sekundę nie miałam wątpliwości, że wystarczy dla mnie wody. A ta była mi bardzo potrzebna. Ranny, rześki chłód szybko ustąpił. Błękitne niebo i słońce w twarz mogą skutecznie utrudnić bieg na upragniony czas. 16-17 stopni, a im bliżej południa – tym cieplej, nawet 22 stopnie pokazywały termometry. Dla mnie stanowczo za ciepło, tym bardziej, że w Polsce już zaczynałam zabierać na bieganie rękawiczki. Woda w poręcznych, małych butelkach. Spokojnie odkręcałam, część wylewałam na siebie a zostawiałam sobie tylko tyle, by po łyku pić do kolejnego punktu. Ta taktyka świetnie mi się sprawdziła szczególnie pod koniec biegu. Ciepło – łyk, słońce – łyk, zmęczona – chlup na plecy. I tak aż do 41. km – dla mnie idealne rozwiązanie. Do tego suszone morele, które złapałam na dwóch punktach i spokojnie przegryzłam jako urozmaicenie dla żeli.

Za metą zatrzymałam się na kilkadziesiąt sekund by złapać oddech. Tradycyjnie pochyliłam się, oparłam ręce na kolanach. I w kilka sekund miałam dwóch przedstawicieli opieki medycznej obok siebie. Jedna ręka na plecach i wolontariusz gotowy do pomocy, a druga osoba stanęła przede mną z pytaniem czy wszystko w porządku. – Tak, tak… ok!

A potem jeszcze odbiór pakietów dla finiszerów – medal, torba, ręcznik, pomarańcze, morele, orzechy. I wreszcie coś do picia innego niż woda. Nie pytajcie ile kubków radlera spragniony i wyposzczony biegacz wypije na mecie?! Organizm tylko wchłaniał i wchłaniał!

Nie bez powodu na stronie maratonu w Walencji można przeczytać: najszybszy maraton w Hiszpanii. Potwierdzam – trasa jest idealnie płaska. I na dowód tego w tym roku padł rekord trasy. Nie bez powodu organizatorzy chwalą się: maraton w Walencji został nagrodzony w 2016 roku certyfikatem  IAAF Road Race Gold Label, co dowodzi, że jest to jeden z najlepszych biegów na dystansie 42,195 km na świecie. Potwierdzam  – zasłużona nagroda! Do tego morze, plaża, super jedzenie i nietypowe zwiedzanie, ale o tym w kolejnym poście.

Informacje organizacyjne:

  • 40 euro – pakiet startowy (najniższa cena, termin płatności w pierwszych dniach stycznia)
  • 5 euro – ubezpieczenie
  • 1 euro – bieg śniadaniowy
  • Lot w piątek przed maratonem: Kraków – Frankfurt – Walencja i bezpośredni powrót do Krakowa (w niedzielę, tydzień po maratonie)
  • Noclegi: airbnb – 2 km od startu/mety

Uwaga! Nie drażnić biegacza!

Ten tekst zaczynał się zupełnie inaczej. Ale właśnie przed chwilą zobaczyłam kolejny film przygotowany przez Maraton Valencia. Zobaczcie koniecznie. Grozi to jednak pragnieniem pobiegnięcia w Hiszpanii. Zapisy ruszą na początku grudnia.

KLIK FILM

A teraz do rzeczy!

Dwoje biegaczy pod jednym dachem. Dwa ostatnie tygodnie do maratonu. Kumulacja emocji, ambicji i poczucia, że wszystko co się miało zrobić już zrobiło i nic nie da się już nadrobić. Dwie tykające bomby zegarowe. Dwa napięcia. Jak to przetrwać? Nie ma okresu ochronnego dla biegaczy. Jest normalne życie zawodowe, czasem nawet bardziej absorbujące, obowiązki domowe, czyli codzienność.

  1. Co jutro jemy? To najczęściej zadawane teraz pytanie. I mogłabym wypisać menu na ścianie, a i tak wieczorem leżąc w łóżku usłyszałabym te słowa. Cierpliwie odpowiadam i planuję jadłospis: makaron, kasza, ryż, ziemniaczki… i tak na zmianę. Tylko sosy i zestawy warzyw inne. Czasem aż się prosi by podać do obiadu czerwone wino. Nic z tego! Od ponad dwóch miesięcy nikt go w tym domu nie widział. Na samą myśl o winie cieknie mi ślinka.
  2. Ciasto, czekolada, fondat… znowu o jedzeniu, tym razem słodyczy. Oj, chce się po bieganiu. W piekarniku właśnie stygnie ucierane ciasto ze śliwkami (według Niebo na talerzu). Czeka na niedzielnych gości i przez kilka godzin nazywa się: nie rusz mnie. Charakterystyczne skrzypnięcie drzwi piekarnika i deklaracja: tylko wącham!
  3. Uwaga gryzę! Warczę, marudzę coś pod nosem. Jestem podenerwowana. Na ramieniu siedzi Gremlin, w głowie kłębi się tysiące myśli. Analizuję swój plan na bieg. Właśnie zrobiłam ostatni długi trening, 27 km. Jestem zmęczona, ale nie wykończona. Tyle, że to jeszcze nie meta. Na tym zmęczeniu trzeba będzie pokonać kolejnych 15 km. Mam wątpliwości czy dam radę. Do tego dopisała dziś pogoda – tydzień temu w deszczu i wietrze, dziś w słoneczku. Ciepło było. Zdecydowanie spódniczka i cienka bluzeczka z długim rękawem. W Hiszpanii będzie cieplej nawet, w sumie to dobrze, że dziś musiałam przypomnieć sobie, że biegam też w wyższych temperaturach.
  4. Druga osoba też ma swój stres. Też czasem nie ma nastroju, warknie, albo ja usłyszę nie ten ton co zwykle. Przydałoby się jakieś hasło wywoławcze, które rozładuje napięcie. Wystarczająco głupie, by na jego dźwięk wybuchnąć śmiechem.
  5. Albo taka mieszanka – jedna osoba w super nastroju, druga z fochem albo zirytowana. Ta druga to akurat ja. Lepiej wyjść potruchtać, zabieram moje buty, za godzinę będzie lepiej.
  6. Mam zachcianki. Ostatnią piątkę ostatniego długiego wybiegania, biegłam marząc o lodach! Byle dużo, dobrych i zimnych. I sokach, wodzie z cytryną. Omal nie rzuciłam się na przechodnia z woda mineralną w ręce. Teraz zjadłabym coś pysznego.
  7. Licytuję się o każdy kilometr. Porównuję swoje bieganie sprzed roku i pilnuję, by nie było mniej. Mam pobiegać godzinę, to rozpędzam się z górki, chcę 15 km, a ma być 13 z szybszymi akcentami – to lecę, ma nie być podbiegów – no przecież nie wyprostuję tutejszych tras!

Są też przyjemne momenty! Robimy listy rzeczy do spakowania, sprawdzamy miejsca, gdzie można zjeść, planujemy zwiedzanie. Organizatorzy Maratonu w Walencji jakby czytali w naszych myślach – dzięki specjalnej opasce, dokładnie przez tydzień – czyli tyle ile będziemy w Hiszpanii – możemy korzystać z rabatów w różnych miejscach, m.in. do Oceanarium! Świetny pomysł. No i jeszcze menu na mecie biegu śniadaniowego: horchata i fartons. A zamiast pasta party – paella party.

Jadę sprawdzić jak to wygląda na miejscu i chyba tym razem więcej będzie o organizacji imprezy niż samym biegu. W końcu ileż można pisać o emocjach na 42 km! Trzymajcie za mnie kciuki w niedzielę. Mój start o 8.42.

Zimno, coraz zimniej

Tuż przed wejściem obleciał mnie strach. A przecież przyszłam tu dobrowolnie. Gorzej – bardzo tego chciałam. Przygnała mnie ciekawość, ale i pragnienie szybkiej regeneracji i cudu.

A teraz stoję przed drzwiami, które zamknęły się właśnie za grupą 5 śmiałków i czuję jak oblewa mnie pot. Przecież mam być sucha, nie mogę się pocić – myślę nerwowo i sięgam po papierowy ręcznik.

Wdech nosem, wydech ustami. Chodzimy w kółko, co jakiś czas zmiana kierunku. 2 minuty na pierwszy raz. Nie dotykać się, nie pocierać skóry.

Ufff, dużo tego do zapamiętania. Ale nie ma czasu na myślenie, bo właśnie znowu buchnęła para i z oparów wynurza się pięciu śmiałków. Teraz my. Wdech nosem – wydech ustami – wdech nosem…

Drzwi się otworzyły – poczułam chłód – i zamknęły za mną. Ok, bez nerwów. Ciasno, klaustrofobicznie. Wdech, wydech, wdech, wydech. Muzyka, chodzimy, obrót, wdech, wydech, obrót. 2 minuty trwają jak wieczność. Drzwi się otwierają, koniec. A właściwie początek, bo teraz ważne 20 minut. Trzeba rozgrzać ciało. Szybo ubieram moje biegowe buty i wskakuję na bieżnię. Po kilku minutach znowu oblewam się potem, tym razem już nie ze strachu.

-130 stopni w pierwszej chwili może budzić przerażenie. Ale wieczorem miałam taki power do biegania (dla wtajemniczonych: zrobiłam szybkie 15 km i z podbiegami!), że już nie mogę doczekać się kolejnych zabiegów. Za namową znajomych biegaczy postanowiłam poddać się krioterapii, tuż przed kolejnym maratonem. Tym bardziej, że mnie było właściwie łatwiej – na co dzień pracuję w firmie, w której z zabiegów w kriokomorze korzystają kuracjusze. Wystarczyło tylko odpowiednio przed biegiem zaplanować 10 zabiegów i nie stchórzyć.

Jeszcze nie wiem na co lepiej działa – na kondycję i regenerację czy może zamroziła mi komórki mózgu odpowiedzialne za teksty „nie dasz rady!” Ważne, że skutecznie!

Kolejnego dnia nie ma już taryfy ulgowej – 3 minuty. Tym bardziej, że chcę z tego dobroczynnego zimna wyciągnąć jak najwięcej. Odliczam w głowie kolejne sekundy, straciłam poczucie czasu, trzy minuty ciągną się niemiłosiernie. Zaczynają marznąć mi palce dłoni, a wczoraj tego nie czułam. To już chyba ta trzecia minuta. Wychodzimy! Wskakuję na orbitreka, potem bieżnia i energii mam tyle, że mogę przenieść słonia!

Eh, jedna z kuracjuszek zrobiła mi dzień! Powoli robię się sławna 😉 Dziś w szatni odpowiadałam na pytania, który to maraton, na ile kilometrów i jak się je jak tak biegnie. A ile przy tym komplementów: młoda, silna, super kondycja, świetnie zbudowane nogi. A już próba oszacowania mojego wieku mnie ucieszyła – wyglądam na 25 lat! Co prawda czuję się na 21, ale tego się trzymajmy. Może ta krioterapia wygładza też zmarszczki…

A jaka jest rzeczywistość: jestem kilka tygodni przed 40., czasem bezsilna, czterech godzin nie złamię, znowu nie mogę kupić spodni bo mi się łydka nie mieści w rozmiarze 36, a taki przecież noszę! Czasem jednak tak dobrze przejrzeć się w cudzych oczach!

Do kolejnych zabiegów podchodzę już jak stary wyjadacz. Opaska, rękawiczki, maseczka, drewniaki i siup do wnętrza. Trzy minuty dreptania i hop na bieżnię. I tak 10 razy! Jedyna wada – to bieganie na bieżni. 20 minut dłuży mi się bezlitośnie. W terenie tych ponad trzech kilometrów nawet bym nie zauważyła. Tutaj stanowczo zbyt często zerkam na licznik, który odmierza czas.

Teraz trochę fachowych informacji.

Dla kogo leczenie zimnem? Zabieg w kriokomorze pomaga leczyć zapalenia stawów, ścięgien i mięśni, zespoły bólowe kręgosłupa, reumatyzm tkanek miękkich oraz schorzenia neurologiczne.

Niska temperatura to szok dla organizmu. Naturalną reakcją jest włączenie mechanizmu obronnego, który przywraca równowagę funkcjonowania całego ciała.

Krioterapia wspomaga regenerację dlatego tak chętnie korzystają z niej sportowcy, albo tacy amatorzy jak ja.

Już teraz jestem zadowolona z efektów. Na ostatnim etapie przygotowań do maratonu, gdy zmęczenie i znużenie daje się we znaki, dostałam dodatkowy zastrzyk energii. Choćby dlatego było warto. Jakoś mniej marudzę wychodząc na trening, łatwiej podejmuję wyzwania i z zadowoleniem stwierdzam, że przyspieszam. Teraz jeszcze jeden mocny trening, jeszcze ostatnia wizyta w kriokomorze i ostatnia prosta przed 19 listopada! Tradycyjnie trzymajcie tego dnia kciuki. Im bliżej południa tym mocniej.

 

Zdjęcia: Justyna Nauka